ZachcianekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Katarzyna Michalak

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015


ZDJĘCIA NA OKŁADCE: © iStock.com / portishead1 (chmury) Andriy Petrenko / Fotolia (dziewczyna) © Anna Omelchenko / Fotolia (łąka)

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Katarzyna Michalak, Agata Kubiak

ILUSTRACJE: © iStock.com / portishead1 (chmury) Andriy Petrenko / Fotolia (dziewczyna) © Anna Omelchenko / Fotolia (łąka)

REDAKCJA: Aneta Tkaczyk

KOREKTA: Anna Rudnicka, Małgorzata Wójcik



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05769-8 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Motto

Dedykacja

PROLOG

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

EPILOG

Liczą się tylko marzenia.

Bez nich jesteśmy niczym

więcej niż pyłem na wietrze. Katarzyna Michalak

Tym, których kocham

PROLOG
Który niewinnie się zaczyna, lecz tak sobie kończy…

Stary dom przysiadł wygodnie pośród stuletnich sosen, pozwalając tulić się do snu ich łagodnym kołysaniem. Zapadła przedwieczorna cisza, którą tak lubiła Patrycja. Siadała zwykle na schodkach Chatki, patrzyła niewidzącym spojrzeniem na ścianę lasu i odchodziła do świata marzeń.

Gdzieś w jaśminach zakwilił ptak i zaraz umilkł, jakby zawstydzony, że burzy spokój gasnącego dnia. Bura kotka leniwie uderzała ogonem o boki. Dwa psy — kosmaty owczarek i czarny terier — siedziały na schodach, patrząc z niedowierzaniem na tę, która właśnie zamykała im drzwi przed nosem. Przyłożyła palec do ust, nakazując zwierzętom, by były cicho, pokręciła głową i odeszła, uśmiechając się.

Psy i kotka patrzyły za nią, ale po chwili ich uwagę przykuły zamknięte drzwi domu. Bo gdy stara willa kładła się spokojnie do snu, w piwnicy rozpętało się piekło.

Światło zgasło w momencie, gdy lewitując pod sufitem, ustawiała słoiki z korniszonami.

— Ożeż w mordę! Zabiję ją… — wywarczała Patrycja, chwytając się regału i upuszczając słoik.

Mniejsza o przetwory, bo też nudząc się straszliwie jako pani Gabrielowa prawie Romocka, przygotowała ich taką ilość, jakby zapowiadano trzecią wojnę światową.

W całkowitej ciemności — piwnica nie miała okien — próbowała trafić nogą na niższy stopień drabiny, czując, jak drewniana konstrukcja niebezpiecznie się pod nią chwieje.

— Celowo to zrobiła. Może po ciemku spieprzę się z tej cholernej drabinki i skręcę sobie kark. Celowo. Zabiję ją…

Czując, że się ześlizguje, rękami chwyciła się regału, ten runął na bok z potwornym hukiem, za nim posypały się słoiki z korniszonami, a za regałem, słoikami i korniszonami… Patrycja.

Zaskowyczała, upadając na rozbite szkło.

— Za… zabiję ją! — chlipnęła, gdy już mogła wydobyć z siebie głos. — Kurde, jak to boli! — Chwyciła za odłamek szkła wystający z jej ramienia i znów padła twarzą w korniszony, płacząc z bólu. — Ożeż! Weź… weź się, idiotko-o, w garść, mu-musisz stąd wyjść…

Pełznąc w egipskich ciemnościach do drzwi, wpadała na widły, grabie, cepy, a nawet wazy dynastii Ming, których na pewno nigdy nie trzymała w tej piwnicy. Nieskończenie długie minuty, pół litra krwi serdecznej i dwie szklanki łez później dotarła w końcu do schodków prowadzących na zewnątrz, do których drogę wskazywała nie rozjarzona na zielono tabliczka EXIT, lecz wąski pasek światła pod drzwiami. Wspięła się, płacząc i klnąc, na pierwszy schodek, na drugi…

Gdzieś na zewnątrz zaskowyczała Neska. Potem dołączyła do niej Panda-pies. Przeciągłe wycie przetoczyło się przez cały Zaborów.

Patrycja, szczęśliwie dotarłszy do szczytu schodów, pchnęła drzwi i… to jej zachciało się wyć.

W pierwszej chwili nie pojęła grozy sytuacji, usiadła i ręce jej po prostu opadły. W następnej pojęła, że drzwi są zamknięte od zewnątrz, piwnica nie ma okien, panują w niej nieprzeniknione ciemności, a Gabriel wraca za tydzień.

— Wypuść mnie!!!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ I
W którym Czarny Książę zaczyna zmieniać się w Czarne Serce, Berenika każe spadać, a zoo… Szkoda gadać

Gnała przez rozsłonecznioną łąkę, a maki, chabry i rumianki pryskały spod końskich kopyt. Te, co nie zdążyły prysnąć, cóż… poległy.

Włosy, jeszcze przed chwilą ujarzmione ciemnozieloną aksamitką, nagle wyrwały się na wolność i zatańczyły dookoła głowy dziewczyny, razem z wiatrem smagając jej twarz. Roześmiała się głośno, z całego serca, z całej duszy.

— Naprzód! — krzyknęła, a kruczoczarnej klaczy nie potrzeba było lepszej zachęty. Wyciągnęła się w cwale, upojona słońcem i wolnością, tak samo jak dosiadająca jej amazonka.

— Patrycja! — zabrzmiało gdzieś z tyłu, ale dziewczyna nawet się nie obejrzała.

— Dogoń mnie, draniu! — krzyknęła, wiedząc, że on i tak jej nie usłyszy, ogłuszony tętentem kopyt. Wiedziała również, że wiekowy Ofir za chińskiego pana nie dogna jej rasowej arabskiej klaczy, zwanej swego czasu Zołzą, obecnie wołanej słodkim zdrobnieniem Sheri (klacz od pamiętnej eskapady pod Łukaszowy dom, kiedy to dowiedziała się, kto jest gorszą zołzą od niej, dziwnie spokorniała). — To za to, że znów zostawiłeś mnie na cały tydzień samą!

Wpadła na leśny dukt. Zwolniła, bo tu łatwo było się potknąć o przygodny korzeń. Klacz przeszła w spokojny galop, zgrzana, ale szczęśliwa. Patrycja poklepała ją serdecznie po spoconej szyi.

— Ale było… — mruknęła, nasłuchując narastającego tętentu Ofirowych kopyt. — Gabriel mnie zabije…

Fakt, mężczyzna nienawidził przegrywać, nawet jeśli nie miał na wygraną — jak w tym przypadku — żadnych szans. Nawet jeśli nie był to wyścig na śmierć i życie, lecz zwykła zabawa w „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” z ukochaną dziewczyną.

— Zwiejemy mu — szepnęła Patrycja do czarnego ucha i ściągnęła lewą wodzę.

Klacz posłusznie skręciła między drzewa.

O, to już przypominało Patrycji dawno zarzucone pisanie romantyczno-fantastycznych powieści o Anaeli i Amrem: zaczarowany las, ona uciekająca hordzie bandziorów, on gnający jej na pomoc. Szczęk mieczy, świst strzał, wdzięcznie powiewająca suknia, gałązki chłoszczące boki konia, wiatr we włosach i…

— Ożeż urwę nać! — Świeczki stanęły jej w oczach. Ściągnęła wodze tak gwałtownie, aż klacz wryła się kopytami w mech. — O w mordę! — wychrypiała dziewczyna, łapiąc się za kolano. — Umarłam…

Koń podczas tej radosnej galopady wjechał między dwie sosny, nie zważając na to, że siodło i nogi jeźdźca wystają poza koński bok. Patrycja tak grzmotnęła kolanem w drzewo, że…

— Straciłam nogę, jak Boga kocham — wyjęczała, zawracając klacz na ścieżkę.

Tam czekał już na nią Gabriel.

— Przejażdżka po lesie? — Uśmiechnął się krzywo.

— Proszę cię, nie teraz. — Dziewczyna otarła łokciem łzy i podwinęła suknię, odsłaniając nogę, by zbadać straty.

— Będziesz mnie uwodziła? — Zaśmiał się mężczyzna. Nie zwróciła na niego uwagi. Skórę na kolanie miała zdartą do krwi, ale gorszy był ból szarpiący staw. — Tak zazwyczaj się kończą galopady między drzewami — skwitował, rzuciwszy okiem na ranę. — No to co, moja śliczna, ścigamy się?

Strzelił szpicrutą, a Ofir skoczył w przód. Po chwili zniknęli niedowierzającej własnym oczom Patrycji za zakrętem.

 

— Zostawił mnie! — stwierdziła, gdy odzyskała głos. — Ty to widzisz, Sheri? Zostawił mnie, żeby być pierwszy w domu! Nie wierzę, po prostu nie wierzę!

Koń ruszył smętnym stępem w kierunku Dworku Rządcy.

Gabriel czekał, oparty o bramkę padoku. Nie miał na twarzy nawet cienia triumfu — dobrze znając swą drugą połówkę, wiedział, że zapewne zostałby za ów triumf wychłostany szpicrutą — po prostu stał i czekał.

Chciała go minąć — już po drodze zadbała, by zetrzeć z policzków ślady łez — ale chwycił wodze w garść i zatrzymał Sheridanę w miejscu. Bezceremonialnie ściągnął dziewczynę z siodła i mimo że wiła się i ciskała na jego głowę przekleństwa, zaniósł do domu, by tam złożyć obolałą i wściekłą na kanapie przed kominkiem.

Tak jak ona poprzednio, tak teraz on podciągnął jej suknię, odsłaniając opalone, szczupłe udo. Próbowała obciągnąć sukienkę i warknęła coś w rodzaju „spierniczaj”, ale w ogóle się tym nie przejął. Delikatnymi dłońmi zbadał kolano, musnął skórę na udzie. Dziewczyna opadła pokonana na poduszki. Uśmiechnął się i wyszedł, by po chwili wrócić z wodą utlenioną i jodyną.

— Wiem, wiem, może trochę zaboleć — mruknęła, by w następnej sekundzie rzucić „nacią” i pełnym pretensji: — To miało być trochę?!

Gabriel, nie przejmując się zbytnio jej jękami, nałożył zręcznie opatrunek, a potem podciągnął suknię jeszcze wyżej.

— Muszę sprawdzić, czy moja mała Anaela nie poobijała się jeszcze bardziej — wymruczał, całując miękką ciepłą skórę po wewnętrznej stronie uda…

Syci siebie, spali przytuleni na łożu o wiele szerszym i wygodniejszym — choć wcale nie młodszym — od tego, na którym Patrycja oddała się Gabrielowi w pamiętny huraganowy wieczór.

Noc powoli wzięła w objęcia Dworek Rządcy. Konie posapywały w stajni, psy na dywaniku przy łóżku. W jaśminie zaśpiewał ptak i urwał nagle.

W ciszę wdarła się melodyjka wygrywana przez komórkę Gabriela. Patrycja obudziła się pierwsza, sięgnęła po znienawidzony telefon, żeby wyrzucić go przez okno, ale Gabriel był szybszy.

Odebrał połączenie, chwilę słuchał, przytakując, potem wstał i nie patrząc na Patrycję, zaciskającą pod kołdrą pięści, zaczął się ubierać.

— Ty wyjeżdżasz do jakiejś kobiety! — wybuchnęła wreszcie, gdy zaczął się pakować w swój ukochany plecak z czarnego płótna.

— Ja? Do kobiety? — zdziwił się, nie przerywając pakowania. — Po co mi kobieta, skoro mam ciebie?

Patrycja poczuła się nagle jak nie-kobieta, i to ją wkurzyło jeszcze bardziej.

— Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię! — wrzasnęła. Spojrzał przelotnie, składając zapasową koszulę. — Łajdaczysz się z jakąś… już ja ją dorwę!… a ja tu gniję w samotności! Nie znam dnia ani godziny! Dzwoni o każdej porze dnia i nocy, a ty wstajesz i do niej pędzisz, jak nigdy nie pędziłeś do mnie!

— Do ciebie to akurat pędziłem… — Wyszedł do łazienki po szczoteczkę do zębów i tubkę pasty.

— Nie trzymasz u tej dziwki drugiego kompletu?!

Wrócił, cisnął szczoteczkę do plecaka i chwycił wściekłą Patrycję za nadgarstki.

— Co ty bredzisz, dziewczyno? Czy ty siebie w ogóle słyszysz? Oskarżasz mnie o zdradę, bo…?

— Bo wymykasz się bez przerwy, a ja nie wiem dokąd i po co!

— Wiesz doskonale, bo powiedziałem ci przed pierwszym wyjazdem: wzywają mnie, gdy trzeba wykupić jakiegoś konia z rzeźni.

— I wykupujesz go tygodniami?!

— Czasem trzeba negocjować — odparł, uciekając wzrokiem.

Prychnęła kpiąco, ale nie było jej do śmiechu.

— Wiedz jedno, kochanie, gdy będę chciał cię zdradzić, uprzedzę cię o tym.

Patrycję zatkało. Całe jej ciało, od czubka gołych stóp po cebulki włosów, było jednym wielkim:

— Co?!

— Ustaliliśmy na początku: związek wolny, ale wierny — ciągnął beznamiętnie, nie zwalniając uścisku. — Gdy pokocham inną kobietę, powiem ci o tym i poproszę o zwolnienie z przysięgi. To chyba uczciwe?

Patrycja oniemiała, a potem zaczęła się śmiać, nie zabrzmiało to jednak zbyt radośnie.

— Ty żartujesz, Gabriel, prawda? — To nie było pytanie, tylko prośba, by zaprzeczył. — Któregoś dnia przyjdziesz i powiesz: „Wiesz, Pati, wpadła mi w oko Sklepikowa, więc cię z nią zdradzę, a ty albo się ucieszysz, albo możesz spadać”?!

— O Sklepikową nie musisz być zazdrosna — uciął, puszczając ją. — Nie mój poziom. I to „możesz spadać” też do mnie nie pasuje. — Schylił się po upuszczoną tubkę pasty.

— Ale cała reszta się zgadza?

— Mniej więcej.

Powrócił do pakowania plecaka, a ona zwinęła się pod kołdrą i zaczęła cicho płakać. Nienawidził tego.

— Nie wiem, kiedy wrócę — rzucił, ruszając do drzwi.

— Ale jeszcze w tym roku?!

Posłał jej przez ramię mordercze spojrzenie i wyszedł.

Prowadził terenówkę wściekle szybko. Za wściekle i za szybko jak na dżdżystą noc, ale ryzykowna jazda, krople deszczu uderzające w szyby i umykające do tyłu, podświetlone reflektorami drzewa musiały wystarczyć, by rozładować pasję, która nim targała.

Z każdym przejechanym kilometrem oddalał się od miejsca, do którego normalny człowiek o tej porze wolałby się zbliżać. Dom. Dwór w Zaborowie, powoli przemieniany w piekło.

Patrycja. Ręce zacisnęły się na kierownicy, tak aż pobielały knykcie.

Kiedy i dlaczego z roześmianej, rozkosznej dziewczyny zaczęła się zmieniać w rozhisteryzowaną wiedźmę? Przecież jeszcze rok temu, jeszcze pół roku temu! − była kobietą jego marzeń! Spokojna, chętna, uległa. Dawała mu to, czego potrzebował, czego oczekiwał od partnerki: wolność, a zarazem słodką niewolę. Kiedyś wpatrzona w niego z zachwytem i miłością, gotowa na każde skinienie, teraz nauczyła się… odmawiać. I żądać. „Umyj się, przecież nie będziesz mnie dotykał rękami po koniach”, „Zmień koszulę, w tej chodzisz drugi tydzień”, „Znów to piwo? Nie! Po piwsku nie będę cię całować”, „Znowu wyjeżdżasz?! Nie zniosę tego dłużej!” — Gabriel chwilami czuł się jak rozdeptany pantoflem żonkoś po ćwierćwieczu małżeństwa.

Patrycja już nie rozumiała, że jako pisarz — i jako mężczyzna — potrzebuje swobody. Chce się myć, przebierać, pić to cholerne piwo i wyjeżdżać, kiedy przyjdzie mu na to ochota. Czy on miał wobec niej równie absurdalne wymagania? Czy zabraniał Patrycji… czegokolwiek? Wymagał tylko, by prowadziła dom, dbała o zwierzęta, gotowała i była jemu, Gabrielowi, wierna. Była. Owszem. Przy okazji była również uparta, pyskata i mendziła jak baba po klimakterium o czystych koszulach i piwie, a on zaczął uciekać w pracę inspektora, choć coraz częściej — na jego prośbę — kumple wzywali go nie do wymagających pomocy koni, a na imprezę w terenie. Gdyby Patrycja się o tym dowiedziała…

Przypomniał sobie spokojne życie z Janką w Poczekajce. Może i tamta była chora, za to cicha, posłuszna, pracowita, a przede wszystkim niczego od Gabriela nie wymagała. On był panem domu, to on rządził i decydował, ona zaś miała być dobra w kuchni i w łóżku. I też była, i pewnie byłaby dalej, gdyby na horyzoncie nie pojawili się Patrycja z Łukaszem i nie postawili Gabrielowego życia na głowie. Janka zwariowała doszczętnie, a Patrycja, w końcu zdobyta, okazała się zaledwie po roku wspólnego życia namiastką tamtej. Wiedźmą, która obróciła jego życie w piekło.

A Gabriel cenił sobie wprawdzie dobre jedzenie i chętne ciało, ale wyżej stawiał wolność i święty spokój.

Odetchnął, rozluźnił ręce i zwolnił nieco.

Muszą poważnie porozmawiać. Jeżeli Patrycja zacznie się buntować — droga wolna.

Patrycja wpatrywała się niewidzącymi oczyma w sufit nad łóżkiem, rozmyślając o Gabrielu, czy raczej mężczyźnie, którym się stał.

Od czasu przeprowadzki pod Warszawę minął ponad rok, a Patrycji wydawało się, że zna tego mężczyznę mniej, niż go znała — choć to ponoć niemożliwe, bo faceci są skonstruowani jak cepy czy gwoździe, a ich obsługa jest równie prosta: nakarmić i zaspokoić, pogadamy później.

Bogiem a prawdą, jak mogła go znać, skoro — nim została panią na dworze — spotkała swego lubego trzy, może cztery razy, oddała mu się raz jedyny w pewną pamiętną burzową noc, potem długo, długo nic, i nagle została porwana do Zaborowa. Odurzona miłością, zamieszkała z człowiekiem, o którym nie wiedziała kompletnie nic.

No tak. Gdy wyobrażała sobie Amrego, wydawał się osobnikiem łatwym w obsłudze: nie jadł, nie spał, nie oddychał, tylko malowniczo tłukł się na miecze, galopował całymi dniami przez stepy i knieje, ratując po drodze damy w opresji. A potem następował „The end” i nie było wyjaśnione, jak utrzymywać osobnika tego pokroju w codziennej egzystencji czy raczej: jak utrzymać siebie przy nim i nie zwariować.

I nawet nie chodziło o potencjalną konkurencję płci żeńskiej — Patrycja miała w pamięci pełne nienawiści „Trzymam się od was, zdradliwe żmije, z daleka”, śmiała więc wątpić, by Gabriel, nabrawszy ochoty na kobiety, nagle zaczął szaleć, choć pewnie niejedna chętnie poszalałaby z nim.

Gabriel — tak jak Amre — wyglądał zabójczo. Absolutnie oszałamiająco: niedogolony, w czarnej rozchełstanej koszuli, zakurzonych oficerkach i z nieodłączną szpicrutą w dłoni (którą nigdy nie potraktowałby ukochanych koników, ale przydawała mu męskości, oj przydawała…) wyglądał na nieposkromionego dzikusa. Wolnego, samotnego wilka. I nie tylko tak wyglądał. Tak się też, niestety, zachowywał: jakby nadal był wolnym, samotnym wilkiem, który nie przygarnął rok temu do stada wilczycy imieniem Patrycja, lecz jedynie jej psa i konia.

Leżała teraz, jak zwykle sama, wpatrując się oczyma pełnymi łez w sufit. Spodziewała się po Amrem, że będzie dziki — miała to jak w banku po przeczytaniu wszystkich Gabrielowych książek. Spodziewała się, że będzie niepokorny — pokornym zresztą by gardziła, bo sama miała silny charakter. Spodziewała się, że będzie chodził własnymi ścieżkami i znikał na całe dnie, nadal korzystając z wolności i swobody, jaką przez lata sobie wywalczył. No, owszem, spodziewała się tego wszystkiego, ale żeby aż tak?!!!

— Chodź na śniadanie!

— Piszę.

— Masz tu świeżą koszulę.

— Jutro.

— Pojedź ze mną na spacer.

— Cały dzień harowałem.

— Zostańmy w domu.

— Przejedźmy się.

Nie, on nie był złośliwy i wcale nie robił jej na przekór. On po prostu wybrał sobie przed laty, niczym rak pustelnik, domek ślimaka i nie zamierzał go przebudowywać tylko dlatego, że Patrycja wcisnęła do środka swoje serce (nic więcej nie weszło).

Przewróciła się na bok i westchnęła. Był pięknym mężczyzną. Niejedna we wsi i okolicy wodziła za hrabią Romockim łakomym, zalotnym czy wprost wyzywającym spojrzeniem. Te same oczy, patrząc na Patrycję, były pełne niechęci. Gdyby nie ona, miałyby hrabiego dla siebie. Więc może by tak wygryźć warszawiankę z Zaborowa? Kury wytruć… — Nie, kury należą do pięknego Gabriela, poza tym jeszcze kto wymyśli, że na ptasią grypę, a nie na trutkę pozdychały, i zacznie się chryja w telewizji i drób każą wytłuc w trzech powiatach… Nie, tę dziwaczkę, co gania w wianku po łąkach, konno podjeżdża pod sklep i psy na smyczy prowadza, trzeba wyeksmitować bardziej subtelnie. Za pomocą tego, co w wielkim świecie nazywają ostracyzmem.

I znów, jak za dobrych poczekajkowych czasów, czuła biedna Patrycja nieprzyjazne spojrzenia, słyszała szepty, które cichły, gdy przechodziła, Sklepikowa czasem jej nie zauważała, obsługując kogoś poza kolejnością, a listonosz nie zawsze trafiał listem w skrzynkę. Takie tam drobiazgi — no ale przecież nie będzie się skarżyła Gabrielowi, że jej ktoś dokuczył! Wyśmieje ją, gdy się dowie, że sąsiadka nie odpowiedziała jej na „dzień dobry”.

Patrycja westchnęła raz jeszcze, po czym wstała i wyszła na ganek.

Noc pochylała się nad nią w całej okazałości, gwiazdy, rozsypane hojną ręką na niebie i księżyc w pełni oszałamiały pięknem. W krzaku jaśminu, który tracił ostatnie liście, zanucił coś pod nosem kos czy może drozd? Słowiki o tej porze już za morzem zimowały… Otuliła się kapą tak szczelnie, że wystawały tylko jej zwilgotniałe oczy.

Najbardziej przerażała w Gabrielu mroczna część jego natury, którą czasami ukazywał. Oczywiście nie śmiał podnieść na Patrycję ręki — za to zapłaciłby życiem — ale na przykład zabierał ze sobą na owe dziwne całotygodniowe eskapady… broń.

Gdy po raz pierwszy ujrzała, jak wychodzi z piwnicy, niosąc podejrzany futerał, zapytała z czystej niewinnej ciekawości:

— Co to? Flet poprzeczny? Będziesz na nim konikom przygrywał?

 

Rzucił jej takie spojrzenie, że umilkła, i ruszył do samochodu. Złapała go za rękaw.

— Co to jest? Mam prawo wiedzieć, co trzymasz w domu.

Znów to spojrzenie: mroczne i złe.

— Na pewno chcesz wiedzieć?

Otworzył pokrywę, a Patrycja aż się cofnęła. W środku, na granatowym aksamicie spoczywał…

— Karabin snajperski, jakbyś pytała — rzekł uprzejmie. — Blaser R 93 Royal.

— P-po co ci on? — wyjąkała, patrząc na broń z mieszaniną ekscytacji i przerażenia. — Przecież nie polujesz.

— Czasem muszę dobić śmiertelnie rannego konia. — Zamknął futerał z trzaskiem, ucinając tym dyskusję.

— I po to ta luneta? Z odległości pół metra nie trafisz?

Uciszył ją tym samym wzrokiem, którym na pewno nie patrzył na śmiertelnie ranne konie. Tym samym, którym żegnał ją dziś w nocy. Wzdrygnęła się.

Teraz już wiedziała, jakim cudem rok temu trafił szarżującego bizona między oczy. To nie był żaden cud. Gabriel umiał strzelać. I umiał zabijać. Szczególnie wzrokiem…

Cóż… Chciałaś Amrego — to go masz (gdzieś na trasie Wyszków — Warszawa). Jest twój, choć zamiast miecza ma snajperkę. Twój wymarzony Amre, który mógł mieć każdą, a wybrał ciebie.

„Mogłem mieć każdą, a wybrałem ciebie” — wróciły echem słowa pewnej rozmowy. Zmarszczyła brwi, by przypomnieć sobie… I nagle ciarki przebiegły jej po plecach. To Łukasz tak kiedyś powiedział. A właśnie: ciekawe, co porabia Łukasz? Czy urok rzucony przez Dziadka działa? Zaśmiała się cicho, żeby nie budzić psów sąsiada. Dziadek Aureliusz… Poczekajka…

Zatęskniła nagle za Chatką.

W porównaniu z Dworkiem Rządcy była niczym, a jednak Patrycja tęskniła do niej całym sercem i całą zbolałą duszą. Czuła się jak wyrwane z zielonego lasu drzewo, przesadzone do za ciasnej doniczki: umierała powoli, zanikała, więdła, utraciwszy swoje miejsce na ziemi.

Tam, w Chatce, miała swój pokoik na poddaszu: „Tu, o tutaj jest cienka czerwona linia, ja mam pokój, zwierzaki, kuchnię i sień!”, miała swoją Pandę-psa, która teraz oddała serce Gabrielowi, miała popieprzoną krowę, wtranżalającą telefony komórkowe, i narowistą klacz. Teraz nawet klacz zrobiła się taka… nudna.

Patrycja aż zakryła dłonią usta, żeby nie krzyknąć. Nudna?! A więc to cię dręczy, moja droga?! Znudziło ci się już życie u boku ukochanego, wymarzonego, wymodlonego Czarnego Księcia? Zaledwie po roku ci się znudziło?!

No, żeby nie skłamać, to jakby wykreślić dni, w których Gabriel przepadał, bo „go nosiło”, i te noce, które spędzali w oddzielnych sypialniach, bo a to on się obraził, a to ona, z tego roku zostałby może jeden miesiąc… może dwa…

Patrycja nigdy nie była pewna, czy schodząc na śniadanie, zastanie swego… hmm, właściwie kogo: kochanka? prawie-męża? żonatego-narzeczonego?… czy więc zastanie swego partnera w domu, czy gdzieś, gdzie komórka nie odpowiada, bo albo nie ma zasięgu, albo po prostu ją wyłączył.

Nigdy nie była też pewna, czy wracając z którejś ze swoich eskapad, nie ujmie jej za ramiona i nie powie, patrząc poważnie w rozszerzone strachem oczy:

— Wybacz, Patrycjo, ale jutro wprowadza się tutaj nowa Patrycja, z którą cię jeszcze nie zdradziłem, bo wiesz: przysięga, ale zrobię to, gdy tylko spakujesz walizki. Będę cię miło wspominał.

Kurde! Ona nie tego chciała! Chciała być pewna swego mężczyzny, chciała zasypiać u jego boku i być budzona pocałunkiem, a nie trelem przeklętej komórki! A Gabriel był nieobliczalny. Do tej pory wolny jak wiatr, zamierzał tę wolność zatrzymać.

— Nie chcę cię niewolić. Chcę cię jedynie przy sobie mieć — szepnęła w noc.

No pięknie, ich związek chylił się ku końcowi, zanim się na dobre zaczął. Patrycja objęła kolana ramionami i skuliła się pod kapą, aż nagle poderwała się na równe nogi.

Dosyć tego, dzwoni do Bereniki!

— Zabiję — usłyszała zaspany głos czarownicy. — Jeśli to nie narodziny lub śmierć, zabiję!

— Gorzej, Bereniko — odparła Patrycja najsmutniejszym tonem, na jaki mogła się zdobyć, nie zalewając się natychmiast łzami. — Mój związek z Gabrielem się sypie. — I zalała się łzami.

— Teraz? O czwartej rano? — wywarczała tamta.

— Nie. W ogóle.

— To nie zawracaj mi dupy — rzuciła czarownica i się rozłączyła.

Patrycja patrzyła na ciemniejący wyświetlacz, po raz drugi tego dnia nie wierząc własnym oczom. Berenika także?! Odwróciła się od niej?!

Oparła czoło o obolałe kolano i rozpłakała się żałośnie. Wtem ktoś delikatnie dotknął jej włosów. Spragniona tego dotyku, już chciała się poderwać, rzucić Gabrielowi w ramiona i — wyznając miłość — wszystko mu wybaczyć, gdy ten ktoś ciepłym językiem przeciągnął po jej policzku. To była Panda-pies, nie Gabriel.

Wnerwiający dźwięk wwiercał się Patrycji w uszy już o świcie. Dzwonek komórki, nastawionej na ptasi trel — oby zdechł. Usiłowała zignorować i trel, i komórkę, i świt, ale się nie dało. Po czwartej próbie, gdy przeklinała już wszystko, co lata i dzwoni na całym bożym świecie, poddała się i sięgnęła po telefon.

— Jak się masz, księżniczko?! — usłyszała głos ukochanego.

— Eglemn namn gla — wymamrotała.

— Ej, to chyba nie uroczna nalewka? — zawiesił głos i zaśmiał się.

No tak, nalewka. Faktycznie, warzyła w nocy miłosną nalewkę, tylko jej lubczyku zabrakło. Dworek Rządcy nie miał przecież chwaszczaka. Z rozpaczy postanowiła więc sprawdzić, czy bez lubczyku też zadziała i…

— Cssso? — Nie dosłyszała ostatniego zdania, wspominając z nostalgią degustację nalewki.

— Mam dla ciebie niespodziankę.

— …

— Nie jesteś ciekawa, co to za niespodzianka?

Byłabym jak cholera, tylko nie o tej porze i nie tak skacowana.

— Cóż, dowiesz się wieczorem, gdy wrócę — rzucił tylko i rozłączył się, nim zdążyła zaprotestować.

No tak traktować to się nie pozwoli!

Chwyciła za telefon.

Zadzwonił jej w ręku.

— Słuchaj, mój miły, jeżeli jeszcze raz rozłączysz się…

— Dlaczego mówisz do mnie „mój miły”? — usłyszała zdziwiony głos Bereniki. — Czy ja mam do ciebie gołębie pocztowe wysyłać? — Czarownica nie czekała na odpowiedź. — Dzwonię i dzwonię od rana. Po kiego wymyślili telefony komórkowe?!

— Zaraz, zaraz — przerwała ten słowotok Patrycja — ty jako jedna ze znakomitszych polskich wiedźm…

— …powinnam ot tak, na pstryknięcie, telepatycznie się z tobą porozumieć albo osobiście za pomocą teleportacji na sabat cię zaprosić. To chciałaś powiedzieć, żmijko?

— No właśnie — zaśmiała się Patrycja. — I wiem, co na to odpowiesz, bo jestem geniuszem telepatii: „Harrych Potterów się za dużo naczyta…”. Coś ty powiedziała?! Na sabat?!

— No, wreszcie… — westchnęła Berenika. — Moja arcyinteligentna protegowana zatrybiła.

— Ogłosiłyście sabat?! Zbiera się Krąg?!

— Patrycjo pół-Marynowska, pół-Romocka, czy ciebie upośledziło w tym Zaborowie? Chyba wyślę ci nietoperza z oficjalnym zawiadomieniem wyrytym na skrzydle.

— To niehumanitarne! — oburzyła się dziewczyna.

— I tylko w bajkach — zgodziła się czarownica. — Odeszła Julia…

— Jak to: odeszła?

— Nieważne. Przyjmujemy kogoś na jej miejsce. Myślę, że będziesz zaskoczona.

— Zaskoczona? — powtórzyła za nią Patrycja. — Że przyjmujecie tego kogoś? A więc będzie to facet?

Berenika tylko zachichotała.

— Facet?! No to już mnie zaskoczyłaś.

Berenika zachichotała jeszcze głośniej, właściwie to zaśmiała się szczerze, z całego serca.

— W takim razie nie znasz moich zdolności do zaskakiwania bliźnich. Zapraszam w najbliższą sobotę. Tym razem sama trafisz, co?

I nie czekając na odpowiedź, przerwała połączenie.

— Łał, ale będzie się działo, co, Nesiu?! — Patrycja pogłaskała sukę po głowie, na co ta odpowiedziała typowo psim wybuchem uczuć. — Przyjmujemy do Kręgu wiedźmina. Muszę poczytać Sapkowskiego. Dawno nie miałam go w ręku… Ale najpierw… matko! Która to godzina?! Cholera, autobus mi uciekł. Spóźnię się pierwszego dnia…

Najdroższy Amre

Pisanie listów tak weszło Patrycji w nawyk, że mimo zmaterializowania się ukochanego pisała je nadal — teraz w ślicznym zeszycie, wciąż jednak wyobrażając sobie, że czyta te słowa nieistniejący, nieuchwytny jak cień Czarny Książę. Właściwie to Czarny Książę, którym okazał się Gabriel, był równie nieuchwytny i rzadko osiągalny jak Amre…

Byłam dzisiaj pierwszy dzień na praktykach w zoo. Wiem, wiem, to trochę dziwne, że z taką szkołą przetrwania, jaką miałam w Zamościu, tutaj mogę ubiegać się jedynie o stanowisko (bezpłatne) praktykantki, ale niestety, etaty są obsadzone od lat i nie przewiduje się dodatkowych, a ja przecież nie mogę żyć bez zoo. Nie mogłam. Do dzisiaj. Jak już wspomniałam, byłam dzisiaj pierwszy i ostatni dzień na praktykach w warszawskim zoo. Na dobry początek zaszczepiłam parę setek królików na myksomatozę (ta taka królicza cholera), potem zbadałam z doktorem Janiszewskim kangura — jak zwykle z odległości paru metrów — jak mu się goi skaleczona noga. Goiłaby się lepiej, gdyby nie rozwalał jej sobie podczas codziennego badania — widać jeszcze nie przywykł. A potem… No właśnie. Potem dostałam zawodowego zawału serca.

Jak pamiętasz hierarchia mojego zoo wyglądała tak, że na samym szczycie był Dyrektor, potem Plama, to jest kierownik hodowli, potem byli kierownicy poszczególnych działów, potem pielęgniarze i pracownicy, a na końcu Kudłaty. Ja orbitowałam — w zależności od tego, komu się akurat stawiałam — między piętrem pierwszym, drugim a trzecim. Przez myśl mi nie przeszło, że w Warszawie, moim rodzinnym mieście, lekarz weterynarii, który głową odpowiada za życie i zdrowie paru tysięcy zwierząt, w tym kilku ginących gatunków, w ogrodowej hierarchii jest… po Kudłatym.