Nie wywołuj wilka z lasu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

– Widzisz to? – Nikodem podstawił jej pod nos swojego smartfona.

Alicja zamrugała i odsunęła telefon na taką odległość, żeby mogła cokolwiek przeczytać.

„Wiem, co zrobiliście. Spotkajmy się dziś o ósmej wieczorem przy kamieniu nieszczęścia. Może się dogadamy”.

Siedzieli, jak to w piątek, w kozie. Czyli w bibliotece. Liczba książek, które ułożyli w ostatnim czasie w ramach kary – zero. Liczba napomnień, jakich udzieliła im bibliotekarka: 9 843 456 789. W zaokrągleniu. Liczba podejrzliwych spojrzeń, które im rzuciła: 23 865 438 987. Też w zaokrągleniu.

– Co to jest ten kamień nieszczęścia? – Alicja zmarszczyła brwi.

Nikodem przewrócił oczami.

Chyba już mu przeszło, bo rano na jej widok nie raczył nawet przewrócić oczami. Tego dnia zresztą trwał jeden wielki festiwal wzajemnych uników. Nie dotyczyło to zresztą tylko Nikodema. To samo było z Borysem. I Nataszą, z którą przecież siedziała w jednej ławce. O Oldze nawet nie wspominała, bo w schodzeniu sobie z drogi osiągnęły mistrzostwo. Najszybciej przeszło Nikodemowi. I to tylko dlatego, że nie mieli wyjścia. Byli na siebie skazani. Teraz już dwiema tajemnicami: przysięgą i tym, co robili, gdy byli nią związani. A do tego zaliczały się wizyty u Tobiasza i SMS-y, które dostawał Nikodem.

– Co to jest kamień nieszczęścia? Tylko tyle cię w tej chwili interesuje? – żachnął się Nikodem.

– Nie, jeszcze bardziej interesuje mnie, kto to może być – mruknęła Alicja, rysując jakieś esy-floresy palcem po stole.

Nikodem wzniósł oczy ku niebu.

– Nie wydaje ci się, że najlepiej byłoby po prostu pójść i sprawdzić?

– Nie wydaje ci się, że może to być mało bezpieczne?

– To siedź w domu!

– Jestem za ciebie odpowiedzialna, tak jak ty za mnie, więc nie radzę ci robić niczego na własną rękę – powiedziała poważnie, nie spuszczając z niego wzroku.

Dobrygin nie wyglądał na przekonanego, ale musiał sobie zdawać sprawę z tego, że Alicja ma rację. Ona też spuściła z tonu.

– Gdzie dokładnie mamy się spotkać? Gdzie jest ten kamień… czego?

– Nieszczęścia – dopowiedział chłopak. – To kamień, który przynosi nieszczęście – wyjaśnił, gdy dostrzegł zdziwienie Alicji. – Pochodzi najprawdopodobniej z początków miasteczka. Może nawet był jednym z pierwszych, które pojawiły się jako fundamenty któregoś z budynków. Mówiono, że przynosi pecha. Że każdego, kto się o niego potknął, spotykało jakieś nieszczęście. A każdy, kto spróbował użyć go do budowy, ginął w przedziwnych okolicznościach. W końcu ktoś się zorientował, że coś jest nie tak, i wywiózł go do lasu, żeby nikomu już nic nie zrobił.

– I co?

– I nic. – Nikodem wzruszył ramionami. – Nadal tam jest. I na bank jest przepełniony złą mocą. Może to sprawka Welesa mściciela… Za to, że dogadywano się za jego plecami z diabłem.

Alicja milczała. Wyglądała na bardzo skupioną.

– Gdzie jest ten kamień?

– Po drugiej stronie rzeki. Czyli po drugiej stronie miejsca, gdzie… no, wiesz.

Wiedziała. Trudno było nie pamiętać o wieczorze, kiedy składali przysięgę.

– Czyli będziemy na zupełnym odludziu? – upewniła się. – Widzisz? Ten ktoś dobrze wie, co robi. Jeśli na dodatek wie, jak użyć mocy kamienia i wody, to jesteśmy w dupie.

Nikodem popatrzył na nią oszołomiony.

– Skąd wiesz, że to będzie jakaś magiczna istota?

– Nie wiem. – Alicja wzruszyła ramionami. – Ale to też trzeba brać pod uwagę. No ty, oczywiście, nie brałeś – prychnęła.

Dobrygin zamyślił się.

– Może to Eliza – powiedziała Alicja bez przekonania.

– Eliza jest głupia i ma za architekta jeszcze głupszego Borysa. Sorry, bez urazy. – Uniósł rękę w obronnym geście. Dziewczyna próbowała doszukać się w tonie jego głosu ironii, ale, o dziwo, nic takiego nie zauważyła. – Nie sądzę, żeby była aż tak dobrze zorganizowana. Co innego wysyłać SMS-y do Kardashianek, a co innego szantaż.

Alicja pokiwała głową. Fakt. Miał rację.

Nikodem drgnął nagle. Wyjął telefon, który zawibrował.

– Dostałem maila od Rycerzy Rogatego Pana. – Podniósł wzrok znad smartfona.

Alicja zamarła. Że co? Że od kogo? Zupełnie zapomniała, że do nich pisali.

– Czytaj! – ponagliła Nikodema, który znowu wpatrywał się w telefon.

Uśmiechnął się. Nie wiadomo, czy do treści wiadomości, czy do koleżanki.

– „Drogi Andrzeju…”

No tak. Andrzej. Alter ego Nikodema w sieci…

– „…z przyjemnością przyjęliśmy twoje zgłoszenie. Cieszymy się, że chcesz powiększyć grono Rycerzy Rogatego Pana. Zapraszamy cię na spotkanie z przedstawicielem naszego Zakonu z okręgu, w którym mieszkasz. Spotkajmy się w piątek o dwudziestej przy…”

Nikodem spojrzał na Alicję. Ta zmarszczyła brwi, nic nie rozumiejąc.

– „…kamieniu nieszczęścia. Jako kandydat na Rycerza Rogatego Pana na pewno wiesz, gdzie to jest. Z pozdrowieniami. Wierni Rogatemu Panu”.

Gapili się na siebie oboje wielkimi oczyma.

– Przedziwny zbieg okoliczności, nieprawdaż? – zdumiała się Alicja.

– Czy myślisz o tym samym, co ja? – Nikodem przesadnie zmarszczył czoło i wydął wargi.

– Że mamy do czynienia z jedną i tą samą osobą? – Równie mocno zmarszczyła się Alicja. – Więc… idziemy?

– No raczej.

– Nie boisz się?

Nikodem uniósł brwi.

– OK. Nie było pytania.


Alicja długo wpatrywała się w wyświetlacz dzwoniącego telefonu i walczyła sama ze sobą. Nie wiedziała, czy ma odebrać, czy przeczekać siódmy już sygnał. Zaraz włączy się poczta…

– Cześć, Borys – odebrała w końcu.

– Cześć. Myślałem…

– Nie, nic mnie nie zjadło, jeśli o to pytasz…

Chłopak się zaśmiał.

Alicja poczuła, że robi się jej gorąco. Nie powinna była odbierać. Nie powinna była…

– Alicja?

– Słucham? – Coraz mocniej ściskała telefon.

– Wszystko w porządku?

– Nie lubię tego pytania, Borys…

– Wiem, przepraszam.

Alicja zerknęła na żółtą karteczkę zostawioną na kuchennym blacie. Obiecała sobie, że będzie używać takich karteczek tylko wtedy, kiedy dostanie alzheimera.

Aha.

Ciotka znów wybywa na noc.

To już chyba lekka przesada.

Najpierw jej nie odstępuje na krok, niemal odprowadza pod klasę i wciska niejadalne kanapki, a tu nagle drugi raz z rzędu zostawia jak gdyby nigdy nic na całą noc. I nawet nie każe zamykać drzwi? Widać ona i Wiktor przeżywają drugą młodość. A w ich wieku to może i trzecią…

Borys nie mówił nic konkretnego, ale Alicji przyjemnie się go słuchało. Nieważne, co opowiadał…

To pewnie dlatego Wiktor ostatnio zaczął się ubierać jakoś bardziej normalnie. Odstawił koszulki polo i przerzucił się na T-shirty, co sprawiło, że nawet Kardashianki zaczęły nieco uważać na historii. Na niego, nie na przedmiot, rzecz jasna. Widocznie noce z ciotką dobrze mu robią. A jej? Czy coś się zmieniło w ostatnim czasie? Może mniej zrzędzi…

Dopisek na karteluszku informował, że Alicja może zamówić pizzę na obiad. Obok leżało kilka banknotów, które mogłyby zapewnić jej pizzę do końca przyszłego tygodnia. Dziwne… Czyżby ciotka nie zamierzała wracać na noc przez kolejny tydzień?

Alicja otworzyła lodówkę i wygrzebała paluszki serowe. Wciąż przyciskając telefon do ucha, zaczęła je powoli żuć.

Borys właśnie opowiadał jakieś mało istotne szczegóły z życia strzygonia architekta. Guzik ją obchodziło, co Eliza jadła na śniadanie i dlaczego nie ludzką krew, ale było coś w jego głosie, co nie pozwalało jej się rozłączyć. Zaczęła przechadzać się po korytarzu. Borys przynudzał, ale nie wiedzieć czemu z przyjemnością słuchała jego głosu. W międzyczasie zajrzała do łazienki i podzieliła brudne ubrania na dwie kupki: do prania i można założyć. A potem weszła do biblioteki. W zasadzie nigdy dobrze nie przyjrzała się temu, co ciotka miała na półkach. Sięgnęła po pierwszą książkę z brzegu. Hodowla bydła rogatego. Serio? Nagle z książki coś wypadło. Alicja przykucnęła i podniosła zdjęcie. Widniały na nim dwie skądinąd znajome osoby. Musiało być zrobione dawno, bo dziś raczej nie dałoby się spotkać ich w takiej konfiguracji.

Tatiana i Dymitri.

Alicja zamarła.

– Borys? Muszę kończyć! – I rozłączyła się, zanim usłyszała jego odpowiedź.

Przykucnęła i zbliżyła fotkę do oczu, jakby chciała się upewnić, czy naprawdę widzi to, co widzi. Nie pomyliła się. Bez wątpienia ciotka. I Dymitri. W ewidentnie niedwuznacznej pozie. Wszystko wskazywało na to, że zdjęcie było zrobione w czasach, kiedy Tatiana udawała przed tym facetem, że świata poza nim nie widzi. W zasadzie wyglądała tak samo. Miała może odrobinę dłuższe włosy. Za to Dymitri… Wyglądał… tak normalnie. Jakby nie przegryzał na co dzień ludziom gardeł. I sprawiał wrażenie… szczęśliwego? Alicja długo wpatrywała się w jego uśmiechniętą twarz. Ust nie rozciągał mu ironiczny ani złośliwy uśmiech, który tak dobrze znała, a czoło nie marszczyło się nad nienawistnie patrzącymi oczami zwężonymi w dwie szparki. On chyba musiał być naprawdę w niej zakochany, pomyślała. Dlaczego ciotka wciąż trzymała to zdjęcie? I to w tej głupiej książce… Z drugiej strony Tatiana raczej nie wyglądała na taką, co czyta do poduszki o hodowli bydła rogatego, więc pewnie włożyła je tu kiedyś na chybił trafił i zapomniała.

Alicja nie mogła oderwać wzroku od fotografii. To było takie nieprawdopodobne, widzieć ciotkę i Dymitriego razem, i to w takiej pozie… Na myśl, że Tatiana i Dymitri też raczej nie grali w scrabble nocami, zrobiło jej się słabo.

 

Nagle komórka zawibrowała jej w kieszeni jeansów.

Jeśli to znów Borys…

Ale to nie był Borys.

– Czy ty zamierzasz dzisiaj zejść, czy nie? – ryknął Nikodem.

Alicja zerknęła na zegarek. Była siódma. Nie zauważyła, że zrobiło się tak późno i czas wychodzić na spotkanie z kimś, kto na pewno nie ma dobrych zamiarów.

– Już idę – mruknęła i wyłączyła telefon.

Popatrzyła jeszcze raz na zdjęcie.

Zawahała się i odłożyła je na miejsce.

Książkę postawiła jednak niżej, na środkowej półce, i to od brzegu.

Tak na wszelki wypadek.

– Dłużej się nie dało? – warknął Dobrygin, kiedy wreszcie pojawiła się na dole. Musiała jeszcze pozamykać drzwi i okna formułą blokującą dostęp, co też chwilę trwało. Nie mogła jednak dopuścić, żeby pod jej nieobecność coś wlazło do domu. Nie umiałaby chyba wytłumaczyć tego ciotce.

– Dało. Ale zdaje się, że ci się spieszy?

Zauważyła, że kiedy wychodzą razem, ubierają się podobnie. W czarne jeansy i bluzy. Czy ta przysięga działa też na preferencje dotyczące garderoby? Czy po prostu tak jest praktyczniej i bezpieczniej, kiedy łazi się po ciemku po lesie albo cmentarzu?

– Idziemy?

Nikodem przewrócił oczami.

– W takim tempie to na miejscu możemy spodziewać się co najwyżej wielkiego nic.

Alicja wlokła się obok chłopaka, który uparł się milczeć. A ona miała akurat dużo do powiedzenia, bo wątpliwości, które jej nie opuszczały, zaczynały przybierać na sile. Bała się. Tylko to było jasne i oczywiste. I Nikodem też się bał, nawet jeśli o tym nie mówił. Czuła jego strach. I czuła, jak się wzmaga.

Szli znaną jej już leśną drogą, która ostatnim razem doprowadziła ich do rzeki, nad której brzegiem odbył się rytuał. Tym razem jednak musieli znaleźć się po drugiej stronie. Nikodem skręcił nagle, a Alicja, która się zagapiła, potknęła się o jakiś wystający korzeń i upadła prosto w wilgotny mech.

Dobrygin przystanął.

– Serio? Zamierzasz się zabić, zanim dojdziemy? Czy ta przysięga obejmuje ochranianie współprzysięgających przed nimi samymi?

Alicja podniosła się i otrzepała. Nawet nie miała zamiaru ripostować. Wiedziała, że jest przerażony, tak samo zresztą jak ona, dlatego próbuje robić dobrą minę do złej gry i przykryć strach złośliwością.

Wchodzili coraz głębiej w las. Nikodem lawirował między drzewami, które wyglądały dokładnie tak samo, i skręcał w ścieżki, które w ciemności były identyczne i zdawały się nie mieć końca. Dziewczynie brakowało już tchu. Miała wrażenie, że idą już kilka godzin, a nie kilkanaście minut. Nagle usłyszała dobrze znany szmer i poczuła ostrą woń mułu. Zbliżali się do rzeki. Serce podeszło jej do gardła. Co ich tutaj czeka? A raczej kto? I czy wyjdą z tego żywi?

Brzeg rzeki wyglądał jak odbicie lustrzane tego, na którym przysięgali na Trzy Księżyce. Tyle że tam nie leżał duży, obły i omszały kamień. Kamień nieszczęścia.

Alicja zrobiła krok naprzód.

– Nie… – szepnął Nikodem i przytrzymał ją za rękaw. – Zaczekamy.

Bała się spojrzeć na zegarek, ale zakładała, że musiało być przed ósmą. Szli, zdaje się trochę, ponad pół godziny, co oznaczało, że są bardzo daleko od miasteczka. W samym środku lasu. Jeśli coś im się stanie, nikt ich nie znajdzie…

Alicja zagryzła wargę, żeby powstrzymać szczękające zęby. Było jej zimno. I straszno. Co teraz? Będą czekać, aż ktoś się pojawi? Czy ten ktoś będzie czekał, aż oni się ujawnią? Minuty mijały wolno. Za wolno. Dziewczynie zaschło już w gardle. Nikodem raz po raz przełykał. Alicja czuła, jak z każdym ruchem sekundowej wskazówki zegarka uderza jej serce. Wreszcie wybiła ósma.

Spojrzała na swojego towarzysza z niecierpliwością.

Ale ten ani drgnął.

Czekał.

Poruszał przy tym nozdrzami jak węszący pies.

A właściwie wilk.

– Chyba czas zacząć zabawę… – powiedział.

I pierwszy wyszedł z lasu na otwartą przestrzeń.

Alicja ruszyła za nim.

Zanim dotarli do kamienia nieszczęścia, minęło kilka sekund.

A może kilka godzin. Bo tak długa wydawała się Alicji ta droga.

Nikodem stanął przed kamieniem.

Dziewczyna poczuła wibracje. I nie był to raczej jej telefon, który przecież wyłączyła… Poczuła się nieswojo i podrapała się po karku. Mogła się jedynie domyślać, że była to emanacja kamienia. Bez dwóch zdań wypełniała go energia. Tylko jaka? I jak zostanie wykorzystana przez kogoś, kto wie, jak jej użyć. Zaraz…

– Przesuń się! – syknęła do Nikodema. Rozejrzała się wokół siebie i chwyciła za jakiś mokry badyl. A potem szybko obrysowała siebie i swojego towarzysza. Stali w kręgu.

– Sprytnie – mruknął z uznaniem Nikodem. – Bardzo sprytnie.

– Choćby nie wiem co się działo, nie wychodź poza krąg. – Alicja odrzuciła patyk za siebie. – Jeśli wyjdziesz, nie będą mogła ci już pomóc.

Chłopak skinął głową.

Alicja wzięła głęboki oddech. Dopiero teraz poczuła się trochę bezpieczniej. Ale tylko trochę. Skąd mogła wiedzieć, czy ten ktoś, kto zaraz się zjawi, nie będzie w stanie przerwać czarciego kręgu?

Nikodem zaczął coraz szybciej poruszać nozdrzami. Alicja patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Dobrygin przymknął oczy i pokiwał głową. W tym samym momencie rozległ się szelest.

Ktoś się zbliżał.

Przełknęła ślinę.

A więc to już?

Krzaki przed nimi zaczęły się poruszać.

Chrzęst nadeptywanych gałęzi był coraz bardziej niepokojący.

I coraz głośniejszy.

Alicja wstrzymała oddech na widok ciemnej sylwetki wyłaniającej się z równie ciemnego gąszczu.

Z lasu wyszedł Wiktor.

– No bez jaj… – Nikodem aż otworzył usta ze zdziwienia.

Alicja zrobiła dokładnie to samo.

Nauczyciel zbliżył się do kamienia i cała trójka znalazła się w zasięgu mdłego światła księżyca.

– Wiktor? – Alicja zmrużyła oczy, jakby nie była pewna, czy to, co widzi, dzieje się naprawdę. Nawet nie zmienił T-shirtu, który miał na sobie dziś w szkole…

– Co, do… Czy to jest jakiś żart? – syknął Nikodem. – To ty pisałeś te wszystkie SMS-y? Że co niby wiesz, hm? Że co niby zrobiliśmy? – Jego głos zaczął niebezpiecznie przechodzić w zwierzęcy pomruk.

Wiktor uśmiechnął się lekko.

– No jesteście tutaj, więc chyba wszystko jasne, prawda?

Alicja zaniemówiła. Wiktor? Serio? Wiktor??? To znaczy, że nie jest z ciotką?

– Porozmawiajmy… – zaczął historyk, rozkładając ręce jak ksiądz podczas mszy.

– Nie mamy o czym, wale! – warknął Nikodem. – Nie mogłeś nas spytać po lekcjach? Musiałeś nas ciągać po lesie. Jesteś psychiczny! Powinieneś się leczyć, a nie uczyć w szkole!

Alicja była wdzięczna, że Nikodem podjął się rozmowy z Wiktorem, bo ona sama była jeszcze w szoku. Wiktor? Naprawdę???

– Nikodem… – zaczął Wiktor, zupełnie ignorując inwektywy, którymi na koniec obrzucił go, jak by nie patrzeć, jego własny uczeń. – Chcemy tylko porozmawiać…

– My??? – wyrwało się Alicji.

Zza pleców Wiktora wyłoniła się jakaś postać.

– Tak, my.

– Adaszew… – szepnęła Alicja.

– No i kogo my tu mamy… – Komisarz stanął obok Wiktora i włożył ręce do kieszeni płaszcza. – Guślnica i wilkodlak… Jak miło. – Uśmiechnął się szeroko.

Alicja struchlała. Czyli on wie…

– Czy to jest przesłuchanie? – spytała, ale chyba jedynie po to, żeby zyskać na czasie. – Bo jeśli tak…

– Wiem, wiem, nie wolno was przesłuchać bez obecności osoby dorosłej – zakpił policjant, nie przestając się uśmiechać. – Ale tak się akurat składa, że mamy tu pana Szkutnika. – Pokazał na nauczyciela. – I on jest, zdaje się, pełnoletni.

Wiktor zaśmiał się nerwowo.

– Powiedzieliśmy już wszystko. – Głos Alicji drżał, chociaż za wszelką cenę starała się być opanowana. – Nie mamy nic wspólnego ze śmiercią Elizy. Ani tym bardziej Malca…

Adaszew się skrzywił.

– Powiedzmy, że wam wierzę. Ale nie w tym rzecz… Rzecz w tym, że możecie mi się na coś przydać, więc możemy się dogadać…

– Ty sukinsynu! – warknął Nikodem, wychylając się niebezpiecznie poza granice kręgu. Alicja wyciągnęła rękę, zagradzając mu drogę. Na wypadek gdyby go poniosło…

– Spokojnie, po co te nerwy? – odezwał się nagle historyk, jakby był na spotkaniu kółka biblijnego i dyskutowano właśnie o kolorze brody Jezusa. – Nie musisz się tak unosić – zwrócił się do Nikodema, którego nie tylko to wcale nie uspokoiło, ale jeszcze bardziej rozjuszyło. – Nie mamy złych zamiarów. Po prostu pozwólcie nam wykonywać naszą pracę.

– Że co? – Chłopak się skrzywił, przechylając głowę tak, jakby nie dosłyszał. – Na razie widzę przed sobą nauczyciela, wyjątkowo nie w polówce z postawionym kołnierzem, i komendanta, pożal się Boże, policji, który otwierał trumnę z martwą dziewczyną. I my mamy wam pozwolić wykonywać waszą pracę?! Pogięło cię???

Wiktor uśmiechnął się tajemniczo.

– To nie tak, jak myślisz, Nikodem…

– Błagam, oszczędź mi tego, dobra? – Dobrygin przewrócił oczami. – Jaką znowu pracę? Piszesz artykuł do szkolnej gazetki? Przygotowujesz akademię? Inscenizację bitwy pod Grunwaldem?

– Jestem łowcą burz – powiedział Wiktor, a Alicja mogłaby przysiąc, że wyprostował się bardziej, jakby to oświadczenie, które nie mówiło jej absolutnie nic, miało rangę przyznania się do bycia jedyną osobą na świecie, która potrafi otworzyć opakowanie leków nie od strony ulotki.

– Że kim? – Tym razem to zdziwiony głos Alicji przerwał ciszę, która właśnie zapadła.

Zerknęła na swojego towarzysza, ale ten stał sztywno, jakby trafił go właśnie piorun.

– Nikodem… – zaczęła ostrożnie.

Chłopak zmarszczył czoło.

Milczał.

A potem wybuchnął głośnym śmiechem.

– No bez jaj! – Uderzył dłońmi o kolana. – Serio?

Wiktor patrzył na niego zmieszany. Adaszew wyglądał na zniesmaczonego.

– Nikodem… – powtórzyła cicho Alicja. – O czym on mówi?

Dobrygin łapał powietrze, nie przestając zanosić się śmiechem.

– To coś w stylu Nieustraszonych braci Grimm – wydusił w końcu. – Łapiecie paranormalne istoty? W siatkę czy jak? Masz przy sobie wodę święconą? I czosnek?

Alicja zmarszczyła brwi. No bez jaj… Czy Wiktor naprawdę oszalał?

– Nie – wycedził nauczyciel przez zęby. – Badamy takie zjawiska i opisujemy. I traktujemy bardzo poważnie to, co robimy, Nikodem, więc ja bym na twoim miejscu nie był taki ironiczny.

Chłopak nie mógł jednak przestać się śmiać. Alicja też miała ochotę parsknąć śmiechem, ale widok Wiktora, co prawda ubranego w czarny T-shirt zamiast zwyczajowej ohydnej polówki, ale wygadującego niewyobrażalne bzdury tak pewnym głosem, bardziej ją w tej chwili przerażał, niż bawił. Ponieważ Nikodem rechotał bez opamiętania, wybrała starą jak świat metodę uspokojenia człowieka, który zaraz umrze ze śmiechu, i wbiła mu łokieć pod żebro, co przyniosło natychmiastowy skutek. Nikodem odchrząknął i przybrał poważny wyraz twarzy, ale Alicja był pewna, że w środku wciąż skręca się ze śmiechu.

– No dobrze… – powiedział w końcu, przygryzając wargi, żeby znów nie wybuchnąć śmiechem. – A więc jesteś łowcą burz…

– Właściwie to jesteśmy… – Wiktor spojrzał na Adaszewa, który akurat oglądał czubki własnych butów.

– Mów za siebie… – mruknął komendant.

Historyk zmarszczył brwi, ale Nikodem był szybszy. I w marszczeniu brwi, i w pytaniach.

– To znaczy, że on też?

– No tak się poznaliśmy… – bąknął zbity z tropu Wiktor.

– Gdzie? – rzuciła szybko Alicja.

– W internecie.

– Chyba na stronie gejowskiej – burknął Nikodem.

Szkutnik westchnął, jakby rozmowa z Nikodemem sprawiała, że sukcesywnie spadało mu ciśnienie. A może i IQ.

– On też jest łowcą burz. Spotkaliśmy się na jednym z forów dla łowców i tak się poznaliśmy. Wymienialiśmy doświadczenia i badania. Okazało się, że jego też interesuje Czarcisław i to, co się tutaj wydarzyło. I co nadal się dzieje…

Alicja słuchała tych wyjaśnień z coraz większym zdumieniem. Czy Wiktor naprawdę był tak głupi? Czy może ktoś go podmienił?

– …i wtedy właśnie zaproponował, żebyśmy się spotkali – ciągnął nauczyciel. – Że ma dla mnie coś ciekawego. I… pojawiliście się wy.

Alicja i Nikodem wymienili spojrzenia. Nie musieli nawet nic mówić. Oboje myśleli w tym momencie dokładnie to samo: Wiktor oszalał.

 

– Nie musicie się bać – powiedział pojednawczo historyk. – Nie zrobiliśmy niczego, co mogłoby wam zaszkodzić. Słowo harcerza…

– Powiedziałem już i powtórzę: mów za siebie – rzucił ostro Adaszew, którego monolog Wiktora też zaczynał już męczyć.

– Co? – Wiktor patrzył na komisarza, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

– To – mruknął policjant, przewracając oczami.

– To nie jest żaden łowca burz – stwierdził Nikodem.

Gdyby nie to, że była wściekła, Alicji zrobiłoby się żal Wiktora. Wyglądał tak, jakby ktoś mu powiedział, że Święty Mikołaj w tym roku jednak nie przyjdzie.

– Jak na to wpadłeś, synku? – spytał kpiąco komendant.

– Bo jesteś…

– No?

– …strachaczem.

– Bingo! – zawołał Adaszew. – Brawo! – Zaczął nienaturalnie głośno klaskać. – Niestety, nie mogę ci powiedzieć, że coś w związku z tym wygrałeś.

Alicja przestała oddychać. Patrzyła to na Nikodema, to na Adaszewa.

Wiktor stał jak wryty. Patrzył w osłupieniu na komisarza, poruszając bezgłośnie ustami.

– Co? – spytał w końcu.

– To! – Komendant wybuchnął śmiechem na widok żałosnej miny Wiktora. – Ale nie przejmuj się, Wiktorze. W zasadzie nic się nie zmienia. Nadal lubię te wszystkie wiedźmy, strzygi i takie tam. Tyle że skwierczące w ogniu albo przebite kołkiem.

Alicja przestała oddychać. Adaszew był strachaczem. To rzucało zupełnie nowe światło na jego wizytę u Tobiasza. Czy stary wiedział, kim naprawdę jest policjant? A jeśli wiedział, to czy maczał palce w zwabieniu ich nad rzekę i wepchnięciu prosto w łapy tego komendanta z piekła rodem? A Wiktor? Co z Wiktorem? Współpracował z nimi? A może faktycznie był tak głupi, na jakiego właśnie wyglądał?

Tymczasem Adaszew zbliżał się powoli do miejsca, w którym stali Nikodem i Alicja.

– Proszę, proszę… Podani jak na tacy…

Alicja poczuła narastający niepokój. Przekroczy krąg? Jeśli tak, to chyba nie mają żadnych szans. Wtedy można liczyć tylko na to, że Nikodem przegryzie mu gardło, zanim komisarz… No właśnie, co? Co on może zrobić? Przecież to, że jest strachaczem, nie oznacza wcale, że jest istotą magiczną. Ale jeśli jest, to… jaką?

Adaszew wyglądał na niezdrowo podekscytowanego.

– Najprawdziwsza guślnica i jeszcze bardziej prawdziwy wilkodlak… Razem. No więc jak to możliwe, że jesteście tu razem i jeszcze nie skoczyliście sobie do gardeł, hm?

Dziewczyna czuła niepokój Nikodema, który potęgował jej własny strach.

– Pomyślmy… – Policjant zbliżał się niebezpiecznie do kręgu. – Są dwie opcje: albo jesteście parą, w co jestem skłonny uwierzyć, biorąc pod uwagę, że nie macie oporów przed całowaniem się na środku ulicy. Albo… złożyliście Przysięgę na Trzy Księżyce. Stawiam na to drugie. A może i jedno, i drugie, co? A nawiasem mówiąc, miło było? – Uniósł lekko brew.

Wiktor przyglądał się im z jeszcze głupszą miną niż wcześniej.

– To ty nas szantażowałeś! – syknął Nikodem. – Śledziłeś nas, zboku? Dobrze się bawiłeś? Skąd miałeś mój numer?

– I po co zaraz takie wielkie słowa? – Uśmiechnął się lekko komendant. – Powiedzmy, że chciałem was lepiej poznać, zanim pogadamy o interesach.

– Jakich interesach? – spytała Alicja, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.

Adaszew zbliżył się do niej.

Dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt centymetrów.

Jeszcze chwila i…

Komendant zrobił krok do przodu.

Zrobił go jeszcze raz.

I jeszcze raz.

Nie posunął się ani o milimetr.

Obszedł ich.

Stanął za Nikodemem i spróbował się do niego zbliżyć.

I tym razem poniósł klęskę.

Uśmiechnął się lekko i wrócił do miejsca, w którym stał.

– Bardzo sprytnie. – Nie przestawał się uśmiechać. – Czarci krąg…

Wiktor, który dopiero teraz zauważył, że na ziemi jest coś narysowane, z zaciekawieniem przyglądał się kręgowi. Podszedł nawet i wyciągnął rękę. Oczywiście nie zbliżył się nawet o milimetr do żadnego z nich. Krąg spełnił swoją funkcję. Alicja czuła jednak podskórny niepokój. A co, jeśli się okaże, że Adaszew jest w stanie przekroczyć krąg?

– Czego chcesz? – zebrała się na odwagę.

Policjant kiwał głową, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Czego chcę… Pomyślmy…

– Jesteś Rycerzem Rogatego Pana?

Zaczęła podejrzewać, że właśnie o to może chodzić. Nasłuchał się o naczyniu i chce je znaleźć dla swoich potrzeb. Może żeby je sprzedać? Dobić z kimś targu? Wymienić na coś? Raczej nie po to, żeby postawić sobie nad kominkiem… Tobiasz wspominał, że większość poszukiwaczy kieruje się bardzo niskimi pobudkami. Nie podejrzewała Adaszewa o szczególnie szlachetne intencje.

Tymczasem komisarz uśmiechał się do niej z politowaniem.

– Czy ty naprawdę myślisz, że jestem pierwszym lepszym strachaczem, który połakomił się na głodne kawałki o waszym magicznym naczyniu? Nagle wszyscy oszaleli na jego punkcie. Wszyscy chcą je mieć. No, może oprócz tego frajera. – Wskazał głową Wiktora. – Ten będzie robił mu pamiątkowe zdjęcia – parsknął śmiechem. – Należę do Gildii Strachaczy i raczej nie zajmuję się tam zamiataniem. – Spoważniał. – Wiem wszystko o waszej legendzie. Obserwowałem was przez dłuższy czas. To znaczy… – zerknął na Wiktora – obserwowaliśmy…

Szkutnik spuścił wzrok. W Alicji zamiast niepokoju zaczęła rosnąć wściekłość. A więc Wiktor ich śledził… Ile widział? Co widział? Rytuał? Ich dwoje, całkiem nagich, nad brzegiem rzeki???

– Nie byliście zbyt ostrożni… – Adaszew uśmiechnął się złośliwie, jakby czytając w myślach dziewczyny. – W każdym razie… Wiem doskonale, że naczynie jest gówno warte. To znaczy dla nas jest gówno warte. Ale zdaje się, nikogo to już nie obchodzi.

– Co to znaczy, że jest nic niewarte? – zapytał ni z tego, ni z owego Wiktor.

Komendant popatrzył na niego z pobłażaniem, jakby jego towarzysz pytał, dlaczego nie wolno jeść cukierków po umyciu zębów.

– Bo ma znaczenie i zastosowanie jedynie w przypadku tych oto giaurów. – Pokazał na Alicję i Nikodema. – Tylko im coś daje. Mogą dzięki niemu odbębnić rytuał odwołania czarta i stracić magiczne zdolności. No kto jak kto, ale ty, Wiktorze, powinieneś wiedzieć takie rzeczy. – Uśmiechnął się do niego kpiąco. – Tyle tylko, że nikt się na to nie zdobył. Nikt nie okazał się na tyle rozsądny, żeby z własnej woli stać się cywilem.

– Ale… – zaczął Wiktor. Wyglądał na rozczarowanego. Cukierka nie będzie.

– Wiem, wiem. – Policjant pokiwał głową. – Myślałeś, jak wszyscy, że dzięki naczyniu będziesz sławny, bogaty, nieśmiertelny i z Angeliną Jolie pod rękę. No, przykro mi, ale to wszystko bzdury. I każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie, wie o tym. A reszta… No cóż… Reszta nadal szuka naczynia. Co, nawiasem mówiąc… – zwrócił się do Alicji i Nikodema – …sprawia, że jesteście niezłym targetem dla wszelkiej maści poszukiwaczy. Im pewnie robi różnicę, czy jesteście żywi, czy martwi. Mnie już nie. Chyba nie muszę wam przypominać, co strachacze robią z takimi jak wy…

– Czego chcesz? – wycedził Dobrygin.

Komisarz udawał, że się zastanawia.

– Może lepiej zapytaj, czego nie chcę? Nie chcę was tutaj. Ani was, ani waszych odszczepieńczych rodzin i znajomych.

Ton jego głosu był lodowaty.

– Długo na was polowałem. – Zmrużył oczy. – Ale zawsze się wymykaliście. Twój wuj… – zwrócił się do Nikodema. – Twoja ciotka… – Popatrzył na Alicję. – Te strzygi… Całe to przeklęte siedlisko odszczepieńców. Wiecie, jaka jest cena za wasze głowy? – Roześmiał się. – Nawet nie macie pojęcia.

Wiktor, który łowił każde słowo Adaszewa, wyglądał na poruszonego.

– Jesteś Siepaczem… – wyszeptał.

Alicja i Nikodem spojrzeli na siebie. Nie mieli pojęcia, o czym mówił nauczyciel, ale może po raz pierwszy jego obecność wniesie coś do sprawy.

Adaszew się wyprostował.

– We własnej osobie – powiedział z dumą.

Wiktor patrzył na niego z mieszaniną zdumienia i przerażenia w oczach.

– To ty zabiłeś największą liczbę istot magicznych w zeszłym roku…

– Wolę słowo: unicestwiłem. – Komendant skrzywił się lekko.

– Jesteś Siepaczem… – powtórzył Wiktor i spojrzał na Alicję i Nikodema. Dziewczyna mogła przysiąc, że jego spojrzenie mówiło: porzućcie wszelką nadzieję. I chyba to właśnie znaczył przydomek policjanta. A więc chce ich głów… Głów ich wszystkich.

– Dobijmy targu – rzuciła nagle Alicja.

Szybciej, niż pomyślała.

Nikodem spojrzał na nią z lekkim przerażeniem w oczach.

– Ja się nie targuję. – Głos Adaszewa przeciął ciszę niczym nóż.

– Każdy się targuje.

– Nie jestem do kupienia. Zwłaszcza jeśli chodzi o propozycje od giaurów.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.