Wieczór przy Oak LaneTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wieczór przy Oak Lane
Wieczór przy Oak Lane
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Wieczór przy Oak Lane
Wieczór przy Oak Lane
Audiobook
Czyta Robert Michalak
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jonathan Trench

Wieczór przy Oak Lane

Saga

Wieczór przy Oak LaneCopyright © 1984, 2020 Jonathan Trench i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726559637

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Rozdział I
1

Trasa T-4 z Leeds do Londynu była prawie pusta. O trzeciej nad ranem niewiele samochodów wyruszało w drogę, zwłaszcza że pogoda nie zachęcała do podróży. Mżył deszcz i nic nie zapowiadało rychłej poprawy.

Po gładkim, lśniącym asfalcie jechał szybko i pewnie czarny mercedes, mijając właśnie odnogę trasy prowadzącą do Doncaster. Samochód kierował się obwodnicą, omijając miasto szerokim łukiem i tym samym znacznie skracając sobie przejazd. Wóz miał włączone reflektory, gdyż było jeszcze ciemno. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, zgarniając krople deszczu z panoramicznej szyby.

Ręce mężczyzny spoczywały na kierownicy w położeniu „za piętnaście trzecia”. Spoczywały pozornie luźno, lecz reagowały na każde drgnięcie kół mijających rzadkie nierówności jezdni. Kierowca patrzył przed siebie, w mrok wczesnego ranka rozrywany dwoma smugami silnych świateł. Co chwila zerkał w boczne i wsteczne lusterka, nie dlatego żeby się czegoś bał, czy kogoś oczekiwał. Robił to siłą przyzwyczajenia wyrobionego latami praktyki w samochodzie ulubionej marki.

Mercedesy były, według niego, niemalże szczytem doskonałości technicznej. Miały nienaganną sylwetkę, wszelkie wygody wewnątrz kabiny i idealnie zgrane mechanizmy pod maską. Nie psuły się i prowadzenie ich nie nastręczało żadnych trudności, a wprost przeciwnie — było przyjemnością.

Dlatego też droga z Leeds do Londynu nie przerażała go. Nie zamierzał również zatrzymywać się nigdzie na dłuższy postój. Tylko z uwagi na niezbyt dobrą pogodę wyjechał wcześniej, niż planował uprzednio. Musiał być na miejscu około czternastej, najpóźniej o czternastej trzydzieści. Chciał mieć zapas czasu, aby się zbytnio nie śpieszyć oraz wykluczyć wszelkie nieprzewidziane awarie, które przytrafić się mogą nawet mercedesom.

Sięgnął ręką do przełącznika radia na desce rozdzielczej i przesunął do góry. Wcisnął przycisk anteny, odruchowo spojrzał na prawo, gdzie na masce, tuż obok wstecznego lusterka, wysuwała się z cichym sykiem świetlista, teleskopowa igła.

— ... oda bez zmian. Deszcze na trasach A-1, A-3, K-1 i T-4. Ślisko. Prowadzimy ostrożnie, ale bez przesady; bywało już znacznie gorzej. Pamiętają państwo tę zabawną anegdotę o dwóch Szkotach, z których jeden wybrał się na Biegun Północny samochodem, a drugi piechotą? Pamiętają państwo? No, właśnie! Tylko ostrożnie, a wszystko będzie cudownie i cudowny będzie ten kolejny lipcowy dzień. Tak jak już mówiłem, pogoda bez zmian. Deszcze na tra...

Mężczyzna zmienił falę. Z głośników rozmieszczonych z przodu i z tyłu kabiny popłynęła spokojna muzyka. Lubił słuchać muzyki podczas jazdy. Wspominał okres dzieciństwa, kiedy to marzył o prawdziwym samochodzie i wyobrażał sobie, że jest przystojnym „dorosłym”, który siedząc rozparty w luksusowej limuzynie pędzi w nieznane przy akompaniamencie rzewnych melodii.

Uśmiechnął się. Cudowne czasy, żadnych trosk i problemów — czasy zabaw i przyjemności. Dawno już minęły... I co pozostało...?

Odpędził natrętne myśli. Wertował w pamięci listę rzeczy, które powinien był zabrać w drogę. W bagażniku leżały dwa kanistry z benzyną — nie chciał, by widziano go na stacji, gdzie pracownicy mają nadzwyczaj dobrą pamięć. Z tyłu, na siedzeniu — neseser. Przed wyjazdem sprawdzał kilkakrotnie jego zawartość. Wszystko grało. Obok, na miejscu pasażera — kanapki i termos z czarną, mocno osłodzoną kawą. Zegarek na ręku i na tablicy rozdzielczej samochodu. Dokładny czas będzie mu chyba najbardziej potrzebny. I trochę szczęścia. O umiejętności zbytnio się nie martwił.

Jedyny problem stanowiła pogoda. Na razie panowała cisza, ale w każdej chwili mógł zerwać się wiatr. Obserwował więc drzewa oświetlone reflektórami — pozostawały nieruchome i spokojne. Z drugiej strony, deszcz nie przestanie padać bez pomocy chociażby lekkiej bryzy. Było to jakkolwiek dużo mniejsze niebezpieczeństwo i wiedział, że akcja tak czy tak pójdzie gładko. Musi pójść gładko. Wszelkie dalsze posunięcia zależą od niego.

2

O godzinie trzeciej rano furgonetka dostawcza firmy „London Diaries” wlokła się w mżącym i tutaj deszczu, w kierunku Hartford Mansion. Donald Perkins, kierowca i dostawca w jednej osobie, był wściekły. Prowadził niezbyt pewnie. Myślami był daleko.

Poprzedniego dnia umówił się na randkę ze swoją dziewczyną — Joan. Była kelnerką, a że miała bardzo dobre kwalifikacje i łatwo zdobywała sympatię, dostała znakomitą pracę w londyńskim Hiltonie. Nie posunął się w tej znajomości zbyt daleko. Joan fascynowała go, sam nie wiedział dlaczego. Dotychczas wszystkie jego podrywy kończyły się sukcesem. Po dwóch dniach znajomości szedł z dziewczyną do łóżka, a potem rozstawał się w przyjaźni. Z Joan było inaczej.

Poznał ją tydzień temu. Philio Mathew, kolega jeszcze ze szkoły, przedstawił ją Perkinsowi na przyjęciu. Wiedziony raczej poczuciem obowiązku niż przyjemnością zaofiarował się odprowadzić Joan do domu. Było późno, ale szli wolno. Perkins, chociaż tylko kierowca i dostawca artykułów mleczarskich oraz pieczywa, był człowiekiem nader inteligentnym. Miał dwadzieścia osiem lat, nie stracił wiary w ideały, czytał setki książek i oczywiście pracował. Joan miała już trzydzieści lat, ale wyglądała młodziej niż Perkins. Obdarzona była umiejętnością, którą cenił szczególnie — potrafiła słuchać.

Toteż tamtego wieczora, gdy odprowadzał ją do domu, pobił wszelkie rekordy gadulstwa, które jednak nie było całkiem bezsensowne. Mówił i mówił, i nie spostrzegł nawet, jak znaleźli się przed domem, gdzie mieszkała Joan z przyjaciółką. Pomyślał wówczas, że dziewczyna jest albo głupia — przez cały czas nie miała nic do powiedzenia, albo nieprzeciętnie inteligentna. Zdecydował się poczekać na dalszy rozwój wypadków. Te jednak nie nastąpiły, gdyż Joan, stojąc już w drzwiach, stwierdziła, że owszem, mówił ładnie, ale gdyby jeszcze zawarł w swych tyradach odrobinę sensu, byłby chłopcem całkiem do rzeczy.

Perkins oniemiał i z wrażenia zapomniał się pożegnać. Następnego dnia umówił się z nią przez telefon, którego numer wyciągnął od Philipa Mathew. Tak rozpoczęły się ich spotkania. Wiele rozmawiali i robili wszystko, na co mieli ochotę, poza jednym — Joan nie pozwalała się nawet pocałować. O dziwo, Perkins wcale nie myślał o Joan jak o kolejnej zdobyczy, chciał z nią po prostu być, opiekować się nią, rozmawiać. Do wczorajszego wieczoru nie pozwalał sobie na żaden śmielszy gest.

Po tradycyjnej już kawie w barze i po filmie, podłym zresztą, odprowadził ją do domu. W bramie chciał ją objąć. Dostał w twarz, usłyszał kazanie na temat dobrego wychowania i oniemiał po raz wtóry podczas tygodniowej historii ich znajomości.

Teraz Perkins był wściekły na siebie i na cały świat. Głównie niepokoił go fakt, że mimo tak ostrej odprawy z tak błahego powodu jego zainteresowanie Joan wcale nie zmalało, a jakby jeszcze bardziej wzrosło. Siedział za kierownicą, co chwila przecierał ręką oczy i marzył, żeby był już koniec kolejnego dnia pracy, a nie jego początek.

Hartford Mansion, gdzie się kierował, było olbrzymią posiadłością dwadzieścia mil od Londynu. Dowoził tam codziennie mleko oraz pieczywo i stamtąd zaczynał swoje dalsze rozjazdy. Skręcił z głównej szosy w prawo, w drogę prawie nieutwardzoną, rozmytą padającym deszczem. Zredukował bieg i na dwójce posuwał się ostrożnie do przodu, omijając większe kałuże.

Za zakrętem, w świetle reflektorów, pojawiło się wysokie ogrodzenie i brama. Potem był dość stromy podjazd na wzgórze pokryte sosnowym lasem. Znalazł się na miejscu.

Przed nim czernił się zarys sporego zameczku z czterema wieżyczkami i misternie zdobionymi, kutymi drzwiami, które kiedyś widział w porze popołudniowej. W pełnym świetle zamek wyglądał zupełnie inaczej. Teraz ponury i ciemny, w promieniach słońca zdawał się zmieniać w disneyowski, bajkowy pałacyk. Miedziane kopułki wież połyskiwały złotawo, niebieskie oszklone okna kontrastowały ładnie z czerwoną cegłą ścian, ale najpiękniejsze były owe żelazne drzwi, czy raczej wrota wejściowe, najprawdopodobniej rzadko używane, gdyż nigdy nie zauważył, aby były otwarte. Zresztą przyjeżdżał tutaj rano, właściwie jeszcze w nocy, więc snuł tylko przypuszczenia.

Minął front budynku, po czym skierował się na jego zaplecze, gdzie zawsze zostawiał towar. Jechał wolno i już dostrzegał światła pomieszczeń kuchennych, kiedy nagle posłyszał zgrzyt metalu o szkło. Pióro lewej wycieraczki odpadło. Perkins zaklął głośno, zatrzymał furgonetkę, narzucił na głowę kaptur kurtki i nie wyłączając silnika wyskoczył z szoferki. Podniósł oblepiony piaskiem paseczek gumy i przypadkowo spojrzał do góry. Dwa okna były oświetlone. W jednym z nich mignął jakiś cień, a potem rozchyliły się firanki.

3

Lord John Gordon otworzył okno. Wychylił się prawie do połowy na zewnątrz.

— Co się u diabła dzieje tam na dole? — wrzasnął w ciemność przeciętą dwoma smugami reflektorów furgonetki Perkinsa. — Spać nie można! Zbieraj się pan stąd czym prędziej, bo kości porachuję! We własnym domu, cholera jasna, pod własnymi oknami łażą! W dodatku kiedy! O pół do czwartej nad ranem! — krzyknął. Tłumiąc pod nosem jakieś przekleństwo zatrzasnął okno.

 

Lord Gordon nie sypiał ostatnio zbyt dobrze. Męcząca praca, liczne podróże i ostatnio same kłopoty przyprawiały go o bezsenność. Na dodatek już kilkakrotnie zdarzyło mu się, że prowadząc rozmowy w Parlamencie wpadał nagle we wściekłość z byle jakiego powodu, choć na jego stanowisku nie bardzo mógł sobie na to pozwolić. Stał się oschły, agresywny, w niczym nie przypominał otoczeniu serdecznego, sześćdziesięcioletniego nobliwego pana, z którym przyjemnie się konwersowało i którego jakże chętnie widziano we wszelkich kręgach.

Lord Gordon zaobserwował u siebie oznaki gwałtownego starzenia się. Patrząc po raz któryś z rzędu w lusterko stwierdzał ze zgrozą, że ma na karku szósty krzyżyk. Włosy, dawniej kruczo--czarne, były teraz jakby poprzetykane srebrnymi nićmi. Na wysokim, pięknym czole, które, jak twierdził nieżyjący już ojciec, jest chlubą jego arystokratycznego pochodzenia, pojawiły się głębokie i dosyć liczne zmarszczki. Jedynie oczy chyba zachowały dawny, młodzieńczy blask. Sylwetka też już nie ta sama co przed laty. Chodził w dalszym ciągu wyprostowany, ale cały czas mu się wydawało, że owe sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu jakby się troszkę skurczyło. Mierzył się codziennie i codziennie był taki sam, ale wciąż pozostawała lekka niepewność.

Zdawał sobie sprawę, że stan psychiczny, w jakim się aktualnie znajdował, jest rezultatem zmian, przed którymi chciał nieświadomie uciec. Rozumiał absurdalność swoich zachowań, ale w żaden sposób nie potrafił na siebie wpłynąć. Chciał dobrze — robił źle, później niejednokrotnie tego żałował, będąc jednocześnie zbyt dumny, aby przyznać przed samym sobą rację komuś innemu.

Usiadł teraz z powrotem na łóżku, z którego wyrwał go warkot samochodu Perkinsa. Potarł ręką spękane usta, zamknął oczy. Sen nie przychodził. Zastanawiał się, czy wstać już i przedłużyć dzień o dwie i pół godziny, czy położyć się i spróbować jednak uciąć chociaż krótką drzemkę do szóstej trzydzieści. Ten dzień miał wypełniony po brzegi, jak każdy zresztą inny, i owe dodatkowe godziny dawały mu świetny start.

Odwrócił głowę, popatrzył na śpiącą obok żonę. Zazdrościł jej zdrowia i możliwości korzystania z dobrodziejstw nocnego wypoczynku. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że nie ma jej specjalnie czego zazdrościć, gdyż mimo dwóch, trzech godzin snu dziennie nie czuł się fizycznie zmęczony. Przeciwnie — zdawało mu się, że jest świeższy i bardziej rześki niż kiedyś. Powiódł wzrokiem po sypialni. Tutaj zmarł jego dziadek, jego ojciec i pewnie on też tutaj kiedyś umrze. Myśl o śmierci nie przerażała go wcale, zawsze ją traktował jako coś naturalnego i nieuchronnego. Denerwowało go tylko starzenie się. Gdyby tak człowiek mógł zachować młodość do samego końca, do momentu, w którym stanie jego serce... Czy te zmarszczki są sygnałem ostrzegawczym? Czy coś mówią? Po co? Każdy wie, że umrze, więc po co jakieś tam oznaki? Dziadek zarzekał się, że nie wyzionie ducha w łóżku. Wszędzie, tylko nie w ciepłych betach. Bił się w paru wojnach, zjeździł Indie i Bliski Wschód, staczał pojedynki i nic mu się nie stało. Umarł na zapalenie płuc mając lat osiemdziesiąt pięć, czego się nikt nie spodziewał, gdyż wszyscy nie wiadomo dlaczego myśleli, że dziadek jest nieśmiertelny. Ojciec podobnie — kilka wojen, niezliczone rany i wreszci najmniej spodziewany atak wątroby, komplikacje i kolejny pogrzeb w Hartford Mansion.

A on? Jak umrze lord Gordon? Prawdopodobnie tak samo. Przynajmniej taką miał nadzieję. Ta niewielka drobina krwi irlandzkiej w jego żyłach dała mu niesłychaną żywotność i może trochę szczęścia.

Zdecydował się jednak ruszyć z łóżka. Wstał, podszedł do okna. Otworzył je szeroko i zrobił kilka przysiadów. Powietrze było mokre, ale pachnące świeżością. Przygładził ręką włosy i rozpinając po drodze guziki eleganckiej, jedwabnej pidżamy udał się do łazienki.

4

Lady Gillian Gordon udawała, że śpi. Podobnie jak męża obudził ją ryk furgonetki pod oknami sypialni. Nie drgnęła nawet i początkowo nie otwierała oczu. Posłyszawszy, że Gordon zwlókł się z łóżka i podszedł do parapetu, obróciła się na drugi bok. Spod na wpół przymkniętych powiek obserwowała swojego małżonka.

Widziała, jak wstawał, jak rozchylał firanki, jak otworzył okno i wychylał się niebezpiecznie na zewnątrz. Serce jej zabiło przyśpieszonym rytmem nagłej nadziei... Gdy jednak zabrzmiał jego głos, stanowczy, mocny i pewny siebie, zamknęła oczy. Roześmiała się smutno w duchu — paranoiczne marzenia czterdziestopięcioletniej desperatki...

Usłyszała, że Gordon wolno wraca do łóżka. Poczuła, jak ugina się materac pod ciężarem jego ciała. Otworzyła oczy. Usadowił się tyłem do niej, więc widziała jego plecy — masywne i wyprostowane, w niczym nie przypominające pleców sześćdziesięciolatka. Szerokie, muskularne ramiona, kształtna głowa ledwie przyprószona srebrem, piękne ręce...

Ten człowiek jest niezniszczalny — pomyślała lady Gillian i zastanowiła się, jak ona będzie wyglądać w wieku męża... Była zgrabna i piękna — przynajmniej tak o niej mówiono. Bez fałszywej skromności sama o tym wiedziała. Wiedziała też, ile kosztuje ją utrzymanie piękności, której wszyscy jej zazdrościli, ile czasu spędzała przed lustrem, jak systematyczny tryb życia prowadziła, jak ścisłą stosowała dietę. On nie umiał tego robić, trochę biegał i tyle. Była z siebie zadowolona, gdyż narzucony rygor przynosił widoczne rezultaty. Mimo dwójki dzieci, które urodziła Gordonowi, wciąż miała piękną sylwetkę przykuwającą wzrok niejednego mężczyzny.

Lady Gillian nadal wpatrywała się w plecy swego męża. Przypomniała sobie nagle, że nazajutrz są urodziny Fryderyka, którego niestety nie było w domu. Parę dni wcześniej wyjechał z kolegami do Paryża na zasłużony odpoczynek, po ciężkich egzaminach na uczelni. Kończył dwadzieścia lat... To szmat czasu... Dwadzieścia lat razem z Gordonem, wielkim, wspaniałym, zimnym w łóżku lordem Gordonem...

Pomyślała, że trzeba będzie wysłać Fryderykowi życzenia i jakieś pieniądze.

Diana, jej córka, bardzo wiele ostatnio pracowała. Lady Gillian nie przypuszczała nawet, że wyrośnie z niej tak wspaniała artystka. Gdy na wyraźne życzenie Diany wysłali ją na wydział malarstwa, byli pewni, że to tylko słomiany ogień, że po miesiącu Diana wróci do domu rozczarowana i zniechęcona. Po kilku dniach otrzymali od córki pierwszy list, potem drugi i następne, a wszystkie entuzjastyczne i wesołe. Przeżyli istny szok, kiedy po pierwszym roku przyszedł list od dziekana, który zawiadamiał rodziców Diany, że ich dziecko otrzymało specjalne stypendium w Paryżu, jest bardzo zdolne i rokuje wielkie, naprawdę wielkie nadzieje.

Diana spała w pokoju obok. Przerobili go specjalnie dla niej. Urządzili tam pracownię z wielkim tarasem i oszklonym sufitem zapewniającym odpowiednie światło.

Lady Gillian zamknęła oczy. Pomyślała z kolei o Bernardzie. Co robił? Gdzie był w tej właśnie chwili? Spał? A może krzątał się już na lotnisku? Nie, chyba jeszcze za wcześnie... Pocieszała się, że to tylko kilkanaście godzin.

Materac ugiął się lekko i usłyszała ciche kroki męża. Zobaczyła go przy oknie. Gimnastykował się. Potem wolno ruszył do łazienki. Trzasnęły drzwi i do wanny popłynęła woda.

Lady Gillian nakryła się szczelniej. Pokój wypełniało rześkie, wilgotne powietrze poranka. Odwróciła się do ściany i zapadła w sen. Zawsze zasypiała bardzo szybko.

5

Dobb nie spał dobrze tej nocy. Alkohol, wypity poprzedniego wieczora, dawał nieubłaganie znać o sobie. Położył się, gdy dochodziła pierwsza i miał wrażenie, że zaśnie natychmiast. Okazało się to tylko złudnym marzeniem. Zawroty głowy nie pozwalały mu leżeć, usiadł więc na łóżku podciągając poduszki pod plecy. Niezbyt sprawnymi palcami wyjął papierosa, a drugą ręką przesunął po omacku po stole szukając zapalniczki.

Zapalniczki nie było. Znalazł zapałki. Niezgrabnie przytrzymał pudełko i nie zsuwając wieczka potarł zapałkę o trzaskę. W ciemności zobaczył migoczący płomyk. Chciał przypalić chesterfielda, którego trzymał w kąciku warg. Ręce zadrżały mu i ogień liznął wystające z pudełka siarczane główki. Jak na komendę buchnęły gorącym płomieniem, parząc wewnętrzną część dłoni. Dobb z okrzykiem bólu rzucił palące się zapałki na pościel. Dłoń piekła go niemiłosiernie. Jęcząc wybiegł z pokoju do łazienki. Automatycznie odkręcił kurek, ale z kranu popłynął wrzątek. Zaklął głośno i oparł zranioną dłoń o chłodną obudowę armatury. Poczuł ulgę. Odkręcił kran z zimną wodą i długo trzymał rękę pod lodowatym strumieniem. Ostry ból mijał. Po chwili Dobb powlókł się z powrotem do sypialni.

Otworzył butelkę z wodą mineralną i wypił dwie pełne szklanki. Zażył trzy tabletki aspiryny, przyniósł z łazienki mokry ręcznik, położył kompres na czole. W lodówce znalazł lód, przytknął go do całej powierzchni poparzonej dłoni. Uporczywe palenie jednak powracało.

Dobb źle znosił ból. Przypomniał sobie lata dzieciństwa i nieszczęśliwy w skutkach wyścig rowerowy, który on sam zresztą zainicjował. Leżał potem w szpitalu z siedmioma szwami tuż obok lewej skroni, ze złamaną ręką i mocno stłuczoną nogą. Rodzice przynosili mu dużo soku pomarańczowego, owoce i czekoladę.

Teraz był sam w wynajętym mieszkaniu w Penzance. Czuł się wyjątkowo fatalnie. Pożałował nagle, że nie wyjechał w ogóle z Anglii. Na ułamek sekundy pojawiła się skrywana dotąd potrzeba całkowitego odizolowania się od wszystkich i wszystkiego, co wiązało go z tym krajem. Zapadł w przerywaną, nerwową drzemkę. Zasnął na dobre dopiero koło szóstej nad ranem.

Zapowiadał się piękny dzień.

6

O godzinie czwartej trzydzieści mercedes znajdował się o kilkadziesiąt mil na wschód od Nottingham, wciąż na trasie T-4 z Leeds do Londynu. Jechał z taką samą szybkością, mimo że deszcz w tym rejonie nie padał i asfalt był zupełnie suchy. Miał też zapalone reflektory, chociaż słońce wstało parę minut temu i mrok niedawnej nocy rozmył się nagle bez śladu. Jedynie wycieraczki zamarły. Samochód minął równinę rozciągającą się na południe od Doncaster, objechał East Retford i przeciął błyskawicznie niewielki most nad rzeką Trent. Teraz kierował się na Huntingdon.

Mężczyzna nie okazywał prawie żadnych oznak zmęczenia. Nie było zresztą komu. Mimo pełni sezonu brakowało mu znajomych sylwetek autostopowiczów. Doskonale wiedział, że tego dnia i tak by nikogo nie zabrał, ale z przyzwyczajenia rzucał od czasu do czasu okiem na pobocze. Sięgnął na półeczkę. Wprawnym ruchem wcisnął guziczek zapalniczki, poczekał chwilę, aż spirala się rozżarzy i przytknął do niej koniec papierosa. Robiło się cieplej. Wyłączył więc ogrzewanie i uchylił okno. Jego wzrok padł na tablicę rozdzielczą, gdzie ciemnozielonym blaskiem lśniła kontrolna lampka świateł zewnętrznych. Odruchowo spojrzał na niebo i pstryknął przełącznikiem. Reflektory zgasły. Poprawił pasy, które uwierały go lekko w ramię i zerknął w lusterko. Mimo dziewięćdziesięciu minut jazdy nadal wyglądał świeżo. Może tylko oczy miał trochę zaczerwienione.

Wysunął rękę na zewnątrz i strącił słupek popiołu. Papieros nie sprawiał mu żadnej przyjemności. Zdusił go szybko. Włączył radio i usłyszał Beatlesów. Grali „Lucy in the Sky with Diamonds”. Bardzo to lubił.