Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna-Zdroju

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  Przedmowa Tadeusza Kisielewskiego

3  Wstęp

4  1. Kamień i Stokrotka

5  2. Składnica depozytowa

6  3. Mówią świadkowie

7  4. Krecia robota

8  5. Dlaczego Dolny Śląsk?

9  6. Gry szpiegów, czyli granice klęski

10  7. Jägerstab i radziecki czołg

11  8. Tajemnice dwóch zamków i Hubertus Strughold

12  9. Amerika Rakete

13  10. Bad Salzbrunn i adiutant Hitlera

14  11. Odnalezione laboratoria

15  12. Dlaczego nic nie wiemy o podziemiach Dolnego Śląska?

16  13. Geofizycy w Szczawnie-Zdroju

17  14. Nazistowska bomba atomowa

18  15. „Rüdiger” i podziemne korytarze

19  16. „Rüdiger” i Ridiger

20  17. Ostatnia tajemnica – zamek Książ i depozyt z Monte Cassino

21  18. „Strażnicy” – byli, są i będą

22  Zakończenie. Ja tu jeszcze wrócę...

23  Podziękowania

24  Aneks 1. Notatki z Księża

25  Aneks 2. Wspomnienia – Bad Salzbrunn i Szczawno-Zdrój

26  Aneks 3. Z ostatniej chwili

27  Fotografie

Książkę tę dedy­kuję Naj­droż­szej Żonie Ewie, która wspiera mnie w każ­dym momen­cie pracy. Z życze­niami zdro­wia, Ewu­niu

Przed­mowa

Niewiele osób – jeśli w ogóle kto­kol­wiek – zdaje sobie sprawę, że sporo zda­rzeń histo­rycz­nych wciąż ma wpływ – nie­kiedy bar­dzo silny – na bie­żące sto­sunki poli­tyczne, zarówno mię­dzy­na­ro­dowe, jak i wewnętrzne. Kiedy zaś ktoś poda przy­kłady takich zda­rzeń, czę­sto reak­cją bywa nie­do­wie­rza­nie: „Jak to moż­liwe? Czy były one aż tak ważne? To chyba prze­sada”. Jed­nak to nie prze­sada, lecz fakt. Naj­bar­dziej dobit­nym i nie budzą­cym żad­nych wąt­pli­wo­ści przy­kła­dem jest zbrod­nia katyń­ska. Doko­nana w 1940 roku przez Sta­lina i NKWD, przez pięć­dzie­siąt lat cał­ko­wi­cie defor­mo­wała sto­sunki mię­dzy War­szawą a Moskwą, a póź­niej, mimo że Kreml przy­znał się do jej popeł­nie­nia, miała i wciąż ma na nie prze­możny wpływ. Jest to oczy­wi­ste dla każ­dego, kto choćby pobież­nie śle­dzi donie­sie­nia mediów.

Dys­kret­niej na bie­żące sto­sunki pol­sko-rosyj­skie – a także pol­sko-bry­tyj­skie – wpływa sprawa śmierci gene­rała Sikor­skiego w Gibral­ta­rze 4 lipca 1943 roku. Moskwa była sprawcą kata­strofy, w któ­rej zgi­nął pol­ski naczelny wódz, a Lon­dyn oba­wia się posą­dze­nia o spraw­stwo. To dobry przy­kład, jak wiele osób wciąż wątpi, czy echo jakie­goś daw­nego zda­rze­nia może się­gać teraź­niej­szo­ści. Cią­gle sły­chać pyta­nia: „Czy to naprawdę był zamach? Czy pol­ski pre­mier był na tyle ważną posta­cią poli­tyczną, aby ktoś chciał go zgła­dzić?”

Autor Pod­ziemi III Rze­szy rów­nież ujaw­nia zda­rze­nia histo­ryczne sil­nie wpły­wa­jące na teraź­niej­szość.

Jerzy Rost­kow­ski nie jest histo­ry­kiem, lecz spe­cja­li­stą od akwi­zy­cji w han­dlu zagra­nicz­nym. To był przez lata jego zawód. Zara­zem jed­nak stał się jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych pol­skich eks­plo­ra­to­rów – ludzi, któ­rych wie­dza, docie­kli­wość, pasja i intu­icja badaw­cza oraz nie­kon­wen­cjo­nalne metody nie­rzadko pro­wa­dzą do waż­nych odkryć, nie­jed­no­krot­nie będą­cych przed­mio­tem zazdro­ści zawo­do­wych histo­ry­ków.

Histo­rycy pra­cują z doku­men­tami, cza­sem wycho­dzą z gabi­ne­tów i archi­wów, by ode­brać rela­cje od świad­ków inte­re­su­ją­cych ich zda­rzeń. Eks­plo­ra­to­rzy rzadko dys­po­nują warsz­ta­tem histo­rycz­nym, lecz naj­lepsi z nich zawsze dążą do odkry­cia waż­nych doku­men­tów oraz sta­rają się dotrzeć do waż­nych świad­ków. Ich metoda pracy tym się różni od metody histo­ry­ków, że czę­ściej niż w archi­wach pra­cują w tere­nie, szu­ka­jąc głów­nie źró­deł nie­pa­pie­ro­wych i – przede wszyst­kim – ludzi. By zna­leźć świad­ków bada­nych wyda­rzeń, nie wahają się prze­mie­rzyć nawet tysięcy kilo­me­trów i zejść pod zie­mię. Czę­sto też zda­rza im się wdzie­rać (w dosłow­nym tego słowa zna­cze­niu) tam, gdzie brak wyobraźni, przed­się­bior­czo­ści i odwagi nie pozwo­lił wejść histo­ry­kom.

Pasją Jerzego Rost­kow­skiego jest Dolny Śląsk. Opu­bli­ko­wał wiele ksią­żek opi­su­ją­cych uroki jego kra­jo­brazu i archi­tek­tury, a także tajem­nice tego regionu. W kon­tek­ście tych ostat­nich Pod­zie­mia III Rze­szy nie mają jed­nak sobie rów­nych. Sta­no­wią uko­ro­no­wa­nie jego dotych­cza­so­wych eks­plo­ra­cji.

W Pol­sce jest bar­dzo liczne grono osób eks­cy­tu­ją­cych się wojen­nymi i powojen­nymi tajem­ni­cami Dol­nego Ślą­ska. Jesz­cze wię­cej jest tych, któ­rzy wie­dzą, że na przy­kład dok­tor inży­nier Wer­n­her von Braun był naprzód sze­fem pro­gramu rakie­to­wego III Rze­szy, a ćwierć wieku póź­niej umoż­li­wił Ame­ry­ka­nom pod­bój Księ­życa. Mnó­stwo ludzi wie także, że dok­tor medy­cyny Josef Men­gele, „Anioł Śmierci”, był zbrod­nia­rzem wojen­nym. Nie­wielu jed­nak zdaje sobie sprawę, że pro­fe­sor dok­tor medy­cyny Huber­tus Stru­ghold, któ­rego nazy­wam Men­gele bis, jest uzna­wany w Sta­nach Zjed­no­czo­nych za ojca medy­cyny kosmicz­nej. Jerzy Rost­kow­ski przy­ta­cza wstrzą­sa­jące doku­menty, ilu­stru­jąc je nie mniej wstrzą­sa­ją­cymi zdję­ciami, potwier­dza­jące słusz­ność mojego okre­śle­nia. Róż­nica mię­dzy Men­gelem a Stru­gholdem jest zaś taka, że „Anioł Śmierci” był ści­gany nawet po śmierci (jego zwłoki ziden­ty­fi­ko­wano dopiero trzy­na­ście lat po uto­nię­ciu), nato­miast „Men­gele bis” jest patro­nem nagrody wła­snego imie­nia za wybitne osią­gnię­cia w dzie­dzi­nie medy­cyny kosmicz­nej.

Aku­rat te infor­ma­cje o Stru­ghol­dzie Jerzy Rost­kow­ski podaje za innymi auto­rami, mię­dzy innymi za Krzysz­to­fem Kąko­lew­skim, sam jed­nak doko­nał cze­goś wię­cej: zna­lazł i sfo­to­gra­fo­wał labo­ra­to­ria Stru­gholda, komorę niskich ciśnień i inne pomiesz­cze­nia słu­żące jego zbrod­ni­czym doświad­cze­niom, a w nich mię­dzy innymi wannę, w któ­rej badano ludz­kie reak­cje na skraj­nie niskie tem­pe­ra­tury. Żaden z pol­skich histo­ry­ków dekla­ru­ją­cych swoje zain­te­re­so­wa­nie bada­niem hitle­row­skich zbrodni wojen­nych nie tylko nie może się wyka­zać podob­nym osią­gnię­ciem (a nie jest to jedyne osią­gnię­cie autora, czego można się dowie­dzieć z tej książki), ale choćby ini­cja­tywą przy­bli­ża­jącą go do niego.

Aby stwier­dzić, dla­czego tak jest, należy wska­zać na dwa aspekty pracy eks­plo­ra­tora, a zwłasz­cza takiego, który działa na Dol­nym Ślą­sku.

Po pierw­sze, Jerzy Rost­kow­ski i jego kole­dzy muszą się znać na wielu dzie­dzi­nach – jak na przy­kład gór­nic­two głę­bi­nowe, geo­fi­zyka, topo­gra­fia, mate­riały wybu­chowe, bro­nio­znaw­stwo, miner­stwo – i współ­pra­co­wać z róż­no­rod­nymi eks­per­tami, także uni­wer­sy­tec­kimi. Od tego zależy osią­gnię­cie celu ich licz­nych misji oraz ich oso­bi­ste bez­pie­czeń­stwo.

Po dru­gie, czego można szu­kać, czego można się spo­dzie­wać i co można zna­leźć na Dol­nym Ślą­sku? Innymi słowy, co ukryli tam Niemcy? Pełny prze­gląd tej kwe­stii znaj­dziemy u Rost­kow­skiego. A zatem są to fabryki broni, zwłasz­cza myśliw­ców i rakiet, ele­menty nie­miec­kiego pro­gramu ato­mo­wego, róż­nego rodzaju labo­ra­to­ria, doku­men­ta­cja tech­niczna doty­cząca tych dzie­dzin pro­duk­cji i badań, składy broni che­micz­nej, dzieła sztuki, złoto…

Aby eks­plo­ro­wać Dolny Śląsk, trzeba więc mieć sze­ro­kie poję­cie o wszyst­kich wymie­nio­nych tu dzie­dzi­nach oraz – co nie naj­mniej ważne – odwagę.

Cza­sem można usły­szeć scep­tyczne pyta­nia, jaką war­tość mia­łyby obec­nie wydo­byte z olbrzy­mich skry­tek nie­miec­kie myśliwce lub rakiety? W sen­sie prak­tycz­nym żadną, ale mówimy tu prze­cież o powięk­sza­niu naszej wie­dzy histo­rycz­nej jako war­to­ści samej w sobie. Nato­miast pozna­nie tej czy innej zamierz­chłej, zda­wa­łoby się, doku­men­ta­cji tech­nicz­nej mogłoby mieć war­tość prak­tyczną, ponie­waż przy­naj­mniej wska­zy­wa­łoby na kie­ru­nek badań nie­miec­kich uczo­nych. Nawet jeśli ich wysiłki z lat czter­dzie­stych nie­kiedy zapro­wa­dziły ich w ślepy zaułek poznaw­czy lub tech­no­lo­giczny, to przy obec­nym sta­nie wie­dzy mogłoby się oka­zać, że kon­ty­nu­owa­nie ich drogi rokuje pomyślne efekty.

 

Oczy­wi­ście trudno kwe­stio­no­wać war­tość ewen­tu­al­nego wydo­by­cia dzieł sztuki lub złota.

Wresz­cie ist­nieje uni­wer­salna odpo­wiedź na wszel­kie tego rodzaju wąt­pli­wo­ści. Odpo­wiedź ta zawiera się w pyta­niu: Skoro rze­czy, które Niemcy ukryli na Dol­nym Ślą­sku, nie mają obec­nie żad­nej war­to­ści, to dla­czego są one tak pil­nie strze­żone?

Że tak jest, nie ulega żad­nej wąt­pli­wo­ści, znana jest nawet cena mie­sięcz­nego wyna­gro­dze­nia jed­nego ze straż­ni­ków tych rze­komo bez­war­to­ścio­wych tajem­nic. Rost­kow­ski ją podaje. Znana jest też cena, jaką zapła­cili za nad­mierną inge­ren­cję w owe tajem­nice nie­któ­rzy eks­plo­ra­to­rzy. Tą ceną było życie. Rost­kow­ski od dawna odbiera tele­fony z groź­bami, a osoba, która do niego dzwoni, zna treść jego roz­mów pro­wa­dzo­nych przez tele­fon komór­kowy i zawar­tość jego poczty elek­tro­nicz­nej.

Jestem spo­kojny o bez­pie­czeń­stwo Jerzego Rost­kow­skiego. Wszelka akcja wymie­rzona w niego sta­no­wi­łaby tylko gło­śne potwier­dze­nie jego racji przed­sta­wio­nych w tej książce. Gdyby zaś z jakichś wzglę­dów nie mógł jed­nak kon­ty­nu­ować swo­ich wypraw i badań eks­plo­ra­cyj­nych, na jego miej­sce weszłoby wielu jego kole­gów. Może wła­śnie dla­tego przy­ja­ciele Rost­kow­skiego zało­żyli sto­wa­rzy­sze­nie nazwane Grupą Badaw­czą JR i słu­żyli mu pomocą, gdy pisał tę książkę. W każ­dym razie okres względ­nej ciszy wokół tajem­nic Dol­nego Ślą­ska skoń­czył się wraz z jej opu­bli­ko­wa­niem.

Tajem­nice te są tajem­ni­cami nie­miec­kimi, ame­ry­kań­skimi, sowiec­kimi/rosyj­skimi i pol­skimi. Ude­rza­jąca jest cią­głość, z jaką kolejne wcie­le­nia pol­skich służb spe­cjal­nych – UB, SB, UOP i ABW – oraz mili­cja i poli­cja, a być może także kontr­wy­wiad woj­skowy, wzbra­niały i wciąż bro­nią dostępu do ponie­miec­kich skry­tek. Znają ich zawar­tość? Nie chcą, by zwy­kli oby­wa­tele poznali ją przed nimi? Robią to na wszelki wypa­dek? A może jest jakieś inne wytłu­ma­cze­nie?

Czyj roz­kaz wyko­ny­wali ofi­ce­ro­wie służb spe­cjal­nych, żąda­jąc od ekipy eks­plo­ra­to­rów, by natych­miast prze­stała wier­cić otwór w jed­nym ze stro­pów zamku Książ, cho­ciaż miała ona na to zezwo­le­nie woje­wódz­kiego kon­ser­wa­tora zabyt­ków? Kto zatem jest dys­po­nen­tem tego zamku? W świe­tle tego incy­dentu trudno uznać, aby była nim Pol­ska Aka­de­mia Nauk albo zarzą­dza­jąca spółka gminna, które nie­dawno zgod­nie ogło­siły, że zamie­rzają przy­stą­pić do eks­plo­ra­cji pod­ziemi zamku. Dla­czego obser­wa­to­rium sej­smo­lo­giczne w zamku Książ nie tylko reje­struje wstrząsy sej­smiczne, lecz także inge­ren­cje w struk­turę tej budowli? Czy histo­ry­ków to nie zasta­na­wia? Nie­któ­rych zasta­no­wiło, lecz stra­cili zain­te­re­so­wa­nie tym tema­tem pod­czas pobytu w Niem­czech.

Tak czy ina­czej ze strony spo­łecz­no­ści eks­plo­ra­to­rów można się spo­dzie­wać dwóch rze­czy: nie­ustę­pli­wo­ści w dal­szej eks­plo­ra­cji oraz odpo­wie­dzial­no­ści. Eks­plo­ra­to­rzy ni­gdy nie wejdą do pomiesz­czeń, w któ­rych ukryta jest broń bak­te­rio­lo­giczna i che­miczna, ni­gdy też nie ujaw­nią publicz­nie, gdzie ona została zło­żona. Wej­ście do tych pomiesz­czeń byłoby zwią­zane z ryzy­kiem spo­wo­do­wa­nia wybu­chu bro­nią­cych do nich dostępu min i uak­tyw­nie­nia się śmier­cio­no­śnych che­mi­ka­liów czy szcze­pów bak­te­rii, co mogłoby mieć tra­giczne skutki, dla­tego broń taka musi pozo­stać tam, gdzie jest.

Nato­miast Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego i Cen­tralne Biuro Anty­ko­rup­cyjne, a także Cen­tralne Biuro Śled­cze i Naj­wyż­sza Izba Kon­troli mogłyby zna­leźć w nie­któ­rych rejo­nach Dol­nego Ślą­ska nie­zwy­kle poży­teczne zaję­cie, pole­ga­jące na kontr­wy­wia­dow­czym i anty­ko­rup­cyj­nym moni­to­ro­wa­niu kon­tak­tów pol­sko-nie­miec­kich. Jerzy Rost­kow­ski nie zgłę­bia tego tematu w Pod­zie­miach III Rze­szy, ale w tym miej­scu wypada zadać przy­naj­mniej trzy pyta­nia. Kto i dla­czego decy­duje, że za cenę odno­wie­nia nie­któ­rych ponie­miec­kich zabyt­ków prze­my­sło­wych, finan­so­wa­nych z zagra­nicy, dopusz­cza się do tego, że pod­czas „prac rewa­lo­ry­za­cyj­nych” są nisz­czone lub defi­ni­tyw­nie zamy­kane miej­sca, w któ­rych eks­plo­ra­to­rzy spo­dzie­wają się odna­leźć ukryte depo­zyty? Dla­czego te – i być może także inne – służby dopusz­czają, by taki pro­ce­der kwit­nął? Czy ich rzecz­nicy, tak chęt­nie sła­wiący ich suk­cesy w tro­pie­niu rze­czy­wi­stych lub rze­ko­mych afer, zechcą publicz­nie zająć w tej spra­wie sta­no­wi­sko?

W śro­do­wi­sku eks­plo­ra­to­rów jest rów­nież tajem­nicą poli­szy­nela cha­rak­ter nie­któ­rych przed­się­wzięć gospo­dar­czych od dawna roz­wi­ja­nych w nie­któ­rych rejo­nach Dol­nego Ślą­ska przez firmy zagra­niczne lub z udzia­łem kapi­tału zagra­nicznego. Głów­nym celem ich dzia­łal­no­ści nie jest bro­nie­nie dostępu do ukry­tych ponie­miec­kich depo­zy­tów, lecz eks­plo­ato­wa­nie nie­któ­rych z nich.

Ni­gdy nie zaj­mo­wa­łem się pro­ble­ma­tyką Dol­nego Ślą­ska, cała moja nie­wielka i frag­men­ta­ryczna wie­dza o jego tajem­ni­cach pocho­dzi z lek­tur i infor­ma­cji od eks­plo­ra­to­rów. Uzna­łem jed­nak, że te dwa rodzaje źró­deł są na tyle wia­ry­godne i dobrze udo­ku­men­to­wane, by dać im wiarę. Nie mogąc zatem dodać nic wię­cej ponad to, o czym tu wspo­mnia­łem, zachę­cam czy­tel­ni­ków do lek­tury fascy­nu­ją­cej książki Jerzego Rost­kow­skiego.

Tade­usz A. Kisie­lew­ski

Wstęp

Zamek Książ, klej­not dol­no­ślą­skiej archi­tek­tury, inte­re­so­wał mnie wła­ści­wie… zawsze. Już nie pamię­tam, któ­rego roku przy­by­łem tu po raz pierw­szy, lecz było to chyba nie­długo po zasy­pa­niu wiel­kiego szybu, który drą­żyli tuż przed zam­kiem więź­nio­wie z komanda Fürstenstein. Dzięki tej wła­śnie, przy­pad­ko­wej w zasa­dzie wycieczce zaczęła się moja fascy­na­cja Dol­nym Ślą­skiem, przy­wią­za­nie do tej ziemi…

Tak wła­śnie z nią jest. Trudno powie­dzieć, kiedy się to zaczyna. Naj­pierw otwie­rają ci się na nią oczy, póź­niej uświa­da­miasz sobie, że trudno ci ją opu­ścić, aż nagle cię olśniewa i przy­cho­dzi czas wiel­kich unie­sień. Potem powinna nastą­pić szara codzien­ność, ale ona odsła­nia przed tobą coraz to nowe, coraz pięk­niej­sze obli­cza, zdra­dza coraz bar­dziej fascy­nu­jące, nie­kiedy mroczne tajem­nice. I jesteś stra­cony, bo nie­cier­pli­wie cze­kasz na następne, które pozwoli ci poznać. Nie potra­fisz się bez nich obejść. Już nie jesteś wol­nym czło­wie­kiem.

Tak też było z „moim” Dol­nym Ślą­skiem. Książ wzbu­dził we mnie zachwyt i sza­cu­nek dla wspa­nia­łych mistrzów, któ­rzy go two­rzyli, zafa­scy­no­wał histo­rią, posta­ciami bywa­ją­cych tu ludzi, któ­rzy mieli wpływ na przy­szłość Europy, intry­go­wał nie poznaną do dziś tajem­nicą pod­ziemi zamku. Lecz ona, dol­no­ślą­ska zie­mia, odsła­niała wciąż nowe twa­rze i sekrety. Kusiła urodą pałacu w Rado­mie­rzy­cach oraz zagadką ukry­tych tam w cza­sie wojny doku­men­tów. Nie trwało długo, jak pozwo­liła roz­pro­szyć ciężką mgłę tajem­nicy okry­wa­jącą wojenną pro­duk­cję w zgo­rze­lec­kich zakła­dach Opta Radio Werk III. A po jakimś cza­sie musia­łem wró­cić do Książa, bo coś mi poszep­ty­wało, że to, co tu się działo pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej, może mieć zwią­zek z pobli­skim Szczaw­nem-Zdro­jem. Te dwa piękne miej­sca powią­zać miał pewien zbrod­niarz – nie­miecki nauko­wiec Huber­tus Stru­ghold. Pra­co­wał on w taj­nych labo­ra­to­riach Szczawna, a w pod­zie­miach Książa… Nie, nie, prze­czy­ta­cie o tym póź­niej. A także o tym, co robił dla CIA.

A jeśli zanio­sło mnie na uko­chany Książ, to musia­łem wyja­śnić tajem­nicę dwu­na­stu zabi­tych więź­niów zna­le­zio­nych przez załogę pierw­szego radziec­kiego czołgu, który wje­chał przez zam­kową bramę, i tro­pić tu ślady gigan­tycz­nego depo­zytu z klasz­toru Bene­dyk­ty­nów na Monte Cas­sino. Gdzie ten depo­zyt? Ani jedno z nale­żą­cych do niego bez­cen­nych dzieł sztuki, które wie­ziono do Książa z bro­nio­nej przez Ottona Sko­rze­nego rezy­den­cji Göringa, nie wró­ciło do wło­skich muzeów, nie odna­la­zło się też w pry­wat­nych zbio­rach. Czy wystar­cza­jąco wyraź­nie wska­za­łem miej­sce, gdzie do dziś wszyst­kie cze­kają na zna­lazcę?

I trze­cia z wiel­kich tajem­nic tej książki – nie­miec­kie bada­nia nad bro­nią ato­mową. Tu, na Dol­nym Ślą­sku? Tak, tutaj, a ich śla­dów poszu­kamy razem, idąc wał­brzy­skimi tro­pami nie­miec­kich naukow­ców i katów oraz jed­nego z naj­więk­szych radziec­kich fizy­ków ato­mo­wych, Gie­or­gija Niko­ła­je­wi­cza Flo­rowa. Czy doj­dziemy do nazi­stow­skich cyklo­tro­nów drze­mią­cych w zapo­mnia­nych chod­ni­kach wał­brzy­skiej kopalni, które ato­mo­wymi wybu­chami w ostat­niej chwili miały zmie­nić prze­bieg wojny? To wiel­kie tajem­nice. Ale są także te małe, z pod­ziemi Gór Sowich – w Ludwi­ko­wi­cach, Osówce, Rzeczce. Małe dziś, ale jutro… kto wie? Mate­ria­łów cią­gle przy­bywa.

Czy­tel­nika może zdzi­wić kon­struk­cja tej książki. Łączę w niej fakty sprzed wielu dzie­siąt­ków lat ze znacz­nie póź­niej­szymi, a nawet współ­cze­snymi. Robię to celowo. Klio nie posta­wiła ostat­niej kropki w histo­rii Dol­nego Ślą­ska okresu dru­giej wojny świa­to­wej. Pozo­stało do wyja­śnie­nia bar­dzo wiele bia­łych plam. Sekrety, któ­rych doty­kamy, to jedy­nie wierz­cho­łek góry lodo­wej, a jej rze­czy­wi­stych roz­mia­rów jesz­cze nie pozna­li­śmy. Dowo­dem na aktu­al­ność tego, co wciąż jesz­cze nie odkryte, są ano­ni­mowe tele­fony, które odbie­ram… nie tylko ja zresztą. Głos w słu­chawce zabra­nia szu­kać, jeź­dzić w okre­ślone miej­sca i pisać o odkry­ciach. Ostrzega i grozi. Tele­fony te potwier­dzają, że „straż­nicy”, jak nazywa się ich w śro­do­wi­sku eks­plo­ra­to­rów, ist­nieją i dzia­łają. Kim są? Potom­kami „wil­ko­ła­ków” czy jaki­miś nowymi, wyna­ję­tymi ludźmi? Nie wiem. Wiem, że są, a tele­fony te świad­czą, że jeste­śmy na wła­ści­wej dro­dze. To oni przez wszyst­kie powo­jenne lata pil­no­wali tajem­nic III Rze­szy. Jakich? Cóż, prze­czy­taj­cie.

Roz­dział 1
Kamień i Sto­krotka

Wedle legendy roku pań­skiego 933 młody gier­mek przy­niósł swemu władcy worek zna­le­zio­nego w lesie czar­nego kamie­nia, który – dziw nad dziwy – pło­nął lepiej i dłu­żej niźli naj­lep­sze drewno. Władca, poznaw­szy cudowne wła­ści­wo­ści owego zna­le­zi­ska, w nagrodę paso­wał giermka na ryce­rza, nadał mu zie­mie, na któ­rych doko­nał on owego odkry­cia, i naka­zał, by wybu­do­wał tam warowny zamek, który miał strzec boga­tej w czarne złoto oko­licy.

Tyle legenda. Nato­miast pierw­sze ze zna­nych nam doku­men­tów wspo­mi­nają nie o budo­wie, lecz odbudo­wie warowni na Książu. Prze­pro­wa­dzono ją w latach 1288–1291, a zatem legen­darna data powsta­nia zamku jest praw­do­po­dobna, tym bar­dziej że potwier­dzają ją bada­nia arche­olo­giczne prze­pro­wa­dzone na tak zwa­nym Sta­rym Zamku. Miej­sce to nazy­wano wów­czas Fürstenbergiem, czyli Ksią­żęcą Górą. Warow­nię odbu­do­wał wnuk Hen­ryka Poboż­nego i syn Bole­sława Rogatki, książę świd­nicko-jawor­ski Bolko I Surowy, pierw­szy z linii Pia­stów świd­nic­kich. Z doku­men­tów wiemy, że wcze­śniej zamek ów, sto­jący na waż­nym szlaku han­dlo­wym łączą­cym Cze­chy ze Ślą­skiem, został poważ­nie znisz­czony przez króla Prze­my­sła II Otto­kara.

Pod­no­szono więc z ruin starą warow­nię, a zara­zem nie­spełna kilo­metr dalej, na dru­gim brzegu Pełcz­nicy, roz­po­czął Bolko I budowę nowego zamku, więk­szego i potęż­niej­szego. Takie zało­że­nia obronne sto­so­wano już wtedy dość czę­sto, gdyż prak­tyka wojenna dowio­dła, że dwie twier­dze poło­żone bli­sko sie­bie mogą się dosko­nale wspie­rać nawet w razie nie­spo­dzie­wa­nego ataku, zwłasz­cza gdy połą­czyć je pod­ziem­nym kory­ta­rzem.

Nowa sie­dziba, skąd pro­wa­dziła dogodna droga do dru­giej, w Świd­nicy, tak się spodo­bała Bol­kowi, że prze­niósł tu swą ksią­żęcą sto­licę z odle­głego Lwówka. Oba warowne zamki, wciąż roz­bu­do­wy­wane, powoli prze­obra­żały się w nie­wielką twier­dzę, w czym duży udział miał sio­strze­niec Kazi­mie­rza Wiel­kiego i wnuk Bolka Sro­giego Bolko II Mały, który znacz­nie się przy­czy­nił do roz­kwitu ślą­skiego pań­stwa. Po bez­po­tom­nej śmierci Bolka Małego twier­dza i oko­liczne tereny na mocy daw­nych umów przejść miały pod wła­da­nie króla Czech, Karola IV. Przez pewien czas – zgod­nie z ukła­dami doży­wot­nio – panią na zamku była jesz­cze wdowa po Bolku Małym, Agnieszka, która zmie­niła nazwę warowni na Fürstenstein, czyli Ksią­żęcy Kamień. W roku 1392, po śmierci Agnieszki, zamek stra­cił zna­cze­nie, jakie miał w pań­stwie ślą­skim, prze­cho­dząc pod wła­da­nie Wacława IV Luk­sem­bur­skiego, sła­bego i chwiej­nego cze­skiego króla uwi­kła­nego w kon­flikty z wła­snym rodem. Wacław uczy­nił Fürstenstein sie­dzibą sta­ro­stów, naj­pierw Keklo von Tschirna, a póź­niej Johanna von Cho­tie­nitza, który odku­pił te zie­mie od króla.

 

Nad zamek powoli ścią­gały czarne chmury. W roku 1419 w Cze­chach powstali prze­ciwko Zyg­mun­towi Luk­sem­bur­skiemu zwo­len­nicy stra­co­nego cztery lata wcze­śniej Jana Husa, zapo­cząt­ko­wu­jąc ciąg wojen zwa­nych husyc­kimi, mają­cych naj­pierw cha­rak­ter reli­gijny, a póź­niej naro­dowy, skie­ro­wa­nych prze­ciwko nie­miec­kiej dyna­stii panu­ją­cej. Ten okres głę­bo­kiego kry­zysu gospo­dar­czego, mili­tar­nego i kul­tu­ral­nego dopro­wa­dził do zubo­że­nia czę­ści rycer­stwa, które usi­ło­wało pod­trzy­mać swój sta­tus mate­rialny, ucie­ka­jąc się do roz­bo­jów. Rze­mio­słem owym parali się też, tak jak ich sąsie­dzi, ówcze­śni pano­wie na Książu. Gło­śno było w całej oko­licy o ryce­rzu rabu­siu Her­man­nie von Czet­tritz, który poślu­biw­szy w 1445 roku wnuczkę Johanna von Cho­tie­nitza, stał się wła­ści­cie­lem zamku.

Rabun­kom tym i gwał­tom opie­rali się bogatsi miesz­cza­nie. Słali pety­cje do Pragi, pro­sząc o przy­wró­ce­nie porządku, aż król Jerzy z Podie­bradu uczy­nił spo­kój wokół Książa, zbroj­nie zająw­szy zamek. Nie trwało to jed­nak długo, bo osia­dły tu w imie­niu króla Birco von Nassi­del wydzier­ża­wił Fürstenstein – być może nie wie­dząc, co czyni – innym zna­nym w tych oko­li­cach gra­bież­com, bra­ciom Schel­len­dorf. Łupili oni całą oko­licę nie­mi­ło­sier­nie przez kilka lat, bo król Węgier i Czech Maciej Kor­win, powstrzy­many najaz­dem Tur­ków na Węgry, nie mógł wysłać prze­ciw nim eks­pe­dy­cji kar­nej. Wresz­cie w roku 1482 dowo­dzone przez Jerzego von Ste­ina oddziały wro­cław­skie i węgier­skie przy­pu­ściły szturm na zbó­jec­kie gniazdo. Walki były trudne, bo posa­do­wiony na skale zamek był łatwy do obrony, lecz zakoń­czyły się zwy­cię­stwem von Ste­ina, za które król Maciej mia­no­wał go ksią­skim sta­ro­stą. Zamek tra­fił naresz­cie we wła­ściwe ręce. Nowy pan dbał o twier­dzę i roz­bu­do­wy­wał ją, posta­wił mię­dzy innymi od połu­dnia nowe skrzy­dło, które na cześć hoj­nego króla nazwano Skrzy­dłem Macieja.

Maciej Kor­win zmarł w roku 1490. Tron objął po nim Wła­dy­sław Jagiel­loń­czyk, sta­jąc się pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lem zamku. Fürstenstein chyba jed­nak nie przy­padł mu do gustu, bo już w 1497 roku sprze­dał go Janowi von Sche­ilen­ber­gowi, jak podają źró­dła, za 10 tysięcy kop gro­szy pra­skich. Warow­nia w tym okre­sie czę­sto prze­cho­dziła z rąk do rąk. Syn i jedyny spad­ko­bierca Jana, Jerzy von Sche­ilen­berg, w 1503 roku prze­ka­zał ksią­skie dobra Pio­trowi Hau­gwit­zowi, a w zamian prze­jął od niego Głub­czyce. Po zmar­łym w roku 1508 Pio­trze cały mają­tek odzie­dzi­czył Jan von Hau­gwitz, który nie chciał zatrzy­mać dla sie­bie zamku. Nim upły­nął rok, Książ i oko­lice stały się wła­sno­ścią przy­by­łego z Miśni Kon­rada Hoberga.

Tak oto zamek i pobli­skie zie­mie na wieki prze­jął magnacki ród, który uczy­nił te tereny jed­nymi z bogat­szych na Ślą­sku i był ich wła­ści­cie­lem do 1941 roku. Wiel­kość i bogac­two Hober­gów – od 1714 roku Hoch­ber­gów – znaj­do­wały odbi­cie w pięk­nie­ją­cym z upły­wem lat Fürstensteinie. Pierw­szej wiel­kiej moder­ni­za­cji, a wła­ści­wie prze­bu­dowy, doko­nał syn Kon­rada, Krzysz­tof Hoberg. Zamek w latach 1548–1558 cał­ko­wi­cie zmie­nił cha­rak­ter – z suro­wej gotyc­kiej warowni prze­obra­ził się w ujmu­jącą mięk­kimi kształ­tami rene­san­sową rezy­den­cję magnacką. Krzysz­tof, ener­giczny i ope­ra­tywny, spła­cał przy tym resztę należ­no­ści za Fürstenstein, a była to na owe czasy suma nie­mała, wyno­sząca ponad 72 tysiące tala­rów. W 1605 roku cesarz Rudolf potwier­dził spłatę doku­men­tem usta­na­wia­ją­cym Książ dzie­dziczną wła­sno­ścią Hober­gów.

Ta prze­ło­mowa dla zamku data oka­zała się też szczę­śliwa dla współ­cze­snych histo­ry­ków, ponie­waż dzia­ła­jąca tam wów­czas cesar­ska komi­sja sza­cun­kowa szcze­gó­łowo opi­sała posia­dłość. Wiemy z tego opisu, że budowla miała dwa roz­dzie­lone fosą dzie­dzińce, dolny i górny. Na dol­nym stały kuź­nia, bro­war, dwie łaź­nie, staj­nie, duża szopa i inne zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze. Na gór­nym pocze­sne miej­sce zaj­mo­wał sam zamek, do któ­rego przy­le­gała kwa­dra­towa – a nie okrą­gła, jak dziś – wieża. Oba dzie­dzińce ota­czały wały oraz solidne mury i głę­boka fosa. Pod­czas tej trwa­ją­cej dzie­sięć lat roz­bu­dowy zało­żono też pierw­szy ogród.

Nad­cho­dziły jed­nak trudne czasy dla pięk­nie­ją­cej z roku na rok magnac­kiej rezy­den­cji. Nara­sta­jące w Niem­czech anta­go­ni­zmy reli­gijne i poli­tyczne zwia­sto­wały nad­cho­dzącą wojnę. Bez­po­śred­nią przy­czyną jej wybu­chu w 1618 roku stało się anty­habs­bur­skie powsta­nie w Cze­chach. Wojenna zawie­ru­cha trwała trzy­dzie­ści lat, Książ był gra­biony i nisz­czony przez woj­ska saskie, a póź­niej szwedz­kie. W 1644 roku z zamku ucie­kać musiał przed Szwe­dami ówcze­sny jego wła­ści­ciel Jan Hen­ryk Hoberg, który ukrył się w domu soł­tysa pobli­skiego Görbersdorfu, czyli dzi­siej­szego Soko­łow­ska. Na zamku sta­nął też kwa­terą Albrecht Václav Wal­len­stein, głów­no­do­wo­dzący wojsk cesar­skich.

Wresz­cie w paź­dzier­niku 1648 roku trzy­dzie­sto­let­nie pan­de­mo­nium zakoń­czył pokój west­fal­ski. Wojna dopro­wa­dziła do roz­drob­nie­nia poli­tycz­nego Nie­miec oraz ich cał­ko­wi­tej ruiny gospo­dar­czej, lecz nie wpły­nęła zasad­ni­czo na stan posia­da­nia Hober­gów. Prze­wi­dy­wano dłu­gie lata pokoju, a i stare umoc­nie­nia stra­ciły na zna­cze­niu mili­tar­nym, roze­brano więc część zam­ko­wych murów i wałów, a powięk­szono znacz­nie ogrody. Wzro­sło zna­cze­nie rodu – Jan Hen­ryk I otrzy­mał tytuł barona, a póź­niej dzie­dzicz­nego hra­biego.

Prze­ło­mowy dla Książa był rok 1705, kiedy Ernest Mak­sy­mi­lian von Hoberg zaczął prze­bu­do­wy­wać rene­san­sowy zamek na baj­kowy baro­kowy pałac. Powstało wów­czas całe baro­kowe skrzy­dło z prze­piękną, znacz­nie bogat­szą niż dziś, Salą Mak­sy­mi­liana. Zbu­do­wano podwójny sze­reg ofi­cyn przy pod­jeź­dzie i budy­nek bramny z dwiema wie­żami. Przed zam­kiem powstał dzie­dzi­niec hono­rowy. Pra­co­wali tu naj­zna­ko­mitsi fachowcy, mię­dzy innymi sztu­ka­tor Ramelli, kamie­niarz Jan Szwi­bis, mar­mo­ry­za­tor Ignacy Pro­vi­sore, rzeź­biarz Feliks Schef­fer, budow­ni­czy Antoni Ham­mer­sch­midt. Wspa­niałe efekty ich pracy możemy dziś zoba­czyć jedy­nie na przed­wo­jen­nych zdję­ciach.

W 1772 roku posia­dło­ści Hoch­ber­gów zyskały sta­tus ordy­na­cji, czyli nie można ich było w żaden spo­sób uszczu­plać i prze­cho­dziły jedy­nie na naj­star­szego męskiego spad­ko­biercę wła­ści­ciela. Efek­tem był nie­mal natych­mia­stowy, bar­dzo silny roz­wój gospo­dar­czy wszyst­kich ziem nale­żą­cych do tego rodu. Z cza­sem Hoch­ber­go­wie doro­bili się ogrom­nego majątku, na który skła­dały się wszyst­kie kopal­nie daw­nego Wał­brzy­cha, pięt­na­ście kopalń w Zagłę­biu Gór­no­ślą­skim i wiele zakła­dów prze­my­sło­wych. Bogac­two loko­wane po czę­ści w rodową sie­dzibę zaowo­co­wało w latach 1794–1799 dal­szymi remon­tami i prze­bu­do­wami czy­nią­cymi z Książa praw­dziwy klej­not archi­tek­to­niczny.

W tym też cza­sie ówcze­sny ordy­nat Jan Hen­ryk VI zatrud­nił heskiego archi­tekta i mala­rza Chri­stiana Wil­helma Tisch­be­ina, któ­remu zle­cił mię­dzy innymi prze­bu­dowę poważ­nie znisz­czo­nej śre­dnio­wiecz­nej warowni na dru­gim brzegu Pełcz­nicy. W sta­rych murach powstały roman­tyczne, sty­li­zo­wane na gotyk sztuczne ruiny uda­jące trój­kątny zamek wła­ściwy i dwa pod­zam­cza. Tisch­bein z pie­ty­zmem zatrosz­czył się o rene­san­sowe i baro­kowe ele­menty archi­tek­to­niczne z prze­bu­do­wy­wa­nych budowli, zręcz­nie wkom­po­no­wu­jąc je w sztuczną ruinę. To wła­śnie piękne miej­sce nazy­wamy dziś Sta­rym Zam­kiem.

Hoch­ber­go­wie rośli w siłę. Dzięki zręcz­nym koli­ga­cjom posie­dli wiel­kie wło­ści psz­czyń­skie, a wraz z nimi tytuł ksią­żęcy. For­tuna panów na Książu, od tego czasu ksią­żąt Hoch­berg von Pless, szybko rosła – uzna­wana była za trze­cią w Niem­czech i siódmą w Euro­pie. Zyski­wało na tym całe sąsiedz­two ksią­skiej sie­dziby rodu. W samym pobli­skim Wał­brzy­chu dla Hoch­bergów pra­co­wało około dzie­wię­ciu tysięcy osób. Zamek gościł naj­zna­mie­nit­sze oso­bi­sto­ści – bawili tu mię­dzy innymi zachwy­cony jego urodą król Prus Fry­de­ryk Wil­helm III i póź­niej­szy pre­zy­dent USA John Quincy Adams, któ­rego ponoć jed­nak raził nad­mierny jego zda­niem prze­pych i wręcz osten­ta­cyjne bogac­two.

Musimy się teraz prze­nieść w cza­sie. Anglia, rok 1873. W rodzi­nie nie­zbyt zamoż­nej, ale sko­li­ga­co­nej z dwiema angiel­skimi kró­lo­wymi oraz wie­loma panu­ją­cymi rodami ówcze­snej Europy, uro­dziła się Mary The­resa Oli­via Corn­wal­lis-West. Ojciec, puł­kow­nik armii kró­lew­skiej, zapew­nił dziew­czynce dosko­nałe wykształ­ce­nie. Wyro­sła na pannę osza­ła­mia­ją­cej, acz sub­tel­nej urody i ujmu­ją­cego uspo­so­bie­nia. Nazy­wano ją Daisy, czyli Sto­krotką.