Z duchami przy wigilijnym stoleTekst

Autor:Zespół autorów
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W. Scott, H. James i inni

Z duchami przy wigilijnym stole


ISBN 978-83-8202-139-4


Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2020

All rights reserved


Redaktor prowadzący

Dariusz Wojtczak


Redakcja

Tadeusz Zysk, Magdalena Wójcik


Projekt graficzny okładki

Aleksandra Zwolankiewicz


Łamanie

Grzegorz Kalisiak


Wydawnictwo Zysk i S-ka pragnie poinformować, że mimo podjętych wysiłków nie udało się nam skontaktować z Jerzym Płudowskim (lub jego prawnymi spadkobiercami), tłumaczem wiersza Johna Daya Modlitwa. W związku z tym prosimy osoby posiadające prawo do tłumaczenia wyżej wymienionego utworu poetyckiego o kontakt z wydawnictwem.


Wydanie I w tej edycji


Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).


Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

«Dusza z ciała wyleciała…»

Polski anonim z XV wieku


 
Dusza z ciała wyleciała,
Na zielonej łące stała,
Stawszy, silno zapłakała.
 
 
K niej przyszedł święty Piotr arzkąc1:
„Czemu, dusze, rzewno płaczesz?”
 
 
„Niewola mi2 rzewno płakać,
A ja nie wiem, kam3 się podziać.”
 
 
„Pojdzi, dusze moja miła!
Powiodę cię do rajskiego,
Do krolestwa niebieskiego.”
 
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Ja gorę

Henryk Rzewuski


Po rozwiązaniu konfederacji barskiej, która pochłonęła tę szczupłą ojcowiznę, co spadła na mnie po moich antenatach, byłem w bardzo krytycznym położeniu. Zwyciężeni, nie mieliśmy czego dobrego się spodziewać od zwycięzców i przyszłoby mnie gdzieś szukać chleba po szlacheckich dworach, żeby nie pamiętał o mnie książę biskup krakowski Kajetan Sołtyk, że mnie Sołtykówna rodziła. Ten nieśmiertelnej pamięci książę rękę mi podał, przyjął mnie do siebie i dał mi ze swojej łaski wioskę w dożywocie, która dotąd mnie żywi i odziewa. Otóż książę Kajetan Sołtyk, nim został krakowskim, był kijowskim biskupem i miał znaczne biskupie dobra na Ukrainie. Przenosząc się w województwo krakowskie, zabrał ze sobą z tamtejszych stron niejakiego pana Pogorzelskiego herbu Krzywda, szlachcica z Ukrainy.

Wszyscyśmy bardzo lubili pana Pogorzelskiego, bo był mężem cnotliwym i światłym, a do tego wesołym, nadzwyczajnie grzecznym i uczynnym. Miał też swoje dziwactwa wedle opinii niektórych dworzan, ale ja tej opinii nigdy nie podzielałem. Prawda, że dziwne rzeczy o sobie opowiadał. Klął się przed nami, że razu jednego, jadąc przez Polesie, zatrzymał się przed karczmą, żeby dać koniom wytchnąć, lecz sam z karocy nie wychodząc. Otóż jakiś Poleszuk przybliża się do niego ze strzelbą i mówi:

– Panie, niech pan kupi moją rusznicę, ona się przyda do polowania.

– A wiele ty za nią chcesz?

– Tynfów trzydzieści, ani szeląga z tej ceny spuścić nie mogę.

– Czy tyś oszalał? Wszakże każdy element tej strzelby z innego kramu pochodzi, zamek sznurkiem przywiązany, rura skorodowana, pełna rdzy, a kolba, pożal się Boże. Takie obszarpaństwo przyłożyć do twarzy!

– To wszystko prawda, panie, ale za to cnotliwa.

– I jakaż w niej cnota?

– Jaka? Oto taka, że jak ją pan w dłoń weźmiesz i wymierzysz do celu, wprzódy ją nabiwszy, pomyślisz pan, co chcesz upolować, a wnet to zwierzę na celu obaczysz. Zaraz strzelić do niego trzeba, bo inaczej źle się stać może.

– Pokaż no tę fuzję, a czy nabita?

– Nabita, panie, niech ją pan spróbuje, tylko przypominam panu, żebyś z niej wystrzelił, bo jak ją pan odstawisz nabitą, w ręku pańskim się roztrzaska.

– Otóż – dodał – moi panowie, pokusa mnie wzięła spróbować strzelbę, przyłożyłem się do niej, pomyśliwszy o niedźwiedziu, aż tu widzę o kilkanaście kroków przed sobą Cygana prowadzącego niedźwiedzia na łańcuchu. Dałem ognia. Cygan i łańcuch znikły, a tylko duży niedźwiedź leży zabity. Zapłaciłem Poleszukowi tyle, co chciał. Gdyby trzy razy tyle zażądał za strzelbę, anibym się wahał, choćbym miał ostatnią koszulę oddać. Jadę dalej ze strzelbą w ręku, a ciągle ją próbując, naładowałem powóz rozmaitą zwierzyną. Aż mi przychodzi na myśl: a czy nie złego ducha to sprawa? Zaczynam się modlić. Po modlitwie uczułem jeszcze silniejsze przekonanie, że to jest dar czartowski. Wszystką zwierzynę wyrzuciłem z wózka i strzelbę także, aż spoglądam za siebie, a widzę, że strzelba za mną bieży. Kazałem się zatrzymać, wziąłem strzelbę i przywiązałem ją własną ręką do drzewa, jadę dalej, fuzja przy wózku biegnie. Przeląkłem się strasznie, a że już było blisko Uszomierza, położyłem obok siebie strzelbę na wózku i kazałem zawieźć się prosto do klasztoru tamtejszych ojców karmelitów. Tam przeorowi całą rzecz opowiedziałem i wręczyłem mu strzelbę. On na dziedzińcu klasztornym kazał ją spalić w mojej obecności. Otóż, moi państwo, taki smród siarki z tego ognia się rozszedł, że nie można było wytrzymać na dziedzińcu, a co jeszcze dziwniejsze, kiedy ogień wygasł, nie tylko że oprawa się wypaliła, ale ani zamku, ani lufy śladu nie pozostało, wszystko spaliło się jak słoma.

Innego razu opowiadał, że wyruszył pewnego dnia z chartami. Oddaliwszy się nieco z domu, baba zatrzymuje jego konie za cugle, prosząc o jałmużnę.

– Ja do kieszeni – prawi – bo ubogiego nie godzi się opuszczać. Azaliż nie znajdę jakiego miedziaka; był tylko półzłótek. Wtedy zaczynały się już złotówki, półzłótki i srebrne grosze.

Żal mi się zrobiło baby, ale i też półzłótka. Na naszej Ukrainie wszystkiego w bród, ale grosz drogi. Odzywam się sam do siebie, a głośno:

– Na srebrny grosz bym się zdobył, ale półzłótka mi szkoda. Zwróć grosz srebrny, a dam ci to, co mam w kieszeni.

A ona do mnie:

– Niechże pan mnie to da. Oto srebrny grosz.

Zamiana się zrobiła, a jej pieniądz schowałem do kieszeni. Cóż państwo powiecie? Nie mogłem się tego srebrnego grosza pozbyć. Co komu go oddam, znowu znajduję go w kieszeni. Nie mogłem pojąć, co to znaczy. Nie spotykałem ubogiego, któremu by go od zaraz nie oddał. Zawsze wracał do mnie. Aż jednego razu grałem w karty z przyjaciółmi i przez zapamiętanie wpadłszy w tarapaty, między innymi pieniędzmi i mój srebrny grosz przegrałem. Raptem opamiętałem się, ale myślę sobie: on wróci się. Otóż nie wrócił się, wpadł jak w wodę, a ja przysiągłem, że odtąd karty nie dotknę, i jak państwo widzicie, dotrzymuję postanowienia.

Są to rzeczy trudne do uwierzenia. Wszyscy mówili o nim, że będąc Rusinem, wyniósł z kraju swojego skłonność do zabobonności. Że plecie, co mu ślina na usta przyniesie, że doświadczył, chociaż rzeczywiście tego nie doświadczył. A co do mnie, znałem go na tyle, żem wierzył w jego słowo, w to, co mówił. Gdybyśmy odrzucali świadectwa ludzi z byle powodu, to tych, którym byśmy wierzyli, byłoby bardzo mało. Kto innym zanadto wierzy, może często być oszukanym, zwłaszcza jeżeli z lada kim przestaje, ale kto swojemu tylko własnemu rozumowi wierzy, a świadectwem ludzi poczciwych pomiata, dlatego że jemu się zdaje, że ich rozum jest niższy od tego, którym go Bóg obdarzył, nigdy nie zostanie mężem światłym.

Trzeba wiedzieć, że samsonowska włość była kiedyś własnością książąt zatorskich, którzy chociaż Polacy, należeli do Rzeszy Niemieckiej. Jest podanie, że Wilibald, ostatni książę zatorski, miał jedynaczkę córkę, którą w dziesiątym roku jej życia zaręczył z siostrzeńcem cesarza rzymskiego, a to dla zachowania niepodległości swojego księstwa, które po wygaśnięciu linii męskiej jego domu miało być wedle prawa wcielone do Polski. Ten potężny i niezależny książę zbudował obronny zamek w Samsonowie, gdzie czasem przemieszkiwał. Był to człowiek zuchwały, okrutny, bez bojaźni wobec Boga i ludzi. Owóż tedy jego jedynaczka w szesnastym roku życia zakochała się z jednym młodym rycerzem polskim i dała się przez niego wykraść właśnie w tym dniu, kiedy siostrzeniec cesarza rzymskiego przybył do Zatoru, żeby ją pojąć za żonę. Łatwo można sobie wyobrazić gniew księcia i srom, jaki uczuł z zawodu uczynionego potężnemu księciu, a tym sposobem zniszczenia wszelkich jego zamiarów. Opuścił Zator i osiadł, jak mówił, na zawsze w samsonowskim zamku. Tam oddawać się zaczął życiu pobożnemu, bo codziennie modlił się w swojej kaplicy i hojnie przyjmował pielgrzymów i zakonników, ale córce nie przebaczył i nikomu nie pozwalał o niej mówić.

 

Tymczasem jego córce ciążyło przekleństwo ojca, udała się więc z mężem do biskupa krakowskiego, za którego indultem4 wzięła ślub, prosząc go, by starał się wyjednać ojcowskie przebaczenie. Biskup udał się do Samsonowa i został okazale i uprzejmie przez księcia przyjęty. Ośmielił się więc głosem pasterskim do niego przemówić, by dał się przebłagać w gniewie, co go czuje przeciwko córce. Książę dał się przekonać i oświadczył biskupowi, że jeżeli córka, zięć i proboszcz kielecki, który udzielił im ślubu, przybędą razem do jego zamku, on da dowód swych uczuć do nich. Biskup sprowadził ich do Samsonowa, chcąc być świadkiem tego uroczystego pojednania się ojca ze swoim dzieckiem. Wszystko się odbyło w jego obecności. Książę tak pokazał się być dobrym, że biskup z sercem rozrzewnionym pożegnał go, kilkakrotnie powtarzając, że ten dzień poczytuje za najszczęśliwszy dzień swojego pasterstwa.

Ledwo biskup wjechał w bór, który prowadzi do Samsonowa, został napadnięty przez hufiec zbrojny, który nad jego pocztem zwycięstwo odniósł. Wywleczono biskupa z kolasy, kilka cięć mu zadano i byłby rozsiekany, gdyby niespodziewanie Bóg dla jego ratunku nie zesłał walecznego hrabiego na Skałce, który z kilku rycerzami i służebnym orszakiem tędy właśnie udawał się do Tyńca na turnieje. Hrabia wyrwał go z rąk oprawców. Wszystkich wraz z biskupem, prawie umarłym, z uwięzionymi oprawcami przeprowadził do Krakowa. Tam rozpoznano, że ci rozbójnicy należeli do dworu księcia zatorskiego. Sami wyznali, że byli wyprawieni od niego, żeby zamordować biskupa i jego straż.

Biskup klątwę rzucił na księcia zatorskiego, a król kazał mu się stawić do Krakowa. Książę odpowiedział dumnie, że będąc udzielnym władcą, innej jurysdykcji nie uznaje oprócz cesarza rzymskiego, że na żadne sądy królewskie ani biskupie nie stanie, że gotów jest gwałt gwałtem odeprzeć i że tuszy, iż cesarz nie da zgnębić swojego wasala.

Byłby zapewne źle skończył książę, lecz śladu po jego córce, jego zięciu, i proboszczu kieleckim, który razem z nimi przyjechał, nie było. Domyślano się tylko, że ich wszystkich troje kazał zamordować. Jedno że wkrótce potem książę umarł, objęty klątwą kościelną, bez opatrzenia sakramentami, o które nawet nie prosił. Mówiono, że umarł z bluźnierstwem w ustach i że jego ciało było czarne jak węgiel.

Po jego śmierci księstwo zatorskie zostało przyłączone do Korony z częścią jego dóbr alodialnych. Reszta rozdana została krewnym jego zięcia, którzy poszukali jego zabójcy, jak i krewnym proboszcza kieleckiego. A włość samsonowską król dołączył do dóbr biskupstwa krakowskiego i całe to wydarzenie z czasem poszło w zapomnienie.

Podczas gospodarowania przez pana Pogorzelskiego dobrami biskupimi książę biskup, objeżdżając swoje dobra, zajechał też do Samsonowa, gdzie kilka dni się zatrzymał, ja mu wraz z innymi dworzanami asystowałem. Książę oświadczył, że chętnie obejrzy wnętrze tego zamku, gdzie od kilku wieków noga ludzka nie postała. Wieśniacy mówili, że w nocy coś tam straszy, że jakoby z wnętrz zamkowych dawały się słyszeć jęki, a czasem hałas nadzwyczajny. Pan Pogorzelski za pomocą kowali kazał pootwierać wszystkie drzwi zamku, a my do niego za księciem nazajutrz żeśmy poszli.

Zamek, staroświeckim trybem murowany, wieki przetrwał w całości, ale w środku nietoperze, pajęczyny i kurz tak go oszpeciły, że wszystko zdawało się być w ruinie. Były jakieś ślady malowideł, jakieś sztukaterie na ścianach wyryte, pająki wiszące, rozmaite sprzęty, ale wszystko w nim przerażało. Chodziliśmy po ogromnych salach pogrążeni w jakimś niewypowiedzianym smutku; na księże biskupie to żadnego przykrego wrażenia nie zdawało się sprawiać, tak daleceż, że obszedłszy cały zamek, powiedział panu Pogorzelskiemu:

– Mości Panie, ten zamek, jest piękny, z niego na całą okolicę widok się rozlega, trzeba go uczynić na nowo mieszkalnym. Wielmożny Pan naprędce zajm jakieś dla siebie pomieszkanie w tym zamku, żeby robota rychlej pod waści okiem się dopełniała, i jak najprędzej weź się do tego. W roku następnym, da Bóg doczekać, będziesz nas w nim przyjmował, bo ja kilka niedziel z moją czeladką w nim myślę przemieszkać.

Zaraz po naszym wyjeździe pan Pogorzelski, upatrzywszy w prawej części zamku pomieszkanie dość wygodne dla siebie i kancelarii ekonomicznej, kazał je oczyścić, piece poprzestawiać, szyby do okien wprawić i wkrótce tam się przeniósł, stosownie do rozkazów pańskich. Natychmiast wzięto się do restauracji całego zamku. Przeglądając od piwnicy do strychu zamek, znaleziono w suterenach beczkę wina węgierskiego na obręczach żelaznych zawieszoną, ale wino nożem się krajało. Ledwo kilkanaście butelek czystego płynu otrzymano, ale lagrem5 książę całą piwnicę zapełnił.

Pan Pogorzelski często bywał w Krakowie. Zawsześmy go znali rubasznym. Zauważyliśmy, że zaczął tetryczeć, aż na koniec wpadł w coś podobnego do czarnej melancholii. Przyszło do tego, że pojechał do księcia, prosząc go o uwolnienie z obowiązków i o pozwolenie na powrót do swojej Ukrainy. Zadziwiło to i zmartwiło księcia biskupa, który miał anielskie serce i wielce się przywiązywał do swoich sług.

– Cóż to, mój Pogorzelsiu – rzecze – czy masz u mnie krzywdę, że mnie chcesz opuścić?

– Nie, najjaśniejszy książę, nigdzie mnie lepiej być nie może. Smaczny to chleb, łzami się zalewam, opuszczając tak dobrego pana, ale nie mogę dłużej wytrzymać, tak jestem napastowany.

– Od kogo, mój kochany?

– Od kogo? A cóż, od złego ducha.

– Opamiętaj się, Pogorzelsiu, co ci też do głowy przystąpiło? Musisz być chory.

– Ja wiem, że za szalonego uchodzić będę, ale na rany Chrystusa się klnę, że tak jest i że odkąd zamieszkałem w tym utrapionym zamku, diabeł mnie pokoju nie daje.

– I cóż on z tobą robi?

– Co robi? Oto mnie ciągle powtarza, po każdej mojej czynności, te same słowa. Po przebudzeniu się zaczynam dzień od modlitwy, ledwo ją skończę, słyszę głośno wyrzeczone te wyrazy:

– Panie Pogorzelski, waćpan się modlisz, a ja gorę.

Ja się żegnam, a głos powtarza:

– Panie Pogorzelski, waćpan się żegnasz, a ja gorę.

Każę zaprząc do wózka, a głos do mnie:

– Panie Pogorzelski, waćpan się wybierasz w pole, a ja gorę.

I tak, książę panie, cokolwiek bym robił, ciągle mi się diabeł odzywa:

– Panie Pogorzelski, ja gorę.

– A to wynieś się z zamku do swojego dawnego pomieszkania.

– Ale biedę zaczepiwszy, niełatwo się od niej odczepisz. Ja z zamku, czy w pole, czy do Krakowa, a głos czarta za mną. Dziś jeszcze, kiedy kazałem się pakować do Krakowa, a stamtąd na Ukrainę, słyszę ten sam głos:

– Panie Pogorzelski, waćpan się wybierasz na Ukrainę, żeby się mnie pozbyć, nie będzie nic z tego. Wielmożny Pan się pakujesz, a ja gorę.

– Powiedzże mnie, mój Pogorzelsiu, czy kto inny oprócz waści ten głos usłyszał?

– Otóż to, kęs za twardy dla mnie, że inni go słyszeli, bo żeby ja tylko jeden go słyszał, miałbym siebie za chorego i na tym koniec, ale oto przed kilku dniami w nocy tak mnie głowa zaczęła boleć, że obudziłem służącego, jak ja Rusina, i kazałem mu podać sobie herbaty z szafranem. On poszedł, sprawił się dość prędko i podaje mi na tacy imbryk z kipiątkiem i filiżankę, ja rękę wyciągam do herbaty, aż tu głos odzywa się:

– Panie Pogorzelski, waćpan chcesz pić herbatę, a ja gorę.

Mój Chwędko tacę z przyborem puścił z rąk na moje łóżko, że mnie oparzył, a sam uciekł, gwałtu krzycząc.

Jak państwo widzicie, byłem z innymi obecny przy tej rozmowie.

– To jest rzecz nadzwyczajna – odezwał się książę – ale na nic ci się nie przyda mnie opuścić, bo sam mówisz, że głos za tobą rusza, powędruje on z tobą i do Ukrainy.

– Mam nadzieję, że Najświętsza Panna Berdyczowska mnie od niego wybawi.

– Mój Pogorzelsiu, Najświętsza Panna tak u nas, jak i w Berdyczowie króluje, wszakże i nam Chrystus Pan dał moc złe duchy odganiać. Jedźże nazad do Samsonowa, a ja jutro do waści przybywam, pontificaliter6 wystąpię ze mszą w zamku przy moim podróżnym ołtarzu, wszystko mnie waść przygotujesz z moim kapelanem.

Nazajutrz pojechaliśmy za księciem biskupem do Samsonowa. Książę zajechał do dworku, bo zamek jeszcze nie był w pogotowiu, a tylko w nim mularze, stolarze i zduni pracowali. A pan Pogorzelski zawsze w swojej izbie rozprawiał się z głosem. Książę przenocowawszy, raniuteńko kazał się zawieść do zamku, gdzie my wszyscy na niego już czekali. Naprędce wzniesiono ołtarz porządny w sali już oczyszczonej, gdzie niemało narodu się zebrało. My na progu za panem Pogorzelskim przyjmowali księcia. I kiedyśmy go przeprowadzali do sali, w której miał święte tajemnice odprawiać, przechodząc, usłyszeliśmy wszyscy głos:

– Panie Pogorzelski, waszmość na mnie biskupa naprowadzasz, a ja gorę.

To trochę księcia biskupa zmieszało, wszakże kilka chwil tylko zatrzymawszy się, poszedł dalej.

Zauważyliśmy, że długo się modlił przede mszą, widać, że chciał pobudzić w sobie intencję, i wtedy, że tak powiem, jego twarz zdawała się rozjaśniać jakimś, dziwnym blaskiem świątobliwości; po czym pontificaliter miał mszę śpiewaną, a kler z nim przybyły, dworzanie i lud samsonowski odpowiadali. Pan Pogorzelski, krzyżem leżąc, mszy świętej słuchał. Po mszy książę biskup, zawsze przy ołtarzu, oparł się na pastorale, a wziąwszy krzyż w rękę, odezwał się na cały głos:

– Wszelki duch Boga chwali!

– I my go chwalimy – odezwali się wszyscy. Wtem, nie wiedzieć skąd, pojedynczy głos daje się słyszeć:

– Panie Pogorzelski, wy go chwalicie, a ja gorę.

Miarkujcie, moi państwo, jak my się wszyscy przestraszyli, chociaż to nie była noc, ale najwidniejszy poranek.

Książę biskup wziął się do egzorcyzmów. Jeszcze dziś żyją w Samsonowie wieśniacy, którzy to pamiętają, można ich zapytać, czy to, co mówię, jest kłamstwem. Książę po skończonym egzorcyzmie odezwał się:

– Duchu stworzony od Boga, w imię tego Boga, który się wcielił w łonie Dziewicy, a od którego otrzymałem pasterstwo tej trzody, przykazuję tobie, żebyś powiedział, kim jesteś i jaki mogę ci dać ratunek.

Na to przeraźliwy głos dał się słyszeć:

– Dla mnie już nie ma ratunku, byłem księciem na Zatorzu i stałem się sprawcą śmierci córki, zięcia i kapłana, który im ślub dał. Odkąd noga ludzka weszła do tego zamku, pokoju nie dam temu, co tym zamkiem zarządzać będzie, póki ciała moich ofiar nie pogrzebią w poświęconej ziemi.

– Gdzież są te ciała?

– W tym zamku, sprowadź architekta swojego, on je wynajdzie.

Sprowadzono z Krakowa natychmiast Bojanowskiego, nadwornego architekta księcia. Ten jak zaczął rozmierzać zamek, natrafił na podwójną ścianę, kazał ją wyłamać, rzeczywiście wąska izdebka się pokazała, w niej znaleziono trzy kościotrupy, dwa męskie, jeden niewieści. Widać, że książę kazał ich żywcem zamurować i że z głodu musieli umrzeć.

Książę biskup sprawił im wspaniały pogrzeb, ufundował kaplicę piękną, którą dotąd widzieć możecie w Samsonowie, i zostawił fundusz na kapelana, który odmawia po trzy msze na tydzień za spoczynek dusz ich trojga. I od czasu tego pogrzebu już pan Pogorzelski przestał być nagabywany od głosu.

Modlitwa

John Day


 
Spraw, by mnie strachy nie nękały
I czart nie pożarł wygłodniały,
Aby zły, chochlik, duch pijany
Nie rzucał mną o słup i ściany,
A strzeż mnie przed potęgą czarną,
Chociaż się inni do niej garną.
 
Przełożył
Jerzy Płudowski

Gobelinowa komnata albo Dama w sukni z trenem

Sir Walter Scott

 

Oto kolejna historyjka z Keepsake z roku 1828. Usłyszałem ją przed wieloma laty z ust świętej pamięci panny Anny Seward, która pośród innych darów, czyniących z niej znakomitą towarzyszkę w jej wiejskiej posiadłości, władała też umiejętnością przedstawiania podobnych opowieści ze znakomitym efektem, w istocie o wiele większym, niż można by przypuszczać na podstawie jej literackich dokonań. Bywają takie pory i nastroje, gdy większość ludzi bez niechęci gotowa jest słuchać podobnych rzeczy; mnóstwo słyszałem najwybitniejszych i najmądrzejszych z moich współczesnych, którzy oddawali się owym narracjom.

Sierpień 1831

Poniższa historia spłynęła spod pióra w tej samej – na ile tylko pamięć zezwoliła – postaci, w jakiej napłynęła do uszu autora, dlatego nie może on sobie rościć prawa do większych pochwał ani wystawiać się na surowsze oceny niż te, które są uzasadnione dobrym lub złym smakiem ludzi zatrudnionych przez niego przy doborze materiałów. Autor bowiem starannie unikał wszelkich ornamentacji mogących wpłynąć na prostotę opowieści.

Trzeba zarazem przyznać, że jest taki rodzaj traktujących o sprawach niezwykłych historii, które silniejsze wrażenie wywierają opowiedziane niż wtedy, gdy znajdą się w druku. Te same wydarzenia przedstawione w czytanym za dnia roczniku o wiele słabszy wywierają efekt od tego, który zyskuje narrator zwracający się do zasiadłych przy kominku słuchaczy spijających mu z ust słowa w najdrobniejszych, gwarantujących autentyczność opowieści szczegółach, on zaś ścisza głos w sposób zapowiadający, iż oto zbliża się część straszna i niezwykła. Z takich to przewag korzystał autor niniejszych zdań, gdy przed ponad dwudziestu laty słuchał, jak o opisanych tu zdarzeniach opowiada znakomita panna Seward z Litchfield, która pośród swych niezliczonych uzdolnień posiadła też niezwykłą moc prywatnych narracji. W swej obecnej formie historia ta z konieczności stracić musi wszystkie owe ekscytujące aspekty, którymi obdarzają ją zręczna intonacja oraz bystrość osoby z talentem snującej opowieść. Mimo to jednak czytana na głos ufnym słuchaczom w napoczynającym pewność zmierzchu, czy to w milczeniu, ale za to przy coraz bardziej kapryśnym knocie świecy, albo też w samotni spowitego w półmrok apartamentu – może zachować zalety dobrej opowieści o duchach. Panna Seward zawsze zaręczała, że informacje swe zyskała z nader wiarygodnego źródła, natomiast za nic nie chciała ujawnić personaliów obu głównych postaci. Nie pozwolę sobie na to, aby dzielić się z czytelnikami zyskaną później przeze mnie bardziej konkretną wiedzą, szczegółom więc nadam tę ogólnikowość, z jaką mi je przedstawiono. Z tego samego powodu narracji ani nie powiększam, ani nie przykrawam z uwagi na okoliczności mniej czy bardziej namacalne, a jedynie przekazuję atmosferę nadnaturalnej grozy, tak jak tę historię usłyszałem.

Po zakończeniu wojny o niepodległość brytyjskich kolonii w Ameryce kapitulacją pod Yorktown armii lorda Cornwallisa pośród oficerów, którzy dostali się do niewoli w trakcie tego niepotrzebnego i fatalnego konfliktu, a teraz wracali już do ojczyzny, aby opowiedzieć o swoich doświadczeniach i odpocząć po bitewnych trudach, znalazł się pewien generał. Panna S. dała nazwisko Browne, jak jednak rozumiem, tylko w tym celu, aby uniknąć kłopotów wynikających z anonimowości bohatera opowieści. Był zasłużonym oficerem, a także dżentelmenem powszechnie szanowanym za pochodzenie i osiągnięcia.

Pewne sprawy popchnęły generała Browne,a do podróży po zachodnich hrabstwach, gdy kończąc przedpołudniowy etap, znalazł się w miasteczku, które prezentowało niezwykłą urodę oraz szczególną angielskość.

Miasteczko z majestatycznym starym kościołem, którego wieża dawała świadectwo trwającej przez stulecia pobożności mieszkańców, zaległo pośród pastwisk i pól, niewielkich, ale ogrodzonych i oddzielonych od siebie całkiem solidnymi płotami z leciwego drewna, które wspomagało tujowe żywopłoty. Niewiele było śladów jakichś późniejszych udoskonaleń. Okolica nie przywodziła na myśl ani samotności rozkładu, ani zgiełku nowoczesności; domy były, owszem, wiekowe, ale utrzymywane w dobrym stanie, a przepiękna rzeczka wiła się swobodnie na lewym skraju mieściny, w czym nie przeszkadzała jej żadna tama czy ścieżka spacerowa.

O jakąś milę na południe od miejscowości łagodnie górowały pośród szlachetnych dębów i splecionych zarośli wieżyczki zamku, którego wiek sięgał jeszcze czasów Wojny Dwóch Róż, najwidoczniej jednak został poważnie zmieniony za panowania Elżbiety i jej następców. Posiadłość była nader rozległa, niemniej w jej murach można się spodziewać niejakich wygód, a w każdym razie do takiego wniosku doszedł generał Browne, obserwując dym radośnie się unoszący z ciasno zgrupowanych wiekowych, starannie wykończonych kominów. Przez jakieś dwieście, może trzysta jardów ciągnęła się wzdłuż gościńca ściana parku, wcale nie pustego, na ile pozwalały ocenić odsłaniające się to tam, to ówdzie fragmenty leśnej scenerii. Kolejno prezentowały się dalsze widoki, niekiedy pełne jak fronton starego zamku, albo tylko częściowe, gdy mignęła któraś z jego wież. Fronton pełen był wykwintów znamionujących szkołę elżbietańską, podczas gdy prostota i solidność innych fragmentów budowli sugerowały, iż wzniesiono je bardziej w celach obronnych niż gwoli ostentacji.

Urzeczony widokami, których nie skąpił mu zamek, przezierając między drzewami czy za jeziorkami otaczającymi dawną feudalną twierdzę, nasz znający wojenny mozół podróżny uznał, że warto sprawdzić, czy nie zasługuje ona na dokładniejszy ogląd za sprawą portretów rodowych czy innych osobliwości godnych ciekawego oka. Oddalając się od parku dobrze utrzymaną brukowaną drogą, zajechał pod drzwi chętnie odwiedzanej gospody.

Poleciwszy, aby wymieniono zaprzęg, tak aby gotów był do dalszej podróży, generał Browne zaczął rozpytywać, kto też mógł być właścicielem zamku, którego widok tak go urzekł. Z równie radosnym zdziwieniem dowiedział się, że to dżentelmen, którego nazwiemy lordem Woodville,em. Jakże szczęsny przypadek! Mnóstwo wczesnych wspomnień Browne,a z czasów i szkoły, i college,u wiązało się z pewnym młodym Woodville,em, do którego – jak udało się ustalić dzięki ledwie kilku celnym pytaniom – należała urzekająca posiadłość. Został panem, gdyż kilka miesięcy wcześniej zmarł jego ojciec, a ponieważ – jak Browne dowiedział się od właściciela – skończył się już okres żałoby, toteż obejmował w posiadanie rodzicielski majątek, czemu dodatkową okrasą stały się piękna jesień oraz miłe towarzystwo dobranych przyjaciół, z lubością oddających się słynnym w całej okolicy łowom.

Dla naszego bohatera była to znakomita wiadomość. Frank Woodville był w Eton w niższej klasie od Richarda Browne,a i zgodnie z zasadami hierarchii uczniowskiej wyręczał go w różnych zajęciach, a blisko zaprzyjaźnili się w Christ Church: to samo ich bawiło i to samo interesowało. Zasłużony wojak z niekłamaną przyjemnością dowiadywał się teraz, że jego dawny przyjaciel został właścicielem znacznego majątku i atrakcyjnej rezydencji, która – o czym świadczyły mina i zachowanie oberżysty – godna była zyskanej przezeń pozycji. Nic nie wydawało się bardziej naturalne niż podjęta przez generała, którego nie nagliły obowiązki, przerwa w podróży, aby w tak przychylnych okolicznościach mógł złożyć wizytę staremu przyjacielowi.

Przed świeżymi końmi stanęło nietrudne zadanie, aby zajechać podróżnym pojazdem generała Browne,a pod zamek Woodville. Na wartowni, utrzymanej w neogotyckim stylu, aby korespondować z resztą zamku, powitał ich strażnik, który jednocześnie dzwonkiem oznajmił przybycie gościa. Dźwięk ten najwyraźniej nie wstrzymał kompanii gotującej się do zażycia najróżniejszych porannych uciech, gdyż na dziedzińcu zamku dojrzeć można było odzianych w sportowe stroje młodzieńców, którzy dokonywali krytycznego przeglądu psów trzymanych już w pogotowiu przez służących. Generał Browne wysiadł i niemal natychmiast przy bramie zjawił się młody lord, który przez czas jakiś nie poznając przyjaciela, wpatrywał się w oblicze znacznie odmienione przez wojenne tarapaty, mozoły i rany. Niepewność ta trwała jednak tylko do chwili, gdy przybysz się odezwał, a późniejsze powitanie było tak gorące, jak potrafią być tylko spotkania po latach ludzi, którzy wspólnie spędzili radosne i beztroskie dni chłopięctwa czy wczesnej młodości.

– Gdyby ktoś mnie spytał o najgorętsze życzenie, drogi panie Browne – rzekł lord Woodville – odparłbym, że właśnie ciebie chciałbym tu mieć, gdyż oto nadarzyła się sposobność, przy której moi zacni przyjaciele mogą do woli używać wolnego czasu. Nie sądź aby, że przez lata, gdy cię brakło pośród nas, nie byłeś śledzony. Obserwowałem czyhające na cię niebezpieczeństwa, rejestrowałem twoje triumfy i porażki i zawsze zachwytem napełniało mnie to, iż w sytuacjach czy to zwycięstwa, czy przegranej zawsze nazwisko mojego starego przyjaciela wypowiadane było z najwyższym podziwem.

Generał podziękował, gratulując z kolei druhowi zyskanego właśnie tytułu, a także objęcia w posiadanie miejsca tak pięknego i nieruchomości tak znakomitej.

– Zaiste, jeszcze niemal w ogóle jej nie obejrzałeś, a żywię nadzieję, iż nie zamierzasz nas opuścić, zanim lepiej się z nią zapoznasz. Nie ukrywam, że moje obecne towarzystwo jest całkiem spore, a wiekowy dom, jak inne mu podobne, nie oferuje tylu wygód, ilu można by się spodziewać po okazałości jego murów, z pewnością jednak mogę zapewnić ci wygodny staroświecki pokój, a ośmielam się przypuszczać, że wojenne kampanie nauczyły cię kontentować się gorszymi kwaterami.

Słysząc to, generał tylko wzruszył ramionami i odrzekł ze śmiechem:

– Idę o zakład, że najmarniejszy z pokojów w tym zamku, jest nieporównanie lepszy od mojej tytoniowej beczki, w której rad nocowałem, gdy nasz oddział znalazł się w buszu, jak Wirgińczycy nazywają swoją puszczę. Niczym Diogenes tak byłem usatysfakcjonowany ochroną przed srogością żywiołów, iż podjąłem daremną próbę, aby beka powędrowała ze mną na nową kwaterę, atoli mój ówczesny dowódca nie zgodził się na takie luksusy, zatem ze łzami w oczach musiałem się z nią rozstać.

– Jeśli zatem nie lękasz się lokum – powiedział zachwycony lord Woodville – spędzisz z nami co najmniej tydzień. Pod dostatkiem mamy strzelb, psów, wędek, przynęt i tego wszystkiego, co pozwala rozerwać się czy to na lądzie, czy na wodzie. Zdecyduj tylko, co ci najbardziej odpowiada, a my już zatroszczymy się, aby zaspokoić twoje potrzeby. W każdym razie, gdybyś preferował strzelbę i wyżły, sam z ochotą będę ci towarzyszył, aby zobaczyć, czy lepiej teraz strzelasz, czas spędziwszy pośród prymitywnych Indian.

1Arzkąc: mówiąc.
2Niewola mi: muszę.
3Kam: gdzie.
4Indult – zezwolenie władzy duchownej na odstąpienie od przepisu kościelnego.
5Lager (lagier) – osad.
6Pontificaliter (łac.) – msza odprawiana przez biskupa.