Jaśnie pan

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Podobało ci się, Nando?

– Chcę więcej.

– Zaproponuj, że będziesz jej akompaniować na gitarze.

– Nie, zaraz by się obraził maestro Vidal. Poza tym lepiej brzmi z fortepianem.

Mademoiselle Desflors po kolejnym ukłonie i przesłaniu trzydziestu całusów nabrała powietrza w płuca i mieszając koszmarnie francuski z włoskim i z katalońskim podsłuchanym u maestra Vidala oraz z domniemaną hiszpańszczyzną, oświadczyła, że chciałaby jeszcze coś zaśpiewać do akompaniamentu privilegié compositore local, Ferdinanda Florsa, obecnego w tym salonie. Ludzie zaczęli się rozglądać, bo jako żywo nikt nie znał privilegié compositore local, Ferdinanda Florsa. Kapitan Generalny spytał, co mówi ta żabojadka? bo ja nie bardzo rozumiem francuski. Markiz de Dosrius wzruszył ramionami i niecierpliwie stuknął laską w podłogę.

Zanim konsternacja zdążyła przejść w szemranie, Andreu podskoczył i krzyknął tu, tu jest, i trącił łokciem przyjaciela, Nando, o tobie mowa. Nie pytając o zgodę, już chwycił Sortsa pod rękę i pociągnął do śpiewaczki. Na to publiczność, o, o, to jest młody Sorts, ach tak. Privilegié compositore? Przecież on jeszcze ma mleko pod nosem, ach, och. Czy ten młokos nie wybierał się gdzieś w podróż? Gdy tylko mademoiselle Desflors zobaczyła zbliżających się w jej stronę dwóch młodzieńców, natychmiast zagięła parol na tego blondyna z lokami, prawdziwy cukiereczek. Ale monsieur Ferdinand Flors to ten drugi: chudy, śniady, zarośnięty i brzydki. I wcale się nie nazywał Flors. Słowiczka z Orleanu ukryła swoje rozczarowanie pod grzecznym ukłonem. Pozwoliła ucałować swoją dłoń zachwyconemu Ferranowi Sortsowi, a jednocześnie słuchała męskiego, świeżego promiennego głosu cukiereczka. Sprostował, że ten drugi nie nazywa się Flors, tylko Sorts. Mademoiselle Desflors ostentacyjnie zmierzyła Andreu wzrokiem od góry do dołu i jakby przestała się nim interesować. Ten i ów kręcił nosem, że jakiś Andreu, nikomu nieznany młokos, który nawet nie umie stosownie się ubrać (mówcie, co chcecie, ale nie rozumiem, kto go tu wpuścił), wparadował sobie w najlepsze na środek salonu. Cztery niezorientowane w sytuacji damy nagrodziły oklaskami privilegié compositore, uspokojone, ach, chciała powiedzieć Nando Sorts; trudno zrozumieć tę kobietę. Trzeba było od razu tak mówić. A mademoiselle Desflors zwróciła się do swojego akompaniatora:

– Nie ma pan nic przeciwko, monsieur Vidal?

– Wprost przeciwnie – muzyk przełknął żółć i wstał.

– To dla mnie zaszczyt – wymamrotał Sorts, bardzo zdenerwowany, i podał pakiecik Andreu, tylko nie zgub, mam to komuś przekazać. Andreu ścisnął jego łokieć, no, Nando, pokaż, co potrafisz. I ku rozpaczy mademoiselle Desflors usunął się na drugi koniec salonu, z pakiecikiem powierzonym przez przyjaciela. Sorts zasiadł do fortepianu i Marie de l’Aube Desflors zapowiedziała D’abord, l’amour, uznając za oczywiste, że jeśli ktoś chce jej akompaniować, musi znać cały jej repertuar na pamięć. Maestro Vidal ze złośliwą satysfakcją pokazał mu nuty leżące na fortepianie. Życzliwie puścił do niego oko i wyszeptał na ucho przyjacielską radę:

– Adagio molto lento.

Ferran Sorts zdążył tylko rzucić okiem na pierwszą stronę nut, udając, że musi się wygodnie usadowić przy klawiaturze, ale to mu wystarczyło, żeby uświadomić sobie absurdalność sugestii akompaniatora. Co za kreatura, wycedził przez zęby, i rozpoczął zdecydowanym, mocnym vivace. Przy piątym takcie był już pewien, że miał rację. Poszło jak z płatka. Właściwie chyba nawet lepiej niż z monsieur Vidalem. Kiedy utwór się skończył, Sorts wstał, zdziwiony otrzymał dwa całusy od śpiewaczki, najwyraźniej przeznaczone dla jego przyjaciela, i usunął się na bok, słuchając braw. Obok niego stał monsieur Vidal. Wykorzystał okazję i z uśmiechem posłał go do diabła.

– Słucham? Co proszę?

– Obłudny zasraniec.

Zanim pianista zdążył zareagować, mademoiselle Desflors wywołała compositore local, żeby ukłonił się publiczności i odebrał należne mu brawa.

– Dobry z pana muzyk, mon cher – usłyszał.

Lokaje od jakiegoś czasu zajmowali się wymianą tych spośród dwustu świec w dwudziestu pięciu kandelabrach, które już zdążyły się wypalić. Marie de l’Aube Desflors dobrze się bawiła w towarzystwie młodego Sortsa i Andreu. Ten ostatni wpatrywał się w nią jak w obrazek. Wszyscy troje, milczący pianista i grupki gości, między innymi doktor Dalmases, degustowali apetyczne przekąski, ponieważ markiz postanowił ugościć uczestników koncertu, aby pokazać, że nie jest gorszy od markizy de Polastron i stać go na wystawne przyjęcie. Marie de l’Aube Desflors, wkładając do ust ciepłego krokiecika, pożerała wzrokiem rozemocjonowanego Andreu, podczas gdy młody Sorts rozglądał się i wypatrywał wśród zebranych adwokata Terradellesa, melomana, który nie opuszcza żadnego koncertu. Zrezygnowany, przyjął do wiadomości, że trudno, musi nosić ze sobą pakiecik przez całą noc.

Kapitan Generalny, wytrawny strateg żywo zainteresowany rowkiem między piersiami śpiewaczki, obliczył sobie, jak ma się przemieszczać z kieliszkiem w dłoni od grupy do grupy, żeby się zbliżyć do celu. Ale było oczywiste, że mademoiselle Desflors go unika, przedkładając nad jego osobę towarzystwo tego chudego mydłka bez jaj i charakteru. Ponieważ jednak nie wypadało mu wywoływać skandalu, najwyższy godnością reprezentant Burbonów w Katalonii musiał dostosować się do wymogów salonowej etykiety. Ten wyrafinowany degustator egzotycznych kobiet tym razem musiał się obejść smakiem i udawać, że wysłuchuje prośby jakiegoś natręta, który podszedł do niego z kieliszkiem i zawracał mu głowę, że coś tam, ktoś tam, ekscelencjo. Niby zastanawiał się nad odpowiedzią, a tymczasem obiecywał sobie, że jutro, najpóźniej pojutrze pokonana żabojadka będzie leżeć u jego stóp. To znaczy w łóżku. Bo jak on mówił białe, to musiało być białe, do kroćset.

Tymczasem jaśnie pan don Rafel Massó miał inny problem. Już w połowie recitalu zachciało mu się sikać i musiał jak najszybciej udać się za potrzebą. Kierując się ogólnikowymi wskazówkami lokaja, wszedł do ciemnego korytarza. Po dochodzącym z głębi smrodzie zorientował się, że wybawienie już blisko. Znalazł się w słabo oświetlonym pomieszczeniu, gdzie stało około tuzina nocników. Don Rafel mógł wreszcie sobie ulżyć, kiedy już udało mu się, szarpiąc nerwowo, uporać ze skomplikowanym systemem zapinania cullotów. Uspokojony, stał jeszcze chwilę bezczynnie, trzymając członek w dłoni, jakby kwaśny odór pomieszczenia nastroił go refleksyjnie. Ostatnio coś za często don Rafel stawiał sobie bardzo niebezpieczne dla zdrowia pytanie, czy aby na pewno jest szczęśliwy. I za każdym razem dochodził do wniosków raczej pesymistycznych. Kiedy życie poprzez zrównoważony bilans sukcesów i porażek daje poczucie wewnętrznego spokoju, człowiek może uznać, że jest szczęśliwy, jednak jeżeli normą w każdej chwili są dokuczliwy niepokój, drżenie serca, przeświadczenie, że wróg się czai za każdym rogiem, to znak, że szczęście rozwiało się jak dym, na zawsze, że zostało nieodwracalnie stracone. Jaśnie pan otrząsnął członek i ze smutnym westchnieniem uznał, że dość już medytowania. Gdy zapinał culloty, do pomieszczenia wpadł baron de Xerta, najwyraźniej z przepełnionym pęcherzem.

– Człowiekowi zbiera się na sikanie od tego śpiewania – wygłosił sentencję na widok don Rafela.

Ten odparł lakonicznym owszem, owszem i baron ciągnął dalej:

– Myślę, że będziemy musieli tu siedzieć, dopóki Kapitanowi Generalnemu nie uda się zbałamucić żabojadki.

Don Rafel najchętniej by mu powiedział i co z tego, że jesteś baronem, ty stary pryku. A najgorsze, że i mnie to czeka. Kiedy baron de Xerta stanął do niego tyłem, żeby się wysikać, don Rafel wzgardził nim jeszcze bardziej, bo nie zasługiwał na taką żonę; świat źle jest urządzony, o moja Gaietano! Cywilny prezes Trybunału Królewskiego w Barcelonie, zaprzątnięty cudzołożnymi myślami i wizją przerażonych oczu Elviry, zignorował obfity, dźwięczny, wesoły i przede wszystkim beztroski strumień moczu barona de Xerta.

– Nie wiesz, młodzieńcze, czym jest życie – oświadczyła Marie de l’Aube Desflors, podwijając spódnicę, żeby odpiąć podwiązki i ściągnąć białą pończochę z naturalnością, która Andreu wydała się obsceniczna.

– A pani?

Zamiast odpowiedzi usłyszał śmiech. Przerwała ściąganie pończoch i z jedną obnażoną nogą opartą na taborecie zalotnie zwróciła się do chłopca:

– Jak pan sądzi, ile mam lat, co? No, proszę zgadywać.

Andreu podrapał się po kręconych włosach, skąd mam wiedzieć, proszę pani... nie jestem dobry w zgadywaniu... i uśmiechnął się zakłopotany, a tymczasem myślał, uważaj, Andreu, żebyś nie popełnił gafy. Ale mademoiselle Desflors nie bawiła się w subtelności. Upolowała go, podobał się jej i już go miała w swoim pokoju w hotelu. Należała się jej odpowiedź.

– Co to, to nie, ej, żadnych uników! Ile mi pan daje, no już! Proszę się nie krygować. – Zdjęła stopę z taboretu i przymknęła oczy, podchodząc do młodzieńca. – Przyzwyczajona jestem do gorzkich rozczarowań. – Położyła mu dłonie na ramionach. – No, ile?

– Nie mam pojęcia, najdroższa!...

– Nie zaryzykuje pan?

– Trzydzieści – zaryzykował i zamknął oczy, uwięziony w swoim kłamstwie.

Marie de l’Aube Desflors westchnęła i dwukrotnie go pocałowała, tak głośno, że natychmiast wydedukował, że ta pani obdarzona anielskim głosem dawno, oj dawno, przekroczyła czterdziestkę.

– Moglibyśmy przejść na ty, nie sądzisz? – zaryzykował.

Roześmiała się wesoło jak kanarek i odwróciła się do niego tyłem. Tykanie ma coś wspólnego z obnażaniem.

– Proszę, rozepnij mi suknię.

Zrobił to tak zręcznie, że zasłużył na następnego całusa. Kiedy suknia opadła do stóp, a piersi rozsadzały gorset, Marie de l’Aube Desflors, słowiczka z Orleanu, odwróciła się do chłopca.

 

– Pozwól, że teraz ja cię rozbiorę. Co to takiego?

– Medalion.

– Zdejmij go.

– Nigdy się z nim nie rozstaję.

– Dzisiaj tak. Chcę cię nagiego od stóp do głów. – I Andreu ściągnął medalion Teresy.

Miało się wrażenie, że tej kobiecie do miłości wystarcza wyobraźnia. Robiła takie miny, jakby samo obnażanie Andreu dostarczało jej pełnej rozkoszy. Wiedziała, że w samych kalesonach Andreu poczuje się bezbronny.

– Pozwól, że ci je ściągnę, mon cher.

Przy zdejmowaniu kalesonów pochyliła się i delikatnie sprawdziła, na co może liczyć.

– A ty... ty się nie rozbierasz? – zająknął się Andreu.

– Owszem... ale lubię sobie popatrzeć na nagiego mężczyznę. – Westchnęła. – W salonach to nie do pomyślenia...

– Och! – Andreu inaczej to sobie wyobrażał. – We Francji...

– We Francji, we Francji – przedrzeźniała go lekceważąco. – Nie wierz w to, co się mówi o Francji.

Chwyciła Andreu w pasie i pociągnęła w stronę dużego lustra u stóp łoża. Ustawili się przed nim niczym w pracowni Tremullesa.

– Nie chciałbyś, żeby nas tak sportretowano, mon chouchou?

– Mon quoi? – Andreu zawstydzony, bo już zaczynał się podniecać. Ona była zachwycona.

– Mon quoiquoi – powiedziała i zaczęła z wprawą go pieścić. – Rozbierz mnie, quoiquoi. – Teraz jej się spieszyło.

Nie zgasili żadnego z trzech kinkietów oświetlających sypialnię, bo tej nocy mademoiselle chciała nasycić kochankiem i ciało, i wzrok. Quoiquoi mógł się przekonać, że Marie de l’Aube Desflors to nie tylko wybitna śpiewaczka, która ma głos jak anioł, delikatny i silny, ale też pieprzy się jak wszyscy diabli.

– Co to za jeden, ten młokos?

– Kogo ma pan na myśli, monsieur Vidal? – Pan Arcs, pomocnik impresaria teatralnego, miał za zadanie zapewnić wszelkie wygody artystom przybywającym do Barcelony. Nie czuł się swobodnie w towarzystwie pianisty marnującego życie na włóczeniu się z tą Desflors po błotnistych drogach królestwa Pana Boga i Jego Królewskiej Mości, bo słyszał to i owo o jego wrednym charakterze.

– Tego wyrostka, który zajął dziś moje miejsce.

– Ach, Nando Sorts! To pan Josep Ferran Sorts, kompozytor. Świetnie gra na gitarze.

– I na fortepianie. – Monsieur Vidal opróżnił kieliszek, a pan Arcs natychmiast go napełnił, żeby tylko nie patrzeć mu w oczy.

– Dużo państwo podróżują pod koniec roku?

– Bardzo jest młody? Ile może mieć lat? Ze dwadzieścia?

– Kto taki, monsieur Vidal?

– No, ten chłopak. Ten cały Sorts.

– Ach, nie mam pojęcia. Ale owszem, faktycznie bardzo młody. A z Barcelony dokąd się udajecie?

– Widać, że się zna na muzyce. Powiedział pan, że jest kompozytorem?

– Eee... No tak, tak... Ma sporo kompozycji na gitarę... I parę lat temu wystawił operę... Nie pamiętam tytułu, wie pan, jakieś obce nazwiska.

– Ooo, to bardzo interesujące!... Na pewno wierzy, że jest drugim Mozartem.

Podniósł kieliszek do ust i wypił do dna. Arcs skorzystał z przerwy, żeby zmienić temat rozmowy, och, monsieur Vidal, jakże bym chciał zobaczyć Paryż!

– Ten młodzieniec to jakiś okropny typ!... Na pewno woda sodowa uderzyła mu do głowy!

– Ach, Paryż!... – Arcs po raz kolejny napełnił kieliszek monsieur Vidala, który już zaczynał patrzeć szklanym wzrokiem. Rozejrzał się wokół siebie. Wszystkie stoliki były puste, poza tym zajętym przez nich. W salonie usytuowanym obok holu w Hotelu Czterech Narodów panowała cisza. Kelner, ukrywający twarz za przesadnie wybujałymi wąsami, gasił po kolei kinkiety, aż zostały tylko te obok nich. Od czasu do czasu z ulicy wchodził do środka jakiś gość. Przez szybki w drzwiach salonu dało się dostrzec jego oddech w postaci obłoku pary, kiedy otrząsał z butów zimne błoto z ulicy. Monsieur Vidal przez dłuższą chwilę się nie odzywał i w skupieniu obserwował dno kieliszka, jakby tam szukał prawdy.

– Mam już powyżej uszu akompaniowania tej ladacznicy.

– Co proszę?

– Pan i ja – kontynuował pianista – pijemy tu i przełykamy gorycz, prawda? A wie pan, gdzie jest teraz ta... ta... – z szyderstwem w głosie – madama?... Wielka śpiewaczka? – Potrząsał kieliszkiem nad głową i wpatrywał się w pana Arcsa.

– Ja... Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym.

– Pieprzy się w swoim pokoju.

– Eee...

– A wie pan z kim? Z tym pańskim Sortsem, jarmarcznym grajkiem. – Głośno stuknął kieliszkiem o marmur stołu.

– Skąd pan wie? Chce pan powiedzieć, że nie...

– Skąd wiem? – Zaśmiał się ponuro. Odsunął krzesło od stołu i wymierzył palec w Bogu ducha winnego Arcsa. – Ta cała Desflors bez przerwy się z kimś pieprzy, tak, proszę pana. I tylko się rozgląda za coraz to innym, młodym, nowym, świeżym mięsem. – Znów przysunął krzesło i ścisnął kieliszek tak mocno, jakby chciał go skruszyć. – Na takich starych jak pan i ja nawet nie spojrzy.

Pan Arcs pomyślał, że najwyższy czas dyskretnie się wycofać. Problem w tym, że otrzymał wyraźne polecenie, by dotrzymywać towarzystwa artystom, dopóki nie zamkną się w swoich pokojach. A monsieur Vidal był już wystarczająco wstawiony i powinien iść do łóżka.

– Z pieprzenia czerpie energię do śpiewu – teoretyzował tamten.

Po tym oświadczeniu z trudem podniósł się z krzesła. Pan Arcs z ulgą poszedł w jego ślady. Ale okazało się, że sprawa nie jest wcale taka prosta.

– Chce się pan przekonać? – Wskazał głową sufit. – Chce pan sam zobaczyć, że ma teraz na talerzu... o przepraszam... – czknął głośno – chciałem powiedzieć, w łóżku tego młokosa, Sortsa?... – Pokręcił głową. – Pewnie oboje uprawiają muzykę najlepszą na świecie. – I zaśmiał się ze swojego dowcipu.

Pan Arcs wykorzystał moment, żeby przejść do ataku, monsieur Vidal, wierzę, wierzę, ale, człowieku, niechże pan siada! Gdzie panu będzie lepiej niż tu, wśród przyjaciół, przy kieliszku? Posadził go i dolał mu wina, zanim tamten zdążył zareagować. Jednak pianista znów się poderwał zdumiony i wskazał drzwi salonu, jakby zobaczył zjawę. Duch przyszedł z ulicy i właśnie wycierał w holu zabłocone buty. To był młody Sorts. Zobaczył przez okno dwóch samotnych pijaków i postanowił do nich dołączyć. Wszedł do salonu, rozcierając zmarznięte ręce. Ubrany w mundur porucznika, trzymał pod pachą cienki, starannie zawiązany pakiecik. Zanim dotarł do stołu nocnych marków, zatrzymał się zaskoczony: monsieur Vidal wskazywał go oskarżycielskim gestem, proszę spojrzeć, proszę spojrzeć! Widzi pan? a nie mówiłem? Chwiał się na nogach, ale mimo wszystko próbował podejść do Sortsa.

– Dobry wieczór, panowie – przywitał się. Chciał zapytać o Andreu, ale monsieur Vidal dmuchnął mu w twarz oparami wina.

– Jak poszło? Udało się zaspokoić nienasyconą? – Teatralny krok do tyłu, żeby wzmocnić efekt. – Ugasił pan ogień tamtego rozpalonego ciała, monsieur?

To przemówienie chyba go wyczerpało, bo pianista opadł na krzesło, zupełnie jak ktoś, z kogo spuszczono powietrze. Ferran Sorts kręcił głową to w jedną, to w drugą stronę, a później, pytająco, spojrzał na pana Arcsa, jakby chciał go zapytać panie Arcs, o co chodzi temu żabojadowi? Spił się jak bela, co? Wie pan, o czym on mówi? Żabojad na swoim krześle trochę się opamiętał; mówił teraz powoli, jakby to, co chciał powiedzieć, wynikało z głębokiej, przemyślanej refleksji:

– Wiecie, jak wspaniałe jest jej ciało?... Kiedyś przypadkiem zobaczyłem ją nagą... To było w Cremonie... Miał ją pan w swoich ramionach? Przeleciał ją pan teraz, prawda?

– Jeśli ma pan na myśli damę, której pan i ja akompaniowaliśmy przy fortepianie – odpowiedział Sorts z bardzo obrażoną miną – to nie widziałem jej, od kiedy wyszliśmy z domu markiza. Poszedłem do siebie się przebrać, bo wyruszam w podróż. Idę prosto z domu.

– Wykrętne kłamstwo. Po co niby pan tu przyszedł, do hotelu?

– Mam tu zaczekać na przyjaciela. I nie pozwolę, żeby pan...

– Dobrze, już dobrze! – uciął tamten, rozkładając ramiona. – Nie musi się pan przede mną tłumaczyć. Mnie to wystarczy. Proszę usiąść. Zapraszam pana na...

Sorts popatrzył na Arcsa, wzruszył ramionami, położył pakiecik na stole i przysiadł się do nich.

– Jeśli ktoś miałby się tłumaczyć, to chyba raczej pan – odciął się.

– Jestem pijany. A właśnie, dowiedziałem się, że wystawił pan operę.

– Tellemaco nell’isola di Calipso – potwierdził Sorts z dumą w głosie. Już mu przeszła cała złość.

– A nie mówiłem? – potwierdził Arcs i westchnął z ulgą, że rozmowa przybrała inny obrót. – Widzi pan, same obce nazwiska.

– Mozart porzucił włoski dla niemieckiego.

– A ja nie – bronił się Sorts, pewny siebie. – Włoski jest językiem opery.

– Chce pan powiedzieć, że Mozart się myli?

– Na Mozarcie świat się nie kończy. Taki na przykład Lesueur... czy Cherubini...

– Cherubini! Król Paryża! Niech mnie pan nie rozśmiesza, monsieur Sorts! Cherubini to mason, no i proszę, mimo że jest Włochem, napisał operę po francusku.

– Naprawdę?

– Médée. Okropna.

Sorts milczał. Nalał sobie wina z butelki na stole. Z pełnym kieliszkiem w dłoni przyglądał się rozmówcy.

– Co pan do mnie ma, monsieur Vidal?

Pianista spojrzał na niego i uśmiechnął się. Kelner skończył pracę i już nikt nie krzątał się w salonie. Kinkiet nieopodal stołu był jedynym światłem w całej sali. W holu wreszcie skończył się ruch i przestali wchodzić goście, bo o tej porze przyzwoici ludzie już śpią. Za kontuarem jakiś mężczyzna w przekrzywionej, nadgryzionej przez mole peruce spał smacznie. Nocny stróż. Hotel Czterech Narodów pogrążał się w ciszy, z wyjątkiem tych trzech nocnych marków w salonie.

– Opowiem panom historię, którą przeżyłem prawie czterdzieści lat temu – tajemniczym tonem monsieur Vidal rozpoczął odpowiedź na pytanie Sortsa. – Słyszeliście kiedyś o monsieur Jeanie Marie Leclairze?

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Arcs i Sorts milczeli skonsternowani, a pianista ciągle popijał.

– Nie, nigdy o nim nie słyszałem. A pan?

Sorts przecząco pokręcił głową.

– Tak myślałem! Czego innego mogłem się spodziewać? – Znów pociągnął z kieliszka i rzucił okiem na sufit, jakby chciał przewiercić wzrokiem swoją chlebodawczynię. – Wiecie, dlaczego unika towarzystwa?

Spojrzeli na siebie skonsternowani: kto? Leclair? Desflors?

– Ta podła dziwka wynajmuje do towarzystwa odpowiednio leciwe damy i trzyma je na dystans. Nie chce mieć świadków swoich... – Położył dłoń na genitaliach i wymownie spojrzał na Arcsa i Sortsa. – Sami panowie rozumiecie.

Monsieur Vidal znów się podniósł. Ledwie trzymał się na nogach. Z kieliszkiem w dłoni próbował zrobić parę kroków. Upił się w sztok.

– Byłem wtedy bardzo młody, smarkacz, można powiedzieć. Nie upadłem jeszcze tak nisko jak teraz...

– Co też pan mówi... – zareagował Sorts, ale tamten nie pozwolił im na współczucie.

Spieszyło mu się, by jak najszybciej opowiedzieć swoją historię.

– W tamtych czasach uczyłem się muzyki. – Wzniósł kieliszek. – Och, czas młodości; złote czasy poznawania tajemnic życia... bo później... – Wychylił kieliszek na cześć złotych lat i stuknął nim głośno o blat stołu, aż stróż w holu podskoczył w fotelu w połowie chrapnięcia, ale się nie obudził, tylko przełknął ślinę i spał dalej. – Szlag by trafił tę rewolucję. Złamała nam życie – ciągnął dalej monsieur Vidal. Usiadł i teraz zwracał się tylko do Sortsa: – Nauczyłem się tylko jednego: że życie jest nudne. Rozumiecie? Nudne!

– A co nam pan chciał opowiedzieć o panu... panu... – podniósł palec Arcs.

– Leclairze?

– Tak.

– Widziałem, jak go zabili. – Zamroczony alkoholem obserwował ich, żeby sprawdzić, jaki efekt wywarły jego słowa. – To przez zawiść: pewien niespełniony muzyk nie mógł ścierpieć, że tamten stworzył tyle piękna...

Przesunął się z krzesłem do tyłu, żeby zażądać od ciemności w salonie więcej wina. Ale efekt był taki, że z hukiem wylądował na ziemi. Podniósł się z pomocą usłużnego Arcsa, który z goryczą westchnął w duchu, że jest tu po to, by artysta mógł spędzić przyjemnie czas. Monsieur Vidal otrzepał ubranie, chcąc jak najszybciej zapomnieć o upokorzeniu tak pospolitym upadkiem, i wrócił na swoje miejsce. Nie podziękował Arcsowi za pomoc.

– Zostawił go rozciągniętego na ziemi cios noża wymierzony prosto w serce. – Tragicznym gestem wskazał na swoją wątrobę i ciągnął dalej: – Kiedy już leżał na ziemi, morderca wbił nóż w lewą rękę... – Ilustrował opowieść, patetycznym gestem wskazując swoją prawicę.

 

– A to wszystko z jakiego powodu? – zdziwił się Sorts.

– Morderstwo rytualne, przyjacielu. Leclair za dobrze grał na skrzypcach. Rozumiecie? Serce, bo tworzył muzykę, i dłoń, bo ją wykonywał.

– No dobrze – odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć Arcs. Marzył tylko o tym, by w miarę przyzwoicie dobrnąć do kresu tego długiego dnia.

– Dobrze? – krzyknął monsieur. – Tylko dobrze? Przecież to cudowne!

– Co? – odezwał się Arcs zbity z tropu.

– Tamten niespełniony muzyk, proszę pana, osiągnął coś wielkiego.

– Tak?

– Tak! Prawdziwe dzieło sztuki. Artystyczne morderstwo! Z pewnością jedyne dzieło sztuki, na jakie go było stać w całym życiu.

Wpatrywał się z zainteresowaniem w dno kieliszka. Chyba tam spodziewał się znaleźć odpowiedź na liczne pytania, jakie zadaje człowiekowi życie.

– Dzieło sztuki! – powtórzył, jakby próbował przekonać sam siebie. Potem się roześmiał.

– Ale... ale ty... ty myślałeś, że...

Marie de l’Aube Desflors wybuchła śmiechem. Jej śmiech, trele i jodłowanie, przypomniały Andreu początek arii Dorindy i bardzo go to zraniło. Kobieta nagle spoważniała.

– No, rozchmurz się, nie bądź śmieszny!

Andreu został dotkliwie upokorzony. Gdy wkładał ubranie, poczuł się żałosny przy tej nadmiernej kobiecie, która świetnie się bawiła, wystawiając nagie ciało na jego zachwycone spojrzenie. Spuścił oczy. Mademoiselle Desflors wykorzystała ten moment i udzieliła mu reprymendy stosownej do okoliczności. Zimnym, bezlitosnym tonem nazwała rzeczy po imieniu i proklamowała wolność ducha i czynu. Co ty sobie wyobrażasz, gówniarzu, że chwila zabawy w łóżku daje ci do mnie jakieś prawa?

Ponieważ powiedziała to wzburzona i na dodatek po francusku, Andreu prawie nic nie zrozumiał. Ale ton głosu nie pozostawiał wątpliwości. Nie trzeba brać poważnie burzy zmysłów, dobrze ci radzę: jeśli się we mnie zakochałeś, musisz nabrać dystansu. Za trzy dni jadę do Madrytu występować przed królem.

To akurat zrozumiał.

– A jeśli za tobą pojadę? – zapytał, żeby coś powiedzieć.

– Mon quoiquoi!... – Podeszła do niego i uszczypnęła go w barbinette. Nie mógł oderwać wzroku od jej ogromnych piersi. – Jesteś bardzo chouchou, mon gamin, ale to tylko gesty. Poszukaj sobie młodych dzierlatek i zapomnij o mnie, tak jak ja zapominam...

Pocałowała go w oba policzki i w ucho i podziękowała za miłe chwile, jakie razem spędzili. Ani on, ani ona nie pamiętali o medalionie pozostawionym na krześle pod ubraniem damy. Może, gdyby choć raz pomyślał o Teresie, nie zapomniałby o nim tak łatwo.

– Madame. – Andreu się ukłonił. – À jamais – powiedział zamierającym głosem. Kiedy całował ją w rękę, odruchowo zakryła piersi. Zanim zdążyła odpowiedzieć, Andreu zamykał już za sobą drzwi ze łzami w oczach. Sam nie wiedział, kiedy pokonał ciemne, ciche schody hotelu. Łzy popłynęły mu z oczu, kiedy znalazł się w holu. Nie zwrócił uwagi na stróża przysypiającego w fotelu ani na światło sugerujące, że w salonie siedzieli jeszcze ludzie, którym się nie spieszy do łóżka. Andreu zastanawiał się, czy warto teraz szukać przyjaciela. To, co na początku miało być żartem, okupił łzami. Nie chciał wysłuchiwać pytań w stylu no jak, Andreu, jak poszło? Jest nienasycona? Jest subtelna? No, opowiadaj, Andreu... A on musiałby powiedzieć nie mam pojęcia, Nando; Nando, wiem tylko, że strasznie się ośmieszyłem. Powiedziałem, że jestem w niej zakochany, a ona roześmiała mi się w nos. A na to Nando, naprawdę się zakochałeś? Co? A to dopiero! I usłyszałby ten aż za dobrze mu znany śmiech, na który nie miał teraz ochoty. I musiałby się tłumaczyć... sam nie wiem, Nando, poczułem coś takiego w środku... Bo ona tak pięknie śpiewa... Wtedy Sorts, bo on jak się do czegoś przyczepi, to nie odpuści, drążyłby temat dalej Andreu, to już wiem, że dobrze śpiewa. Teraz chcę się dowiedzieć, czy jest dobra w łóżku. A on musiałby odpowiedzieć jak wszyscy diabli, Nando.

Na Rambli panowały ciemności i Andreu, czekając na przyjaciela pod Hotelem Czterech Narodów, zaczął się przechadzać prawie po omacku. Jak łatwo dało się przewidzieć, wdepnął w kałużę i zaklął pod nosem, a Nanda jak nie było, tak nie ma. Jeśli sobie wyobraża, że pozwolę mu wyjechać do Malagi bez pożegnania, to się myli. Nieco dalej, bliżej ulicy Portaferrissa, pochodnie rzucały trochę światła. Andreu poszedł w tamtą stronę. Ciągnął jak ćma do ognia, a może z zamiarem wyjścia naprzeciw przyjacielowi, który stamtąd powinien nadejść. Zatrzymał się nagle na środku ciemnej Rambli. Dlaczego musiał się zakochiwać we wszystkich napotykanych kobietach? Wyobraził sobie minę przyjaciela, jak wymienia wady kolejnej damy jego serca, żeby łatwiej mu było przetrwać złe chwile takie jak ta, i obaj świetnie się przy tym bawią, no jak tam, Andreu, prawda, że mademoiselle Desflors wcale nie ma biustu, sprawdziłeś, i co? Jak to? On by mu odpowiedział, jak to nie ma biustu? Wtedy Nando, do kroćset, Andreu: mademoiselle Desflors ma z przodu nie biust, tylko dwie montgolfiery, i w śmiech. Ale nie było Nanda i nie miał z kim żartować. Szedł dalej przed siebie, myśląc zobaczymy, czy znajdę go na Portaferrissie. I wtedy przyszło mu do głowy, że nie zakochał się w piersiach mademoiselle Desflors ani w całej reszcie jej ciała, z którym obcował przed chwilą. Nie zakochał się nawet w tajemniczym, niepokojącym zapachu jej perfum. Zakochał się w głosie. Zakochał się, teraz to dla niego stało się jasne, kiedy usłyszał ją w domu markiza, kiedy jeszcze była przyzwoicie ubrana. Andreu chwycił kamień i rzucił go z furią w stronę ciemnej Rambli. Czyli że oczarowały go jak jakiegoś durnia struny głosowe i powietrze... Otworzył szeroko oczy i już nie czuł chłodu: ekscytował się figurą poetycką. Zakochał się w powietrzu! To odkrycie zasługiwało na sonet! Na rogu ulicy Portaferrissa uznał za oczywiste, że zakochał się w czymś najbardziej eterycznym, ulotnym, niematerialnym, nieuchwytnym, co kiedykolwiek istniało... W czymś najszlachetniejszym, najbardziej lirycznym, co tylko taki jak on wrażliwy człowiek umiał docenić... Na pewno nie przyszło mu do głowy, że nie chodziło o mademoiselle Desflors ani o powietrze, ani o jakąś strunę głosową. Andreu zakochał się we własnej metaforze.

W salonie Hotelu Czterech Narodów stan upojenia alkoholowego maestra Vidala przekroczył już wszystkie granice, a cierpliwość pana Arcsa też była na wyczerpaniu. I właśnie wtedy, kiedy monsieur Vidal zaczął śpiewać półgłosem arię jąkały Papagena, pan Arcs wstał i powiedział panie Sorts, Bóg z nim; ja – położył rękę na piersi – otrzymałem od pana Banyulsa zadanie, by osobiście dotrzymać towarzystwa artystom.

– Papa, papa, papa! Papageno...

– Mówił, że mam towarzyszyć artystom, tymczasem ona bez żenady idzie do łóżka z pańskim przyjacielem, a on upija się jak bela na moich oczach...

– Pa-pa-pa-pa-pa-pa-pa!

– Co sobie wyobraża, ten Banyuls? Że będę im robił za przyzwoitkę przez całą noc?

– Papa, papa, papa, Papageno.

– Dość już tego. Dość już tego!

Sorts wstał, niezadowolony, że Andreu nie potrafił się odkleić od mademoiselle Desflors, a przecież mu obiecał, że o północy, Nando, umówimy się na ostatni przed twoim wyjazdem spacer po Rambli, zgoda?

– Kiedy pan wyjeżdża, panie Sorts?

– Wyruszamy o świcie.

– Papa, papa! Pa-pa-ge-no.

– Nie chce pan się przespać?

– Zdrzemnę się po drodze. – Rzucił okiem na śpiewającego pianistę i dodał po cichu: – Niech pan wykorzysta ten moment, żeby sobie pójść. Jak Andreu zejdzie na dół, we dwóch zaciągniemy go do łóżka.

Pan Arcs wyjął zegarek z kamizelki, wzruszył ramionami i podszedł do wieszaka po płaszcz. Zza ozdobnych roślin już nie wyłaniali się kelnerzy, jak w ciągu dnia. W Hotelu Czterech Narodów po północy spał nawet nocny stróż.

– Jestem panu bardzo wdzięczny, panie Sorts. Życzę szczęśliwej podróży i miłego pobytu w Maladze.

– Papageno.