Otchłań grzechuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Prolog

2  Część 1. 1993 rok

3  Część 2. Lata 1988-1989

4  Część 3. Lata 2013-2014

5  Część 4. 2015 rok

6  Część 5. 2015 rok

7  Epilog

8  Od autora

OTCHŁAŃ GRZECHU Janusz Szostak

Copyright@by Janusz Szostak 2020

Projekt okładki

Radosław Szostak

Opracowanie graficzne

Rafał Misiun

Redakcja

Katarzyna Litwinczuk

Korekta

Agata Tryka (UKKLW)

Zdjęcia na okładce: Shutterstock, archiwum prywatne

ISBN 978-83-66630-06-2

Warszawa 2020

Wydawca

TIME Spółka Akcyjna, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/harde wydawnictwo

Chcesz z nami pracować? Prosimy o kontakt:

harde@grupazpr.pl

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Aldonie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Mizerny promyk słońca przedostał się przez okno nawy i przeciął strużką światła granitową posadzkę bazyliki. Opustoszała mroczna świątynia o świcie zionęła chłodem. Majestatyczna budowla podkreślała swym surowym wnętrzem doskonałość i wszechmoc Stwórcy. Miliony modlitw, próśb i błagań wznoszonych do Boga i zapamiętanych przez wyniosłe wnętrze. Radość i rozpacz, skrucha i pycha, dziękczynienie i świętokradztwo. Wszystko przez wieki zapisane w tych murach. Sacrum, które przyciąga i odpycha jednocześnie i jest niepojętą tajemnicą, nadludzką siłą, wzbudzającą strach i fascynację. Odrzucającą wszystko, co grzeszne, niepowołane, powszednie…

Zatrzymał się na środku świątyni owładnięty grzesznymi myślami. Pogrążając się w nich, stawał się słaby, uległy, zrezygnowany. Osaczony złem, czuł, jak poddaje się, kapituluje. Atak złych myśli sprawił, że chciał krzyczeć, wyć na cały głos, by usłyszał go Bóg. Szukał ratunku, odpowiedzi na dręczące pytania, pragnął rozwiać wątpliwości, a może nawet walczyć ze zniewoleniem, które nieustannie niszczyło go od środka, jakby wgryzało się w jego duszę dzień po dniu niczym natrętne robactwo.

Sam nie miał na tyle siły, by podjąć walkę. Przyszedł szukać pomocy, wsparcia, wskazówek. Dotąd był taki, jak wielu innych ludzi, którzy widzą monumentalne mury świątyń, ich piękne wnętrza, duchownych, ale nie dostrzegają w nich Boga i nie potrzebują go. Tak im się przynajmniej wydaje. Bo do czego im Bóg, który widzi każdy zły uczynek, każdą plugawą intencję, pokusę, słabość. Po co im świadek grzesznych czynów, myśli i zaniedbań. Słabości i występki trzeba trzymać w głębokim ukryciu. Dopóki dobry Bóg nie stanie się ostatnią deską ratunku. Zanim władzy nie przejmie szatan.

Uniósł głowę wysoko, ku figurze Zbawiciela cierpiącego na krzyżu.

– Jezu miłosierny, ratuj mnie, wybaw, bo pogrążam się w ciemnościach! – echo odbiło od ścian świątyni głos rozpaczy.

Jeszcze na dobre nie wygasł krzyk uwięziony w romańskich murach, gdy poczuł ciepło na swoim ramieniu. Odwrócił się. Stał przed nim przygarbiony zakonnik o ostrych rysach twarzy. Jego ciepłe spojrzenie otulało niczym ramiona, w szarych zmęczonych oczach zobaczył bezgraniczne zrozumienie.

– Jak mogę ci pomóc, synu? – duchowny zapytał nieco ochryple, niskim, kojącym głosem.

– Przychodzę tu, bo nikt nie jest w stanie mi pomóc. Jestem zrozpaczony. Ojcze, dotarłem na skraj opętania. To siła, której nie potrafię się oprzeć. Zniewala mnie, obezwładnia, zakłada na mnie jarzmo, z którego sam się nie wyzwolę. Czuję, że ona kradnie moją duszę. Pomóż mi, błagam – patrzył z nadzieją na zakonnika.

– Kim ona jest? – zapytał zakonnik.

– Kobietą, za którą zmierzam, która sprawia, że staję się jej niewolnikiem. To Izabella – wyszeptał.

Słysząc to imię, duchowny spochmurniał.

– Ona posiada ducha Jezabel – zawyrokował szybko i pospiesznie dodał: – To jeden z najbardziej wulgarnych i zwodniczych duchów w szatańskiej hierarchii.

– Czy to właśnie ona była żoną króla… Achaba? – z trudem wydobył z pamięci biblijną postać.

– Tak, to najbardziej czarny kobiecy charakter w Biblii. Pamiętaj, ta kobieta użyje seksu oraz zmysłowości, by cię uwieść i kontrolować. Jednak nie będzie miała nad tobą władzy, jeżeli cię nie uwiedzie. Ale kuszenie to jej siła, ona jest mistrzynią uwodzenia.

– To prawda, ojcze, ulegam jej…

– Ta kobieta ukryje potworną brzydotę pod złudnym pięknem i fałszywą zmysłowością. Ona będzie karmić cię komplementami. Będzie ci schlebiać, sprawi, że poczujesz się wyjątkowo dobrze w jej towarzystwie. Zawładnie tobą, by stworzyć związek dusz. Okręci wokół twojej szyi sznur, a ty nawet tego nie zauważysz. Będziesz jedynie słyszał pochlebstwa i czułe słówka. Powie ci, że nikt nie rozumie cię tak dobrze jak ona. Z łatwością uzależni cię od siebie, usidli, podporządkuje i powiedzie na potępienie.

– Nie ma w niej żadnych uczuć, nie ma miłości? Nie ma żadnych pozytywnych cech? – nie dowierzał i łudził się jeszcze, szukając w złej reputacji jakichś jaśniejszych stron. – A może nie jest aż tak mroczna, a zło, które niesie, nie jest do końca oczywiste?

– Pamiętaj, że rozkosze miłości są kuszące, lecz ulotne, a jej zasadzki i udręki odsłania dopiero upływający czas. Pamiętaj, że duch Jezabel wykorzysta przewagę nad wszystkimi twoimi słabościami i ułomnościami. Sprawi, że nie będziesz potrafił bez niej żyć. Zapragniesz jej, by zdobyć to, o czym marzysz. Jej demoniczna moc wyssie z ciebie życie i sprawi, że zechcesz jedynie poddać się i odpuścić. Ulec jej, lecz wtedy stoczysz się w otchłań.

– Dlaczego jest w niej tyle zła?

– Ta kobieta została wychowana przez matkę i podobnie jak jej rodzicielka nienawidzi mężczyzn. Nęci ich, rozkochuje, ale nikomu nie daje miłości. Wszystko, co od niej otrzymasz, to ból i dewiacje. Duch rozpusty, który sprzeda siebie i ciebie. Dla osiągnięcia celu będzie się prostytuować. Jest rozwiązła i niepohamowana, gdy pragnie zaspokoić swoje pragnienia, żądzę władzy, kontroli, pozycji, bogactwa, wpływu i prestiżu. Nigdy nie jest wierna w relacjach, słowach i czynach. Jeśli złapiesz się na jej przynętę i zakochasz w niej, twoja głowa zostanie rozerwana. Ty zostaniesz stracony. Pismo Święte głosi: „Bo dołem głębokim jest nierządnica, a obca kobieta ciasną studnią. Zaiste, czai się jak rabuś, wśród ludzi pomnaża niewiernych”. Właśnie Jezabel jest tą obcą kobietą! – zagrzmiał zakonnik, jakby chciał w ten sposób przepędzić demonicznego ducha. – Ale Jezabel to jednocześnie wojownik, który nie poddaje się łatwo. Na pewno nie pokona jej i nie wystraszy krzyk.

– Jak się przed nią bronić? – zapytał gasnącym głosem, skulony w sobie dygotał, niemal łkając.

Zakonnik obserwował ze spokojem, jak jego ciało drżało w konwulsyjnych spazmach, a twarz wykrzywiał przerażający grymas. Podszedł i pochylił się nad nim.

– Posłuchaj, najważniejsze jest unikanie jakichkolwiek osobistych relacji z tą kobietą. Bowiem ona ma w sobie ducha Jezabel. A ten jest wyjątkowo niebezpieczny, gdyż łączy się z osobowością opętanego człowieka i trudno się go pozbyć. Módl się i uciekaj od niej. Bo jej duch pożera ludzi niczym korniki drewno.

Obudził się w środku nocy cały spocony, cuchnął strachem. Był przerażony i zdezorientowany. Niepewnie rozejrzał się wokół. Znajdował się w swoim mieszkaniu, w swoim pokoju, w swoim łóżku. Czuł jednak, że nie jest już sobą.

Część 1. 1993 rok

Część 1 1993 rok

Rozdział 1

Siedziała na wilgotnej od rosy ziemi, oparta o drzewo. Sponiewierana. Z jej opuchniętych ust sączyła się strużka krwi. Nie czuła jednak bólu. Paraliżowały ją strach, wstyd i poczucie bezsilności. W ciągu kilku godzin opuściła bez własnej woli beztroski dotychczas świat, w którym była radosną dziewczyną. Tamta Weronika zniknęła na zawsze. Teraz chciała umrzeć, ukarać siebie za to, co się stało.

Trafiła do świata, o którego istnieniu nie zdawała sobie dotąd sprawy. Znalazła się wśród ludzi, których wolałaby nigdy nie poznać. Poniżona, wykorzystana, opuszczona, zbrukana. Łkała, tłumiąc w sobie cichy szloch. Bojąc się, że jej płacz i słabość zachęcą ich do dalszej przemocy. Że wyzwolą w jej oprawcach pokłady dzikiego pożądania, chorej mieszanki obleśnej lubieżności i nienawiści.

Byli pijani, co tylko wzmagało w nich agresję i łapczywość w zaspokajaniu popędu. Zabawiali się nią około trzech, czterech godzin. Wszyscy. Sześciu. Gdy tylko ich spotkała obok kawiarni na przystani, czuła, że będą kłopoty. Ale dziewczęca naiwność i wiara w ludzi były silniejsze niż złe przeczucia. Ten wysoki brunet, na którego inni mówili Sergio, wydał jej się bardzo miły i szarmancki. Taki przystojniak. To właśnie on zaprosił ją do domku nad jeziorem.

 

– Posłuchamy muzyki, potańczymy – zwodził. – Miło będzie, zobaczysz.

A jej nie zapaliła się w głowie nawet ostrzegawcza lampka, że jest za mało par, by tańczyć… Uległa urokowi, dała się omamić. Gdy byli już w domku kempingowym, szybko zrozumiała, że wpadła w pułapkę, w sidła, że potrzask się zamknął. Na odwrót nie miała już szansy. To nie mogło dobrze się skończyć.

Zaraz za progiem Sergio przestał być miły. Pierwszy uderzył ją w twarz i rozerwał bluzkę. Przycisnął do ściany, blokując z tyłu ręce, nogami przytrzymał jej nogi tak, że nie mogła się ruszyć. Zaczęła płakać, ale on, nie zważając na to, całował ją po szyi, po twarzy, próbował wślizgnąć się językiem w jej usta. Nie dała rady się bronić, trzymał ją zbyt mocno. Był silny. Wziął jej dłoń i włożył sobie w rozporek. Poczuła, jak jego członek rośnie. Chciała się wyswobodzić, wyrwać dłoń z jego krocza. Wtedy kopnął ją w brzuch i rzucił na tapczan.

– Zrobimy to szybko. Ściągaj szmaty! Nie będziemy tracić czasu.

Gdy prosiła, by zostawili ją w spokoju, Sergio tylko się zaśmiał.

– Wszystko w swoim czasie, maleńka!

Potem zaczął się makabryczny seksualny maraton. Zmieniali się co chwilę, ale pierwszy zaczął Sergio. I to właśnie on dowodził tą bandycką orgią.

– Odbijany! – darł się, gdy któryś z jego kompanów za długo sobie dogadzał.

A w tle tej szatańskiej zabawy rozbrzmiewała muzyka odtwarzana z przenośnego radiomagnetofonu. Piosenki zlewały jej się w głowie w jedną muzyczną magmę. Nie była w stanie rejestrować, czego słuchają i o czym rozmawiają. I tak naprawdę to nie był jej problem. Nie chciała pamiętać niczego z tej nocy. Jednak utkwił jej w głowie nostalgiczny głos Boba Marleya, który pocieszał, że wkrótce będzie lepiej.

No, woman, no cry

No, woman, no cry.

‘Ere, little darlin’, don’t shed no tears:

No, woman, no cry…

Tę piosenkę Sergio odtwarzał z błazeńską lubością co kilkanaście minut. Wyraźnie go to bawiło.

Kpili z niej, poniżali.

– Nie miałaś dotąd chłopa, a teraz masz od razu sześciu. Widzisz, jakie cię spotkało szczęście – ślinił się tłusty blondyn, gdy zorientował się, że do tej pory była jeszcze dziewicą.

Chociaż akurat jemu jednemu przez całą noc na dobre nie stanął i widać było, że bardzo go to męczy. Starał się odwrócić sytuację, ale bez skutku. Nadmierne pożądanie i alkohol totalnie go paraliżowały.

Jego kumple robili z nią wszystko, co im tylko przyszło do głowy. Plugawili nieprzerwanie i z nieposkromioną radością. Najpierw próbowała walczyć, ale co może wątła nastolatka wobec sześciu silnych, młodych mężczyzn? Bezwolna poddała się swoim oprawcom, czekając na kres permanentnego gwałtu. Cały czas miała nadzieję, że puszczą ją wolną. W swojej naiwności nie brała po uwagę innej ewentualności. Jednak straciła wiarę, gdy jeden z nich wprost zapytał kumpli:

– Co zrobimy z tym małym kurwiszonem? Kamień do szyi i do jeziora?

Pewnie by tak zrobili, gdyby nie drobny chłopak, który jako jedyny z nich wydawał się być cokolwiek zmieszany całą sytuacją. Co i tak nie przeszkadzało mu kilkakrotnie ją zgwałcić.

– W to mnie nie mieszajcie! – zaoponował niespodziewanie ostro. – Gwałt to gwałt, ale nie zabójstwo. Nie mam zamiaru zgnić w kryminale.

– Uspokój się, Norbert! – Sergio starał się zapanować nad sytuacją. – Spuści się ją do jeziora jak gówno w sedesie, i będzie po sprawie. Bo jak nie, to poleci na policję i jest po nas. Koniec wolności, kolego, jak nic. Koniec!

– Kurwa, co ty pierdolisz, Sergiusz?! – odezwał się nieco gburowaty, mocno zbudowany facet. – Co innego wyruchać, a co innego zabić laskę. Ja też się na to nie piszę. Przecież ona nas nie wyda, będzie się bała, że właśnie wtedy zajebiemy ją na śmierć.

– Jak nas zakapuje, to nie będzie już okazji zajebać – wymamrotał pucołowaty blondyn, któremu akurat oskarżenie o gwałt nie groziło. Choć zapewne wolałby w tej kwestii dołączyć do kolegów.

Słuchała tego niemal obojętnie, jakby rozmowa oprawców nie dotyczyła jej życia. Tak jak słucha się audycji w radiu lub rozmowy zza cienkiej ściany. Strach paraliżował ją tak mocno, że nie była nawet w stanie reagować na to, co dzieje się wokół niej. Poddała się biegowi zdarzeń.

Nagle poczuła silne szarpnięcie za włosy.

– Wypierdalaj i zapomnij, że tu byłaś, że nas widziałaś! – komenderował Sergio. – Pamiętaj, bo inaczej po ciebie wrócimy. Chcesz tego?

Nie musiał pytać. Z trudem pozbierała swoje ubrania. Wyszła nago przed domek, potykając się na nierównych schodach. Chciała biec, uciec z tego miejsca jak najszybciej. Ale nie mogła, nie miała siły, była jak sparaliżowana. Krok po kroku, pomału oddalała się od domu swoich dręczycieli.

Usiadła pod drzewem na mchu wilgotnym od porannej rosy. Oparła się o pień i głęboko oddychała. Łapała rozbiegane myśli w całość. Co ma robić? Czy powiedzieć matce? Jak z tym żyć? Nie znajdowała odpowiedzi.

Nad jeziorem unosiła się mgła. Wokół panowała koszmarna cisza przerywana od czasu do czasu dobiegającymi z oddali krzykami żurawi.

Nagle tuż za sobą usłyszała trzask pękającej gałązki. Piekło jeszcze się nie skończyło. Stał nad nią w rozkroku, złapał za szyję i przygniótł kolanem do drzewa. Teraz znów była kompletnie bezradna. Przyglądał jej się w ciszy przez kilkanaście sekund. Wyczuwała w szarówce poranka jego podniecenie, chociaż starał się udawać obojętność. Na pewno teraz miał erekcję. Wiedziała, że chce jej dotknąć. I że tym razem zrobi to, na co czekał całą noc.

– Teraz jesteśmy kwita – rzucił na odchodne obleśny blondas i poczłapał w stronę domku swoich kumpli. Spełniony i zadowolony.

Mgła zaczęła opadać na jezioro i poranne słońce oświetliło koniuszki drzew. Krzyk ptaków narastał z każdą chwilą. Dzień budził się do życia.

Tej nocy skończyła 16 lat.

Rozdział 2

Michał Rajski zatrzymał się na środku holu Hotelu Rzymskiego w Poznaniu. Ten 30-letni wysoki brunet był tu nie po raz pierwszy. Dziennikarz znał ten hotel niemal tak dobrze jak własne mieszkanie. Jednak w tym momencie wydawał się nieco zagubiony. Nie mógł się zdecydować, czy najpierw załatwić sprawy meldunkowe, czy też skorzystać z hotelowej restauracji. Głód – jak zwykle – okazał się silniejszy. Meldunek może poczekać, pokój zarezerwował jeszcze przed wyjazdem z Warszawy. Najbliższe spotkanie miał za trzy godziny. Mógł zatem spokojnie oddać się konsumpcji. Zamówił żurek i kurczaka w miodzie, a do tego lekkie piwo regionalne.

Między jednym a drugim daniem sięgnął po leżącą na stoliku obok lokalną gazetę. „Nowe wątki afery korupcyjnej w policji” – krzyczał tłustym drukiem tytuł. Przejrzał pobieżnie artykuł, choć wiedział, że nie dowie się niczego nowego. Nie miał żadnych wątpliwości, że był to zaplanowany zamach na policję. Przygotowany starannie przez ludzi z establishmentu politycznego i gospodarczego, którzy umiejętnie wykorzystali do tego niektóre media.

Rajski wpadł na trop tej intrygi przed kilkoma dniami. Wiele wskazywało na to, że stał za nią Marcin Sielawa, znany miejscowy biznesmen. Dziś niemal powszechnie szanowany, lecz przed wieloma laty łączony ze światem przestępczym.

– Jeździłem z Sielawą do Niemiec kilka lat temu, jak zaczynał ten swój biznes – opowiadał reporterowi jeden z jego poznańskich informatorów. – To był taki bazarowy handel wódką, kawą i papierosami. Bywało, że wracaliśmy z Niemiec nyską i mieliśmy ją całą, pod dach, napchaną workami z markami.

To były proste dile. Jednak wkrótce Sielawa miał się stać królem handlu w całym kraju. Na początku postawił na import niedostępnych wówczas w Polsce komputerów marki Amstrad i Spectrum oraz sprzętu RTV. W gigantycznych ilościach sprowadzał też spirytus. Jak opowiadali wtajemniczeni, budował biznesowe imperium ze swoistym nowobogackim fasonem.

– Potrafił wsiąść do najnowszego mercedesa i jeździć po ulicach Poznania w poszukiwaniu pracowników do swojej firmy – relacjonował rozmówca, z którym Michał Rajski spotkał się wieczorem w restauracji hotelu Mercure. – Gdy zobaczył na ulicy na przykład nobliwie wyglądającego mężczyznę, zatrzymywał się i pytał:

– Gdzie pan pracuje?

– Jestem profesorem na Uniwersytecie Poznańskim.

– A ile pan zarabia?

– Tyle a tyle.

– To od jutra dam panu pięć razy więcej.

Tak skompletował znaczną część kadry.

Rajski przyglądał się badawczo swojemu rozmówcy. Starszy od niego o kilkanaście lat, szpakowaty, nienagannie ubrany mężczyzna sprawiał wrażenie wiarygodnego źródła informacji.

– Skąd pan to wszystko wie? – zapytał, odstawiając filiżankę niedopitej kawy.

– To ja jestem tym profesorem – mężczyzna spuścił wzrok na blat kawiarnianego stolika. – Wtedy dokonałem złego wyboru, ale dziś nie mam jak się z tego wycofać. Sprawy zaszły zbyt daleko, a Sielawa to mściwy osobnik. Do tego mocny, co pokazuje choćby sprawa tej niby-korupcji w policji.

– A nie było jej? – Rajski przez moment pożałował, że zadał to pytanie.

– Panie redaktorze, bardzo pana szanuję i cenię pańskie pismo za odwagę i niezależność. Nie przyszłoby mi do głowy kontaktować się z panem i ponosić ryzyko takiego spotkania, gdybym nie miał pewności, że podziela pan moją ocenę tej sprawy. Ta afera jest szyta grubymi nićmi. Zaś mój szef, przykro mi to mówić, jest gangsterem i hochsztaplerem. To właśnie on za tym wszystkim stoi. Od pewnego czasu Sielawą mocno interesował się Wydział do walki z Przestępczością Gospodarczą. Ta afera z korupcją to zemsta mojego szefa na dociekliwych policjantach. Za chwilę muszę wyjść. Pod stolikiem znajdzie pan teczkę. Proszę ją zabrać. Są w niej dokumenty, które nie powinny pozostawiać żadnych wątpliwości, kto w tej sprawie stoi po złej stronie mocy. Gdyby chciał się pan ze mną kontaktować, proszę więcej do mnie nie dzwonić. Niech pan zostawi informację na poste restante na poczcie przy placu Wiosny Ludów. Na nazwisko Jakub Głowacki.

Po chwili wstał i bez pożegnania odszedł od stolika. Rajski, na moment jakby oderwany od rzeczywistości, pogrążył się w myślach. Miał ochotę od razu przetrząsnąć zawartość teczki zostawionej przez profesora. Co na pewno nie byłoby działaniem rozsądnym. Zresztą za kilkanaście minut zaplanował spotkanie z kolejnym informatorem. Zatem z przeglądaniem dokumentów musi nieco się wstrzymać.

Aby skrócić czas oczekiwania na rozmówcę, a także – nie ukrywajmy – ze względu na porę kolacji, której nigdy nie omijał, zamówił carpaccio z łososia z kaparami.

Dziennikarz wiele sobie obiecywał po spotkaniu z Mariuszem Czarskim, redaktorem naczelnym popularnego tygodnika „Prosto z Mostu”. Wyglądało na to, że także on podpadł Sielawie.

Czarski bardzo chętnie zgodził się na spotkanie z Michałem Rajskim, który w rozmowie telefonicznej wyczuł, że szef „Prosto z Mostu” jest wystraszony. To wrażenie potwierdziło się także podczas bezpośredniej rozmowy. Kilka dni wcześniej tygodnik Czarskiego zamieścił artykuł o firmie Sielawy i jej mętnych powiązaniach z Posen Bank. Tego samego dnia redaktor Czarski otrzymał ochronę BOR-u.

Właśnie w towarzystwie dwóch agentów wkroczył do restauracyjnego baru. Michał i Czarski nie spotkali się nigdy wcześniej, jednak ten drugi od razu podszedł do właściwego stolika. Jego ochroniarze usiedli przy barze, nic nie zamawiając. Czarski ograniczył się do butelki gruzińskiej wody Nabeghlavi.

– Były pogróżki i próby nacisku ze strony Sielawy, byśmy zaniechali publikacji materiałów na temat jego firmy – mówił ściszonym głosem. – Najpierw ograniczano się jedynie do telefonów do redakcji. Potem różne znane osobistości przekazywały mi ostrzeżenia bezpośrednio. Wprost grożono, że mogę zostać pocięty nożem jak pewien celnik, który im podpadł.

– I stąd ta ochrona? – Rajski niemal niewidocznym ruchem głowy wskazał na osiłków przy barze.

– Tak się złożyło, że informacje o pogróżkach dotarły do ministra spraw wewnętrznych i otrzymałem ochronę – Mariusz Czarski zaciągnął się papierosem i kontynuował: – Był też taki przypadek, że podczas spotkania z jednym z ambasadorów do restauracji, w której rozmawialiśmy, wszedł Sielawa z kilkoma gorylami. Ostentacyjnie dawali do zrozumienia, że chcą mnie zastraszyć. Na tym się jednak nie skończyło. Gdy zobaczyli, że się ich nie boję, zaczęli wywierać na mnie inną presję. Sielawa, mimo swojego gangsterskiego rodowodu, a może dzięki niemu, ma mocne przełożenie na sfery polityczne. I właśnie dzięki temu wywołał ostatnio tę rzekomą aferę korupcyjną w policji.

 

Spotkanie z Czarskim z pozoru niewiele wniosło do dziennikarskiego śledztwa, jakie od kilku dni prowadził Michał Rajski. Jednak utwierdziło go w przekonaniu, że ma do czynienia z nieobliczalnym i potężnym przeciwnikiem. Pojął to, zwłaszcza gdy Mariusz Czarski powiedział przy pożegnaniu:

– Nie dalej jak wczoraj spotkałem się z jednym z najważniejszych polityków w Polsce, niech pan nawet nie pyta z kim. I tak nie powiem. Wprost dał mi do zrozumienia, bym więcej nie pisał o interesach Sielawy. To wyjątkowo niebezpieczny człowiek. Wszędzie ma oczy, uszy i ręce. Tu również.

Po wyjściu Czarskiego i jego obstawy Rajski postanowił wracać do swojego hotelu. Mógł skorzystać z jednej z taksówek wyczekujących na pasażerów przed budynkiem. Zdecydował się jednak na spacer. Był ciepły wieczór i uznał, że krótka przechadzka przed snem na pewno mu nie zaszkodzi. Był nawet tego pewien. Wyruszył zatem spacerkiem z ulicy Roosevelta na Marcinkowskiego zadowolony z dnia, który zmierzał ku końcowi. Mimo niemal wiosennej aury ulice były już prawie puste. Tylko od strony dworca kolejowego dało się zauważyć wracających do domu nielicznych podróżnych.

W powietrzu wyraźnie czuć było wiosnę. Rajski wiele razy się zastanawiał, skąd bierze się ta specyficzna woń zwiastująca nadejście jego ulubionej pory roku. Był to zapach, który zawsze uderzał mu do głowy. Niczym alkohol. I wiele w tym prawdy, gdyż geosminy wydzielane przez bakterie glebowe należą do grupy alkoholi. Właśnie wiosną czuć je bardzo intensywnie. Zatem wiosna, niczym alkohol, zaszumiała Rajskiemu w głowie. Co zapewne sprawiło, iż nieco stracił wrodzoną czujność.

Dziennikarz mijał właśnie park Mickiewicza i zbliżał się do ponurego gmachu Zamku Cesarskiego, gdy usłyszał za sobą ciężkie kroki. Nie musiał się odwracać, by stwierdzić, że podążają za nim dwie osoby. Dwaj mężczyźni. Mocniej ścisnął rączkę teczki i nieco przyspieszył kroku. Jak na złość na ulicy nie było żadnych przechodniów. Jedynie od czasu do czasu przemknęło jakieś spóźnione auto. A i latarnie świeciły wyjątkowo anemicznie. „Ach ci poznaniacy, nawet na oświetleniu ulic próbują zaoszczędzić” – zirytował się w myślach.

Szedł ulicą Święty Marcin, niemal czując już za sobą ich oddechy. Pospiesznie minął ciemną bryłę zamku. Zawsze czuł się w tym miejscu nieswojo. Był już prawie na wysokości hotelu Lech, gdy dostał silne uderzenie w głowę. Nie powinien być zaskoczony, tego akurat mógł się spodziewać, i to od momentu przyjazdu do Poznania. Ale o tym już nie zdążył pomyśleć. Osunął się na chodnik.

Gdy się ocknął, ujrzał nad sobą dziewczęcą twarz.

– Nic panu nie jest? – pytała szczupła nastolatka o wylęknionym wzroku.

Wyglądała na taką, która bardziej od niego potrzebuje pomocy.

– Nie, nic mi nie jest – wymamrotał niepewnie, szukając czegoś wokół siebie.

Niestety, po teczce nie było śladu.

Gdy Rajski wchodził z dziewczyną do hotelu, recepcjonistka spojrzała na niego niemal jak na pedofila, chociaż nocował tu nie pierwszy raz i wszyscy wiedzieli, czym się zajmuje. Nigdy też nikt nie zauważył, by sprowadzał na noc panienki. Recepcjonistka tym bardziej była więc zaskoczona, widząc, jak znany jej dziennikarz wprowadza do hotelu nastolatkę z widocznymi na ciele i ubraniu śladami przemocy. Sam zresztą wyglądał niewiele lepiej. Z głowy sączyła mu się krew, miał sfatygowane ubranie. Uprzedził jej pytania:

– Tej dziewczynie stała się krzywda, musi tu dziś przenocować. Chciałbym wynająć dla niej pokój.

– Niestety, nie mamy żadnego wolnego – z wyczuwalną nutą triumfu zakomunikowała kobieta.

– Trudno, będzie nocować u mnie – zadecydował Rajski. – Poprosimy apteczkę do pokoju.

Recepcjonistka zamilkła. Wiedziała, że niewiele wskóra, mimo że regulamin hotelowy zabraniał przyjmowania niezameldowanych gości po godzinie 22. Sytuacja była dwuznaczna. Jednak Michał Rajski zupełnie się nad tym nie zastanawiał. Nie zamierzał zostawić nocą na niezbyt bezpiecznej poznańskiej ulicy dziewczyny, którą – jak wszystko na to wskazuje – spotkało w tym dniu nieszczęście.

Recepcjonistka też podejrzewała, że stało się coś złego. Nawet przez moment pomyślała o wezwaniu policji. Ale czy to w końcu jej sprawa? Hotelowy personel musi być dyskretny, a nie nadgorliwy. Ponadto dziennikarz wynajął dwupokojowe studio, zatem mogą spać w oddzielnych pokojach. Faktycznie – lepiej, by ta mała nie włóczyła się sama po ulicach.

*

Miała na imię Weronika. Tylko tyle mu o sobie powiedziała. I nie zanosiło się na to, by sytuacja miała się zmienić. Uparcie milczała, gdy pytał, kto ją skrzywdził, bo akurat tego nie dało się ukryć – cierpienie wołało z niej całej. Miała je wypisane na twarzy i całym ciele.

Gdy znalazła go na ulicy, pomyślała, że nieszczęścia jednak się przyciągają. A i ona zapewne nie przyszłaby z nim do hotelu, gdyby nie wydał się jej niemal taką samą ofiarą złego losu jak ona. Nie obawiała się go. Czuła strach przed przyszłością. Bała się, że nie potrafi żyć po tym, co się stało.

Mówił do niej jak dobry wujek. Ale zupełnie nie zwracała uwagi na jego słowa. Słyszała tylko ciepły, niski głos. Był kojący, uspokajał ją, wyciszał ból. Słuchała go – nic nie rozumiejąc – siedząc w kucki na kanapie. W końcu bezwiednie oparła głowę o poduszkę. Michał okrył Weronikę kołdrą i poszedł do łazienki. Pod czaszką nadal czuł przeszywający ból, choć udało mu się zatamować krew. Ogólnie jednak nie wyglądał najlepiej. Tylko sen mógł wyprowadzić go z obecnego, kiepskiego stanu.

Prawie już zasypiał, gdy zaświergotał dzwonek telefonu. Niechętnie podniósł słuchawkę.

– Masz coś, co należy do nas – zabrzmiał sznaps baryton.

– Nie wiem, o czym mówisz, człowieku. Daj spać i sam się wyśpij – odpowiedział, siląc się na hardość.

– To śpij. A jutro widzimy się na Owocowej. O jedenastej. Nie zapomnij – dodał tajemniczy rozmówca i rozłączył się.

Michał Rajski nie miał wątpliwości, z czyjego polecenia był ten telefon. Na Owocowej mieściła się siedziba Selwex Inc. Dobrze wiedział, czego od niego chcą. Teczka, którą zabrali mu godzinę temu, była pusta. Zanim opuścił hotel Mercure, przezornie wszedł do toalety i wszystkie papiery wetknął za pasek spodni. Jednak na dłuższą metę nie była to dobra kryjówka. Ubrał się i zjechał windą na parter, by zdeponować dokumenty w hotelowym sejfie. Wrócił na górę z poczuciem, że teraz może już zasnąć snem sprawiedliwego. Rzucił jeszcze okiem na Weronikę. Wyglądała, jakby męczyły ją koszmary.