Najpiękniejsze opowieści dla dzieciTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sekretarz tłumaczył, że tylko po podpisaniu tego papieru – będzie miał prawo wydać ten drugi.

Król Maciuś podpisał, po czym sekretarz wydał opatrzone pieczęcią mianowanie Felka faworytem.

Potem przeszli do królewskiej bawialni – oglądali zabawki, książki, rozmawiali, wspominali swe przygody wojenne; potem jedli razem obiad. Potem poszli razem do ogrodu, gdzie Felek przywołał swoich rówieśników z podwórza – doskonale się bawili aż do posiedzenia ministrów.

– Muszę iść – powiedział smutnie Maciuś.

– Gdybym ja był królem, nic i nigdy bym nie musiał.

– Nie rozumiesz tego mój Felku, i my królowie nie zawsze możemy robić, co byśmy chcieli.

Felek wzruszył ramionami na znak, że jest innego zdania – i dość niechętnie, chociaż z papierem, podpisanym przez samego króla, wrócił do domu, wiedząc, że spotka się z surowym wzrokiem ojca i znanym mu pytaniem:

– Gdzieś się wałęsał, kundlu jeden. Chodź no tu, gadaj.

Co po tym pytaniu zwykle następowało, Felek wiedział; tym razem miało być inaczej.

Zaczęły się skargi i biadania.

Minister skarbu mówił, że nie ma pieniędzy. Minister handlu mówił, że kupcy dużo stracili przez wojnę i nie mogą płacić podatków. Minister kolei mówił, że wagony musiały tyle wozić na front, że się popsuły zupełnie i trzeba je poprawiać – i to musi dużo kosztować. Minister oświaty mówił, że dzieci przez czas wojny bardzo się rozpuściły, bo ojcowie wyjechali, a matki nie mogły sobie z nimi dać rady; więc nauczyciele żądają podwyższenia pensji i wprawienia potłuczonych szyb. Pola przez wojnę niezasiane, towarów przez wojnę mało. I tak w kółko przez całą godzinę.

Prezes ministrów wypił szklankę wody, co zawsze czynił, kiedy miał długo mówić. Maciuś strasznie nie lubił, kiedy prezes ministrów pił wodę.

– Panowie, dziwne jest nasze posiedzenie. Gdyby ktoś nie wiedział, a słyszał to wszystko, myślałby, że wojna skończyła się nieszczęśliwie, że zostaliśmy pobici. A przecież jesteśmy zwycięzcami. Do tej pory bywało tak, że zwyciężeni płacili kontrybucję, że ten, który pobił wrogów – bogacił się. I to było słuszne. Bo to państwo wojnę wygrywa, które nie skąpi na armaty, na proch i na jedzenie dla wojska. Myśmy wydali najwięcej pieniędzy i myśmy zwyciężyli. Nasz bohaterski król Maciuś sam mógł ocenić, że wojsko miało wszystko, czego mu było potrzeba. Ale dlaczego my mamy płacić? Oni nas zaczepili, oni z nami zaczęli, myśmy im przebaczyli – i w tym nasza wspaniałomyślność i dobroć. Ale dlaczego nie mieli nam zwrócić kosztów wojny? Nie chcemy nic waszego, ale dajcie, co nam się należy. Bohaterski król Maciuś uniósł się szlachetnością i dał wrogom pokój – i to było czynem zarówno rozumnym, jak pięknym – ale pokój za darmo stworzył niesłychane trudności finansowe. My sobie z tym poradzimy, bo mamy doświadczenie, bo przeczytaliśmy dużo mądrych książek, bo jesteśmy ostrożni, bo wiele umiemy i jeżeli król Maciuś zaszczyci nas tym samym zaufaniem, jakim cieszyliśmy się przed wojną – jeżeli rady nasze zechce przyjmować...

– Panie prezesie ministrów – przerwał Maciuś – dość tej gadaniny. Tu nie o rady chodzi, a o to, że wy chcecie rządzić, a ja mam być porcelanową lalką. Więc mówię, że do pioruna, do stu tysięcy bomb i kartaczów – ja się nie zgadzam.

– Wasza królewska mości...

– Dosyć. Nie zgadzam się i basta. Ja jestem królem – i ja królem zostanę.

– Proszę o głos – odezwał się minister sprawiedliwości.

– Proszę, tylko krótko.

– Według prawa – dodatek piąty do paragrafu 777.555 – księgi XII tomu 814 – zbioru praw i przepisów – na stronicy piątej, w wierszu czternastym, czytamy:

„Jeśli następca tronu nie ma ukończonych dwudziestu lat...”.

– Panie ministrze sprawiedliwości, mnie to nic nie obchodzi.

– Rozumiem: wasza królewska mość pragnie pogwałcić prawo. Gotów jestem podać prawo, które to przewiduje. Jest paragraf 105.486.

– Panie ministrze sprawiedliwości, to mnie nic nie obchodzi.

– I na to jest prawo. „Jeśli król lekceważy prawa, zawarte w paragrafach...”.

– Czy pan przestanie do cholery, czy nie...

– Jest i o cholerze prawo. „W razie wybuchu epidemii i cholery...”.

Zniecierpliwiony Maciuś klasnął w ręce. Na salę weszli żołnierze.

– Aresztuję panów – krzyknął Maciuś. – Odprowadzić ich do więzienia.

– I na to jest prawo – zawołał uradowany minister. – To się nazywa dyktatura wojskowa. Oj, to jest już bezprawie – krzyknął, gdy żołnierz kolbą potrącił parę żeber.

Ministrowie biali jak kreda szli do więzienia. Minister wojny został wolny; złożył ukłon wojskowy i wyszedł.

Zapanowała grobowa cisza. Maciuś został sam. Założył ręce w tył i chodził długo po sali. A ile razy przechodził koło lustra, spoglądał w nie i myślał: podobny jestem trochę do Napoleona.

– Co tu robić?

Na stole pozostała kupa papierów. Czy podpisać je, czy wszystkie podpisać, co w nich napisane, dlaczego na jednych pisze się: zezwalam, na – drugich: odłożyć, albo: zabronić.

Może nie wszystkich ministrów należało aresztować. Może w ogóle nie należało tego robić? Bo co teraz będzie?

I za co właściwie? Co oni złego zrobili? Prawdę powiedziawszy, Maciuś zrobił głupstwo. Dlaczego się tak pospieszył z zawarciem pokoju? Mógł wezwać ministrów – na pewno minister finansów powiedziałby o kontrybucji.

Kto mógł wiedzieć, że są jakieś kontrybucje. Choć co prawda, to prawda. Dlaczego ma płacić ten, który zwyciężył? A zresztą oni sami zaczęli.

A może napisać do królów. Ich jest aż trzech, to im łatwiej razem zapłacić, niż jemu jednemu.

Ale jak się pisze takie papiery? Jak on mówił – ten minister: tom 814. Ileż jest tych książek? A Maciuś przeczytał dopiero dwa zbiorki powiastek i życiorys Napoleona. To strasznie mało.

Coraz cięższe myśli dręczyły Maciusia, gdy nagle przez otwarte okno usłyszał hasło kukułki.

Nareszcie nie jest sam.

– Słuchaj Felek, co ty byś zrobił na moim miejscu?

– Ja bym na miejscu waszej królewskiej mości dalej się bawił w ogrodzie i na ich posiedzenia wcale bym nie chodził. Ja bym robił, co mnie się podoba, a oni niechby sobie robili, co im się podoba.

Maciuś pomyślał, że Felek jest jednak bardzo prosty chłopak i nie rozumie, że król musi przecież rządzić dla szczęścia narodu, a nie – w berka i palanta grać tylko. Ale nic. Nie powiedział mu tego.

– Trudno Felku, stało się. Już oni siedzą w więzieniu.

– Niech siedzą, jeśli taka wola waszej królewskiej mości.

– Ba, patrz ile tu papierów niepodpisanych. A jak nie podpiszę, nie będzie ani kolei, ani fabryk, no – nic.

– No, to podpisać trzeba.

– Nie. Poczekaj. Słuchaj: ja bez nich nic nie wiem. Nawet starzy królowie nie mogą się obejść bez ministrów.

– No to można ich wypuścić.

Maciuś mało nie rzucił się Felkowi na szyję z radości. Takie proste, a nie przyszło mu do głowy. Rzeczywiście nic się złego nie stało. Może ich w każdej chwili wypuścić. Ale postawi im warunki. Nie będzie im się wolno tak rozporządzać – będą musieli się go słuchać. Nie, żeby on król musiał wykradać z kredensu, albo z ogrodu własnego coś dla przyjaciela, albo przez kratę z zazdrością patrzeć na zabawy chłopców. On też się chce bawić. Chce, żeby jego nauczycielem był poczciwy kapitan, pod którego rozkazami przebył całą wojnę. Cóż on wreszcie chce tak złego – chce być wesołym chłopcem, jak każdy, żeby go nie męczyli.

Felek nie mógł być długo, bo miał jakieś ważne interesy na mieście, przyszedł tylko pożyczyć trochę pieniędzy – niewiele: tylko na tramwaj i może na papieros i czekoladę.

– Ależ bardzo chętnie. Masz Felku.

I Maciuś znów został sam.

Mistrz ceremonii jakoś go unikał, guwerner gdzieś się schował, a lokaje przesuwali się cicho, jak cienie.

I nagle Maciusiowi przyszło na myśl, czy oni wszyscy nie uważają go czasem za tyrana.

I strach go ogarnął.

To byłoby przecież okropne. Maciuś był prawnukiem Henryka Porywczego, który ludzi zabijał, jak wrony.

Co tu robić, co robić?

Żeby choć Felek znów przyszedł albo kto.

I cicho wszedł do pokoju stary doktor Maciusia. Ucieszył się Maciuś szczerze.

– Mam ważny interes – zaczął doktor nieśmiało. – Boję się jednak, że mi wasza królewska mość odmówi.

– A cóż ja tyran jestem czy co? – zapytał się Maciuś, uważnie patrząc doktorowi w oczy.

– E, skąd by znów tyran. Tylko, że przychodzę w trudnej sprawie.

– Jakiej?

– Chciałem prosić o parę drobnych ulg dla uwięzionych.

– Mów śmiało doktorze. Na wszystko z góry się zgadzam. Ja się na nich wcale nie gniewam, ja ich wypuszczę z więzienia, tylko muszą mi obiecać, że się za bardzo rozporządzać nie będą.

– O, to prawdziwie królewskie słowa – zawołał uradowany doktor. I śmiało zaczął wyliczać prośby uwięzionych. – Prezes ministrów prosi o poduszkę, materac i pierzynę, bo nie może spać na słomie, bo kości go bolą...

– A ja spałem na ziemi – wtrącił Maciuś.

– Minister zdrowia prosi o szczoteczkę i proszek do zębów. Minister handlu prosi o biały chleb, bo nie może jeść czarnego więziennego chleba. Minister oświaty prosi o książkę do czytania. Minister spraw wewnętrznych prosi o proszek, bo ze zmartwienia dostał boleści.

– No, a minister sprawiedliwości?

– On o nic nie prosi, bo wyczytał w 745 tomie praw, że uwięzieni ministrowie dopiero po trzech dniach pobytu w więzieniu mają prawo składać prośby do łaski królewskiej, a oni siedzą dopiero trzy godziny.

Maciuś kazał posłać wszystkim ministrom pościel pałacową, polecił wysłać im zaraz królewski obiad i wieczorem kolację z winem. A ministra sprawiedliwości pod strażą kazał sprowadzić do siebie.

 

Kiedy przyszedł minister sprawiedliwości, Maciuś kazał mu uprzejmie usiąść na krześle i zapytał:

– Czy to będzie zgodne z prawem, jeśli wypuszczę was jutro z kozy?

– Niezupełnie mości królu, ale dyktatura wojskowa uznaje procedurę przyspieszoną – i jeśli to tak nazwiemy, będzie wszystko formalnie.

– Panie ministrze, a czy jak ja ich wypuszczę, oni mogą mnie wsadzić do kozy?

– Nie mają prawa, choć z drugiej strony tom 949 omawia stronę prawną tak zwanego – zamachu stanu.

– Nie rozumiem – przyznał król Maciuś. – Ile trzeba czasu, aby to wszystko zrozumieć?

– Chyba z pięćdziesiąt lat – odpowiedział minister.

Maciuś westchnął. Korona zawsze zdawała mu się ciężką, ale teraz tak mu ciężyła, jakby była kulą armatnią.

Ministrom zdjęto kajdany, wprowadzono ich do więziennej jadalni – przybyli też z wolności minister sprawiedliwości i wojny – straż z obnażonymi szablami zajęła swoje miejsca – i zaczęła się narada.

Maciuś ułożył w nocy taki plan:

– Wy będziecie się zajmowali dorosłymi, a ja będę królem dzieci. Jak będę miał dwanaście lat, będę rządził dziećmi do lat dwunastu, jak będę miał piętnaście lat, to – do piętnastu. A sam jako król mogę robić, co chcę. A reszta niech będzie po staremu. Ja jestem sam mały i wiem, co jest potrzebne dla malców.

– I my byliśmy mali kiedyś – powiedział prezes ministrów.

– No dobrze, a ile pan ma lat?

– Czterdzieści trzy – powiedział premier.

– A dlaczego pan rządzi tymi, co są starsi od pana? A pan minister kolei jest młody, a kolejami jeżdżą i staruszkowie.

A ministrowie powiedzieli:

– No, prawda.

– Więc cóż pan na to, panie ministrze sprawiedliwości, czy można tak robić?

– W żaden sposób – powiedział minister sprawiedliwości. – Według prawa (tom 1349) dzieci są własnością rodziców. Jest jedna tylko możliwość.

– Jaka? – zapytali wszyscy ciekawie.

– Król Maciuś musi się nazwać: król Maciuś Pierwszy Reformator (tom 1764, strona 377).

– Co to znaczy?

– To znaczy, że jest królem, który zmienia prawa. Jak król powie: „chcę wydać prawo takie i takie”, to powiem: „nie wolno, bo już jest inne prawo”. A jak król powie: „chcę wprowadzić taką a taką reformę”, powiem: „dobrze”.

Zgodzili się wszyscy. Ale najtrudniej było z Felkiem.

– Nie może być faworytem.

– Dlaczego?

– Bo na to nie pozwala etykieta.

Nie było na posiedzeniu mistrza ceremonii, więc nie mogli dobrze ministrowie wytłumaczyć, co to jest dworska etykieta. Jedno wiedzieli tylko na pewno: że królowie mogą mieć faworytów, ale dopiero po śmierci. Nie znaczy to, żeby król Maciuś miał, Boże broń, umierać, ale ten papier musi być od Felka odebrany za wszelką cenę.

– Tak, to nie jest prawny papier – potwierdził minister sprawiedliwości. – Felek może przychodzić do króla, może być jego serdecznym przyjacielem – tak – ale nie może to być napisane i w dodatku z pieczęcią.

– No dobrze – powiedział Maciuś, żeby ich wypróbować – a jeżeli nie ustąpię i zostawię was dalej w więzieniu?

– To zupełnie rzecz inna – uśmiechał się minister sprawiedliwości. – Król wszystko może.

Zdziwił się Maciuś, że o jakieś głupstwo, o jakiś papierek tylu ludzi chce siedzieć w kozie.

– Mości królu – powiedział minister sprawiedliwości – niech się król nie obrazi – prawo i to przewiduje; jest i o tym wzmianka w 235 tomie. Król może i za życia mianować faworytów, ale musi się nazwać nie reformatorem...

– A jak? – zapytał Maciuś niespokojnie, bo już się trochę zaczął domyślać.

– Musi być królem Tyranem.

Maciuś wstał, straż więzienna niespokojnie podniosła uzbrojone w więzienne szable ręce, nastała wielka cisza. Wszyscy aż zbledli ze strachu, co też król Maciuś powie. Nawet więzienne muchy przestały brzęczeć.

A Maciuś głośno i powoli powiedział:

– Od dziś nazywam się królem Maciusiem Reformatorem. Jesteście panowie wolni.

Stróż więzienny wyniósł zaraz kajdany do komórki, bo nie były potrzebne, straż więzienna schowała szable, a klucznik otworzył ciężkie żelazne drzwi. Ministrowie wesoło zacierali ręce.

– Zaraz moi panowie. Muszę zrobić jakąś reformę: niech jutro każdy uczeń dostanie w szkole funt czekolady.

– Za dużo – powiedział minister zdrowia. – Najwyżej ćwierć funta.

– To niech będzie ćwierć funta.

– W państwie całym mamy pięć milionów uczniów – powiedział minister oświaty. – Jeżeli mają dostać czekoladę łobuzy i leniuchy...

– Wszyscy! – zawołał Maciuś – wszyscy bez wyjątku.

– Taką ilość czekolady mogą przygotować nasze fabryki dopiero w dziewięć dni.

– A koleje mogą ją rozwieźć po całym państwie w tydzień.

– Jak widzi wasza królewska mość, rozkaz może być spełniony dopiero za trzy tygodnie.

– No, trudno – powiedział Maciuś, a w duszy pomyślał sobie: jak to dobrze, że mam doświadczonych pomocników. Bez nich nie wiedziałbym nawet, ile potrzeba czekolady, bez nich nie wiedziałbym, kto ma ją zrobić. Nie przyszło mi do głowy, że trzeba ją przecież porozwozić po całym państwie.

Ale głośno Maciuś tego nie mówił. Udawał nawet, że jest trochę niezadowolony. Więc dodał:

– Więc proszę, żeby jutro ogłoszono o tym w gazetach.

– Przepraszam bardzo – powiedział minister sprawiedliwości. – Wszystko to bardzo piękne, ale to nie jest reforma. To jest tylko – królewski dar dla dzieci szkolnych. Gdyby król Maciuś wydał prawo, że każdy uczeń dostawać będzie codziennie na koszt skarbu czekoladę, to co innego. To by było już prawo. A tak – to jest funda, prezent, niespodzianka.

– No niech będzie funda – zgodził się Maciuś, bo był już zmęczony i bał się, że jeszcze będą gadali.

– Posiedzenie zamknięte. Żegnam panów.

Maciuś pojechał królewskim samochodem do swego pałacu, wpadł prędko do ogrodu, gwizdnął na Felka.

– Widzisz Felek, teraz jestem już prawdziwym królem. Już wszystko dobrze.

– Waszej królewskiej mości, ale mnie nie bardzo.

– Dlaczego? – zapytał zdziwiony Maciuś.

– Bo mnie ojciec tak sprał za ten papier, że mi szrapnele przed oczami latały.

– Sprał cię, powiadasz? – zdumiał się Maciuś.

– A tak. „Prawo królewskie – powiada – dawać ci fawory, a moje ojcowskie prawo, kundlu jeden, kości ci porachować. W pałacu ty królewski, a w domu ty plutonowski. A ojcowska ręka pewniejsza od królewskiej łaski”.

Maciuś był ostrożny. Już wiedział, że tak od razu nic nie należy robić. W życiu tak, jak na wojnie: jeżeli chcesz zwyciężyć, musisz dobrze się przygotować do ataku. Pospieszył się z tym papierem – i głupstwo palnął. Sobie kłopotu narobił i Felkowi bólu. A teraz wstyd i ujma dla jego królewskiego honoru. Bo jakże: on król daje papier, a jakiś plutonowy bije za jego papier królewski.

– Słuchaj Felek, troszkę pospieszyliśmy się. Pamiętasz: ja nawet chciałem trochę zaczekać. Ja ci muszę jedną rzecz wytłumaczyć.

I opowiedział Maciuś, jak było z tą czekoladą.

– Królowie nie mogą robić wszystkiego, co chcą.

– No tak. Wasza królewska mość...

– Słuchaj Felek, mów mi dalej po imieniu. Przecież razem wojowaliśmy, przez ciebie z niewoli się wyrwałem.

Rada w radę, postanowili, że na odosobnieniu będą mówili sobie po dawnemu.

– Sztaba, Waligóra.

– Sztaba, Wyrwidębie.

Teraz lżej już było Maciusiowi odebrać nieszczęsny papier.

– Dam ci za ten papier łyżwy, dwie lanki, album z markami, palące szkło i magnes.

– A stary znów mnie zbije.

– Prawda mój Felku, bądź cierpliwy, sam widzisz, że królowie nie mogą też tak od razu. Królowie muszą słuchać się prawa.

– A co to jest?

– Sam jeszcze nie wiem dobrze. To są jakieś książki, czy coś.

– No tak – powiedział smutnie Felek – jak ty jesteś ciągle na posiedzeniach, to się po trochu uczysz wszystkiego, a ja co...

– Nie martw się, mój złoty Felku, zobaczysz, że będzie dobrze. Jeżeli mogę rozdać pięciu milionom dzieci czekoladę, to przecież mogę i dla ciebie dużo dobrego zrobić. Tylko to musi być prawnie zrobione. Ty wcale nie wiesz, jak ja teraz długo wieczorem nie mogę zasnąć w łóżku. Leżę i leżę – i myślę i myślę. I męczę się, żeby coś takiego zrobić, żeby wszystkim było dobrze. Teraz będzie już łatwiej, bo co ja mogłem wymyślić dla dorosłych? Papierosy im dam – mają pieniądze, to sobie sami kupią. Wódkę dam – no to się popiją – i co będą mieli.

– Ja nie wiem – mówi Felek – ty tak zaraz myślisz o wszystkich. Ja bym sobie tu kazał w parku zrobić huśtawkę, karuzelę z muzyką...

– Widzisz Felek, ty nie jesteś królem, więc tego nie rozumiesz. Dobrze, niech będzie karuzela, ale nie jedna. Zaraz na przyszłym posiedzeniu powiem, żeby we wszystkich szkołach urządzić huśtawki i karuzele z muzyką.

– I kręgielnie. I strzelnice.

– No widzisz...

Jak tylko ministrowie wyszli z więzienia, zaraz poszli do cukierni na kawę ze śmietanką i ciastka z kremem. Chociaż odzyskali wolność, nie było im wesoło. Widzieli, że z Maciusiem nie będzie łatwo.

– Przede wszystkim trzeba będzie pożyczyć pieniędzy.

– Czy nie można wydrukować nowych pieniędzy?

– Teraz nie można, bo już za dużo wydrukowaliśmy podczas wojny. Trzeba trochę poczekać.

– Ba, czekaj tu, kiedy trzeba tyle płacić.

– Więc też mówię, że musimy pożyczyć od zagranicznych królów.

Zjedli po cztery ciastka z kremem, wypili kawę ze śmietanką i poszli do domu.

A na drugi dzień prezes ministrów poszedł do króla na audiencję i powiedział, że trzeba pożyczyć dużo pieniędzy od bogatszych królów. To jest bardzo trudne przedsięwzięcie, bo muszą bardzo mądrze napisać papier do zagranicznych królów, i dlatego co dzień odbywać się będą po dwie narady.

– Dobrze – powiedział Maciuś – wy się naradzajcie, a ja od dziś zaczynam lekcje u swojego kapitana.

Przyjechał minister wojny z kapitanem. Maciuś serdecznie się z nim przywitał, zapytał się nawet, czy nie można mianować go majorem, ale nie można, bo kapitan był niedawno jeszcze porucznikiem, więc był za młody.

– Pan mnie będzie uczył wszystkiego, a zagraniczny guwerner tylko obcych języków.

I zaczął się Maciuś uczyć z taką ochotą, że zapomniał nawet o zabawach. Kapitan mieszkał daleko, więc Maciuś zaproponował, żeby zamieszkał w pałacu razem z rodziną. Kapitan miał syna Stasia i córeczkę Helenkę. Więc uczyli się razem i trochę razem bawili. Przychodził i Felek na lekcje, ale dużo przepuszczał, bo się nie bardzo lubił uczyć.

Maciuś bardzo rzadko chodził teraz na narady:

– Szkoda czasu – mówił – nudzi się i niewiele z nich rozumiem.

Do królewskiego ogrodu przychodziły chętnie dzieci. Ojciec Felka, który przed wstąpieniem do wojska był cieślą – zrobił im huśtawkę. Więc się huśtali, bawili się w berka, w piłkę, straż ogniową, wiosłowali na królewskiej sadzawce, łowili ryby. Troszkę gniewał się na te porządki królewski ogrodnik i chodził na skargę do pałacowego zarządu. Już nawet parę szyb przez nieostrożność stłuczono. Ale nikt nic nie mógł mówić, bo Maciuś był teraz królem reformatorem i sam wprowadzał własne porządki.

Już był zamówiony na jesień zdun, żeby w sali tronowej postawił piec, bo Maciuś zapowiedział, że nie myśli marznąć podczas audiencji.

Jak był deszcz, bawili się w pokojach. Lokaje byli trochę źli, że im dzieciaki depcą pokoje – i każą potem sprzątać i froterować. Ale że mniej teraz zwracali uwagi, czy mają wszystkie guziki zapięte, więc czasu było więcej. A zresztą i im było smutno, jak w pałacu tak cicho było dawniej, jak w grobie. Teraz za to śmiech, bieganina, krzyki, w których brał często udział i wesoły kapitan, a niekiedy i stary doktor się rozruszał i zaczynał z nimi razem tańczyć albo skakać przez sznur. Wtedy to już naprawdę było śmiesznie.

Ojciec Felka po huśtawce zmajstrował im wózek, ale że były tylko trzy koła, więc wózek często się przewracał. Nie szkodzi. Tak nawet było weselej.

Rozdanie czekolady dzieciom w stolicy tak się odbyło, że dzieci ze wszystkich szkół ustawione były w dwa rzędy na ulicach; jechały ciężarowe samochody – i żołnierze czekoladę rozdawali. A jak skończyli, Maciuś przejechał przez wszystkie ulice – i dzieci jadły i śmiały się i krzyczały:

– Niech żyje król Maciuś.

A Maciuś raz wraz wstawał, posyłał im ręką pocałunki, wywijał kapeluszem, powiewał chusteczką i naumyślnie wiercił się, uśmiechał, ruszał rękami i głową, żeby nie pomyśleli, że znów oszukują i obwożą porcelanową lalkę.

 

Ależ skąd. Wszyscy widzieli na pewno, że to jest prawdziwy Maciuś. Prócz dzieci, byli na ulicach i ojcowie i matki, też ucieszeni, bo dzieci teraz lepiej się uczyły, bo wiedziały, że król je lubi i o nich pamięta.

Do tej uroczystości minister oświaty dodał jeszcze od siebie niespodziankę dla spokojnych i pilnych uczniów, żeby wieczorem byli w teatrze. Więc wieczorem Maciuś, kapitan, Felek, Helcia i Stasio zajmowali królewską lożę, a cały teatr pełen był dzieci.

Kiedy Maciuś wszedł do loży, orkiestra zagrała hymn narodowy. Wszyscy wstali, i Maciuś przez cały czas stał na baczność, bo tak każe etykieta. Dzieci teraz przez cały wieczór widziały swojego króla, trochę tylko były zmartwione, że chociaż w wojskowym ubraniu, ale bez korony.

Ministrowie na przedstawieniu nie byli, bo kończyli akurat papier o zagraniczną pożyczkę, więc czasu nie mieli. Tylko minister oświaty wpadł na parę minut i powiedział zadowolony:

– To przynajmniej rozumiem. Teraz mają nagrodę ci, którzy na nią naprawdę zasłużyli.

Maciuś grzecznie mu podziękował, i dzień skończył się bardzo przyjemnie.

Za to na drugi dzień ciężkie miał Maciuś spełnić obowiązki.

Przyjechali wszyscy ministrowie i posłowie zagranicznych państw – i miał im być uroczyście wręczony papier o zagraniczną pożyczkę.

Maciuś musiał siedzieć spokojnie i słuchać, co oni pisali całe trzy miesiące. Tym trudniej było Maciusiowi teraz, kiedy się już odzwyczaił od posiedzeń i akurat nazajutrz po tak mile spędzonym dniu.

Akt dzielił się na cztery części.

W pierwszej części pisali ministrowie w imieniu Maciusia, jak często wielcy przodkowie Maciusia im pomagali i też pożyczali pieniądze, kiedy tamci nie mieli. To była część historyczna aktu o pożyczce.

Potem była bardzo długa część geograficzna. Tu się wyliczało, ile ziemi należy do Maciusia, ile ma miast, ile lasów, ile kopalni węgla, soli i nafty, ilu ludzi mieszka, ile jest różnych fabryk, ile zboża i kartofli i cukru rocznie wyrasta w państwie Maciusia. To była część geograficzna.

Trzecia część aktu była ekonomiczna. Tu chwalili się ministrowie, że kraj Maciusia jest bogaty, że pieniędzy jest dużo, co rok duże wpływają do skarbu podatki, że pożyczkę będzie mógł na pewno zapłacić, więc niech się wcale nie boją.

Jeżeli Maciuś chce pożyczyć, to tylko dlatego, żeby jeszcze lepiej gospodarować, żeby mieć jeszcze więcej pieniędzy. W tej części czwartej pisało się, jakie nowe koleje i nowe miasta będą w państwie Maciusia, ile zbudują nowych domów i nowych fabryk.

I czytanie byłoby nawet ciekawe, ale tyle w nim było różnych cyfr – milionów i dziesiątków milionów, że posłowie patrzyli coraz na zegarki, która już godzina, a Maciuś zaczął ziewać.

Kiedy nareszcie papier przeczytano, posłowie powiedzieli:

– Poślemy to pismo do naszych rządów; nasi królowie bardzo chcą teraz żyć w przyjaźni z Maciusiem i na pewno zgodzą się mu pieniądze pożyczyć.

Teraz dali Maciusiowi złote pióro, wysadzane drogimi kamieniami, i Maciuś dopisał:

„Wasze królewskie Mości. Ja was pobiłem i nie wziąłem żadnej kontrybucji, a teraz proszę, żebyście mi pożyczyli pieniądze. Więc nie bądźcie świniami i pożyczcie”.

Król Maciuś Pierwszy Reformator.

Maciuś został zaproszony w goście do zagranicznych królów. Pisali, że proszą bardzo króla Maciusia, kapitana, doktora, Stasia i Helcię.

„Król Maciuś może być pewien, że nie pożałuje. Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy, żeby się dobrze bawił i żeby otrzymał wszystko, co zechce”.

Strasznie się Maciuś ucieszył. Maciuś znał tylko jedno zagraniczne miasto z wojny, a teraz miał poznać trzy stolice, trzy zagraniczne pałace i królewskie ogrody – a bardzo był ciekawy, czy tam jest inaczej. W jednej stolicy był podobno śliczny ogród zoologiczny, gdzie były zwierzęta z całego świata. W drugiej znów był podobno taki wysoki dom, że jak mówił Felek, już prawie sięgał do nieba. A w trzeciej były sklepy z takimi ładnymi wystawami, że można patrzeć cały rok – i nawet się nie znudzi.

Ministrowie bardzo byli źli, że ich nie zaproszono, ale nic nie mogli zrobić. Tylko minister finansów zaklinał Maciusia, żeby pieniędzy nie brał i nic nie podpisywał, bo go oszukają.

– Już niech się pan nie boi – powiedział Maciuś. – Młodszy byłem, a oszukać się od nich nie dałem, więc i teraz się nie dam.

– Mości królu, oni teraz będą udawali przyjaciół, niby że już po wojnie, ale będą się zawsze starali wszystko na swoją stronę.

– Niby to ja nie wiem – powiedział Maciuś, ale w duszy rad był, że go ostrzeżono i postanowił sam żadnych papierów tam nie podpisywać. Bo rzeczywiście, dziwne mu było, dlaczego nikogo z ministrów nie zaprosili.

– Będę się pilnował – dodał Maciuś.

Wszyscy zazdrościli Maciusiowi, że jedzie tak daleko. Pakowali kufry, krawcy przynosili nowe ubrania, szewcy nowe buty. Mistrz ceremonii biegał po całym pałacu, żeby czego nie zapomnieć. Helcia i Stasio aż skakali z radości.

Wreszcie zajechały dwa samochody, do jednego wsiadł król Maciuś i kapitan, do drugiego – doktor, Helcia i Stasio – wśród wiwatów przejechali miasto; na dworcu oczekiwał ich królewski pociąg i wszyscy ministrowie.

Maciuś jechał już raz z wojny królewskim pociągiem, ale był bardzo zmęczony, więc nie mógł się tak dobrze przyjrzeć wszystkiemu. Teraz było zupełnie co innego. Jechał sobie dla przyjemności, więc mógł o niczym nie myśleć. Należał mu się przecież wypoczynek po takiej ciężkiej wojnie i po takiej pracy.

Z radością i ze śmiechem opowiadał, jak ukryty pod derką chował się przed porucznikiem, a teraz swym nauczycielem. Mówił o zupie, o pchłach, które go gryzły, o spotkaniu z ministrem wojny, kiedy z drabinki nad obórką patrzał na pociąg, którym teraz jedzie.

– O, tu staliśmy cały dzień. O, z tej stacji cofnęli nas z powrotem.

Pociąg królewski składał się z sześciu wagonów. Jeden – to była sypialnia. Każdy miał swój pokój z wygodnym łóżkiem, umywalką, stolikiem i krzesełkiem. Drugi wagon – stołowy – pośrodku stał stół, naokoło krzesła – na podłodze piękny dywan – wszędzie kwiaty. Trzeci wagon – był biblioteką, a teraz prócz książek były tam najładniejsze zabawki króla. W czwartym była kuchnia, w piątym wagonie jechała służba pałacowa: kucharz i lokaje, a w szóstym były kufry, pełne rzeczy.

Dzieci na przemian wyglądały przez okno i bawiły się. Zatrzymywali się na dużych stacjach, kiedy trzeba było dolać wody do parowozu. Wagony szły tak leciutko, że ani hałasu nie było, ani żadnego trzęsienia.

Wieczorem położyli się jak zwykle, a rano obudzili się już wszyscy za granicą.

Jak tylko Maciuś umył się i ubrał, zjawił się poseł króla zagranicznego z pozdrowieniem. Wsiadł do pociągu w nocy, nie chciał niepokoić króla Maciusia, ale czuwa od samej granicy, bo teraz Maciuś jest pod jego opieką.

– Kiedy będę w stolicy waszego króla?

– Za dwie godziny.

Maciusiowi bardzo przyjemnie było, że królewski poseł nie mówił w zagranicznym języku, bo chociaż rozumiał i mówił już Maciuś w paru obcych językach, ale zawsze przyjemniej mówić po swojemu.

Jakie przyjęcie zgotowano Maciusiowi, trudno powiedzieć. Wjeżdżał do stolicy obcego państwa nie jak zwycięzca miasta, jego fortecy i murów, ale jak zwycięzca serc całej ludności. Stary siwy król tego państwa ze swymi dorosłymi dziećmi i z wnukami oczekiwał go na stacji. Na dworcu tyle było zieleni i kwiatów, jakby to był najpiękniejszy ogród, a nie dworzec kolejowy. Z gałązek i kwiatów upleciono napis: „Witaj, gorąco oczekiwany młody przyjacielu”. Wygłoszono cztery długie mowy powitalne, w których Maciusia nazywano dobrym, mądrym i walecznym królem. Przepowiadano, że panować będzie tak długo, jak żaden król jeszcze. Ofiarowano mu chleb i sól na srebrnej tacy. Zawieszono mu na piersi najwyższy order „Lwa” z ogromnym brylantem. Stary król ucałował go tak serdecznie, że się Maciusiowi przypomnieli jego zmarli rodzice, i łzy napłynęły mu do oczów. Orkiestra, sztandary, bramy tryumfalne. Na balkonach dywany i flagi.

Na rękach wyniesiono go do samochodu. Na ulicach tyle było ludzi, jakby się z całego świata zjechali. Ponieważ zwolniono ze szkół uczniów na trzy dni, wszystkie dzieci były na ulicy.