Najpiękniejsze opowieści dla dzieciTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale to się żołnierzom nie podobało.

Nie spał tej nocy nikt ani w obozie Maciusia, ani jego wrogów.

Jedni czyścili karabiny, inni pisali listy do domu i żegnali się z najbliższymi.

Cisza była zupełna, tylko ogniska się paliły.

A w tej ciszy mocno biły serca żołnierzy.

Świt.

Jeszcze szaro było, kiedy armaty strzelać zaczęły do pustych rowów Maciusia. Strzelają, strzelają, a w obozie Maciusia śmiech.

– Psujcie proch, psujcie – mówili, śmiejąc się, żołnierze.

Stoi Maciuś na wzgórzu i patrzy przez polową lornetę, co się dzieje.

– O, już idą.

Jedni biegną, drudzy ostrożnie czołgają się – coraz nowi i nowi wychodzą z rowów – z początku bojaźliwie, potem trochę odważniej. Jednych zachęca cisza w okopach Maciusia, a drugich niepokoi.

Zerwało się nagle w górę dwadzieścia aeroplanów – i prosto na miasto, na stolicę. Niestety, Maciuś nie miał więcej, jak pięć, bo że dzieci najciekawsze były aeroplanów, więc podczas swej gospodarki najwięcej ich napsuły.

Zaczęła się zajadła bitwa powietrzna, w której strącono sześć nieprzyjacielskich, ale spadły lub zmuszone były do lądowania aeroplany Maciusia.

Początek bitwy odbył się tak, jak przewidywali na radzie wojennej.

Nieprzyjaciel zajął przednie okopy – i rozległ się okrzyk tryumfu:

– Acha, uciekli. Zlękli się. Nie mają armat. O, jak prędko uciekli: nawet wódeczki nie zdążyli nabrać.

Ten i ów odkorkował flaszkę.

– Dobra, skosztujcie.

Piją, śmieją się, hałasują, gotowi tu przenocować.

– Po co się spieszyć, kiedy i tak dobrze.

Ale młody król powtarzał uparcie:

– Dziś musimy być w mieście.

Przysunęli armaty i kulomioty.

– Do ataku!

Żołnierze niechętnie idą, a w głowach szumi. Ale trudno: rozkaz trzeba spełnić. A co nieprzyjemne, to lepiej prędko zrobić. Więc już zupełnie otwarcie idą, a potem biegną na ostatnie przed miastem okopy Maciusia.

A tu nagle grzmotnęły armaty, zaklekotały karabiny maszynowe, posypały się kule i – co dziwniejsza – strzały.

A tu nagle jakiś dziki krzyk w obozie Maciusia. A tu jakieś bębny, piszczałki, kotły.

A tu nagle – czarni wojownicy już na okopach. Mali jacyś ci Murzyni, ale może tak się zdaje z daleka. Niewiele ich, ale są – a w oczach się dwoi, a w uszach szumi.

A tu nagle – lwy i tygrysy, ogłuszone strzałami, a jeszcze sparzone gorącym żelazem – w strasznych skokach prosto na atakującego nieprzyjaciela. To dziwne, stu zabitych nie wywołałoby takiego wrażenia, jak jeden przez lwa rozszarpany. Tamto widzieli już, a to pierwszy raz widzą. Jakby kły dzikiego zwierzęcia gorsze były od kuli stalowej.

Co się teraz działo, trudno opisać. Jedni żołnierze biegną, jak szaleńcy wprost na druty kolczaste, rzucając karabiny na ziemię. Inni uciekają, a strzelają do nich własne kulomioty. Więc myślą, że są wzięci w dwa ognie, padają na ziemię albo ręce wznoszą do góry.

Nieprzyjacielska konnica, która miała wspierać atak, teraz wpada całym impetem na karabiny maszynowe, tratuje i rani.

Dym, kurz, zamieszanie, nikt już nic nie widzi i nic nie wie. Tak trwa godzinę i dwie.

Kiedy potem historycy opisywali tę bitwę, to każdy pisał co innego, tylko się wszyscy zgadzali, że podobnej bitwy jeszcze nie było.

– Ach – płakał prawie minister wojny – gdyby choć na dwie godziny jeszcze starczyło kul i prochu.

Ale cóż robić? Nie ma!

– Konnica naprzód! – krzyczy Maciuś, a sam siada na pięknego białego konia.

Tak, to było jedyne: skorzystać z popłochu i gonić, gonić nieprzyjaciela, zagarnąć wszystkie jego zapasy, odsunąć się tak od miasta, żeby się nie mógł ani dowiedzieć, ani domyśleć, że to nie pomoc Bum-Druma, a garstka dzieci murzyńskich i parę dziesiątków dzikich zwierząt z ogrodu zoologicznego dało Maciusiowi zwycięstwo.

I nagle, kiedy Maciuś spiesznie dosiadał konia, spojrzał na miasto i – oniemiał.

– Nie, to być nie może. To jakaś straszna omyłka. Nie, to mu się tylko zdaje.

Niestety, tak było.

Na wszystkich wieżach miasta powiewają białe chorągwie: stolica się poddaje.

Już pędzą w stronę miasta gońce z rozkazem:

– Zerwać te białe płachty! Rozstrzelać tchórzów i zdrajców.

Niestety, za późno.

Dostrzegł nieprzyjaciel te szmaty hańby i niewoli, zrazu się zdumiał, ale wnet ochłonął.

Bitwa ma to do siebie, że wystarczy wypić jeden kieliszek, żeby być pijanym, ale wystarczy jeden poświst kuli, aby pijany natychmiast wytrzeźwiał.

Strach, nadzieja, rozpacz, chęć zemsty – szybko po sobie następują.

Żołnierz przeciera oczy. Co to? Sen, czy prawda? Armaty Maciusia jakoś zamilkły, lwy i tygrysy leżą poszarpane przez kule. A tu – białe chorągwie mówią, że miasto się poddaje. Co to wszystko znaczy?

I tu młody król zrozumiał.

Krzyknął:

– Naprzód!

Za nim powtórzyli to samo oficerowie, za nimi żołnierze.

Maciuś widział wszystko, ale był bezsilny.

Wracają – formują się w szeregi – podnoszą porzucone karabiny. Białe flagi znikają, ale za późno.

Idą – już tną nożycami druty kolczaste.

– Wasza królewska mości – drżącym głosem przemawia jakiś stary generał.

Maciuś wie, co chce powiedzieć. Zeskoczył z konia i blady jak płótno – powoli i głośno rzekł:

– Kto chce zginąć, niech idzie za mną.

Niewielu znalazło się chętnych: Felek, Antek, Klu-Klu, kilka dziesiątków żołnierzy.

– Dokąd pójdziemy? – pytają.

– Pusty a mocny jest budynek, gdzie stały klatki lwów. Tam bronić się będziemy, jak lwy, po królewsku.

– Nie zmieścimy się wszyscy.

– Tym lepiej – szepnął Maciuś.

Było pięć samochodów w pobliżu: wsiedli, zabrawszy, co się dało z broni i nabojów. Kiedy ujechali trochę, odwrócił się Maciuś i spojrzał:

Nad obozem powiewała biała chorągiew.

I przyszło Maciusiowi na myśl, jak dziwnie zadrwił z niego los: dał rozkaz, aby miasto zrzuciło z siebie to piętno hańby i niewoli, a teraz oto już nie miasto starców, kobiet i dzieci, wystraszonych paru dziesiątkami bomb, ale armia, wojsko, bezradne i bezsilne wobec wroga – zdaje mu się na łaskę i niełaskę.

– Dobrze, że nie ma mnie między nimi – powiedział Maciuś. – Nie płacz Klu-Klu, piękną śmierć będziemy mieli. I nie będą już mówili, że królowie prowadzą wojny, ale giną w nich tylko żołnierze.

Pięknie umrzeć – oto było jedyne pragnienie. I nagle – zjawiła się ciekawość:

– Jaki też pogrzeb urządzą mi moi wrogowie.

Ale i to życzenie Maciusia nie miało się spełnić. Zamiast minuty cierpień, gotował mu los srogi całe godziny upokorzeń i bólu, a potem lata bolesnej pokuty.

Wojsko się poddało, z całego państwa Maciusia jedno zostało tylko wolne miejsce: kwadrat, gdzie stała klatka ze lwami.

Próbowano zająć budynek siłą, ale nadaremnie. Próbowano wysłać parlamentariusza. Ale wystarczało, te szedł do Maciusia, jak to jest we zwyczaju, pod osłoną białej flagi, żeby właśnie dlatego otrzymać dwie śmiertelne rany: kula zdruzgotała mu czaszkę, a strzała Klu-Klu przeszyła serce.

– Zabił parlamentariusza.

– Podeptał prawo międzynarodowe.

– Popełnił zbrodnię.

– To rzecz niesłychana.

– Stolica musi być ukarana surowo za zbrodnię swego króla.

Ale stolica przedtem już powiedziała:

– Maciuś nie jest naszym królem.

Kiedy aeroplany nieprzyjacielskie zaatakowały miasto, zebrali się obywatele miasta bogaci i znakomici na naradę.

– Dość mamy rządów niesfornego dzieciaka, dość tyranii tego szalonego chłopca. Jeżeli i tym razem zwycięży, będzie gorzej jeszcze, niż gdy zostanie pobity. Czy można przewidzieć, co mu do głowy strzeli? Jemu i jego Felkowi?

Byli tacy, którzy bronili Maciusia.

– Bądź co bądź, zrobił i wiele dobrego. Błędy jego płynęły z braku doświadczenia. Ale że głowę ma otwartą, więc skorzysta z nauk, które mu życie daje.

I kto wie, może by stronnicy Maciusia zwyciężyli, ale w tej chwili właśnie jedna bomba tak blisko upadła, że wyleciały naraz wszystkie szyby sali posiedzeń.

– Wywiesić białe chorągwie – krzyknął ktoś przestraszony.

Nikt nie miał odwagi nie zgodzić się na podłą zdradę. A co było potem, wiadomo.

Zawieszono hańbiące sztandary poddania – i spisano akt, że miasto wyrzeka się Maciusia i nie chce odpowiadać za jego szaleństwa.

– Dość tej komedii – krzyknął młody król. Całe państwo Maciusia zdobyliśmy, a ten kurnik nie chce się poddać. Panie generale artylerii, postaw pan armatę – i strzelić dwa razy po obu stronach budy, a jeśli nie wylizie uparty Maciuś, trzema strzałami rozwalić legowisko tego złośliwego wilczka.

– Rozkaz – powiedział generał artylerii.

Ale w tej chwili rozległ się donośny głos smutnego króla:

– Hola, wasza królewska mości: Proszę nie zapominać, że nie jesteś sam. Tu są trzy armie i trzej królowie.

Młody król zagryzł wargi:

– To prawda, że jest nas trzech. Ale niejednakowe są nasze prawa. Ja pierwszy ogłosiłem wojnę, ja brałem główny udział w bitwie.

– I wojska waszej królewskiej mości pierwsze zaczęły z pola bitwy uciekać.

– Ale je wstrzymałem.

– Bo wasza królewska mość wiedział, że w razie niebezpieczeństwa my zdążymy na pomoc.

Młody król nic nie odpowiedział. To prawda. Zwycięstwo wiele go kosztowało: połowa wojska była zabita lub ranna i niezdatna do boju. W tych warunkach trzeba było bardzo być ostrożnym, żeby dwaj sprzymierzeńcy rychło nie zmienili się w wrogów.

– Więc co chcecie robić? – zapytał niechętnie.

 

– Nie mamy potrzeby się spieszyć. Nie ma obawy, aby Maciuś siedząc w domku dzikich zwierząt, zrobił nam coś złego. Otoczymy ogród zoologiczny strażą, może głód zmusi Maciusia do poddania. A tymczasem spokojnie się naradzimy, co z nim zrobić, gdy go żywcem weźmiemy do niewoli.

– Ja myślę, że go bez ceremonii rozstrzelać.

– A ja myślę – odparł hardo smutny król – że historia nie przebaczyłaby nam tej wieczystej hańby, gdyby jeden włos spadł z głowy tego biednego dzielnego dziecka.

– Historia jest sprawiedliwa – krzyknął wściekły młody król – i jeśli ktoś jest winien tylu zabitych, tyle przelanej krwi, ten nie jest dzieckiem, a – zbrodniarzem.

Trzeci król i przyjaciel żółtych królów milczał. I dwaj kłócący się królowie dobrze wiedzieli, że będzie tak, jak on zechce. A on był mądry:

– Po co drażnić czarnych królów, których Maciuś jest przyjacielem – myślał sobie. – Zabijać Maciusia nie ma potrzeby, można go umieścić na bezludnej wyspie, i niech tam sobie siedzi. I wilk będzie syty i owca cała.

I tak właśnie spisali umowę.

Punkt pierwszy. Króla Maciusia trzeba wziąć żywego do niewoli.

Punkt drugi. Zesłany będzie na wyspę bezludną.

Przy punkcie trzecim znów się pokłócili, bo smutny król żądał, żeby Maciuś miał prawo wziąć ze sobą dziesięć osób, kogo zechce, żeby mu towarzyszyli, a młody król się nie zgadzał:

– Pojechać ma z Maciusiem tylko trzech oficerów i trzydziestu żołnierzy, po jednym oficerze i dziesięciu żołnierzy od każdego z królów zwycięzców.

Dwa dni nie mogli dojść do zgody, wreszcie każdy trochę ustąpił:

– Więc dobrze – mówi młody król – niech jedzie do niego dziesięciu przyjaciół, ale dopiero po roku. I powiedzieć Maciusiowi, że jest skazany na śmierć, a dopiero w ostatniej chwili go ułaskawić. Trzeba koniecznie, żeby naród widział, jak Maciuś płacze i prosi, żeby ten głupi naród, który tak pokornie dawał się wodzić za nos, raz na zawsze zrozumiał, że Maciuś, to nie żaden bohater, a zuchwały ale bojaźliwy zarazem smyk. Bo inaczej, naród może za lat parę urządzić powstanie i zażądać powrotu Maciusia. A wtedy Maciuś będzie starszy, więc jeszcze niebezpieczniejszy, niż teraz.

– Nie kłóćcie się tak długo – powiedział król przyjaciel żółtych – bo tymczasem Maciuś umrze z głodu, i cała wasza kłótnia będzie na nic.

Smutny król ustąpił. I wpisano do umowy dwa nowe punkty:

Punkt trzeci: Maciusia sądzić będzie sąd połowy i skaże go na śmierć, a dopiero w ostatniej chwili trzej królowie go ułaskawią.

Punkt czwarty: Pierwszy rok niewoli spędzi Maciuś sam pod strażą, a po roku pozwolą mu wziąć do siebie dziesięć osób, które zechcą do niego pojechać.

Przystąpiono do dalszych punktów. Ile kto z królów weźmie sobie miast i pieniędzy. Co zostawić stolicy, jako wolnemu miastu, i tak dalej.

Aż tu nagle mówią, że jakiś pan chce wejść koniecznie na naradę w bardzo ważnej sprawie.

A to był chemik, który wymyślił taki gaz usypiający. Puści się ten gaz na ogród – i Maciuś, zapewne osłabiony z głodu, zaśnie – i będzie można go związać i okuć w kajdany.

– Można spróbować na zwierzętach działanie mojego gazu – powiedział chemik.

Zaraz przynieśli jeden syfon, ustawili o pół wiorsty od królewskiej stajni i puścili strumień jakby wody, która szybko parowała – i cała stajnia osłoniła się jakby dymem. To trwało pięć minut.

Wchodzą do stajni, a wszystkie konie śpią. I nawet chłopak stajenny, który leżał na sianie i drzemał, nie wiedząc nic o próbie, też spał tak głęboko, że choć nim potrząsano i strzelano nad uchem, nie drgnął nawet powieką. Po godzinie chłopiec i konie się obudzili.

Próba się znakomicie udała. To też postanowiono dziś jeszcze zakończyć oblężenie Maciusia.

A był czas najwyższy. Bo Maciuś przez całe trzy dni nic nie jadł, żywiąc tylko garstkę swych wiernych towarzyszy.

– Musimy być gotowi bronić się cały miesiąc – mówił.

Bo Maciuś nie tracił nadziei, że stolica pożałuje tego, co zrobiła, że wytnie do nogi nieprzyjacielskie wojsko.

I kiedy Maciuś zauważył, że w ogrodzie kręcą się jacyś cywilni, już myślał, że to delegacja ze stolicy, i nie kazał strzelać.

Ale co to?

Deszcz nie deszcz – jakiś zimny płyn uderzył tak mocno w okna, że parę szyb aż popękało. Potem mgła czy dym. W ustach i w nosie jakiś słodki smak i duszny zapach. Maciuś sam nie wie, czy to przyjemne czy przykre. Chwyta karabin, bo się domyśla podstępu. Ale ręce mu zaczynają ciężyć. Wytęża wzrok, by przez tę chmurę dojrzeć, co tam się dzieje.

– Baczność! – krzyczy z wysiłkiem.

Chwyta powietrze coraz szybciej. Oczy mu się przymykają. Karabin wypada z ręki. Maciuś nachyla się by go podnieść, ale już wstać nie może.

Robi mu się wszystko jedno.

Zapomina, gdzie jest.

Zasnął.

Bolesne było przebudzenie.

Znał Maciuś niewolę. Ale wtedy nie wiedzieli, że jest królem. Teraz było inaczej.

Miał Maciuś na rękach i na nogach kajdany. W oknach celi były grube kraty. Okna były pod samym sufitem. Ciężkie żelazne drzwi miały malutkie okrągłe okienko, przez które ciągle patrzył postawiony na warcie żołnierz.

Maciuś przypomniał sobie wszystko. Leżał z otwartymi oczami.

– Co robić?

Maciuś nie należał do ludzi, którzy w nieszczęściu myślą tylko o tym, co się stało. Nie, on zawsze myślał, co trzeba zrobić, żeby było inaczej.

Ale cóż? Żeby wiedzieć, co robić, trzeba przecież dowiedzieć się, co się stało. A on nic nie wie.

Leżał Maciuś na ziemi na sienniku koło ściany. Lekko zastukał w ścianę. Może się ktoś odezwie? Stuknął raz i dragi, ale nikt się nie odzywa.

Gdzie jest Klu-Klu, co się stało z Felkiem? Co się dzieje w mieście?

Zgrzytnął klucz więzienny w żelaznych drzwiach, i weszło dwóch nieprzyjacielskich żołnierzy. Jeden stanął przy drzwiach, a drugi postawił koło Maciusia kubek mleka i bułkę. W pierwszej chwili chciał Maciuś przewrócić kubek i wylać mleko. Ale pomyślał, że to nie ma sensu. Trudno: przegrał wojnę, jest jeńcem, chce mu się jeść, a siły mu potrzebne.

Usiadł na tapczanie i z trudem dźwigając żelazny łańcuch – sięgnął po kubek. A Żołnierz stoi i patrzy.

Zjadł Maciuś bułkę i mówi:

– Bardzo skąpi są wasi królowie. Jedna bułka – to trochę za mało. Kiedy byli u mnie z wizytą, lepiej ich karmiłem. A kiedy stary król był u mnie w niewoli, też go częstowałem. Aż trzech królów mnie karmi – i tylko jeden mały kubek mleka i jedna bułka.

I roześmiał się Maciuś swobodnie.

Żołnierze nic nie odpowiedzieli, bo surowo im były zakazane jakiekolwiek rozmowy. Ale zaraz powiedzieli wszystko dozorcy więzienia, a ten zatelefonował, co robić.

Po godzinie przyniesiono Maciusiowi trzy bułki i trzy kubki mleka.

– O, to za wiele. Nie chcę krzywdzić moich dobrodziejów. Jest ich trzech, od każdego biorę bułkę, a jedną proszę zabrać sobie.

Podjadł Maciuś i zasnął. I spał bardzo długo. I spałby dłużej jeszcze, ale go koło północy obudzono:

– Były król Maciuś reformator o godzinie dwunastej w nocy będzie sądzony przez sąd wojenny – przeczytał papier z pieczęciami trzech królów nieprzyjacielski wojenny oskarżyciel. – Proszę wstać.

– Proszę powiedzieć sądowi, żeby mi kazał zdjąć kajdany, bo są ciężkie i kaleczą mi nogi.

Kajdany nie kaleczyły Maciusia, bo były nawet za luźne. Ale Maciuś chciał stanąć przed sądem zgrabny i zwinny, a nie, żeby mu się plątały śmiesznie łańcuchy dorosłych więźniów.

I postawił Maciuś na swoim: zamieniono mu żelazne, ciężkie kajdany na zgrabne złote łańcuszki.

Wszedł na salę z dumnie podniesioną głową, wszedł lekkim krokiem do tej samej więziennej sali, gdzie tak niedawno zawierał umowę ze swymi uwięzionymi ministrami.

Rozejrzał się ciekawie.

Przy stole siedzieli najstarsi generałowie wszystkich trzech królów. Królowie siedzieli po lewej stronie sali. Po prawej stronie siedzieli jacyś cywilni panowie we frakach i białych rękawiczkach. Co to za jedni? Jakoś dziwnie odwracają głowy, że ich widzieć nie może.

Akt oskarżenia był taki:

1. Król Maciuś wydał odezwę do dzieci, żeby się zbuntowały i nie słuchały dorosłych.

2. Król Maciuś chciał wywołać wszechświatową rewolucję, żeby zostać królem całego świata.

3. Maciuś zastrzelił parlamentariusza, który szedł do niego z białą chorągwią. Ponieważ Maciuś nie był już wtedy nawet królem, więc odpowiada przed sądem, jako zwyczajny zbrodniarz: I powinien być bądź powieszony, bądź rozstrzelany.

– Co Maciuś na to powie?

– Że wydałem odezwę, to jest kłamstwo. Że nie byłem królem, kiedy zastrzeliłem parlamentariusza – to jest drugie kłamstwo. A czy chciałem zostać królem całego świata, czy nie, tego nie może nikt wiedzieć, tylko ja sam.

– Więc dobrze: proszę przeczytać, moi panowie, wasze postanowienie – zwrócił się przewodniczący do panów we frakach i białych rękawiczkach.

Ci radzi nieradzi wstają, a jeden z nich czyta, ale mu się ręka trzęsie i taki biały, jak papier.

„My zebrani w mieście podczas bitwy, z uwagi na to, że bomby rujnują miasto i nawet w sali, gdzie się naradzamy, wszystkie szyby bomba wybiła – my mieszkańcy miasta chcemy ratować żony i dzieci – i nie chcemy, żeby Maciuś nadal był królem. Stolica odbiera Maciusiowi tron i koronę. Nam jest bardzo nieprzyjemnie, ale dłużej już nie możemy wytrzymać. Więc wywieszamy białe chorągwie na znak, że nie chcemy prowadzić wojny, więc teraz wojnę prowadzi nie nasz król, a zwyczajny Maciuś, który powinien sam tylko za wszystko odpowiadać. A my jesteśmy niewinni”.

– Proszę podpisać.

Przewodniczący podał Maciusiowi pióro.

Maciuś pióro wziął, pomyślał chwilę i na dole na papierze napisał:

„Z postanowieniem bandy zdrajców i tchórzów, którzy zaprzedali kraj – nie zgadzam się. Jestem i pozostanę królem Maciusiem Pierwszym”.

Po czym donośnym głosem odczytał to, co było napisane.

– Panowie sędziowie-generałowie – zwrócił się Maciuś do swoich wrogów. – Jeżeli chcecie mnie sądzić, żądam byście mnie nazywali królem Maciusiem, bo jestem nim i będę za życia i po śmierci. Jeżeli to ma być nie sąd, a zbrodnia, dokonana na zwyciężonym królu, to hańba wam, jako ludziom i jako żołnierzom. Możecie mówić co wam się podoba, ja odpowiadać nie będę.

Generałowie wyszli na naradę, co robić. Maciuś pogwizdywał sobie pod nosem jakąś piosenkę żołnierską.

Wrócili.

– Czy Maciuś przyznaje się, że wydał odezwę do dzieci całego świata? – pyta się generał-przewodniczący.

Żadnej odpowiedzi.

– Czy wasza królewska mość przyznaje się, że wydał odezwę do dzieci całego świata? – pyta się generał.

– Nie przyznaję się: odezwy takiej nie wydawałem.

– Wezwać świadka – rozkazał sędzia.

Na salę wszedł szpieg-dziennikarz. Maciuś ani drgnął.

– Oto jest świadek – mówi sędzia.

– Tak – mówi dziennikarz – ja mogę zaświadczyć, że Maciuś chciał zostać królem dzieci całego świata.

– Czy to prawda? – pyta się sędzia.

– Prawda – odpowiedział Maciuś. – Ja chciałem tego. Ja byłbym to zrobił na pewno. Ale podpis na odezwie jest sfałszowany. Ten szpieg sfałszował mój podpis. Ale prawdą jest, że chcę być królem dzieci.

Sędziowie zaczęli oglądać podpis Maciusia, kiwali głowami, że nie mogą poznać, udawali, że nie wiedzą.

Ale teraz było już wszystko jedno. Bo Maciuś sam przecież się przyznał.

Długo mówił oskarżyciel:

– Trzeba koniecznie zabić Maciusia, bo inaczej ani porządku, ani spokoju nie będzie.

– Czy Maciuś chce, żeby teraz ktoś mówił w jego obronie?

Żadnej odpowiedzi.

– Czy wasza królewska mość życzy sobie, aby ktoś zabrał głos w jego obronie? – powtórzył przewodniczący.

– To niepotrzebne zupełnie – odpowiedział Maciuś. – Godzina jest późna, szkoda czasu: lepiej spać się położyć.

Maciuś powiedział to wesołym głosem. Nic nie dał po sobie poznać, co się w jego duszy dzieje. Postanowił być dumny do końca.

Sędziowie wyszli, niby się tam w drugim pokoju naradzali – i wrócili z wyrokiem:

Rozstrzelać.

– Proszę podpisać – rzekł przewodniczący.

Żadnej odpowiedzi.

– Proszę waszą królewską mość o podpis, że sąd odbył się podług prawa.

Maciuś podpisał.

Wtedy jeden z tych panów we frakach i rękawiczkach rzucił się nagle na ziemię, objął nogi Maciusia i płacząc, wołał:

– Królu ukochany, przebacz mi moją podłą zdradę. Teraz dopiero widzę, cośmy zrobili. I wiem, że gdyby nie nasze nikczemne tchórzostwo, nie oni, ale ty sądziłbyś, jako zwycięzca.

 

Z trudem oderwali go żołnierze od króla. Cóż z tego: żal był spóźniony.

– Dobrej nocy wam życzę panowie sędziowie – powiedział Maciuś i po królewsku poważnie i spokojnie wyszedł z sali.

Dwudziestu żołnierzy z gołymi szablami prowadziło go przez korytarz i podwórze do celi. Położył się zaraz na swym sienniku na ziemi i udawał, że śpi.

Przyszedł ksiądz, ale żal mu było budzić śpiącego. Pomodlił się, zmówił zwykły pacierz za skazanych na śmierć i wyszedł.

Maciuś udawał, że śpi, a o czym myślał i co czuł tej nocy, jego było tajemnicą.

* *

*

Prowadzą Maciusia.

Idzie środkiem ulicy w swych złotych kajdanach. Ulice obstawione wojskiem. A za kordonem wojska mieszkańcy stolicy.

Dzień był piękny. Słońce świeciło. Wszyscy wyszli na ulicę, aby po raz ostatni spojrzeć na swego króla. Wielu miało łzy w oczach. Ale Maciuś tych łez nie widział. Byłoby mu lżej iść na miejsce kaźni.

Ci, którzy kochali Maciusia, milczeli, bo się bali wyrazić mu głośno wobec wroga swoją miłość i szacunek. Zresztą co mieli wołać. Przyzwyczaili się krzyczeć: „vivat – niech żyje”. Ale jakże teraz mieli wołać, kiedy król idzie na śmierć skazany?

Za to krzyczeli – i to głośno – różni pijacy i włóczęgi, którym młody król umyślnie kazał wydać wódkę i wino z królewskiej piwnicy Maciusia:

– Ooo, król idzie, królik. O jaki malutki. Płaczesz, króliku Maciusiu. Chodź, nosek ci utrzemy.

Maciuś wysoko podniósł głowę, żeby wszyscy widzieli, że oczy ma suche, tylko brwi zmarszczył. A patrzy na niebo, na słońce.

Nie słyszy nawet, nie widzi, co wkoło się dzieje. Inne pytania głowę jego zaprzątają:

– Co stało się z Klu-Klu? Gdzie Antek? Dlaczego smutny król go zdradził? Co stanie się z jego państwem? Czy zobaczy się z ojcem i matką, gdy kula pozbawi go życia?

Tak przeszedł całe miasto, tak stanął pod słupem na placu przed wykopanym dołem. I tak blady i spokojny stał, gdy pluton żołnierzy nabijał karabiny i mierzył w niego.

I tak samo spokojnie w ostatniej chwili wysłuchał aktu ułaskawienia:

– Zamiast rozstrzelania, zesłanie na bezludną wyspę.

Zajechał samochód i zabrał Maciusia z powrotem do więzienia: za tydzień go wywiozą na bezludną wyspę.

Co robił Maciuś na wyspie, jakie były dalsze jego dzieje, napiszę, gdy się dowiem.

KONIEC

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?