Informacja zwrotnaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
Audiobook
Czyta Grzegorz Damięcki
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Skrę­ca­jąc tylko w lewo

Budzę się i tym razem wiem, gdzie jestem.

Moje miesz­ka­nie.

Szkoda gadać.

Mate­rac, szafki, ślady brudu, naczy­nia z Ikei, ubra­nia z sie­ció­wek na wie­sza­kach z Ikei, tro­chę faj­niej­szych ciu­chów w folio­wych wor­kach, poje­dyn­czy kar­ton, w nim jakieś papiery, parę ksią­żek i płyt wzię­tych na chy­bił tra­fił. Sprzęt gra­jący, więk­szość kolek­cji płyt, to wszystko zostało w domu, w Faj­nym Pokoju, teraz zamknię­tym na klucz. A może Marta to wszystko wyrzu­ciła. Boję się spraw­dzić. I nie pyta­łem.

Budzę się i wiem, że mia­łem sen. Ale pra­wie nic z niego nie pamię­tam.

Pamię­tam tylko tyle, że wbie­gam na dwo­rzec, strasz­nie się śpie­sząc. To chyba Cen­tralny. Chrzęsz­czące echo dam­skiego głosu obwiesz­cza­ją­cego odjazd wypeł­nia całą halę; wielka tablica odjaz­dów i przy­jaz­dów wisi na ścia­nie po mojej pra­wej, nad scho­dami w dół. Ale tablica mnie nie inte­re­suje, cho­ciaż śpie­szę się, jakby mój pociąg wła­śnie odjeż­dżał.

Poza tym nie pamię­tam nic wię­cej. Pra­wie ni­gdy nie pamię­tam snów.

Tak w ogóle, czy ja coś pamię­tam? Poje­dyn­cze wspo­mnie­nia ska­czą po łbie jak pchły, ale nie skła­dają się w żaden spójny obraz. Rów­nież wspo­mnie­nia doty­czące Piotrka. Są różne Piotrki, które nie łączą się ze sobą.

Pio­trek, który dopiero się uro­dził, jest mały, łysy, pomarsz­czony i strasz­nie pła­cze, a do tego wydaje jesz­cze taki dziwny dźwięk, jakby pró­bo­wał coś odchark­nąć. Lekarz mówi, że wszystko w porządku, i powta­rza to cztery razy, bo tyle razy zadaję mu to pyta­nie.

Pio­trek, który ma roczek, w łazience robi pierw­szy krok, czła­pie w kie­runku wanny, to pamię­tam, bar­dzo wyraź­nie, jego małe łapki na pokry­tej drob­nymi wło­sami i śla­dami mydła kra­wę­dzi.

Pio­trek, który ma pięć lat, otwiera szafę i widzi naszą kotkę Arię, która rodzi małe na ster­cie ręcz­ni­ków. Kotki wyglą­dają jak wrzesz­czące kawałki oży­wio­nej gumy do żucia, jest ich pięć i Pio­trek myśli, że Aria zjada szó­stego, ale oka­zuje się, że to łoży­sko, tak więc Pio­trek woła Ulę, a ta przy­biega i od razu zaczyna strasz­nie pła­kać. Pio­trek przy­tula ją i tłu­ma­czy, że to nic strasz­nego.

Pio­trek, który ma osiem lat, w lany ponie­dzia­łek wylewa na mnie wia­dro zim­nej wody, co nawet nie jest naj­gor­sze, bo mam potwor­nego kaca i przy­naj­mniej dzięki temu przy­tom­nieję.

Pio­trek, który ma dwa­na­ście lat, pod­czas spa­ringu na zaję­ciach z aikido łamie dru­giemu chłopcu nad­gar­stek i potem musimy roz­ma­wiać z rodzi­cami tego chłopca, któ­rzy histe­ry­zują i bre­dzą coś o pozwa­niu nas do sądu, a Pio­trek nie ma naj­mniej­szego zamiaru nikogo prze­pra­szać: chciał wygrać i wygrał.

Pio­trek, który ma pięt­na­ście lat, wraca do domu po ogni­sku szkol­nym, narą­bany jak szpa­del, w nocy sły­szymy, jak pró­buje cicho puścić pawia, co nawet mnie śmie­szy, a rano wstaje, potwor­nie zakło­po­tany, ale i obo­lały, co śmie­szy mnie jesz­cze bar­dziej. Nie śmie­szy za to Marty, która robi straszną awan­turę, nie jemu, tylko mnie, mówiąc, że nie pozwoli, żeby stał się taki jak ja. A zaraz potem gotuje mu roso­łek.

Pio­trek, który ma sie­dem­na­ście lat, wygrywa tur­niej gier kom­pu­te­ro­wych, ja uwa­żam, że to strata czasu, ale on wygrywa dzie­sięć tysięcy zło­tych i jestem z niego dumny, naprawdę. Potem zdaje maturę i dostaje się na stu­dia, my nawet zapo­mi­namy się tym mar­twić, bo to prze­cież oczy­wi­ste, że mu się uda. Za pierw­szym razem zdaje egza­min na prawo jazdy, w tajem­nicy przed Martą, bo ta zabra­nia mu jeź­dzić samo­cho­dem, boi się, że się zabije. Mnie nie mówi o tym nawet po fak­cie i któ­re­goś dnia po pro­stu pod­jeż­dża pod dom sta­rym, zde­ze­lo­wa­nym pas­sa­tem, który wygląda jak ukra­dziony ze szrotu. Ma wtedy dwa­dzie­ścia dwa lata.

To pamię­tam – ale może być tak, że nawet to pamię­tam źle.

Że źle pamię­tam wszystko.

Więc pró­buję sobie przy­po­mnieć, bio­rąc prysz­nic, myjąc zęby, łyka­jąc ibu­prom, bada­jąc w lustrze siniaki i zadra­pa­nia na twa­rzy zmie­nia­jące kolor – ale kom­plet­nie nie umiem.

W końcu wycho­dzę z domu. Tram­waj śmier­dzi. Dojeż­dżam na miej­sce.

Przy­kle­jone do szyby odra­pane litery mówią, że to tutaj – Phex Thai Food. Torba zdaje się ważyć ze sto kilo­gra­mów, cią­gnie mnie do ziemi, na kolana, do domu. W środku są wydru­ko­wane przez Martę ogło­sze­nia A4 ze zdję­ciem Piotrka i napi­sem ZAGI­NIONY.

Wcho­dzę do środka; nie śmier­dzi fry­turą, pew­nie jesz­cze nie zaczęli goto­wać. Za to pach­nie tanim egzo­tycz­nym kosme­ty­kiem. Baza­rem w Bang­koku, na któ­rym sprze­dają pod­róbki per­fum. Panuje tu pół­mrok, sala jest kom­plet­nie pusta; pod ścianą sie­dzi pozła­cany gip­sowy Budda, w akwa­rium pływa chmara kolo­ro­wych rybek. Wtedy chyba grała jakaś muzyka, ale dzi­siaj nie gra. Tylko akwa­rium cicho bul­go­cze; dźwięk wpełza do ucha powoli, jak robak.

Od razu widzę sto­lik, przy któ­rym sie­dzie­li­śmy. To ten w rogu, pod ścianą.

– Jesz­cze zamknięte.

Odwra­cam się. Facet, koło sześć­dzie­siątki, nie jest Azjatą, ale tro­chę takiego udaje, bo włosy upiął w samu­raj­ski kucyk, a na sobie ma coś w rodzaju atła­so­wej pidżamy w stylu dok­tora Paj-Chi-Wo z Pana Kleksa. W Klą­twie doliny węży też był taki facet, chyba. Wpa­truję się w niego przez chwilę, nie jestem pewien, czy przy­pad­kiem mi się nie śni.

Może wciąż leżę gdzieś na pod­ło­dze, zakrwa­wiony, z obi­tym ryjem.

– Byłem tu… przed­wczo­raj – mówię. Spo­gląda na mnie, mru­żąc oczy.

– Był pan. – Kiwa głową.

Tu roz­mowa się urywa, nie mam poję­cia, jak wytłu­ma­czyć, o co mi cho­dzi.

– Z synem – dodaję.

Kiwa głową jesz­cze raz.

– No i? – pyta.

– To głu­pia sprawa…

Schnie mi gęba, za to czoło robi się całe mokre. Szu­kam jakie­goś punktu opar­cia dookoła sie­bie i w sobie. „Nie­na­wi­dzę cię, tato”, mówi Pio­trek, a ja kom­plet­nie nie wiem, co było dalej. A co było wcze­śniej? Może jakieś nie­zgrabne przy­wi­ta­nie, jakieś cześć; może spró­bo­wa­łem go objąć, ale on się odsu­nął; może pyta­łem, co u niego, jak Kinga, jak praca, a on odpo­wia­dał mi pół­słów­kami, jak zwy­kle. Ale to on chciał się spo­tkać. Coś powie­dzieć. Tylko co?

– Co? – pytam na głos.

– Zapo­mniał pan cze­goś? – pod­po­wiada facet, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, o co cho­dzi.

– Wszyst­kiego – odpo­wia­dam i wtedy wszystko we mnie opada, zre­zy­gno­wane.

Niczego mu nie wytłu­ma­czę, odwra­cam się, pod­cho­dzę do sto­lika. Jest jak wszyst­kie inne sto­liki, przy­kryty obru­sem, z kolo­ro­wymi sztucz­nymi kwia­tami w małym wazo­niku.

Jesz­cze raz, od początku.

– Byłem tu przed­wczo­raj z synem. I… syn od tam­tej pory nie wró­cił do domu. A ja… ja nic nie pamię­tam.

Odwra­cam się do niego. Za każ­dym razem, gdy się do tego przy­znaję, to tak jak­bym przy­zna­wał się po raz pierw­szy. My wszy­scy tak mamy. Nie słu­chaj­cie tego, gdy do was mówimy, to i tak wszystko bzdury. Kurwa, wybiec stąd, do sklepu, kupić butelkę, może być naj­tań­szy czer­wony wędrow­ni­czek, może być nawet kwa­dra­ciok i czte­ro­pak naj­tań­szego bro­waru, i sok jabł­kowy na sprzę­gło; kupić to wszystko i wró­cić do miesz­ka­nia. Popa­trzeć przez okno na mia­sto. Patrzeć tak do wie­czora.

– Nie rozu­miem – mówi, a ja, nie wie­dzieć czemu, pod­no­szę obrus. Na gład­kiej, wypo­le­ro­wa­nej powierzchni stołu jest ślad buta. Patrzę na niego zdzi­wiony.

– Pamię­tam pana. Pamię­tam, że pan się spóź­nił, syn sie­dział długo sam. Nie chciał zamó­wić, dopóki pan nie przyj­dzie.

– No i? – Cze­kam, co powie dalej.

– No i w końcu pan przy­szedł.

– I nie stało się nic dziw­nego?

Patrzy na mnie długo.

– Wbiegł pan bar­dzo gwał­tow­nie, jakby się paliło. I ludzie się prze­stra­szyli. Dla­tego pana zapa­mię­ta­łem.

– Upi­łem się? – pytam go.

– Pro­szę mi wyba­czyć, ale skoro pan nic nie pamięta, jest taka szansa. – Robi się znie­cier­pli­wiony.

– Krzy­cza­łem? Pod­no­si­łem głos?

Nie odpo­wiada.

Odwra­cam się, patrzę na ślad buta. On też go widzi.

– Samut! – krzy­czy Paj-Chi-Wo. Po sekun­dzie z głębi knajpy wybiega chło­pak, Taj, niski, żyla­sty, lekko prze­stra­szony, w robo­czych ciu­chach. Patrzy na faceta, a następ­nie na ślad buta na sto­liku. – Wytrzyj – war­czy na chło­paka, który zaraz ucieka tam, skąd przy­biegł.

Zanim znik­nie na zaple­czu, zauwa­żam, że ma na nogach glany, a to, co wid­nieje na sto­liku, ewi­dent­nie jest odci­skiem trampka.

– Powiedzmy, że się pano­wie pokłó­cili. Dość mocno – mówi nie­chęt­nie.

– O co?

– Pro­szę pana, nie wiem, ja z panami nie sie­dzia­łem. – Jest coraz bar­dziej poiry­to­wany.

– Prze­pra­szam, ja…

W sumie to nie wiem, co ja.

– Boi się pan.

Tak, boję się. Kiwam głową.

– Wszystko będzie dobrze – pocie­sza mnie takim tonem, jakby sam w to nie wie­rzył.

Kiwam głową. Bar­dzo ciężko tu stać, ale jesz­cze cię­żej stąd wyjść. Dzwoni tele­fon. To Jadźka. Nie odbie­ram.

– Ale – pró­buję jesz­cze go zapy­tać, z tru­dem – jest pan pewien, czy… czy ja…

– Nie sądzę. – Nie wiem, czy naprawdę wie, o co mi cho­dzi, czy po pro­stu chce prze­rwać tę roz­mowę.

Jadźka pisze ese­mesa: „Jak potrze­bu­jesz pomocy, mam cały wolny dzień”.

Potrze­buję. To miłe. Jadźka jest miła. Wycią­gam z torby kilka kar­tek ze zdję­ciem Piotrka, szybko wpy­cham face­towi w dłoń i wycho­dzę, zanim zdąży cokol­wiek powie­dzieć. Przez chwilę wydaje mi się, że stoi z tymi kart­kami w ręku, odpro­wa­dza­jąc mnie wzro­kiem, ale po pro­stu sobie to wyobra­żam.

 

Na zewnątrz powie­trze jest dwa razy lżej­sze.

Mam iść przed sie­bie, gdzie­kol­wiek, nie wiem gdzie, ale nagle Paj-Chi-Wo wycho­dzi z knajpy. Coś mu się przy­po­mniało, widać to po nim, albo zro­bił rachu­nek sumie­nia i doszedł do wnio­sku, że jest mi coś winien.

– Syn prze­rwał spo­tka­nie. Było tro­chę rabanu. Pan pobiegł za nim.

– Za nim – powta­rzam bez­wied­nie.

– Czuć było emo­cje – dodaje, po czym zamyka mi drzwi przed nosem.

I wtedy uczu­cie, uła­mek sekundy kla­row­no­ści, olśnie­nie. Już wiem. Pamię­tam. To nie był sen, to było naprawdę, to było tego wie­czoru. Po spo­tka­niu z Piotr­kiem.

– Pro­si­łem pana, aby wię­cej pan tu nie przy­cho­dził. Nie­śmiało, ale sta­now­czo pona­wiam tę prośbę – mówi na koniec, gdy stoję w drzwiach.

Pamię­tam, że wbie­gam na dwo­rzec, bar­dzo się śpie­szę, w ogóle nie inte­re­suje mnie roz­kład jazdy. Pamię­tam, że bar­dzo się boję.

Nie mam poję­cia dla­czego.

Biorę głę­boki wdech, dzwo­nię do Jadźki. Gdy odbiera, pytam ją:

– Jadzia, słu­chaj, czy możemy się spo­tkać w Star­buck­sie na Cen­tral­nym?

***

Mie­szam, aby dać zaję­cie dłoni, w kawie nie ma cukru ani mleka, jest jed­no­li­cie czarna, let­nia, gorzka. Taka jak trzeba.

– Uwiel­biam Star­bucksa. – Stu­kam paznok­ciem w wielki, brzydki kubek.

Jadźka nie lubi sie­cio­wych kawiarni, bo jest z poko­le­nia, w któ­rym kawę pije się w domu. Jej kawa jest biała i już tro­chę zimna. Za to cie­pła bułka z cyna­mo­nem bar­dzo jej sma­ko­wała; aż tro­chę ubru­dziła się lukrem. Biorę ser­wetkę, prze­chy­lam się przez sto­lik i wycie­ram jej usta, a ona się czer­wieni.

Ktoś do niej dzwoni, wycho­dzi, by ode­brać. Na chwilę zostaję sam.

– Dają na wia­dra. Do takiej ilo­ści kofe­iny ni­gdy nie idzie się przy­zwy­czaić. Od razu mam poty, migo­ta­nie komór. Pra­wie jak wóda – śmieję się, gdy wraca.

– Długo sie­dzia­łeś wczo­raj na poli­cji? – pyta.

– Parę godzin – odpo­wia­dam.

– To długo.

– Cze­kali, aż coś im powiem.

– Wciąż nic nie pamię­tasz?

Kręcę głową.

– Będą cię jesz­cze męczyć.

Pota­kuję.

Jadźka poka­zuje na paczkę papie­ro­sów. Ma rację. Trzeba palić, papie­rosy mają wita­miny. Zapi­jam tabletki kawą. Roz­glą­dam się. Nikt nie zwraca na nas uwagi; obwa­ro­wani baga­żami ludzie czy­tają inter­net. W rogu, grzecz­nie odda­lony od reszty, sie­dzi facet, na pierw­szy rzut oka w miarę czy­sty, względ­nie zwy­kły, ale tak naprawdę bez­domny. Za duży, gruby dres wło­żony w bar­dzo zno­szone, ale wciąż całe robo­cze buty Cater­pil­lar. Dwie czapki nacią­gnięte jedna na drugą. Pod ple­cami śpi­wór ufor­mo­wany w bar­dzo cia­sną kostkę. Jadźka zamó­wiła mu kawę, a następ­nie posta­wiła przed nim, bo wsty­dził się podejść i ją ode­brać. Pił, roz­glą­da­jąc się dookoła, jakby się bał, że ktoś mu ją zabie­rze. Spo­ty­kam jego spoj­rze­nie, jest prze­ni­kliwe, wwier­ca­jące. Odwra­cam wzrok.

– No to chodź, roz­le­piamy, tylko trzeba się z kimś doga­dać. Może pój­dziemy na infor­ma­cję – mówi Jadźka.

– To nie tylko to – szep­czę.

Jadźka przy­suwa się do mnie.

– Pamię­tam, że tu byłem. Wtedy, w nocy.

– Po co?

– Nie mam poję­cia. Ale byłem tu. I muszę sobie przy­po­mnieć wię­cej – posta­na­wiam jesz­cze ciszej.

Kiwa głową. Łapie w lot.

– Przejdźmy się – pro­po­nuje.

Wycho­dzimy na kory­tarz dworca. Mijamy księ­gar­nię, Sub­waya i wycho­dzimy na powie­trze, do kącika pala­cza na dole scho­dów, obok przy­stanku, gdzie od razu obłażą nas inni bez­domni: dwie bez­zębne, skur­czone kobiety i bro­daty facet, który wygląda, jakby miał sto lat. Wszy­scy się trzęsą, cho­ciaż wcale nie jest zimno. Pro­szą o fajki, mimo że wła­śnie palą. Odga­niam ich, cho­ciaż to ludzie tacy sami jak ja.

Tu nie ma gra­da­cji, powie­dział Jarek na któ­rejś z pierw­szych grup. Nie ma zna­cze­nia, czy piłeś dena­tu­rat, per­fumy, czy dwu­na­sto­let­niego sin­gle malta. Alko­hol to alko­hol. C2H5OH to C2H5OH.

Chla­nie to chla­nie.

Jeste­ście wszy­scy tacy sami.

My też.

Jadźka mruży oczy, jakby pró­bo­wała coś ze mnie wyczy­tać, coś, z czego sam nie zdaję sobie sprawy. Po pro­stu drażni ją słońce; wyj­muje z torebki wiel­kie, czarne, kocie oku­lary Prady. Mówi, że dostała je od córki, która jest ste­war­desą. Opa­tu­lona gru­bym, czar­nym swe­trem, z ramio­nami sple­cio­nymi na wiel­kim biu­ście, nie ma w sobie teraz ani odro­biny tej dobro­tli­wej aury, która bije od niej na spo­tka­niach. Wygląda sta­now­czo, kon­kret­nie, mocno, jak ktoś od roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów. Taka musiała być przez te wszyst­kie lata w swo­jej pracy w księ­go­wo­ści, za którą tak tęskni i którą wspo­mina na każ­dej tera­pii. Blond włosy z czar­nymi odro­stami ma sple­cione w czarny kucyk na czubku głowy.

Bie­rze kartkę ze zdję­ciem Piotrka, wyciąga klej, który dała mi Marta, i przy­kleja ją do ściany dworca, bez­ce­re­mo­nial­nie i nie roz­glą­da­jąc się dookoła.

– A w sumie to co będziemy cho­dzić i pytać – mówi.

Dopiero teraz przy­glą­dam się tym kart­kom.

Nie spoj­rza­łem na nie, gdy wkła­da­łem je rano do torby, gdy wpy­cha­łem je w rękę faceta z restau­ra­cji.

Marta koniecz­nie chciała użyć zdję­cia, na któ­rym Pio­trek się uśmie­cha. Powie­działa, że to wyśle dobrą ener­gię, zawoła go z powro­tem, pomoże mu. Zapy­ta­łem ją, od kiedy wie­rzy w takie głu­poty. Nie musia­łem, ale zapy­ta­łem. Zaczęła wrzesz­czeć, ja rów­nież. Być może byłoby jesz­cze gorzej, ale Ulka przy­tom­nie zauwa­żyła, że gdy ludzie się uśmie­chają, stają się do sie­bie nie­po­dobni, więc lepiej dać zwy­kłe zdję­cie, z dowodu albo pasz­portu. A potem oka­zało się, że nie mamy zdję­cia, na któ­rym Pio­trek by się uśmie­chał. Mamy tylko to, na któ­rym Pio­trek ma wąskie, zaci­śnięte usta. Patrzy gdzieś w bok, pew­nie w dłoń foto­grafa. Włosy na jeża, oku­lary. Wąska szyja, jak u ptaka. Cały jest wąski i długi. Pró­bo­wał cho­dzić na siłow­nię, ale nic z tego nie wyszło. Mię­śnie nie chcą się go trzy­mać. Ma ciało jak mięso z rosołu.

Czy­tam tekst pod zdję­ciem. Piotr Kania, lat 25, ostat­nio widziany wie­czo­rem tu i tu, ubrany w… No wła­śnie, w co był ubrany? Nie jestem w sta­nie sobie przy­po­mnieć. Pio­trek zawsze jest ubrany w to samo: roz­pi­naną bluzę z kap­tu­rem bez żad­nego nadruku, tę samą brą­zową kurtkę North Face, spodnie typu chino albo dżinsy, zawsze ten sam model buta, trampki New Balance, szare, gra­na­towe albo czarne. Na spe­cjalne oka­zje wkłada jakiś rów­nie zgrzebny swe­ter. Gdy Ulka otwo­rzyła szafę u nich w miesz­ka­niu, w środku było kil­ka­na­ście pra­wie iden­tycz­nych kom­ple­tów ubrań.

Ale wtedy, w restau­ra­cji, miał chyba na sobie coś innego. Był bar­dziej jaskrawy. Wyraź­niej­szy. Tylko czy na pewno cho­dziło o ubra­nie?

– Przy­stojny chło­pak – zauważa Jadźka.

– Nie bądź taka kur­tu­azyjna – odpo­wia­dam jej.

– Przy­stojny, tylko zahu­kany.

– Może. – Kiwam głową. – Może zahu­kany.

I wtedy, znie­nacka, zupeł­nie bez powodu, Jadźka przy­ci­ska mnie do sie­bie bar­dzo mocno, tak że nawet nie mam jak zła­pać odde­chu, bo Jadźka jest duża, ciężka, bar­dzo cie­pła i potwor­nie weł­niana od tego swo­jego gru­bego, czar­nego swe­tra.

– Bo mnie zgnie­ciesz – stę­kam.

Chcę jej powie­dzieć, że wszystko będzie w porządku, że Pio­trek się znaj­dzie, ale nie mam co do tego pew­no­ści.

– On się znaj­dzie, zoba­czysz – mówi.

– Oby – odpo­wia­dam.

Jego dwaj kole­dzy, rudy Loluś i ten drugi, chyba Jasiek, nie widzieli go od paru dni. Twier­dzą, że do nikogo nie dzwo­nił ani nie pisał. Widzą się po pro­stu co dwa tygo­dnie na „posie­dze­nia” typu bro­war, pizza, gry na kon­solę, ter­min następ­nego wypada w przy­szły pią­tek, tyle. Roz­ma­wia­li­śmy z nimi wczo­raj, na par­kingu McDo­nalda obok Arka­dii, w nocy; przy­je­chali nie­przy­tomni, zaspani – dwóch wymię­tych, zaro­śnię­tych koni. Jasiek poka­zał Mar­cie tele­fon, na dowód, że ostatni raz kon­tak­to­wał się z Piotr­kiem trzy dni temu, wysy­ła­jąc mu nie­zro­zu­miały rysun­kowy żart o pro­gra­mo­wa­niu. Pio­trek ode­brał wia­do­mość, prze­czy­tał ją, ale nie odpi­sał. Poza tym byli prze­ra­żeni, rów­nież wła­sną nie­wie­dzą. Nie mieli nam zupeł­nie nic do powie­dze­nia.

Pio­trek i Loluś pra­cują razem w fir­mie, która robi gry kom­pu­te­rowe. Teraz przy­go­to­wują jakąś bar­dzo dużą, mię­dzy­na­ro­dową grę o żoł­nier­zach zom­bie. Kie­dyś mnie to bawiło, ale parę mie­sięcy temu ta ich firma wyprze­dziła na gieł­dzie KGHM.

Piotrka nie było w pracy wczo­raj ani przedwczo­raj, jak mówił Loluś. A gra jest w kry­tycz­nym momen­cie kodo­wa­nia. Jest tak zwany crunch, cokol­wiek to zna­czy.

– Czy mogę poroz­ma­wiać z kimś, kto tam pra­cuje? Z jego prze­ło­żo­nym? – zapy­tała wtedy Marta.

– Oni wie­dzą jesz­cze mniej niż my i wy. – Loluś wzru­szył ramio­nami.

– Wie­dzą, czym zaj­mo­wał się mój syn – krzyk­nęła Marta.

– Pisał kod. – Loluś jesz­cze raz wzru­szył ramio­nami.

– Pisze kod – popra­wiła go Marta.

Loluś pokrę­cił głową, po czym bez słowa odda­lił się w stronę McDo­nalda. Marta chciała za nim pobiec, ale Ula przy­trzy­mała ją za rękę.

Biorę od Jadźki papie­rosa i mówię jej o krwi. Nie komen­tuje, tylko słu­cha. Mówię jej, że poli­cjanci zapa­ko­wali skłę­bione prze­ście­ra­dła do folio­wego worka i zawieźli – podobno – do labo­ra­to­rium. Że Marta wciąż powta­rza, że to zupa albo farba, albo sok. Ewen­tu­al­nie krew psa. Albo że te prze­ście­ra­dła są cudze, a Pio­trek zgo­dził się komuś je wyprać. Powie­działa gło­śno o każ­dej z tych ewen­tu­al­no­ści nad ranem, na tym par­kingu pod McDo­nal­dem. Nikt nic jej nie odpo­wie­dział.

– Biedna kobieta, ta twoja była żona – to jedyne, co Jadźka mówi w kwe­stii tych prze­ście­ra­deł.

– Tech­nicz­nie to wciąż moja żona – przy­po­mi­nam.

– Tech­nicz­nie – powta­rza.

Może czuję tak nie­wiele, bo gdy­bym poczuł to, co powi­nie­nem, nie dobiegł­bym nawet do mostu, żeby z niego sko­czyć.

– Roz­wie­simy jesz­cze tro­chę. Dawaj. – Jadźka ener­gicz­nie gasi papie­rosa i wkra­cza z powro­tem w kory­tarz Cen­tral­nego.

Tele­fon. Ulka. Odbie­ram.

– Tato, jedziemy na lot­ni­sko po Kingę – mówi.

– Jesz­cze roz­le­piam ogło­sze­nia – odpo­wia­dam, a głód ści­ska mnie za gar­dło szpo­nia­stą łapą, cudem wyrzu­cam z sie­bie ostat­nią sylabę.

– Zaje­dziemy po cie­bie – dodaje i się roz­łą­cza.

Liczę odde­chy. Modli­twa o pogodę ducha. Nawet jej dobrze nie pamię­tam. Guma do żucia, do gęby, szybko. I jesz­cze tabletka, Convu­lex. Nic nie da, ale sama czyn­ność poły­ka­nia tabletki uspo­kaja. Po chwili zaci­śnięta na gar­dle zimna, szpo­nia­sta łapa deli­kat­nie polu­zo­wuje uścisk. Tabletka lekko roz­py­cha prze­łyk. Da się oddy­chać.

– Chodź dalej. Może coś sobie jesz­cze przy­po­mnisz.

Jadźka poka­zuje, aby­śmy poszli pro­sto, w kie­runku gale­rii han­dlo­wej. Idę za nią grzecz­nie, jak syn.

Spa­ce­ru­jemy powoli, jak­by­śmy byli na Polu Moko­tow­skim. Dla śpie­szą­cych się ludzi jeste­śmy prze­szko­dami na tra­sie sla­lomu, ale Jadźki to nie obcho­dzi. Nie pró­buje mnie na nic nakie­ro­wać, nie męczy mnie pyta­niami, jest mądra. Gadamy o czymś innym, czymś obok, aby ta część mózgu, która pamięta, pra­co­wała swoim torem, w spo­koju.

– Pamię­tam, jak córka mojej kole­żanki z pracy tak znik­nęła. Tej Kaśki, o któ­rej opo­wia­dam. Trzy dni jej szu­kali. Nic nie było wia­domo, nikt nic nie widział. I oka­zało się, słu­chaj, że poje­chała na festi­wal z chło­pa­kiem, na Open’era. Wró­ciła cała i zdrowa, i nawet nie była w ciąży. – Śmieje się.

– Pio­trek chyba nie lubi festi­wali – odpo­wia­dam.

– Skąd wiesz?

– Nie wiem. Nie wygląda, jakby w ogóle słu­chał jakiejś muzyki.

Jadźka uśmie­cha się, zdej­muje oku­lary, chowa do kie­szeni. Zatrzy­muje się, żeby odsap­nąć, patrzy na mnie.

– Nic nie wiemy o tych naszych dzie­ciach, co? Gdy są doro­słe, stają się obcymi ludźmi.

– Nic nie wiemy o niczym, Jadźka.

– Ty już nie bądź taki filo­zof – sztor­cuje mnie w odpo­wie­dzi.

Tuż przed wej­ściem do Zło­tych Tara­sów odwra­cam się w prawo, patrzę na kory­tarz bie­gnący w głąb dworca, pro­sto­pa­dle do pero­nów, i wtedy nagle…

Kadr, błysk.

Uczu­cie, bar­dzo kon­kretne, ból igieł wbi­ja­ją­cych się w zszar­gane płuca, palący oddech, płytki i szybki. Tędy, tutaj. Tym kory­ta­rzem, z całych sił. Bie­głem dalej.

 

Jak­bym kogoś gonił.

A może jak­bym przed kimś ucie­kał.

Jadźka patrzy na mnie i rozu­mie. Idzie za mną. Nie pyta.

Kolejne miej­sca. Kawiar­nia, kiosk. Pie­kar­nia, punkt druku. Sklep z brzydką bie­li­zną ero­tyczną. Wtedy wszystko było zamknięte, po obu stro­nach kory­ta­rza mija­łem po pro­stu pro­sto­kąty zacią­gnię­tych meta­lo­wych rolet.

Pamię­tam. Jed­nak nie ucie­ka­łem, jed­nak za kimś bie­głem.

Bie­głem i dogo­ni­łem. Ten ktoś mną rzu­cił o jedną z tych rolet, z wielką siłą, któ­rej się pod­da­łem, bez­władny jak szmata.

Macha­łem rękoma w powie­trzu, bez­sen­sow­nie, bez­ład­nie, pró­bu­jąc tra­fić w kogoś sto­ją­cego przede mną. Ktoś mnie bije. Tra­fia w twarz. Tępy ból, gło­śny chrzęst.

Macam nasadę nosa.

Boli, nawet pod lek­kim dotknię­ciem.

Teraz roleta jest pod­nie­siona, widzę nie­wielki barek z chińsz­czy­zną wci­śnięty pomię­dzy cukier­nię i sklep z plan­szów­kami. Zauważa mnie sie­dzący w środku facet, gruby, siwy, z gębą jak kotlet, wbity w spor­tową kurtkę. Gapi się na mnie, paku­jąc sobie do gęby wiel­kie kule kur­czaka w cie­ście koko­so­wym.

– Goni­łem kogoś – mówię.

– Kogo? Piotrka? – pyta Jadźka.

– Nie, nie Piotrka – odpo­wia­dam.

– Dogo­ni­łeś go?

Poka­zuję pal­cem na pod­bite oko, na szramy na ryju, a Jadźka znowu kiwa głową.

Poli­cja się ze mnie śmiała. Mieli powody. Pobrali moje DNA, zdjęli odci­ski pal­ców, zro­bili mi zdję­cia, spi­sali moje zezna­nia, ale więk­szość czasu trzy­mali mnie na kory­ta­rzu, mija­jąc mnie i wyty­ka­jąc pal­cami. Nie ma nic śmiesz­niej­szego niż sta­rze­jący się facet na dnie. Nie­wiele rze­czy podoba się ludziom bar­dziej niż droga koszula z pla­mami krwi, pęk­nięta szybka w dro­gim zegarku, niż dro­gie buty uwa­lane gów­nem. Ludzie kochają spra­wie­dli­wość, a najbar­dziej poli­cjanci z dro­gówki.

Czło­wiek, który popchnął mnie z ogromną siłą na zasu­niętą meta­lową roletę, miał czarny kształt zamiast gęby. Pod zacią­gnię­tym na głowę kap­tu­rem była jed­no­lita czerń, czarna maska.

Nie wiem, czy to dziura w mojej pamięci, czy naprawdę miał tę maskę na sobie.

– Nie płacz. – Kurwa, i jesz­cze zaczą­łem pła­kać, no już trudno być gor­szym, niż jestem teraz. Mniej niż zero. Na tytuł zera trzeba sobie zapra­co­wać, jak Zio­bro.

Gruby facet, który je kur­czaka w cie­ście koko­so­wym, siada ple­cami do nas.

– Chodź.

Jadźka otwiera drzwi i sta­now­czo wpy­cha mnie do środka, a mnie w oczy i nos wci­ska się słodki smród sta­rej fry­tury. Wycie­ram twarz chu­s­teczką, pró­bu­jąc dopro­wa­dzić się do porządku. Jadźka roz­ma­wia ze sprze­daw­czy­nią, młodą dziew­czyną o sza­rej, bar­dzo zmę­czo­nej twa­rzy, i poka­zuje na mnie pal­cem. Pię­trzący się przed siwym gru­ba­sem kop­czyk kur­cza­ko­wych kulek wydaje się nie­na­ru­szony, cho­ciaż ten cały czas ładuje sobie jedze­nie do gęby, krzy­cząc do zawie­szo­nej przy uchu słu­chawki.

– Dobrze, no to roz­wieź to teraz, czemu w ogóle wydzwa­niasz do mnie, czemu roz­ma­wiamy? – wrzesz­czy i zdaje się, że ten wrzask to jego nor­malny ton głosu.

– Wczo­raj go tutaj pobito. – Jadźka wska­zuje na mnie pal­cem.

– Ja pani nie rozu­miem – mówi dziew­czyna z wyraź­nym wschod­nim akcen­tem.

– Wczo­raj go tutaj pobito. Szu­kał swo­jego syna. – Jadźka góruje nad ladą w swo­jej peł­nej księ­go­wej kra­sie i bębni pal­cami o sto­sik pla­sti­ko­wych tacek.

– To jest pro­sta sprawa i wcale nie trzeba do mnie dzwo­nić i mi dupy zawra­cać – drze się siwy gru­bas, pró­bu­jąc pogo­dzić krzyk i prze­żu­wa­nie kur­czaka. Wygląda przy tym jak osza­lały pro­rok ze Sta­rego Testa­mentu, wbity dla nie­po­znaki w szarą kurtkę prze­ciw­desz­czową 4F.

– Czy coś pani podać, co pani zama­wia? – Dziew­czyna nie ma siły na to wszystko, na Jadźkę, na mnie, na ten smród tłusz­czu, gru­basa przy sto­liku, biedne, pousta­wiane w kącie rośliny w donicz­kach, obrazki z gej­szami na ścia­nach, paste­lowy kolor ścia­nek dzia­ło­wych z kar­ton­gipsu, pokry­tych war­stewką tłusz­czu prę­tów tej klatki.

– W lokalu pana pobili? Tutaj? – krzy­czy siwy i potrzeba paru dłuż­szych chwil, abym zro­zu­miał, że zwraca się do nas.

– Przed wej­ściem. – Poka­zuję pal­cem na kory­tarz.

– Przed wej­ściem to już jest przed wej­ściem. Przed wej­ściem jest kory­tarz. – Wyciera gębę chu­s­teczką i roz­pina kurtkę, widać robi mu się gorąco, gdy musi się bro­nić albo tłu­ma­czyć.

– To pana lokal – domy­śla się Jadźka.

– Tu jest lokal, a kory­tarz to dwo­rzec. – Ładuje sobie do gęby kolejną kulkę kur­czaka. – Lokal jest mój, a dwo­rzec nie. Chyba pani ma rozum i rozu­mie.

– Chodź. – Poka­zuję Jadźce, aby­śmy wyszli.

Znów dzwoni Ulka. Mówi, że czeka przed dwor­cem. Będę, odpo­wia­dam, i otwie­ram drzwi, chcę wyjść na kory­tarz. Ale Jadźka się nie rusza, cały czas stoi tam, gdzie stała.

– Czemu pan się prze­siadł, jak nas zoba­czył? – pyta, robiąc krok w jego stronę. On w końcu na chwilę prze­staje żreć.

– Jadzia, chodź, moja rodzina już tu jest – gdy to mówię, wraca suchość w gar­dle, zna­joma i straszna. Wypił­bym teraz puszkę albo butelkę piwa, albo colę wymie­szaną z wódką, albo wino, na szklanki, albo cokol­wiek, jakie­kol­wiek lekar­stwo spły­wa­jące w dół gar­dła bal­sa­micz­nym wodo­spa­dem.

Sam nie wiem, czemu od pobudki w miesz­ka­niu Piotrka jesz­cze się nie napi­łem.

Zaraz, zaraz, prze­cież tym razem nikomu nie obie­ca­łem, że nie piję. Prze­cież nawet nie było takiego pomy­słu. Jak ktoś zapija, to nie po to, by nie pić, tylko po to, by pić, do kurwy nędzy! Na tę myśl zimna dłoń na szyi znów odro­binę odpusz­cza, daje parę mili­li­trów odde­chu wię­cej.

– No czemu pan się prze­siadł? – Jadźka pyta jesz­cze raz.

– Bo żeście się we mnie gapili jak sroka w gnat. – Facet deli­kat­nie się kuli.

Do baru wcho­dzi młody chło­pak z ple­ca­kiem, zaro­śnięty, w gór­skiej kurtce, rów­nie dobrze mógłby to być Pio­trek.

Ale nie jest.

Chło­pak staje przy ladzie i zaczyna się wczy­ty­wać w wid­nie­jące nad barem menu. Wyobra­żam sobie, że muszę zjeść któ­re­kol­wiek z tych dań, kur­czaka pię­ciu sma­ków, sma­żony maka­ron sojowy, cuch­nące, pły­wa­jące w słod­kiej, tłu­stej brei, i żołą­dek zaczyna mi momen­tal­nie tań­czyć, muszę opu­ścić wzrok.

Czy coś jadłem od czasu tej pobudki? Nie­ko­niecz­nie, nie pamię­tam. Chyba Ula kupiła mi w McDo­nal­dzie ciastko jabł­kowe, pamię­tam, że po jed­nym gry­zie odda­łem je z powro­tem.

– Wie pan co, ja pra­cuję w Sane­pi­dzie. – Jadźka nagle wygląda ciężko, jak rzeźba.

– Cie­kawe. – Facet wciąż pró­buje zgry­wać cha­chara.

– No, i z wen­ty­la­cją to u pana kru­cho, tak panu powiem.

– To budy­nek dworca – odpo­wiada facet.

– Nie wie­dzia­łam, że budynku dworca doty­czą jakieś spe­cjalne prze­pisy. – Jadźka kręci głową. Jak to dobrze, że ni­gdy nie spo­tka­łem jej w takiej sytu­acji. Facet momen­tal­nie staje się peten­tem w swoim wła­snym lokalu.

– Legi­ty­ma­cję jakąś pani ma? – Jesz­cze pró­buje koza­czyć, ale już sła­biutko, na pół gwizdka.

– Jak­bym miała przy sobie legi­ty­ma­cję, to już by było po spra­wie. A tak jesz­cze możemy poroz­ma­wiać – cedzi Jadźka z uśmie­chem. Uśmiech zza biurka to naj­strasz­niej­szy rodzaj uśmie­chu. Jadźka opa­no­wała go do pie­kiel­nej per­fek­cji.

Facet zaci­ska usta. Na szyi, pod skórą, ma spory guzek, mię­si­sty, pew­nie tłusz­czak. Wyobra­żam sobie, że ten guz to przy­cisk; gdyby go naci­snąć, głowa faceta odwró­ci­łaby się o sto osiem­dzie­siąt stopni.

Gość wstaje, pod­cho­dzi do lady, dopiero teraz widać go w całej oka­za­ło­ści: ma posturę beczki na ropę, spod kurtki spły­wają prze­pastne czarne spodnie od dresu Adi­dasa. Idąc, sapie i lekko kole­bie się na boki. Spra­wia wra­że­nie, jakby miał dzie­sięć żołąd­ków. Daje nam znać, aby­śmy poszli za nim. Wcho­dzi za ladę, odsuwa dziew­czynę na bok jak przed­miot, otwiera szu­fladę i wyciąga mały par­ciany port­fel. Z boku port­fela widać bru­natny zaciek. Otwiera port­fel, patrzy na mnie, potem na zdję­cie w środku.