AmnezjakTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jakub Nowak

Amnezjak


ISBN: 978-83-64384-65-3

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2006-2017 by Jakub Nowak Copyright © 2017 by Powergraph Copyright © 2015-2017 for the cover illustration by Grandfailure via iStock Copyright © 2017 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redaktor prowadząca serii: Kasia Sienkiewicz-Kosik Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Ilustracja na okładce: Grandfailure (via iStock) Projekt graficzny i opracowanie: Rafał Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Kar­na­wał

Dziwne dni

Eku­me­nizm

Rychu

Retro

Ciężki metal

Domi­niczka mówi:

Zimno, gdy zaj­dzie

Amne­zjak

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kar­na­wał

Kar­na­wał wyru­szył z Wene­cji pierw­szego marca 1875 roku, w dniu roz­po­czę­cia nalo­tów na War­szawę. Kiedy wraz ze wscho­dem słońca hała­śliwy i pijany koro­wód opusz­czał świe­tli­ste mia­sto, w sto­licę nie­ist­nie­ją­cego pań­stwa ude­rzyły pierw­sze bomby.

Kar­na­wał poszedł na pół­noc. Peł­zał jak gli­sta po ital­skich księ­stwach, nie­spiesz­nie i cha­otycz­nie. Żywił się gwał­tem, posoką i ogniem, wysry­wał zglisz­cza wsi i mia­ste­czek, siał tru­pami tych, któ­rzy sta­wali mu na dro­dze. Pęcz­niał. Rósł. Tuczył się. Aż w końcu doj­rzał: pełen mor­der­ców, dezer­te­rów i zło­dziei; maka­brycz­nych kugla­rzy, zwy­rod­nia­łych pokrak i roz­pa­da­ją­cych się kurew. Pełen cynicz­nych księży i fana­tycz­nych grzesz­ni­ków; deka­denc­kich ary­sto­kra­tów, któ­rym było już wszystko jedno i obłą­ka­nych tech­ne­rów, o któ­rych dzie­łach krą­żyły legendy. I z tajem­ni­czym, wiecz­nie pija­nym Wodzi­re­jem na czele, kró­lem cha­osu i prze­mocy, naj­bar­dziej okrut­nym i sza­lo­nym z nich wszyst­kich.

Wresz­cie kar­na­wał był tak potężny, że widoczny nawet na kre­so­wych łąkach: gigan­tyczna, roz­wle­kła kolumna gdzieś na wid­no­kręgu, nie­po­ko­jąca roze­dr­gana wstęga zawsze na gra­nicy pola widze­nia. Wtedy wpełzł do Fran­cji, by poży­wić się krwią kona­ją­cego kraju. A papież, zimowi kar­dy­na­ło­wie i kró­lowa Włoch wresz­cie ode­tchnęli.

16 kwiet­nia 1876, Dan­zig, kawiar­nia Adolfa Ozicka Dłu­gie Poże­gna­nie

Młody pies wzle­ciał powoli na taras przy­dwor­co­wej kawiarni. Wynu­rzył się nie­spo­dzie­wa­nie zza sta­lo­wych kwia­tów opla­ta­ją­cych barierkę i szy­bo­wał nie­po­rad­nie ponad gło­wami gości. Poszcze­ki­wał cicho do ich spe­szo­nych twa­rzy – zamożni i świa­towcy, w więk­szo­ści nie wie­dzieli jed­nak rze­czy oczy­wi­stej nawet dla naj­młod­szych dzieci z portu w dole: pies musiał wsko­czyć do pneu­mo­tu­nelu i rzu­ciło nim w górę. Kiedy kel­ner wyniósł zdez­o­rien­to­wa­nego zwie­rzaka do kuchni, wszystko wró­ciło do normy. Towa­rzy­stwo znów jęło obser­wo­wać kobietę w sukni w maki.

Kil­ka­na­ście sto­li­ków, kil­ka­dzie­siąt par cie­kaw­skich oczu. Głów­nie Niemcy, męż­czyźni w podróży (wokół nich płasz­cze, walizy i para­sole), ner­wowo spo­glą­da­jący zza fajek, gazet, kie­lisz­ków i fili­ża­nek na prze­cha­dza­jącą się na końcu tarasu bru­netkę.

Była sama i była piękna. Pur­pu­rowe maki wyra­stały wśród plis czar­nej tafty jej sukni, pięły się po szczu­płej talii i krzy­wiź­nie piersi, by roz­kwi­tać na koronce dekoltu i wokół szyi, gdzie kła­dły się na nich ciemne kosmyki upię­tych wyżej wło­sów. To nie był strój podróżny, i męż­czyźni wie­dzieli o tym dosko­nale. Pocili się, mimo że dzień był chłodny, a słońce zacho­dziło.

Spa­ce­ro­wała wzdłuż barierki, gła­skała sta­lowe róże, patrzyła w dół, na port i mia­sto. Obser­wo­wała przy­por­towe kamie­nice i wyso­kie kominy stat­ków za nimi. I dalej, tam gdzie naj­głę­biej, gdzie zacu­mo­wane były dwa krad­nące cie­płe świa­tło pan­cerne giganty. Trwały nie­ru­chomo naszpi­ko­wane lufami, jak kan­cia­ste sta­lowe jeże, chluba mary­narki Rze­szy.

Port nie kładł się do snu. Trans­por­towce, wozy, wagony, roz­bie­gani ludzie i nie­koń­cząca się wymiana: wyła­du­nek i zała­du­nek – tysiące skrzyń pły­nęły w powie­trzu rów­nymi rzę­dami po tra­jek­to­riach wyta­cza­nych przez nie­wi­dzialne tunele. I cią­gły, nużący hałas: mewy prze­krzy­ku­jące się z por­to­wymi syre­nami i meta­liczne pomruki – te gło­śniej­sze szły wibra­cją z wnę­trza dwor­co­wej hali. Te cich­sze – ze stoczni na wscho­dzie, gdzie wiel­kie mecha­niczne ptaki nie­zgrab­nie chy­liły się nad wybe­be­szo­nymi kadłu­bami.

Kobieta wes­tchnęła i zatrzy­mała się na końcu tarasu. Sie­dzący naj­bli­żej pijany Szwed mógłby przy­siąc, że pośród zapa­chów zatoki, dworca i turec­kiego tyto­niu poczuł woń jej per­fum. Pach­niała makami i czymś jesz­cze, co Szwe­dowi koja­rzyło się z pogrze­bami odpra­wia­nymi w jego rodzin­nej para­fii w Falun.

— Już powi­nien tu być — powie­dział męż­czy­zna przy sto­liku w cie­niu dwor­co­wej ściany. Miał czter­dzie­ści lat, krót­kie szpa­ko­wate włosy, drogi lon­dyń­ski gar­ni­tur i laskę ze sta­lową ręko­je­ścią w kształ­cie smo­czego pyska.

— I zaraz będzie — odparł jego towa­rzysz, dużo star­szy i wyż­szy. Jego zie­mi­sta twarz przy­po­mi­na­łaby pomiętą kartkę, gdyby nie uma­zane kawą gęste siwe wąsy. — Mein­hold nie prze­pu­ściłby takiej oka­zji.

Szpa­ko­waty skrzy­wił się i spoj­rzał na bru­netkę przy barierce. Stała nie­ru­chomo, tyłem do wszyst­kich.

— Widzia­łeś? — Wąsacz pod­su­nął młod­szemu „Dan­zi­ger Zeitung”. Roz­ma­wiali po angiel­sku. — Minął już rok, a jest tego wię­cej i wię­cej.

Ostat­nią stronę gazety zaj­mo­wał list goń­czy za Pio­trem Ostrow­skim, pol­skim mor­dercą, spi­skow­cem, okul­ty­stą, maso­nem, zło­dzie­jem i pod­pa­la­czem; wro­giem Rze­szy, pokoju i Sztuki; sprawcą plu­ga­wego zama­chu na Ottona Edu­arda Leopolda, księ­cia von Bismarck-Schönhausen, księ­cia von Lau­en­burg, Kanc­le­rza Rze­szy. Cen­tralną część ogło­sze­nia sta­no­wiła podo­bi­zna Ostrow­skiego: psy­cho­pa­tyczne spoj­rze­nie wyzie­ra­jące spod krza­cza­stych brwi, wykrzy­wione tłu­ste usta i skoł­tu­niona czu­pryna nie zosta­wiały czy­tel­ni­kowi naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że ma do czy­nie­nia ze skur­wy­sy­nem w naj­czyst­szej postaci.

— Cena za jego głowę wciąż rośnie — powie­dział szpa­ko­waty.

— Bo Żela­zny Kanc­lerz nie zapo­mina. Mogą go całego prze­ro­bić na mecha­ida, ale dopóki bić będzie w nim ludz­kie serce, Kanc­lerz będzie pamię­tał.

Szpa­ko­waty odło­żył gazetę i wes­tchnął. Zastygł na uła­mek sekundy, utkwiw­szy wzrok ponad ramie­niem wąsa­cza.

— Mein­hold? — spy­tał star­szy.

— We wła­snej oso­bie.

Na progu tarasu stało trzech męż­czyzn. Z przodu bliź­niacy w mun­du­rach pru­skich czar­no­gwar­dzi­stów: pro­fe­sjo­nalni zabójcy i przy­zwo­ici tech­ne­rzy. Roz­glą­dali się po kawiarni z ćwi­czoną latami podejrz­li­wo­ścią. Trzeci trzy­mał się z tyłu i się­gał im do ramion. Pozba­wiony wło­sów, szyi i wyznacz­ni­ków wieku, wyglą­dał jak wiel­kie jajo przy­stro­jone w gar­ni­tur, ręka­wiczki i pstro­kate ciżmy. Na jego obłej piersi kładł się wisior: czarny orzeł wpi­sany w złoty, zwró­cony ku górze pen­ta­gram. Wisior ogła­szał: oto Her­man Mein­hold, Cesar­ski Mistrz Sztuki, uznany spe­cja­li­sta mili­tar­nej bio­lo­gii mecha­nicz­nej.

Jeden z gwar­dzi­stów pod­szedł do pięk­nej bru­netki. Gdy po kilku zda­niach ruszyli w stronę Mein­holda, goście kawiarni obser­wo­wali ich z mil­czą­cym zain­te­re­so­wa­niem. Choć żyli w świe­cie, w któ­rym cuda spo­wsze­dniały już dawno, Mistrz Sztuki publicz­nie dobie­ra­jący sobie kata­rynę sta­no­wił widok doprawdy eks­cy­tu­jący.

Her­man Mein­hold był bowiem pyszny i głupi. A dwaj męż­czyźni przy sto­liku pod ścianą wła­śnie na to liczyli.

Przy­by­sze i kobieta opu­ścili kawiar­nię. Nie­długo póź­niej od sto­li­ków poczęli wsta­wać agenci: dwaj bar­czy­ści orto­dok­syjni Żydzi, po nich nie­miecki kupiec i jego towa­rzyszka.

Szpa­ko­waty dobrze zapa­mię­tał uśmiech wycho­dzą­cego gru­basa, teraz pod­sy­cał nim swoją wście­kłość. Stary nasłu­chi­wał odgło­sów z portu. Dłu­ski zaraz powi­nien zacząć przed­sta­wie­nie.

 

Nagle niebo zga­sło na kilka chwil. Roz­le­gły cień prze­pły­nął bez­sze­lest­nie nad tara­sem, zda­wa­łoby się – na wycią­gnię­cie ręki. Ludzie odru­chowo pocho­wali głowy w ramiona i, ner­wowo uśmiech­nięci, przy­glą­dali się cumo­wa­niu bry­tyj­skiego żywo­lotu.

Bioid lądo­wał na dwor­co­wym dachu. Opla­ta­jąca gon­dolę zie­lona larwa była wiel­ko­ści dwóch loko­mo­tyw. Powoli zbli­żała się do pali cumow­ni­czych, Union Jack roz­po­starty na wypeł­nio­nym gazem wiel­kim orga­nicz­nym grzy­bie żarzył się dum­nie i nieco zło­wiesz­czo. Bioid wypu­ścił paru­jące macki, te zna­la­zły pale i oplo­tły je, przy­cią­ga­jąc ste­ro­wiec ku pły­cie lądo­wi­ska.

— La Rochelle długo nie wytrzyma — powie­dział obo­jęt­nie wąsacz. — W sierp­niu miną już dwa lata.

Szpa­ko­waty wie­dział, że ten spo­kój to pozór, sta­rzec cier­piał. Jego matka była Fran­cuzką, wąsacz spę­dził we Fran­cji pół dłu­giego życia. Dziś tam­ten kraj nie ist­niał, de facto zde­le­ga­li­zo­wany jed­nym pocią­gnię­ciem pióra bry­tyj­skiej kró­lo­wej. Ostatni z bastio­nów sta­rej Fran­cji wła­śnie padał, od pię­ciu lat oble­gany przez pan­cer­niki Soju­szu. Rok temu, gdy twier­dza wciąż jesz­cze trzy­mała się mocno, okręty Soju­szu, nie prze­ry­wa­jąc oblę­że­nia, zaczęły wypeł­zać z wody, by lądem, zie­mią i powie­trzem naprzeć na mury. Dziś nie­wiele róż­niło La Rochelle od zgliszcz Paryża czy War­szawy, ale mia­sto wciąż jesz­cze zdo­by­wało się na zacięty opór.

Wiem, że cier­pisz, Fran­ciszku, pomy­ślał szpa­ko­waty. Wszy­scy cier­pimy.

Wtedy Gdań­skiem tar­gnęły eks­plo­zje. Trzy wybu­chy, jeden po dru­gim, w róż­nych czę­ściach portu, a po nich wystrzały, gdzieś na towa­ro­wym nad­brzeżu. Kawiar­niani goście, sły­sząc nara­sta­jącą kano­nadę, obser­wo­wali ner­wowo trzy równe smugi pnące się ku ciem­nie­ją­cemu niebu. Teraz opusz­czali taras, ści­gani przez cały plu­ton kel­ne­rów uzbro­jo­nych w nie­za­pła­cone rachunki.

Dwaj męż­czyźni nie wstali od razu – szpa­ko­waty skru­pu­lat­nie odli­czał pie­nią­dze, wąsacz prze­glą­dał ogło­sze­nia w gaze­cie. Nie ma pośpie­chu. Ludzie Dłu­skiego wła­śnie odbi­jają turec­kim prze­myt­ni­kom kra­dzione kara­biny. Niech przy oka­zji porząd­nie namie­szają. Agnieszka zdąży wszystko przy­go­to­wać, a infor­ma­cja o strze­la­ni­nie doj­dzie do eli­zjum, jego gości i per­so­nelu.

— Chodźmy — powie­dział wresz­cie stary wąsacz.

— Myślisz, że już?

— Nie wiem. Kawa mi się skoń­czyła.

zawsze–ni­gdy, Kresy

Piotr Ostrow­ski dużo podró­żuje, rów­nież w cza­sie snu. Zamyka powieki i coraz czę­ściej tra­fia na kre­sowe łąki, do kra­iny świa­tła, ciszy i prze­strzeni. Tam wszystko jest łagodne i takie są jego prze­chadzki, gdy spa­ce­ruje nie­wy­so­kimi pagór­kami, w mięk­kiej, się­ga­ją­cej pasa tra­wie, nad sobą mając pozba­wione słońca, bajecz­nie kolo­rowe niebo, niczym roz­lane na szkle paste­lowe farby. Piotr Ostrow­ski prze­cha­dza się na wie­trze, cie­płym i odświe­ża­ją­cym, przy­gląda nie­licz­nym falu­ją­cym powoli drze­wom i szy­bu­ją­cym wysoko pta­kom-owa­dom.

A może anio­łom?, po raz kolejny zasta­na­wia się Ostrow­ski, gdy zadziera głowę wysoko, ku amor­ficz­nym syl­wet­kom. Pyta­nie nie jest bez­za­sadne, skoro zimowi kar­dy­na­ło­wie uznali, że Sztuka, która tam­tego gorą­cego lata pół wieku temu runęła na nich wraz ze śnie­giem i lodem, jest wiel­kim, wspa­nia­ło­myśl­nym darem od Boga. Czło­wiek został obda­ro­wany ogromną mocą i przy­jął ją z wdzięcz­no­ścią i pokorą. Cudowna, ale kapry­śna i wyma­ga­jąca wie­dza, która naj­pierw zmie­niła umy­sły kil­ku­dzie­się­ciu naj­bar­dziej odda­nych Bogu męż­czyzn. Potem szybko zmie­niła cały świat, wpro­wa­dza­jąc zupeł­nie nowy porzą­dek. Nastało Oświe­ce­nie, epoka wiel­kich prze­mian i ogrom­nych moż­li­wo­ści, czas uwiel­bie­nia Pana i zacie­kłej walki w obro­nie Jego imie­nia. A wraz z Oświe­ce­niem poja­wiły się Kresy, miej­sce pomię­dzy, gdzie czas i prze­strzeń wiją się spi­ral­nie jak dwa sple­cione w cia­snym uści­sku węże.

Kościół, monar­cho­wie i mistrzo­wie Sztuki sku­pieni w Zimo­wym Soju­szu nie mają wąt­pli­wo­ści. Kresy to nie­biań­skie przed­pola, zapo­wiedź abso­lut­nego spo­koju i speł­nie­nia – klu­czowa część Boskiego daru, zachęta do pod­po­rząd­ko­wa­nia się Jego woli i woli Kościoła. Co myślą inni – sza­leni pra­scy Nowi Husyci, angiel­skie woterki, czy bywalcy Salonu Końca Świata, tak cyniczni i zachłanni, że nie­godni by nazy­wać ich naukow­cami – zjed­no­czo­nych Soju­szem oświe­co­nych Euro­pej­czy­ków nie inte­re­suje, co o Kre­sach myśli cała ta hała­stra.

Piotr Ostrow­ski za to zasta­na­wia się czę­sto. Tym czę­ściej, od kiedy opu­ściw­szy wznie­sioną wysoko głowę, na kre­so­wym hory­zon­cie dostrzega zło­wiesz­czy cień Kar­na­wału.

16 kwiet­nia 1876, Dan­zig, eli­zjum Śpiewna Orchi­dea

Szpa­ko­waty i wąsacz weszli do hali dwor­co­wej, w hałas, smród i tłok, do pul­su­ją­cego wnę­trza gigan­tycz­nego sta­lo­wego wie­lo­ryba. Dwu­po­zio­mowe perony pełne były podróż­nych prze­le­wa­ją­cych się przez plat­formy, ruchome schody i dzie­siątki wago­nów. Loko­mo­tywy sapały jasnym dymem, który szedł wysoko, pod żebra dachu, gdzie roz­wie­wały go lecące jedna za drugą skrzy­nie Cesar­skiej Poczty. Nad wszyst­kim czu­wał potężny czarny orzeł z witraża na cen­tral­nej ścia­nie dworca. Na prawo był malu­nek, na któ­rym pło­mie­nie Ducha Świę­tego obja­wiały Sztukę uczest­ni­kom Zimo­wego Kon­klawe. Z malunku po dru­giej stro­nie, dla rów­no­wagi, spo­zie­rał Otto von Bismarck, dum­nie wsparty na sta­lo­wym ramie­niu zakoń­czo­nym auto­ma­tycz­nym mło­tem.

To miej­sce ma wiele z kate­dry, pomy­ślał wąsacz, pró­bu­jąc dotrzy­mać kroku ele­ganc­kiemu towa­rzy­szowi. Cia­sne i jed­no­cze­śnie onie­śmie­la­jąco prze­stronne, zbu­do­wane z prze­ni­ka­ją­cych się cieni i kolo­ro­wych roz­bły­sków, przy­po­mi­nało kate­drę i wła­śnie dla­tego mu się nie podo­bało.

Szpa­ko­waty czuł się tu dosko­nale. Sku­tecz­nie napie­rał do przodu, szybko więc przedarli się na drugą stronę dworca. Teraz do eli­zjum: ku jed­nemu z bocz­nych wyjść, wybu­do­wa­nych z myślą o kato­lic­kich mistrzach i tech­ne­rach-pede­ra­stach. Szpa­ko­waty popro­wa­dził przez labi­rynt stra­ga­nów i skle­pi­ków, z początku peł­nych róż­nego badzie­wia, aro­ma­tycz­nego jedze­nia i brzyd­kich ubrań, potem – coraz droż­szych i bar­dziej prze­stron­nych, aż do wąskiego kory­ta­rza zakoń­czo­nego masyw­nymi drzwiami.

W progu kory­ta­rza minęli się z dwoma męż­czy­znami. Jeden moco­wał się z klamrą ofi­cer­skiego pasa, drugi w biegu zakła­dał płaszcz. Dobrze, wia­do­mość o strze­la­ni­nie dotarła i tutaj.

— Myślisz, że rze­czy­wi­ście nad­cho­dzi koniec świata? — spy­tał szpa­ko­waty, przy­glą­da­jąc się Pio­trowi Ostrow­skiemu, mor­dercy i spi­skow­cowi, łypią­cemu zło­wrogo z listu goń­czego na ścia­nie obok drzwi eli­zjum.

— Myślę, że mamy go za sobą — odparł wąsacz. Mdłe świa­tło z sufitu petry­fi­ko­wało jego twarz w znisz­czony posąg.

Szpa­ko­waty zastu­kał w drzwi. Gdy uchy­liły się, weszli do środka. Chwila prawdy, nie pierw­sza tego wie­czoru. Byli w przed­sionku wyta­pe­to­wa­nym w jaskrawe, kolo­rowe kwiaty. Na dro­dze do drzwi naprze­ciw stało dwóch wyrost­ków, obaj z nip­poń­skimi mie­czami przy pasie, odzia­nych w kuse czarne tuniki. Ich ciała pokry­wały wzo­rzy­ste tatu­aże.

W eli­zjum broń palna nie jest dozwo­lona. Jej uży­cie bywa eks­tre­mal­nie nie­bez­pieczne pod­czas rege­ne­ra­cji.

— Krew sty­gnie, włos się bieli… — zaczął szpa­ko­waty.

— … w wiecz­no­ści upad­niem toń — dokoń­czył straż­nik, mor­derca o twa­rzy che­ru­bina.

Śmier­dzą jak pary­skie kurwy, pomy­ślał wąsacz i pozwo­lił sobie na chwilę sen­ty­men­tal­nego roz­rzew­nie­nia.

Drugi straż­nik otwo­rzył im drzwi i, jak na praw­dzi­wego kon­spi­ra­tora przy­stało, potrzą­snął zaci­śniętą pię­ścią. Szpa­ko­waty i wąsacz weszli do eli­zjum.

W środku było tłoczno. I jed­no­cze­śnie miękko, paste­lowo i cie­pło.

Prze­stronny salon zda­wał się pozba­wiony ostrych kra­wę­dzi i zacie­nio­nych miejsc. Łagodne poma­rań­czowe świa­tło wypeł­niało pomiesz­cze­nie jak gęsta, spo­wal­nia­jąca rze­czy­wi­stość sub­stan­cja. Deli­katna poświata cie­kła z sufitu i paro­wała zza eks­klu­zyw­nych mebli, lepiąc się do wyso­kich, roz­ra­sta­ją­cych się pod sufi­tem bio­idycz­nych rzeźb, szem­rzą­cych aryt­miczne melo­die wie­lo­barw­nych egzem­pli­fi­ka­cji sza­lo­nej przy­rody Kre­sów. Sub­telne krzy­wi­zny scho­dów wiją­cych się ku kory­ta­rzom w górze, kolo­rowe figury z obra­zów na ścia­nach i dzie­siątki ludzi zato­pio­nych w ogrom­nych kana­pach, obsia­da­ją­cych sto­liki i bar – wszystko falo­wało hip­no­tycz­nie, ukła­da­jąc się w nie­za­pa­mię­ty­walne wzory. Wzory, które tań­cząc leni­wie przed oczami, wymu­szały roz­luź­nie­nie, wol­niej­sze tętno, relaks.

Eli­zjum, świą­ty­nia relaksu, pełna była jego wyznaw­ców – waż­nych bądź pięk­nych. Ci piękni tu pra­co­wali: kobiety i męż­czyźni we wszyst­kich moż­li­wych odcie­niach i sma­kach, na wpół roze­brani, uśmiech­nięci i odprę­żeni; nawet kel­ne­rzy, straż­nicy i muzyk za for­te­pia­nem – zawsty­dza­jąco atrak­cyjni i wiecz­nie gotowi. Ci ważni to goście: mistrzo­wie i tech­ne­rzy – kapłani i rze­mieśl­nicy Sztuki, potrze­bu­jący rege­ne­ra­cji i osią­ga­jący ją wła­śnie tutaj, poprzez fizyczną roz­kosz. Piękni ludzie łasili się do żoł­nie­rzy, inży­nie­rów i pro­fe­so­rów, kusili zapa­chem, spoj­rze­niem i gestem, obie­cu­jąc eks­tazę i odprę­żenie. Tak też opa­dli szpa­ko­wa­tego i jego towa­rzy­sza, roze­śmiane kolo­rowe motyle, stwo­rzone, by dawać.

Szpa­ko­waty deli­kat­nie ode­pchnął od sie­bie blon­dynkę, głasz­czącą sta­lowy smo­czy pysk na ręko­je­ści jego laski. Wymi­nął trzy­ma­jące się za ręce bliź­nięta i obej­rzał się na wąsa­cza. Sta­rzec odmó­wił wina kel­ne­rowi nie­ja­snej płci, dogo­nił szpa­ko­wa­tego. Ruszyli scho­dami w górę.

Eli­zjum nie dało za wygraną. Poręcz, coraz przy­jem­niej­sza w dotyku, zaczęła się przy­mi­lać; gęsty chod­nik falo­wał pod sto­pami jak kre­sowe łany. U szczytu scho­dów minęli się z kimś – szpa­ko­waty zapa­mię­tał tylko ciem­no­czer­wone wargi roz­cią­gnięte w uśmie­chu i jesz­cze ciem­niej­sze sutki. Tak trudno im było nie pod­dać się pre­sji tego miej­sca, cią­żyły ubra­nia i obo­wiązki.

Cią­żyła nie­pod­le­gła Rzecz­po­spo­lita.

Wie­dzieli, że to już bli­sko. Szpa­ko­waty dener­wo­wał się, mimo że znał takie miej­sca dosko­nale. Pul­so­wa­nie w nad­garst­kach, przy­spie­szony rytm serca, wil­gotne dło­nie chęt­nie skła­da­jące się w pię­ści.

A, do dia­bła.

Dener­wo­wał się wła­śnie dla­tego, że znał takie miej­sca.

No i nie znał drogi.

Wstrzy­mał oddech, zawo­łał Agnieszkę, otwo­rzył się sze­roko i

* * *

leżał zakrwa­wiony na zim­nej posadzce. Obo­lały, z opuch­nię­tymi ustami i pogru­cho­ta­nym nosem, roz­pacz­li­wie wal­czył o każdy oddech. Załza­wiony i zasmar­kany, patrzył na swoje posi­nia­czone nogi w porwa­nych poń­czo­chach, oglą­dał jedną z nich pod­ska­ku­jącą nie­re­gu­lar­nie, zupeł­nie mu obcą. Patrzył na kształt przed sobą, męż­czy­znę bez twa­rzy i

* * *

zady­go­tał i oparł się o ścianę. Ale już wie­dział.

Ruszył pustym kory­ta­rzem, lecz po kilku kro­kach zawró­cił. Wąsacz wciąż stał przy scho­dach, tępo wpa­trzony w falu­jący w dole tłum.

Szpa­ko­waty znał to puste spoj­rze­nie. Wzrok nie­wol­ni­ków dła­wią­cych się wyper­fu­mo­waną wełną.

Wyra­sta­jąca z porę­czy sele­dy­nowa roślinka zaśpie­wała do nich cicho. Spi­sko­wiec zigno­ro­wał ją i pocią­gnął wąsa­cza w głąb kory­ta­rza. Tam rozej­rzał się i widząc, że są sami, z całej siły dał mu w pysk.

Kiedy wąsacz z tru­dem pod­niósł się z kolan, szpa­ko­waty wzru­szył ramio­nami.

— Prze­pra­szam — powie­dzieli jed­no­cze­śnie i uśmiech­nęli się ner­wowo.

Ruszyli w głąb kory­ta­rza, ku pry­wat­nej czę­ści eli­zjum: cesar­skiego salonu, w któ­rym dziś, poprzez piękną kata­rynę przy­byłą pro­sto z Waszyng­tonu, rege­ne­ro­wać się miał sam Her­man Mein­hold, nie­oce­niony mecha­bio­log Rze­szy.

Drzwi były mocne, bez wąt­pie­nia zamknięte od wewnątrz, z tabliczką infor­mu­jącą o zaka­zie wstępu. Wąsacz zer­k­nął na towa­rzy­sza. Szpa­ko­waty spoj­rzał w górę, na wskroś przez pokryty per­wer­syj­nym fre­skiem sufit.

Naci­snął klamkę.

Salon był prze­stronny, ciemny i przy­tulny jak moskiew­skie kaza­maty. Słabe świa­tło wydo­by­wa­jące się przez otwarte drzwi jed­nej z sypialń i dziw­nie prze­ro­śnięte meble nada­wały pomiesz­cze­niu gro­te­skowy i jed­no­cze­śnie fune­ralny cha­rak­ter. Wra­że­nia dopeł­niały leżące na środku salonu zwłoki czar­no­gwar­dzi­stów.

 

Szpa­ko­waty sta­rał się im nie przy­glą­dać. Trupy, które zosta­wiała za sobą Agnieszka, nie­po­ko­iły go. Wyglą­dały, jakby ktoś pozba­wił je kości i dał do zabawy nie­ludzko sil­nemu, roz­bry­ka­nemu trzy­lat­kowi. Czar­no­gwar­dzi­ści musieli być dosko­na­łymi żoł­nie­rzami i zaawan­so­wa­nymi bojo­wymi tech­ne­rami, tego wie­czoru z pew­no­ścią nała­do­wa­nymi po uszy. Szpa­ko­waty pokrę­cił głową. Czar­no­gwar­dzi­ści, w dodatku bliź­niacy. Z jego żoną nie mieli żad­nych szans.

Sta­nęła w progu sypialni, czarna syl­wetka na jaśniej­szym tle. Szpa­ko­waty i wąsacz minęli ciała żoł­nie­rzy i poszli ku niej.

Her­man Mein­hold sie­dział na pod­ło­dze w kącie sypialni. Nagi, oświe­tlony mizer­nym świa­tłem ścien­nej lampy, jesz­cze bar­dziej niż godzinę temu koja­rzył się z wiel­kim jajem. Przyj­rzał się uważ­nie wcho­dzą­cym męż­czy­znom, wykrzy­wił wargi w nie­ja­snym uśmie­chu.

Tego się nie spo­dzie­wali. Mein­hold musiał wie­dzieć, że umrze tej nocy. Obej­rzał to, co Agnieszka zro­biła z jego ludźmi, i wciąż nie oka­zy­wał stra­chu.

— Dżen­tel­meni ze sto­lika pod ścianą. — Miał niski, przy­jemny głos. — Fran­cuzi?

Szpa­ko­waty był pod wra­że­niem. Dobrze, że była Agnieszka.

— Polacy — wyja­śnił Mein­hol­dowi. — Moją żonę już zdą­żył pan poznać.

Spoj­rzeli na nią. Stała przy wyso­kim oknie, zza cięż­kich kotar obser­wo­wała mia­sto.

— To jest pan Fran­ci­szek Michal­ski — kon­ty­nu­ował szpa­ko­waty. — Ja jestem Piotr Ostrow­ski.

To miał być decy­du­jący cios. Naj­bar­dziej odra­ża­jące w całej Rze­szy nazwi­sko zawi­sło mię­dzy nimi.

Cios poszedł w gardę: Mein­hold tylko uniósł brwi. Po chwili znów gar­dził i nie­na­wi­dził.

— Myśla­łem, żeś pan jest wyż­szy, Herr Ostrow­ski.

Piotr Ostrow­ski wzru­szył ramio­nami.

— Cią­gle mi to mówią.

— Doprawdy? — Mein­hold zer­k­nął na Agnieszkę i zachi­cho­tał.

Pod­łoga skrzy­piała cicho pod śmie­ją­cym się Niem­cem.

— A teraz poroz­ma­wiamy, panie Mein­hold — powie­dział w końcu Piotr Ostrow­ski. — Poroz­ma­wiamy o tym, gdzie znajdę Pau­lusa.

— Mit.

— Słu­cham?

— Pau­lus to mit. Nie ist­nieje.

— Gdzie znajdę Pau­lusa?

— Dla­czego miał­bym to wie­dzieć?

— Bismarck szu­kał go całymi latami. I tej zimy nagle prze­stał.

— Więc już go ma.

— Wtedy nie był­byś w Gdań­sku.

— Żałuję pań­skiej żony, Herr Ostrow­ski — wes­tchnął Mein­hold. — Gdyby nie to naj­ście, dowie­dzia­łaby się, jak sma­kuje porządna, nie­miecka Wurst.

Ostrow­ski pocze­kał i wresz­cie zapy­tał po raz trzeci:

— Gdzie znajdę Pau­lusa?

— Jakaś licha ta gadzina. — Mecha­bio­log wska­zał na ręko­jeść laski Ostrow­skiego. — Lichutka.

Fran­ci­szek Michal­ski odchrząk­nął z głębi pokoju.

— Agnieszko — powie­dział Ostrow­ski, patrząc Mein­hol­dowi w oczy.

Potem zacze­kał, aż żona ośmie­szy trzy­dzie­ści lat wytę­żo­nych prac nad szczel­no­ścią eli­zjów.

Poczuli to wszy­scy trzej. Zaty­ka­jąca uszy fala zimna, gdy Agnieszka Ostrow­ska się­gała poprzez Kresy. Gdzieś na końcu ulicy syp­nęło szy­bami po bruku. Pode­szła do męża i podała mu duży, chłodny przed­miot. Ostrow­ski wziął go ostroż­nie, nie doty­ka­jąc jej dłoni. Gdy odwró­cił się do Mein­holda, wie­dział już, że Nie­miec powie im wszystko.

Oczy Mein­holda mówiły, że nie­do­wie­rza temu, co widzi. I że się boi. Nagi czło­wiek boi się całym cia­łem, i tak wła­śnie bał się Her­man Mein­hold: bez­sku­tecz­nie cho­wał się za krą­głymi ramio­nami, wci­ska­jąc mięk­kie plecy w kąt sypialni.

Ostrow­ski z tru­dem powstrzy­mał uśmiech. To jed­nak prawda! Dłu­gie mie­siące cięż­kiej, nie­bez­piecz­nej pracy nie poszły na marne. I pomy­śleć, że z początku w to nie wie­rzyli – on, Michal­ski, Dłu­ski i inni. Nie­do­wie­rzali, myśląc, że to nie­miecki for­tel, plotka, pod­rzu­cona, by wypro­wa­dzić ich w pole. Bo czy moż­liwe, aby wielki Her­man Mein­hold cier­piał na tak sza­loną przy­pa­dłość? Czy w dzi­siej­szych cza­sach, oświe­co­nym wieku Sztuki, pary i zmiany, może w ogóle ist­nieć tak gro­te­skowa fobia?

Nie wnie­siesz broni pal­nej do eli­zjum, nie spro­wa­dzisz jej poprzez kre­sowe pola. Ostrow­ski miał świa­do­mość, że Agnieszka doko­nała nie­moż­li­wego, nie pierw­szy zresztą raz. Co w tym dziw­nego, skoro sama była nie­moż­li­wo­ścią?

To nie podziw dla jej wyczynu kazał Mein­hol­dowi wpa­try­wać się w rzecz, którą Agnieszka podała mężowi. Już nawet nie strach, lecz pier­wotne, nie­lo­giczne, odbie­ra­jące rozum i siłę prze­ra­że­nie. Her­man Mein­hold śmier­tel­nie i nie­wy­tłu­ma­czal­nie bał się bowiem kara­bi­nów.

Sto­jący nad nim Piotr Ostrow­ski trzy­mał długi i ciężki, stary dobry kara­bin Dreyse’a.