Folklor Świata DyskuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUT LUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

*

ŻÓŁW PRZYPOMNIANY

*

PARA W RUCH


Tytuł oryginału

THE FOLKLORE OF DISCWORLD

Legends, myths and customs

from the Discworld

with helpful hints from planet Earth

Copyright © Terry and Lyn Pratchett

and Jacqueline Simpson 2008

All rights reserved

Ilustracja na okładce

Paul Kidby

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja


Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-915-1

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

TERRY’EGO PRATCHETTA

Wiele rzeczy połączyło się, by doprowadzić do powstania tej książki. Któregoś dnia jechałem samochodem z kilkoma innymi dorosłymi, oczytanymi ludźmi, i mijaliśmy drogowskaz do wioski Great Dunmow w Essex. Powiedziałem:

– O tak… Miejsce słynnego Dunmowskiego Flitcha.

Nie słyszeli o tym, choć przecież od stuleci żonaty mężczyzna mógł udać się do tej wioski w drugi dzień Zielonych Świąt i odebrać nagrodę flitcha (czyli połcia) bekonu, jeśli przysięgnie, że on i żona przez cały miniony rok nie kłócili się ani razu. I że nigdy nie marzył, żeby znów być kawalerem. Na miłość boską, w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych ceremonię Flitcha pokazywali w telewizji.

Wkrótce potem podpisywałem książki na południowym wybrzeżu i wykorzystałem tę okazję, by praktycznie każdą osobę w kolejce poprosić o wyrecytowanie wierszyka o srokach (przygotowywałem wtedy materiały do Carpe jugulum). Każda z nich powtarzała – z większą czy mniejszą dokładnością – wersję wyliczanki, którą w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku wykorzystywano jako czołówkę telewizyjnego programu dla dzieci Sroka: „Jedna to smutek, dwie to śmiech szczery”… To nie był zły wierszyk, ale jak kukułka w gnieździe, wypychał wszystkie inne wersje, jakie istniały (niektóre pojawią się w późniejszym rozdziale). Aż w końcu stanęła przede mną jakaś dystyngowana dama z książką, a ja spytałem – z nieokreśloną nadzieją w sercu – ile zna wersji wyliczanki o srokach. Zastanowiła się chwilę i powiedziała: „Jakieś dziewiętnaście”.

W ten sposób poznałem Jacqueline Simpson, moją przyjaciółkę i niekiedy konsultantkę w sprawach folkloru. Raz skłoniła mnie nawet do wystąpienia przed Brytyjskim Towarzystwem Folklorystycznym, gdzie prawdopodobnie wzburzyłem sporo słuchaczy, mówiąc, że myślę o folklorze mniej więcej w taki sposób, w jaki stolarz myśli o drzewach.

Niektóre rzeczy opisane w tej książce mogą wydawać się znajome i powiecie: „Przecież wszyscy o tym wiedzą”. Jednak cykl o świecie Dysku, który przy licznych okazjach zapożycza elementy z folkloru i mitologii, po drodze przekręcając je i plącząc, jest chyba serią mającą najwięcej adnotacji na świecie. A w czasie pracy nad nim nauczyłem się między innymi tego, że niewielu ludzi wie o tym, o czym wszyscy wiedzą.

Są pewne rzeczy, o których nie powinniśmy zapominać, a w większej części sumują się do tego, skąd pochodzimy, jak dotarliśmy tutaj i jakich opowieści słuchaliśmy po drodze. Jednak folklor nie dotyczy tylko przeszłości. Folklor rośnie, każdego dnia rozkwita i sieje ziarnem, a to z powodu naszego wrodzonego pragnienia, by kontrolować świat poprzez satysfakcjonujące narracje.

Mieszkałem kiedyś niedaleko głazu-ostańca, który przy pełni księżyca i/lub w noc letniego przesilenia tańczył po polu, przypadkiem pozostawiając niestrzeżony garniec złotych monet. W teorii garniec ten był dostępny dla każdego, kto ośmieli się go porwać i potrafi z nim biec szybciej niż głaz. Oglądałem ten głaz za dnia, ale z jakiegoś powodu nigdy nie znalazłem czasu, by wybrać się na krótką nocną wycieczkę i sprawdzić jego taneczne umiejętności. Teraz zdaję sobie sprawę, że to ze strachu – bałem się, że jak wiele spotkanych wcześniej głazów nie zechce zatańczyć. Jakaś część mnie pragnęła, by mimo specjalistów od planowania, dyrektyw unijnych i policjantów, głaz mógł nocą tańczyć. I gdzieś tam, podejrzewam, ukrywa się instynkt folkloru. Powinno istnieć takie miejsce, gdzie głazy tańczą.

Dla tych, którzy żywią podobne uczucia, dołączyłem krótką listę lektur – w teorii dla tych czytelników, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej, ale też dlatego, że ludzie, którzy kochają książki, przy każdej okazji chcą je polecać innym ludziom.

Wstęp

JACQUELINE SIMPSON

A tak, dobrze pamiętam tę sesję autografów na południowym wybrzeżu! Mglisty i dżdżysty listopadowy wieczór w 1997 roku, długa kolejka przesuwająca się wolno w stronę imponującego czarnego kapelusza i niecierpliwy głos: „Opowiedz mi wszystko, co wiesz o srokach!”.

Kawałek przede mną w kolejce jakaś kobieta tłumaczyła wszystkim razem i każdemu czekającemu z osobna, że to dla siostrzeńca, nie dla siebie, chce zdobyć podpisany egzemplarz książki Bogowie, honor, Ankh-Morpork. Ona sama nigdy, ale to nigdy nie czyta w ogóle żadnych powieści, a co dopiero fantasy czy science fiction. „Chcę tylko faktów. Jaki jest sens czytania o czymś, co nie jest prawdziwe? A już świat lecący przez kosmos na żółwiu”… Jej głos zagłuszyły liczne wyrazy oburzenia, ale połączone argumenty kilkunastu czytelników Świata Dysku nie zdołały ani odrobinę zmienić jej pozycji. Nie zdziwiłam się, kiedy wyjaśniła, że jest z zawodu księgową – inaczej mówiąc, prawie Audytorem Rzeczywistości. Gdyby dać jej szarą szatę z kapturem, znalazłaby sobie niszę na Dysku.

Prawda jest taka, że Dysk to Ziemia, tyle że z dodatkowym wymiarem rzeczywistości. Istoty, które na Ziemi są tylko wytworami wyobraźni (choć czasem bardzo potężnymi, mimo to), na Dysku żyją, a niekiedy także kopią. Czasami rozpoznajemy je natychmiast – czy jest ktoś, kto nie pozna smoka, kiedy go spotka? Czasami tylko czujemy, że coś jest dobrze znane i absolutnie właściwe, ale nie wiemy dlaczego. Godziny, dni albo tygodnie później możemy odkryć klucz, kiedy zalegająca zakątki umysłu żyzna gleba wyda owoc pamięci.

Wtedy pojmujemy, że klucz do znajomości leży w folklorze. Co jest folklorem na Ziemi, znajduje swoje odbicie w rzeczywistości Dysku. Oczywiście to całkowicie normalne, że chatka pani Gogol przemieszcza się na kaczych łapach, ponieważ chatka Baby Jagi spaceruje na kurzych nóżkach w lasach Rosji; oczywiście Nac Mac Feeglowie są piktalami, nie krasnalami – z powodu historii, jakie Szkoci opowiadają o Piktach; oczywiście pradawny król śpi w grocie pod górą w Lancre, ponieważ to właśnie robi król Artur w Anglii i Szkocji, a cesarz Barbarossa w Niemczech. Wiemy o takich sprawach od wieków, nawet jeśli nazywamy je bajkami, mitami czy folklorem. Kiedy znajdziemy się na Dysku, wszystko to jest realne, a my czujemy się jak w domu.

Spytajmy więc, czym jest folklor na Ziemi, a konkretnie w tradycji brytyjskiej. To pełna suma wszystkiego, co ludzie wiedzą, chociaż nikt ich oficjalnie nie uczył – wszystkich tych opowieści i obrazów, które krążą wokół bez określonego źródła, wszystkich tych drobnych zwyczajów, których ludzie przestrzegają tylko dlatego, że wszyscy zawsze tak robili (i dlatego że zwykle są zabawne). Jeśli w dzieciństwie czytaliśmy książki, możemy pamiętać, kiedy niektóre z nich odkryliśmy po raz pierwszy. Terry wciąż ma egzemplarz Brewer’s Dictionary of Phrase and Fable (Słownik powiedzeń i opowieści Brewera), który kupił używany, kiedy miał dwanaście lat, i przeczytał od deski do deski (książka kosztowała go 10/6 – 10 szylingów i 6 pensów… dobrze, dobrze, 55 pensów, jakieś trzy tygodniówki). Ja sama pamiętam gorący letni dzień, który w wieku trzynastu lat spędziłam pod stogiem siana; po raz pierwszy zagłębiłam się wtedy w autentyczne, pełnowymiarowe opowieści o królu Arturze i jego rycerzach, jak je spisał sir Thomas Mallory w latach sześćdziesiątych piętnastego wieku, z dziwaczną pisownią i nieznanymi słowami. Większość jednak zwykle dorasta, wiedząc „od zawsze”, jak i kiedy należy odstukać w niemalowane drewno, kiedy skrzyżować palce i co się stanie, kiedy księżniczka pocałuje żabę albo chłopiec wyciągnie miecz z kamienia. Uznają za naturalne, że w przeddzień Środy Popielcowej je się naleśniki, na Halloween szykujemy dynie i przerażające kostiumy, ogniska na noc Guya Fawkesa 5 listopada i babeczki z bakaliami na Boże Narodzenie (czytelnicy niebrytyjscy powinni tu wstawić własne tradycyjne święta i potrawy).

 

Kim jest więc ten „folk”, ten lud, który zna „lore”, te mądrości? Odpowiedź brzmi: „Każdy z nas”. Błędem byłoby sądzić, że jedyny folklor godny tego miana poznajemy, odnajdując najstarszą staruchę w najbrudniejszej chacie w najnędzniejszej wiosce w najdalszej górskiej dolinie i wypytując ją na łożu śmierci. Każda grupa i podgrupa w społeczeństwie ma swoje żarty, wierzenia, swoje opowieści i tradycje. W tej właśnie chwili jakieś dzieci na placu zabaw chichoczą z najnowszego brzydkiego dowcipu (może, ale nie musi być tym, który znali też ich dziadkowie); młode matki uznają za oczywiste, że małe dziewczynki muszą ubierać się na różowo; studenci uczą się wzajemnie odpowiednika Piosenki o jeżu niani Ogg. A ponieważ tam, gdzie zabawa, są też pieniądze, na wielką skalę odbywa się handel kartkami urodzinowymi, wielkanocnymi jajkami, kartami na Dzień Matki, maskami halloweenowymi i tak dalej – tego rynku żaden rodzic nie ośmieli się ignorować. A dowolny pub w miasteczku czy zamek, który chce ściągnąć turystów, próbuje szukać barwnych lokalnych obyczajów i legend do wykorzystania.

Dawno minęły już czasy, kiedy uczeni upierali się, że „prawdziwy folklor” to coś przekazywanego z ust do ust, nie na piśmie. Nigdy nie było to podejście zbyt realistyczne, zwłaszcza w społeczeństwach umiejących czytać i pisać, gdzie całe pokolenia poetów, pisarzy i dramaturgów czerpały materiał z mitów i opowieści ludowych, zmieniały je i ozdabiały, a potem przekazywały przyszłym czytelnikom. A potem, być może, czytelnicy z kolei sami stawali się opowiadaczami i przekazywali historię dalej. Drzewo Folkloru nie ma nic przeciwko kreatywnym stolarzom.

Opowieści i wierzenia rozrastają się i mnożą we wszystkich dostępnych mediach, starych i nowych. Bezustannie żywią się, a potem zasilają gęstą zupę tradycji. Weźmy na przykład wampiry. Ile z tego, co „wie każdy, kto wie cokolwiek o wampirach”, pochodzi z dawnych wschodnioeuropejskich legend sprzed pięciuset lat, a co z powieści, filmów, komiksów i telewizji? Specjaliści potrafią to rozstrzygnąć, ale czy to ważne? Tu i teraz, w dwudziestym pierwszym wieku, wszystkie wampiry zlały się w jedną smakowitą zupę.

Folklor może sprawiać wrażenie, jakby nigdy się nie zmieniał, ale jeśli będziemy uważnie się przyglądać, zauważymy, że pewne rzeczy giną, a inne się pojawiają. W dzisiejszej Brytanii ludzie nie noszą żałoby przez długie miesiące, ale że żal potrzebuje ujścia, nowy zwyczaj pojawił się znikąd i szybko się rozpowszechnia – trzydzieści lat temu nikt nie myślał o budowie przydrożnych kapliczek z kwiatami w miejscach tragicznych wypadków, a dzisiaj wydaje się to właściwe i słuszne. Obyczaje wędrują też z kraju do kraju o wiele szybciej niż dawniej; od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku Brytania nauczyła się od Ameryki, że jeśli wiążemy żółtą wstążeczkę na drzewie albo płocie, to znaczy, że modlimy się o bezpieczeństwo jakiegoś zakładnika czy ofiary porwania, o której mówili w wiadomościach. Więcej: różnokolorowe wstążeczki i bransoletki wspierające słuszne sprawy pojawiają się dookoła – jak dawniej znaczki w klapach. I każdy rozumie, czego która dotyczy.

Na Dysku folklor jest o wiele bardziej stabilny. Pojawiają się nowe symbole – na przykład czarne wstążeczki, przyjęte ostatnio przez zreformowane wampiry (ich ziemskim odpowiednikiem są błękitne wstążeczki wiktoriańskich abstynentów); jest też gałązka bzu, którą Vimes i niektórzy inni z Ankh-Morpork noszą jeden dzień w roku, jak to wyjaśniono w Straży nocnej – ale nic nigdy nie jest odrzucane ani zapomniane. A to czyni świat Dysku cudownym miejscem do odkrywania trwałości i głębi, jaką niesie społeczeństwu tradycja, do uczenia się, jak ją doceniać.

Kiedy więc Terry zaprosił mnie, bym wraz z nim zbadała tę niezwykle bogatą sieć związków między światami, miałam tylko jedno zastrzeżenie: czy należy tak wiele wyjaśniać? Czy nie lepiej pozwolić czytelnikom cieszyć się takimi przebłyskami, sugestiami i tropami na wpół rozumianymi, i stopniowo dokonywać własnych odkryć?

Ale – jak powiedział Terry w innym miejscu – iluzjonista bawi lepiej od maga, ponieważ robi to podwójnie: raz bawi nas sztuczką, drugi raz sztukmistrzostwem.

Zatem werbel gra, kurtyna się rozsuwa i możecie patrzeć, jak pracuje iluzjonista…

Rozdział 1

KOSMOS: BOGOWIE, DEMONY oraz STWORY

Niezwykle wręcz ogromna jest rozszerzająca się membrana kontinuum czasoprzestrzennego. Czy nie powinniśmy nazwać jej nieskończoną?

Nie, wcale nie powinniśmy, jeśli nie chcemy zaczynać nierozstrzygalnej dyskusji zarówno z fizykami, jak i z filozofami – takiej dyskusji, w której ludzie składają palce w piramidkę i mówią bardzo powoli: „No-o cóż, wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod słowem »nieskończony«”. I powtarzają to w rozmaitych wariantach, dopóki nie skończy się piwo. Jeśli ktoś ma pecha, zdążą mu wyjaśnić, jak to nieskończoności występują w różnych rozmiarach.

Można chyba bezpiecznie stwierdzić, że na tej gumowej membranie występują grudy materii, które przemieszczają się i organizują w skomplikowane systemy. Miliardy takich systemów, ale dwa z nich zasługują na szczególną uwagę. Jeden składa się z dość kluchowatego i bardzo gorącego sferycznego jądra z żelaza i skał, w dużej części roztopionych, trzymanych razem własnym ciśnieniem i opakowanych w cienką, ale twardą skorupkę. Całość wiruje w przestrzeni pod wpływem sił grawitacji. To Ziemia, która jest okrągła jak kula. Drugi system jest okrągły jak talerz i przemieszcza się w bardziej statecznym tempie, wysiłkiem zaprzęgu słoni i żółwia. To Dysk.

Ich wspólną cechą jest to, że niosą przez kosmos ładunek świadomych, pomysłowych – możemy nawet miłosiernie stwierdzić, że inteligentnych – istot żywych. Przez wiele stuleci swej egzystencji istoty owe wygenerowały złoża myśli, informacji, emocji, wierzeń i wyobrażeń, otaczające ich światy niczym psychiczna atmosfera, noosfera. W ramach tej noosfery wytworzyły się schematy kierowane nieodpartą potęgą narrativum, imperatywu narracyjnego, mocą opowieści. Niektórzy uczeni nazywają te schematy motywami, inni toposami, dla jeszcze innych to memy. Najważniejsze jest, że są, wszyscy je znamy i że trwają. Co więcej, te najsilniejsze potrafią się replikować i dryfują potem przez multiwersum jako cząsteczki inspiracji, co prowadzi do naprawdę zadziwiających podobieństw między Ziemią i Dyskiem.

SŁONIE I ŻÓŁW

Absolutnie kluczowy i niezaprzeczalny fakt dotyczący Dysku to ten, że jest dyskiem. A przynajmniej jest niezaprzeczalny, o ile ktoś nie jest wyznawcą religii omniańskiej; wówczas musi temu faktowi zaprzeczać z całych sił. Dysk spoczywa na czterech gigantycznych słoniach (o imionach: Berilia, Tubul, Wielki T’Phon i Jerakeen), których kości są żyjącym żelazem, a nerwy są z żywego złota. Słonie natomiast stoją na skorupie Wielkiego A’Tuina, długiego na dziesięć tysięcy mil gwiezdnego żółwia, który w sposób celowy płynie przez kosmos. Jaki mógłby być ten cel, tego nie wiadomo.

Dziecko spytało kiedyś:

– Dlaczego Żółw pływa?

Na co mędrzec odparł:

– Dziecko, nie ma żadnego „dlaczego”. TAK… WŁAŚNIE… JEST.

Można to powiedzieć o wielu sprawach.

Na Ziemi „wszyscy wiedzą”, jak to kiedyś ludzie wierzyli, że ich świat także jest płaski, o ile w ogóle o tym myśleli. W rzeczywistości od kilku tysięcy lat rosnąca liczba wykształconych osób dysponowała wiedzą, że świat jest kulą. Ogólnie rzecz biorąc, rozsądek sugerował, by nie krzyczeć o tym na ulicy ze względu na możliwe niepokoje. Nie ma wątpliwości, że starożytni indyjscy uczeni posiedli tę wiedzę, ale że prawda występuje w wielu postaciach, pradawne epickie poematy hinduskie stwierdzają, że świat jest dyskiem.

Dalsze szczegóły indyjskiej kosmologii są zmienne. Według jednego mitu cztery (albo osiem) wielkie słonie, zwane diggaja albo diśāgaja, „słonie kierunków”, strzegą czterech (albo ośmiu) stron dysku, wspólnie z pewnym typem bóstwa zwanego lokapala, dosiadającym każdego z nich. Jednak najstarsze teksty nie twierdzą, że słonie te niosą świat. Za to według innego mitu świat spoczywa na grzbiecie pojedynczego słonia, Maha-Padma, a on stoi na żółwiu (lądowym) imieniem Chukwa. I wreszcie powiedziane jest w jeszcze innym micie, że bóg Wisznu przyjął kiedyś postać wielkiego żółwia (kūrma), tak ogromnego, że góra Meru, święta centralna góra świata, mogła oprzeć się na jego grzbiecie i być wykorzystana do ubijania oceanu. Na pewnym etapie, choć nikt nie wie kiedy dokładnie, wszystkie te legendy zaczęły zlewać się w jedno. W rezultacie niektórzy (ale nie wszyscy) hinduscy mitografowie uważają obecnie, że świat jest dyskiem niesionym przez cztery słonie stojące na żółwiu.

Rozmaite warianty tego mitu rozprzestrzeniły się do innych rejonów świata1. Jeden, który okazał się szczególnie popularny, obejmuje nieskończoną regresję żółwi. Mówi się, że pewien arogancki Anglik nabijał się z Hindusa, pytając, na czym stoi żółw; Hindus odpowiedział z całkowitym spokojem: „Ach, sahibie, dalej są żółwie do samego dołu”2. Inny wariant, wspomniany przelotnie w filmie Złodziej z Bagdadu, mówi o całkiem innych zwierzętach, ale jest wartościowy, ponieważ dodaje jeden istotny czynnik, mianowicie ruch. Ta wersja mówi, że świat spoczywa na siedmiu filarach, niesionych na barkach wielkiego dżinna, stojącego na orle, który usiadł na byku, który stoi na rybie – a ta ryba płynie przez morza wieczności.

Mitologia chińska także zna ogromnego kosmicznego żółwia, choć jest pewna różnica. Według Chińczyków nasz świat nie leży na grzbiecie zwierzęcia (ze słoniami czy bez), ale przelewa się wewnątrz niego. Plastron mieści oceany, na których unoszą się wszystkie nasze kontynenty, a kiedy spojrzymy w górę, na kopułę nocnego nieba, widzimy wewnętrzną stronę wielkiej skorupy nabijaną niezliczonymi gwiazdami.

Najwyraźniej odpryski informacji dryfowały przez multiwersum, tu i ówdzie zapuszczając korzenie. Ale pełna i cudowna Prawda znana jest jedynie na Dysku: Żółw Się Rusza!

A poza tą Prawdą leży tajemnica jeszcze głębsza, wspominana w legendach krasnoludów – legenda o piątym elefancie. Bowiem krasnoludy z Überwaldu opowiadają, że był kiedyś piąty słoń podpierający Dysk, ale spadł:

Mówią, że piąty słoń nadleciał przez atmosferę młodego świata wiele lat temu, rycząc i trąbiąc, i uderzył o grunt z taką mocą, że rozbił kontynenty i wyniósł łańcuchy gór. [Piąty elefant]

Nikt tego nie widział ani nie słyszał, ale krasnoludy mówią, że wielkie złoża rudy żelaza, złota i tłuszczu pod ich górami to szczątki piątego słonia. Dodatkowo, fala uderzeniowa zasypała ziemią tysiące akrów prehistorycznej trzciny cukrowej, wskutek tego powstał gęsty, krystaliczny cukier, nadający się do wydobycia. Te surowce są podstawą kwitnącego handlu wyrobami cukierniczymi oraz najwyższej jakości świecami, mydłem i olejami do lamp.

Żelazo, złoto i tłuszcz niewątpliwie istnieją. Jednak sama legenda stwarza poważne problemy. Jeśli cztery słonie wyznaczają cztery strony świata, to gdzie stał ten piąty? Pośrodku, by razem tworzyły wzór zwany kwinkunksem? Jeśli ześliznął się i spadł z grzbietu żółwia, jak mógł uderzyć o Dysk? Czyżby spadał do góry? A jeśli tak, to czy nie uderzyłby w dolną powierzchnię Dysku, zamiast przebijać się przez atmosferę? A może na krótko wszedł na orbitę? Krasnoludy są skryte, więc trudno liczyć, że kiedyś poznamy prawdę o tych zdarzeniach.

Niektórzy filozofowie z Efebu, wysłuchawszy tej opowieści, doszli do wniosku, że piąty elefant nie był prymitywną istotą materialną, podległą normalnym prawom fizyki, ale czystą, subtelną i eteryczną Kwintesencją Kosmicznej Gruboskórności. Nie widzimy go nigdzie, ponieważ jest obecny wszędzie. Bez niego cały wszechświat Świata Dysku przestałby istnieć. Zaskakującym przypadkiem dokładnie w ten sposób filozofowie starożytnej Grecji opisywali swój hipotetyczny piąty element – czy też pierwiastek albo żywioł: niewidzialna, niedotykalna Kwintesencja zapewniająca kluczową przeciwwagę dla czterech elementów materialnych: Ziemi, Powietrza, Ognia i Wody, a wszystkie pięć wspólnie tworzy wszechświat.

 

A może to tylko legenda. Legendy nie muszą mieć sensu. Wystarczy, że będą piękne. A przynajmniej ciekawe.

BOGOWIE

Przy ostatnim spisie liczba ważniejszych bogów znanych teologom badawczym na Dysku wyniosła około 3000 i rosła. Potencjalnie liczba ta jest nieograniczona, ponieważ w każdej chwili nowe bóstwo może być powołane do istnienia przez sam fakt, że jakaś istota ludzka (czy też przedstawiciel dowolnego innego świadomego gatunku) zechce uwierzyć, że owo bóstwo istnieje, i zapragnie oddawać mu cześć. Im więcej jest wyznawców, rytuałów, kaplic i świątyń, tym wyższy status bóstwa. I odwrotnie, ma się rozumieć, ponieważ wiara jest siłą życiową i pożywieniem bogów. Z upływem czasu poszczególni bogowie mogą tracić i tracą moc, gdy spada liczba wyznawców. Rzadko jednak stają się całkowicie pozbawieni znaczenia, a każdy porządny i dramatyczny cud szybko przywraca im wcześniejszy status, jak to wykazały wydarzenia opisane w Pomniejszych bóstwach. Dwoje z nich, Los i Szczęście (Pani), są praktycznie odporni na zmiany – nie mają świątyń, ale chyba nigdzie w multiwersum nie ma nikogo, kto by w nich nie wierzył. Dodatkowo krasnoludy sformułowały pojęcie odmiennego od pojedynczych bogów Stwórcy, którego nazywają Tak. Więcej na ten temat powiemy w następnym rozdziale.

Mieszkańcy Dysku w bardzo różny sposób podchodzą do bogów. Pewne grupy, zwłaszcza czarownice, magowie, policjanci i krasnoludy, ignorują ich. Nie żeby ktoś wprost zaprzeczał ich istnieniu – wiadomo, że kiedy wykryją realny ateizm, szybko sięgają po gromy – ale jest całkiem możliwe, by żyć spokojnie, w ogóle o nich nie myśląc. Podobnie obywatele Efebu nie zwracają szczególnej uwagi na swoje liczne bóstwa. Z drugiej strony kraina Djelibeybi roi się od lokalnych bóstw, ku których czci wierni kapłani w nieskończoność odprawiają święte rytuały. W Omni i Borogravii każdy aspekt życia zdominowany jest przez bardzo surowy kult jedynego boga, odpowiednio Oma i Nuggana. W Ankh-Morpork mamy do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem: świątynie stoją prawie na każdej ulicy, dość, by zaspokoić potrzeby każdej grupy etnicznej, a jednak nikt chyba nie mógłby nazwać tego miasta pobożnym. Mieszkańcy skłonni są czcić dowolne bóstwo, jeśli tylko sprzyja to rozwojowi handlu. W mieście (jak się dowiadujemy w Świecie finansjery) działa nawet klub boga miesiąca. A bóstwo obecnie zyskujące popularność to Anoia, bogini Rzeczy, które Utykają w Szufladach. Oto metafora życia w wielkim mieście: ludzie skłonni są zaryzykować niebiosa, ale korkociąg chcieliby dostać natychmiast, amen.

Główni bogowie, luźno zorganizowani w dość zrzędliwy panteon, wybrali na swe mieszkanie szczyt doprawdy zadziwiającej góry, Cori Celesti – dziesięciomilowej iglicy z lodu i skał, wznoszącej się ponad chmury w samym środku i osi Dysku. Ich dom, który nazwali Dunmanifestin, to naturalnie ogromny marmurowy pałac, stos podpór, pilastrów, pinakli, piramid, parapetów, perystyli, portyków, przedsionków, portali i pawilonów. Bogowie nie są raczej znani z dobrego smaku i wyczucia śmieszności ani też – w większości przypadków – z inteligencji.

Gdyby bogowie potrafili zajrzeć do innych wymiarów, odkryliby zaskakujące podobizny samych siebie w kosmicznych operach mydlanych Ziemi. Jedno, co chyba zauważyli, to trendy mody w boskich akcesoriach i stylach życia – gromy, kozie kopytka, głowy szakali i tak dalej. Skoro Zeus i jego zespół mają górę Olimp, a Wisznu i jego grupa górę Meru, bogowie Dysku wybrali dla siebie Cori Celesti, wyższą niż tamte dwie razem wzięte. Ta pasja, by dorównać wszelkim Zeusom, oznacza, że ktokolwiek ma pojęcie o międzywymiarowej mitologii, w Dunmanifestin będzie się czuł jak w domu.

Bogowie Dysku z pewnością zauważyli także, że wszelkie panteony spędzają dużo czasu na ucztach, a często grywają też w gry planszowe. Na przykład jedną z pierwszych rzeczy, jaką zajęli się nordyccy bogowie, kiedy już skończyli stwarzać kosmos, była przyjemna sesja hnefatafl, rozgrywana figurami ze szczerego złota. Hnefi oznacza pięść, a tafl to stół albo plansza, zatem nazwa tłumaczy się mniej więcej jako „gra planszowa na pięści”. Przypominała trochę warcaby, ale bardziej dyskową grę w łupsa. Uważa się, że przebieg rozgrywki decyduje o losach ludzi, bogów, olbrzymów i samego świata.

Gra najwyraźniej zostanie przerwana, a kamienie rozrzucone, kiedy bogowie i potwory staną do walki, gdy nadejdzie Ragnarok, Wojna na Końcu Świata, znana też jako Zguba Bogów albo Zmierzch Bogów. Potem, według staroislandzkiego poematu proroczego Völuspá (Wieszczba Wolwy albo Przepowiednia Wieszczki), powstanie nowy świat, a ocalałe młode pokolenie bogów przywróci zarówno kosmiczny porządek, jak i grę, która go wyraża:

I wtedy znowu znajdą w trawie

Pionki ze złota zrobione,

Co bogów służyły zabawie

Za czasów dawno minionych.

Na Ziemi jednak nie każdego cieszy myśl, że jest tylko pionkiem w grze prowadzonej przez bogów. Dwunastowieczny perski poeta Omar Chajjam wygłosił pełen rezygnacji smętny komentarz w swoich Rubajjatach:

Los szachownicą dni i nocy włada,

Gdzie w partii rola pionków nam przypada,

Które się wodzi, zbiera i ubija

I znów kolejno w pudełku układa3.

Bogom świata Dysku brakuje cierpliwości i wyobraźni, by grać w szachy, hnefatafl czy choćby warcaby; ich koncepcja rozrywki to wersja Węży i Drabin (rozgrywana z wysmarowanymi szczeblami), której towarzyszy intensywne obstawianie oraz blefowanie i oszustwa, co zbliża ją do pokera. Stawką w grze są dusze ludzi, a planszę stanowi pięknie rzeźbiona mapa Dysku z nałożonymi na nią kwadratami. Czasami figurami są potwory, częściej to pięknie wymodelowane figurki ludzkich istot, które nierozsądnie uczyniły coś, przez co dały się zauważyć. Mówi się, że ci nieszczęśni śmiertelnicy, spiesząc ku zgubie, słyszą niekiedy grzechot kości w niebiańskim kubku (w kształcie czaszki).

To jeden z powodów, by trzymać się od bogów z daleka, jak dobrze wie mag Rincewind:

Nie podoba mi się pomysł wyprawy w bliskie okolice bogów. Wiesz, dla nich jesteśmy zabawkami. I nie zdają sobie sprawy, dodał już w myślach, jak łatwo urywają się nam ręce i nogi. [Ostatni bohater]

A może (i nawet Rincewind w najczarniejszych chwilach o tym nie pomyślał) właśnie zdają sobie sprawę i uważają, że to zabawne. Tak w każdym razie uważał Will Shakespeare, kiedy pisał Króla Leara w jednej ze swoich najczarniejszych chwil:

Czym są muchy

Dla psotnych chłopców, tym ludzie dla bogów;

Gnębią nas dla zabawki4.

Bogowie od wieków toczą spór z Lodowymi Gigantami, gatunkiem supertrolli rozmiaru wielkich domów, pooranych bruzdami i kanciastymi. Giganci są zbudowani wyłącznie z lodu, który w świetle połyskuje błękitem i zielenią – poza małymi i głęboko osadzonymi oczami, czarnymi jak węgiel. Tak jak Zeus i Olimpijczycy pokonali wielkich Tytanów i uwięzili ich we wnętrzu wulkanów, takich jak Etna (gdzie wciąż się szarpią, wywołując erupcje i trzęsienia ziemi), podobnie Ślepy Io i inni bogowie Dysku pokonali Lodowych Gigantów i uwięzili ich pod wiecznym lodem Osi. Istnieje jednak proroctwo – bardzo nordycko brzmiące proroctwo, przepowiednia zguby i Końca Czasu:

Przed końcem świata wyrwą się na wolność i dosiądą swoich straszliwych lodowców, by odzyskać dawne panowanie. Zgniotą i stłumią ogniki cywilizacji, a świat legnie nagi i zamarznięty pod strasznymi zimnymi gwiazdami, dopóki sam Czas nie zamarznie. Albo jakoś tak. [Czarodzicielstwo]

Czy nadchodzi ze zlodowaceniem, czy z globalnym ociepleniem, z głośnym hukiem czy cichym skowytem, koniec świata nigdy nie jest zabawny.

Ślepy Io

Io jest przywódcą bogów. Jest starszym, siwowłosym i siwobrodym mężczyzną odzianym w togę. Nosi białą opaskę, która zakrywa gładką skórę w miejscu, gdzie powinien mieć oczy. Mimo to, i mimo swego imienia, Io widzi wszystko, co się dzieje, ponieważ w rzeczywistości posiada sporą liczbę niezależnych oczu (kilkadziesiąt), które fruwają wokół niego i pilnie się rozglądają na wszystkie strony. Tron Io także wysadzany jest oczami.

Ślepy Io jest Najwyższym Gromowładnym, ponieważ zaabsorbował w siebie wszystkich dyskowych bogów gromu. Jednakże posiada zbiór siedemdziesięciu młotów, dwustronnych toporów i piorunów w różnych formach, by przy każdym objawieniu dopasować się do miejscowych oczekiwań. Pozwala to uniknąć zbędnego niepokoju wśród wyznawców.