Ja, inkwizytor. Dotyk zła

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A bracia pani Esmeraldy?

– Nigdy między nami nie było niezgody. Znienawidzili mnie od czasu, kiedy zabiłem ich siostrę. – Hardo i patrząc na mnie, wypowiedział słowa „zabiłem ich siostrę”. – Zresztą czy można im się dziwić?

– Wróćmy pamięcią do owego nieszczęsnego dnia – zaproponowałem. – Oto siedzicie przy stole, żartujecie i... w pewnej chwili... Co się takiego zdarzyło, panie Pleiss?

– Poprosiła o wino – powiedział cicho. – Taka była zarumieniona, roześmiana, z błyszczącymi oczami. A ja pomyślałem sobie... – Westchnął chrapliwie. – A ja pomyślałem sobie...

Wyraźnie nie mógł wykrztusić dalszych słów, wreszcie złapał się za pierś i rozkaszlał. Atak trwał jeszcze dłużej niż poprzednio i Pleiss z trudem łapał po nim dech. Zwalił się ciężko na łóżko.

Pochyliłem się nad podłogą.

– W waszej plwocinie nie ma krwi – powiedziałem. – Jakżeż to więc wybieracie się umierać?

– Teraz nie ma. – Chciał machnąć ręką, nie zebrał jednak tyle sił, więc ledwo uniósł dłoń znad materaca. – Sam się dziwię... Ale co to ma właściwie do rzeczy?

– Ano nic. Opowiadajcie dalej, z łaski swojej. Skończyliście na tym, że poprosiła o wino.

Zamknął oczy. Tym razem chyba jednak nie po to, żeby przypomnieć sobie wszystkie szczegóły tragicznego zajścia, lecz by odgrodzić się od świata murem zamkniętych powiek. I odgrodzić się ode mnie, tak aby mogło mu się zdawać, że dokonuje spowiedzi przed samym sobą, nie przed obcym człowiekiem.

– Kiedy patrzyłem na nią – mówił głuchym głosem – taką szczęśliwą, roześmianą, piękną, kiedy tak patrzyłem na nią, wtedy pomyślałem sobie... pomyślałem sobie...

Matko Boska Bezlitosna! Czy kiedyś przejdziemy przez tę przeszkodę?! – wrzasnąłem w myślach, ale na zewnątrz jedynie zacisnąłem palce na kolanie.

– ...pomyślałem sobie...

Zacisnąłem na kolanie również palce drugiej dłoni.

– ...pomyślałem sobie, że jej nienawidzę – wykrztusił wreszcie. – I że chętnie zmazałbym uśmiech z jej twarzy. To było... to było... to było...

Oho, mieliśmy kłopoty z następnym słowem.

– To było obce... zwierzęce, ta nienawiść, to obrzydzenie, ta wściekłość. W tamtym momencie, w tamtej chwili, w tamtej minucie...

Czy on wiele zna jeszcze słów na określenie tego samego pojęcia? – pomyślałem.

– ...wtedy...

A więc znał!

– Wtedy wydawała mi się najszkaradniejszą, najobrzydliwszą i najbardziej godną pogardy istotą na całym świecie. Inkwizytorze! – Otworzył szeroko oczy. – Ja po prostu czułem, że moim zadaniem, moją misją, moją powinnością, jest wymazanie tego stworzenia ze świata żywych.

Co udało się wam nad podziw dobrze, zważywszy, że do dyspozycji mieliście jedynie wieprzową nogę, dopowiedziałem w myślach.

Długo oddychał spazmatycznie i bałem się, że znowu zakończy się to atakiem kaszlu. Udało mu się jednak powstrzymać.

– Potem widziałem wszystko jakby we śnie. Jakbym znalazł się w jakimś dziwnym odrętwieniu, gdzie nie ja kierowałem moimi własnymi ruchami. Usiadłem, napełniłem kieliszek winem i wypiłem do dna. I dopiero kiedy spojrzałem w jej... w jej... – załkał boleśnie i ukrył twarz w dłoniach – w jej martwą, zakrwawioną twarz, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, co uczyniłem. Wypadłem z domu i zacząłem krzyczeć. Zbiegli się ludzie, a potem, no, resztę już znacie...

Przez chwilę siedziałem w milczeniu, później wstałem.

– Dziękuję, panie Pleiss, że podzieliliście się ze mną tragicznymi wspomnieniami. Wiedzcie, że boleję razem z wami nad losem waszym i waszej żony.

– Jestem winien, prawda? – Podniósł na mnie pełne łez oczy.

– To będę musiał dopiero wykazać – odparłem. – Powiedzcie jeszcze, z łaski swojej, te ataki duszności, które was dręczą, czy nasiliły się, czy raczej osłabły po tych strasznych wydarzeniach?

– A wiecie, że osłabły – przyznał ze zdziwieniem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego faktu. – Widać Bóg chce, bym stanął na miejscu kaźni, będąc w pełni sił, i bym nieosłabiony chorobą przeżył każdą chwilę męki, jaką zgotuje mi kat.

– Być może macie rację – rzekłem. – Odwiedzę was jeszcze – dodałem i zastukałem w drzwi, by milicjanci wypuścili mnie na zewnątrz.


Mój gospodarz, Erich Grunn, był zwalistym mężczyzną w sile wieku, o oszronionych siwizną skroniach i wielokrotnie złamanym nosie, który zajmował mu bez mała połowę szerokiej twarzy.

– Gość w dom, Bóg w dom – rzekł, kiedy zobaczył mnie w progu. – Zachodźcie no, panie, pokój już wam kazałem wywietrzyć i wysprzątać.

– Nazywam się Mordimer Madderdin i jestem inkwizytorem – powiedziałem, choć na pewno już zdążono go poinformować, kim jestem i jak się nazywam. – Jak wiecie, przybywam tu, by zbadać sprawę nieszczęsnego zdarzenia, którego ofiarą była pani Pleiss. Mam nadzieję, że szybko zakończę całą rzecz i nie będę wam długo zawadą.

Z izby obok wypadł jasnowłosy chłopczyk, najwyżej trzyletni, jeśli nie myliła mnie zdolność oceniania wieku. Przytulił się do nogi ojca i zza tej bezpiecznej zasłony zerknął na mnie z ciekawością.

– Mój pierworodny. Michałek – rzekł Grunn z dumą w głosie i położył dłoń na ramieniu dziecka.

Miał ciężkie, spracowane ręce, ale zauważyłem, że gest był więcej niż delikatny, tak jakby mężczyzna obawiał się, że ramiona syna są z kryształu i mogą pęknąć pod dotykiem jego palców.

– Przywitaj mistrza inkwizytora, synku – nakazał łagodnym tonem.

– Dob-ry wie-czór – odezwał się smyk i zaraz potem zniknął za nogą ojca.

– Dobry wieczór, młody paniczu – powiedziałem z uśmiechem. – Umiesz się świetnie chować.

Grunn dał znak służącej, żeby zabrała dziecko, i zaprosił mnie, bym wszedł na schody.

– Macie pokój na piętrze – oznajmił. – Nikt wam tam nie będzie przeszkadzał.

– Uprzejmie wam dziękuję.

Zauważyłem jeszcze przez drzwi, że dziecko z rąk służącej odebrała młoda kobieta, tak młoda, że można było ją wziąć za córkę Grunna. Miała jasną twarz, starannie upięte złote włosy i suknię, w której nie powstydziłaby się pokazywać bogata szlachcianka. Otaczał ją słodki, delikatny zapach perfum przywodzący na myśl leśne konwalie ozłocone promieniami słońca. Najwyraźniej interes farbiarski szedł w Wittlich całkiem nieźle, skoro Grunna stać było, by dogadzać kaprysom młodej żony. Zresztą jak zdołałem się zorientować, kiedy poproszono mnie na kolację, ten dom był naprawdę bogaty. W przeszklonym kredensie pyszniły się srebrne, zdobione naczynia, ściany obito kolorowymi tapiseriami, a meble, ciężkie i rzeźbione, wykonano z cedru, który wszak nie należał do najtańszych gatunków drewna. W domu pomagały dwie służące, słyszałem też dochodzący z oddali głos kucharki. No cóż, widać trafiłem nie najgorzej i mogłem żywić tylko nadzieję, że gościnność moich gospodarzy dorównuje ich zamożności. Młoda, dostatnio ubrana kobieta okazała się, tak jak się po cichu spodziewałem, nie córką, a żoną mistrza farbiarskiego. Miała na imię Eliza.

– Straszna tragedia – westchnąłem, kiedy zakończyliśmy już modlitwę poprzedzającą posiłek. – Takie wydarzenie musiało wstrząsnąć mieszkańcami waszego spokojnego miasta. Dużo się pewnie o nim mówi, prawda?

Eliza chciała już coś odpowiedzieć, jednak mąż ją ubiegł.

– My żyjemy spokojnie i innym w okna nie patrzymy – rzekł, mocno artykułując słowa. – To sprawa między Pleissem, Panem Bogiem i trybunałem, nie nasza.

– Ale wyście dobrze znali Esmeraldę, czyż nie? – zwróciłem się do pani domu. – Zachodziliście na pewno do niej?

Nie ryzykowałem zbyt wiele, gdyż po pierwsze, dom Grunna od kamienicy należącej do Pleissa dzieliły ledwie dwie ulice, a po drugie, jeśli Esmeralda Pleiss tak lubiła dzieci, to na pewno nie odmówiła sobie przyjemności goszczenia wesołego chłopczyka i jego matki.

Tym razem Grunn już się nie odezwał, pozwalając odpowiedzieć żonie.

– To była dobra kobieta – odparła Eliza. – Biedna jak każda, której los nie pozwolił zaznać szczęścia bycia matką, ale dobra.

– Roberta Pleissa też uważano za dobrego człowieka – zauważyłem. – To prawdziwe nieszczęście, kiedy jeden dobry człowiek zabija drugiego dobrego człowieka.

– Ano, żebyście wiedzieli – wtrącił Grunn. – Tak właśnie jest, jako żeście rzekli. Prawdziwe nieszczęście. Ale cudze, nie nasze, Bogu dziękować, więc i nie ma o czym gadać.

Kobieta zwróciła na niego spojrzenie.

– Mistrz Inkwizytorium pragnie wywiedzieć się, co o tym myślimy. Tak jak i będzie pragnął się wywiedzieć, co myślą inni, którzy bywali u Esmeraldy. Sądzę, że nie ma w tym nic złego, jeśli powiemy, co nam wiadome. – Teraz odwróciła się w moją stronę. – A wiemy, że oni postępowali według boskich i ludzkich przykazań. Nigdy nie podniósł na nią głosu czy, nie daj Boże, ręki. Zresztą i mnie Pan nie poskąpił podobnego męża. – Położyła wąską dłoń na wielkim łapsku Ericha, a ten aż się rozpromienił, słysząc te słowa.

– Czasem w spokoju i ciszy również można krzywdzić człowieka – zauważyłem.

– Nie wyglądała na krzywdzoną. – Eliza potrząsnęła głową. – I być może w tej mierze my, kobiety, mamy lepszy wzrok nawet od inkwizytorów.

Grunn zesztywniał, jakby obawiał się mojej reakcji, lecz tylko się uśmiechnąłem.

– Pewnie jest, jak mówicie – zgodziłem się. – Toteż z tego właśnie powodu rzecz cała wydaje mi się wyjątkowo dziwna. A Maria Grolsch? Czy to też dobra kobieta? – zapytałem, mając na myśli kobietę, której zakazano wstępu do domu Pleissów.

– Mistrzu Madderdin – Grunn wyprostował się na krześle – czy nie mylicie kolacji z przesłuchaniem?

Rozłożyłem ręce i pochyliłem głowę.

 

– Upraszam o wybaczenie – powiedziałem łagodnie. – Może rzeczywiście pogawędźmy o przyjemniejszych sprawach. W końcu czasu mamy dość, a ja zostanę w Wittlich tylko tak długo, póki wszystkiego i na pewno nie będę wiedział.

Eliza parsknęła śmiechem, a mąż obrócił na nią zdziwiony wzrok. Jak widać, ona pojęła dwuznaczność mojej wypowiedzi, natomiast do jego umysłu dopiero wtaczał się ociężały wóz rozumienia.

– Co cię tak rozbawiło? – spytał z dobroduszną naiwnością.

No proszę, a jednak wóz się nie wtoczył. Bywa i tak.

– Nic, kochany, nic. – Znowu położyła mu dłoń na ręku. – Zjedz kuropatwę. Upieczona tak jak lubisz, w majeranku.

– O! – Twarz mu się rozjaśniła. – Dobra żona to skarb, mistrzu Madderdin, mówię wam: skarb. A wy możecie mieć żonę? Wolno wam?

– Nie jest to zabronione – odparłem. – Ale jakoś tak się zdarza, że ci spośród nas, którzy założyli rodziny, rzadko dochodzą do wysokich funkcji.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

– I może racja, bo kiedy człowiekowi zależy na rodzinie, to coraz chętniej uciekałby z pracy, a w pracy samej, zamiast myśleć o robocie, to myśli, czy aby dziecko nie zakaszlało, czy pod wóz nie wpadło, czy nie zadławiło się czymś, nie daj Boże...

– Czy żonka nie chowa kogoś pod pierzyną – dodała Eliza z filuternym uśmieszkiem.

– Eeee, nie. – Poczerwieniał i zakłopotany potarł brodę knykciami. – Skoro Bóg obdarował mnie miłością najpiękniejszej kobiety w mieście, to chyba nie po to, by mi ją zabrać? Nie mam racji, mistrzu Madderdin? Co?

– Ufam, że macie – odparłem grzecznie, choć trudno było powstrzymać mi się od myśli, że do pewnego czasu, podobnie jak Grunn, mógł myśleć również Hiob.

Zerknąłem szybko z ukosa na Elizę, która w blasku świec wyglądała naprawdę świeżo i ślicznie. Nie wiem, czy była najpiękniejszą kobietą w Wittlich, lecz ze swą jasną cerą, łagodnymi rysami twarzy i złotymi włosami nawet na magnackim dworze nie przyniosłaby wstydu. A przy tym wydawała się osobą obdarzoną większą lotnością umysłu od małżonka. Co, jak wiedziałem, nie zawsze wychodzi mężczyźnie na dobre.

– Czy macie jakieś ulubione dania, mistrzu? – Kobieta odwróciła się w moją stronę. – Coś szczególnego, co mogłabym wam przyrządzić?

– Nie śmiałbym nadużywać gościnności – rzekłem i kątem oka zauważyłem, jak Grunn kiwa głową najwyraźniej z uznaniem dla mojej powściągliwości.

– Już nie opowiadajcie. – Uśmiechnęła się. – Jestem pewna jak amen w pacierzu, że Bromberg wam nagadał o żółwiowej polewce...

– I o rakach – dodałem, odpowiadając jej uśmiechem.

– Co prawda, to prawda – wtrącił Erich. – Jak żyję, takich raków nie jadłem. Zresztą wiecie, ja to pół życia o takowych specjałach mogłem sobie jedynie pomarzyć. – Zaczął dokładnie wycierać sos chlebem. – Potem dopiero Bóg pozwolił, bym ciężką pracą zdobył to i owo. I Bóg też pozwolił, bym się mógł szczęśliwie dzielić swym plonem z rodziną.

Nic nie odpowiedziałem, bo cóż tu odpowiadać. Przytaknąłem tylko. Grunn mi się podobał. Był prostym, surowym człowiekiem, który jednak wydawał się mieć w sercu i umyśle wbudowaną busolę prowadzącą go w dobrym kierunku. Miałem więcej niż pewność, że tego człowieka dobrze mieć za przyjaciela, a niedobrze za wroga.

– Wasze zdrowie, panie Grunn. – Podniosłem kielich. – I wasze, miła pani.

– O nie! – Mężczyzna uniósł naczynie, lecz nie zbliżył go do ust. – Zawsze wpierw pijemy zdrowie naszego synka. Żeby żył szczęśliwy i zdrowy i żeby Pan Bóg oraz Aniołowie czuwali nad nim w każdej chwili jego życia.

Na twarzy gospodarza odbiło się prawdziwe wzruszenie, kiedy wypowiadał te słowa.

– Piękny toast – rzekłem. – Oby działo się, jak mówicie. Serdecznie wam tego życzę.

Wypiliśmy, a wino było naprawdę smaczne i jak podejrzewałem, nie należało do najtańszych. Ale cóż, człowiek, który własną ciężką pracą doszedł do majątku, miał przecież prawo tym majątkiem się cieszyć. O wiele bardziej podobał mi się niż ci, którzy chowają złoto po skrzyniach, skąpiąc go i sobie, i swoim najbliższym. A efekt podobnego postępowania jest zwykle taki, że kiedy podobny dusigrosz umiera, to rodzina, zamiast pogrążyć się w smutnej zadumie, zajmuje się zajadłym rozpruwaniem kufrów.

Z Erichem i Elizą pogawędziłem jeszcze chwilę, nieoczekiwanie ciesząc się towarzystwem szczęśliwych ludzi, którzy szczęściem tym nie chełpili się, lecz też nie zamierzali go ukrywać. Potem pożegnałem ich, gdyż rozumiałem, że w pewnym momencie obecność obcego człowieka staje się kulą u nogi. Zwłaszcza iż wcześniej Grunn napomykał, że chętnie widziałby w swym domu nie jedno dziecko, lecz stadko małych urwisów. Pomyślałem, że jeśli pójdę wcześniej spać, będzie miał większe szanse, by rozpocząć realizowanie swych zamiarów. A zważywszy na urodę jego żony, zapewne nikt nie musiał go do podobnego postępowania przymuszać kijem.


Następny dzień obudził mnie stukaniem deszczu w okiennice, ale zanim zdążyłem wyjść z domu Grunnów, ulewa zamieniła się najpierw w mizerny kapuśniaczek, potem w rzadką mżawkę, aż wreszcie zupełnie ustała. I tylko nad miastem nadal unosiła się zbita warstwa ołowianych chmur, tak że spoglądając w niebo, można było mieć wrażenie, iż zostało się zamkniętym w olbrzymiej jaskini o ciemnosinym suficie.

Postanowiłem odwiedzić Marię Grolsch, która została przegnana z domu Pleissów pod zarzutem kradzieży. Liczyłem, że złość kobiety nie ustąpiła i że w trakcie rozmowy wymknie jej się co najmniej kilka słów, które pozwolą mi lepiej poznać małżeństwo Esmeraldy i Roberta. A może nawet nie lepiej poznać, lecz przekonać się, co o tym związku mówi osoba im niechętna. Bo peany Ottona jakoś nie do końca do mnie przemawiały.

Marię Grolsch można było nazwać sąsiadką Pleissów, gdyż dom, w którym mieszkała, dzieliło ledwie dwieście, może dwieście dwadzieścia sążni od domostwa Esmeraldy i Roberta. Ale oba budynki dzieliło znacznie więcej niż odległość, bowiem znaleziona przeze mnie na pół przegniła i pokryta grzybem rudera była najwyraźniej jedną z najtańszych czynszówek w mieście. Śmierdziało wokół niej wylewanymi prosto na bruk nieczystościami, a w stęchłej sieni cuchnęło uryną. Kiedy wszedłem do środka, starając się oddychać przez usta, powitał mnie dobiegający z piętra kobiecy wrzask. Ktoś darł się wściekłym, szalonym krzykiem, nawet na chwilę niezamierającym, a tylko przechodzącym od świdrującego w uszach staccato aż do zagłuszającego wszystko legato (ostatnimi czasy zaszczyciłem pewną śpiewaczkę kilkoma wspólnymi nocami, więc podobna terminologia nie była mi obca). Trzeba przyznać, że wytrzymanie w podobnych warunkach stanowiło naprawdę sporą sztukę. Ciekawiło mnie, jak długo nieznana mi, a zapewne cierpiąca osoba potrafi tak wrzeszczeć.

Smarkaczowi, który doprowadził mnie pod drzwi Grolschowej, wcisnąłem w dłoń miedziaka, a potem zastukałem. Mocno, pięścią. Musiałem powtórzyć trzykrotnie ten manewr, zanim wreszcie drzwi się uchyliły.

Maria Grolsch była bardzo wysoką kobietą, niemal tak wysoką jak ja, a przecież wasz uniżony sługa nie należy do karzełków i rzadko kto patrzy na niego z góry. Może to też jakaś niemająca związku z fizycznymi warunkami cecha inkwizytorów? Że ludzie kurczą się, kiedy na nich spoglądamy, i dzięki temu wydajemy się nad nimi górować? W każdym razie Maria Grolsch była wysoka i mniej więcej tak samo powabna jak zagłodzona kobyła. Nawet zęby miała końskie: szerokie i żółte, kolorem nieodstające szczególnie od skóry twarzy.

– Czego? – warknęła od progu, przyglądając mi się niechętnym wzrokiem.

– Nazywam się Mordimer Madderdin i jestem inkwizytorem – odezwałem się na tyle głośno, by przekrzyczeć wyjącą na piętrze kobietę. Teraz wyła nieco ciszej (może zaczynała się męczyć?), ale nadal na tyle głośno, by przeszkadzać w konwersacji.

– Każdy tak może powiedzieć – nie spłoszyła się. – Macie jakieś dokumenty?

Musiałem nachylić się do niej, by usłyszeć, co mówi, a wtedy, niestety, owionął mnie trupi odór bijący z jej paszczy niczym ze świeżo otwartego grobowca. Wzdrygnąłem się i odsunąłem na krok. Ludzie zazwyczaj nie pytają inkwizytorów o dokumenty. Jeżeli pojawiamy się w służbowym stroju: czarnym płaszczu z wyhaftowanym połamanym srebrnym krzyżem, to sprawa jest oczywista. Jeśli natomiast występujemy, tak jak w tamtej chwili, w zwyczajnym, codziennym odzieniu, to najczęściej wystarcza samo słowo inkwizytora. Bowiem niezgodne z prawdą podawanie się za funkcjonariusza Świętego Officjum jest karane z całą bezwzględnością oraz surowością. Kłamcę skazuje się na śmierć, a publiczna egzekucja trwa całymi godzinami i stanowi świetny materiał do przemyśleń dla tych, którzy chcieliby popełnić podobną zbrodnię. Patrząc jednak od strony formalnej, kobieta miała prawo zażądać stosownych papierów. Wyjąłem więc z zanadrza pismo i rozpostarłem przed jej oczyma. Pełnomocnictwo jasno mówiło, że jestem inkwizytorem i zostałem oddelegowany do przeprowadzenia badania na terenie miasta Wittlich oraz okolic. Grolsch nie udawała nawet, że patrzy.

– Nie umiem czytać. Przyjdźcie no tu z kimś, kto umie i kogo znam, żeby mi...

Tego było już za wiele. Pchnąłem Marię w pierś otwartą dłonią tak mocno, że klapnęła tyłkiem na ziemię. Rozjazgotała się z twarzą ściągniętą nienawiścią, ale wtedy przekroczyłem próg i szturchnąłem ją szpicem buta pod żebra. Straciła dech, a wrzask umilkł. Nadal słyszałem jednak kobietę z piętra. Tym razem na szczęście tylko jęczała, a każdy jęk oddzielony był od drugiego solidnym interwałem.

– Może jednak uwierzycie, że jestem inkwizytorem? – spytałem łagodnie. – Łatwiej nam będzie wtedy dojść do ładu.

Wstała z trudem, pokasłując i stękając, chociaż nie kopnąłem jej na tyle silnie, by wyrządzić krzywdę. Zdumiało mnie tylko, jak bardzo jest blada. Mogło się zdawać, że za chwilę osunie się nieprzytomna na podłogę, tak bardzo nienaturalna była ta bladość. Jednak kiedy spojrzała na mnie, już stojąc, i zobaczyłem jej wzrok, zacząłem się zastanawiać, czy nie rzuci mi się z pazurami do oczu. Nie rzuciła.

– Trzeba było tak od razu. Zachodźcie – powiedziała nieoczekiwanie uprzejmie.

Co miała na myśli? Że kiedy tylko otworzyła drzwi, miałem ją sprać po pysku? Przecież inkwizytorzy to ludzie grzeczni, a ja należałem do tych o najgładszych obyczajach.

Sień była brudna i zagracona, pokój nie lepszy. Na podłogę rzucono dwa porwane sienniki z wystającymi kępami słomy, za stół służyła deska przerzucona przez dwa drewniane kloce, a za krzesło prosty, byle jak zbity kufer, straszący wystającymi po bokach przekrzywionymi główkami gwoździ. Krótko mówiąc, w tym domu bieda aż piszczała. Zresztą cóż tu mówić, nie tylko o biedę chodziło. Widywałem domy ubogich ludzi, którzy starali się jednak w miarę swych skromnych możliwości zadbać o porządek. Biedakiem jesteś z woli Boga, niechlujem jedynie z własnego lenistwa. Maria Grolsch okazała się dobitnym i pożałowania godnym przykładem kobiety niechlujnej. Nawet ściany w jej domu były brudnoszare, pełne nacieków i smug od sadzy, z burymi wykwitami grzyba.

– Siądnijcie no se, dobry mistrzu – zagruchała przymilnie. – Może co pojecie albo wypijecie?

Oczywiście. Właśnie po to przyszedłem do tej rudery. Na wytworny obiadek wzbogacony smakowitym napitkiem.

– Obejdzie się – burknąłem.

Usiadłem na skrzyni, sprawdzając przedtem, czy gwóźdź lub drzazga nie ukłują mnie w pośladki.

– Przychodziłaś do Esmeraldy Pleiss, prawda? – przeszedłem od razu do sedna sprawy, która mnie tu przywiodła. – Często tam bywałaś?

– Tam zaraz często. Tak jak dobra sąsiadka, wypytać niby co i jak...

– Później zakazano ci tam przychodzić, bo ukradłaś srebra, czyż nie?

– Nic nie ukradłam! – wrzasnęła, aż mi zaświdrowało w uszach.

– To może twój bękart?

Wgapiła się we mnie takim wzrokiem, że jeśli jej spojrzenie miałoby moc podpalania, to zamieniłbym się właśnie w kupkę popiołu. Grdyka na gęsiej, pomarszczonej szyi latała jej w górę i w dół.

– On nie jest żadnym bękartem – powiedziała po chwili dziwnie spokojnym głosem. – Ojciec mu umarł. I niczego nie ukradł! – Nie wytrzymała długo w tym udawanym spokoju i znowu się rozdarła: – Biedni jesteśmy, ale uczciwi!

– Naplułaś na panią Pleiss. Znieważyłaś ją na ulicy przy ludziach. Czemu?

– Bo ludzi oszukała! Gadała, żem złodziejka. A ja swoje prawa znam i nie dam się nikomu.

– Bardzo byłaś zła na panią Esmeraldę, prawda? I czego jej życzyłaś? Wszystkiego niedobrego. A może nie tylko życzyłaś? – Chwyciłem suchy przegub jej dłoni i ścisnąłem tak, że krzyknęła. – Może odprawiałaś czary? Może rzucałaś uroki? – Wzmocniłem chwyt, aż zwinęła się z bólu. – Mam cię zabrać na przesłuchanie? Chcesz, żebym pokazał ci narzędzia? A może każę badać twojego syna? I powiem mu, że musi cierpieć, bo matka robiła ludziom złe rzeczy? Chcesz, żeby twoje dziecko płakało w męce, płacąc za twoje winy?

 

Zemdlała. Po prostu zemdlała i upadła pod stół. Zakląłem i puściłem jej bezwładną dłoń. Szczerze mówiąc, nie takiej reakcji się spodziewałem, gdyż miałem nadzieję, że może w gniewie lub strachu wykrzyczy o jedno słowo za dużo. A ta jędza mi po prostu uciekła. Leżała teraz, świecąc białkami oczu, z zesztywniałą twarzą i głową odchyloną głęboko w tył, tak głęboko, że pod mostem z jej karku przemaszerowałaby pewnie cała armia szczurów. Gdyby nie fakt, że w tej ruderze zapewne nawet szczury wyzdychały.

Rozejrzałem się wokół. Odnalazłem dzbanek z urwanym uchem i zajrzałem do niego. W środku było trochę wody, więc chlusnąłem nią w twarz nieprzytomnej. Usta Marii Grolsch poruszyły się spazmatycznie, a tęczówki wróciły na właściwe im miejsce. Nie miałem przy sobie soli trzeźwiących, więc w zastępstwie kuracji szturchnąłem kobietę butem w ramię.

– Wstawaj no i sztuki mi tu nie odprawiaj – nakazałem surowo.

Zajęczała i zwróciła spojrzenie w moją stronę.

– Błagam. Nie ruszcie mego synka. Błagam was, dobry mistrzu, nie ruszcie go... – Po jej wyschniętych policzkach zaczęły płynąć łzy.

No proszę, proszę, a więc nawet tak nędzne stworzenie jak ona miało jakieś ludzkie uczucia.

– Musisz mi wszystko opowiedzieć, Mario – złagodziłem ton, ponieważ uznałem, że nadszedł czas, by gorycz szturchańców i pogróżek osłodzić uprzejmością. – Przecież nie jestem twoim nieprzyjacielem, a jedynie pragnę wyjaśnić tajemnicę nieszczęsnej śmierci sąsiadki. Jeśli mi pomożesz w tym zbożnym dziele, może będę miał dla ciebie coś więcej niż dobre słowo.

Stękając i sapiąc, podniosła się z podłogi. Przysiadła na skraju niskiego stołu, czujna niczym karaluch, który przed chwilą z trudem umknął przed podeszwą buta.

– Ile? – zapytała szybko, a jej ciemne oczy zalśniły. – Ile mi zapłacicie?

Cóż, jak widać, szybko dochodziła do właściwej sobie bezczelnej kondycji. Ale był to już krok w dobrą stronę, gdyż najwyraźniej uznała, że wie coś, za co warto zapłacić. Gdyby wasz uniżony sługa był psem na polowaniu, teraz właśnie postawiłby uszy.

– Cena zawsze zależy od jakości towaru – wyjaśniłem. – Ciekaw jestem, co takiego wiesz, Mario? Czy w ogóle może mnie to zainteresować? Nie za bardzo chce mi się wierzyć, że poznałaś coś poza babskimi plotkami... – nadałem głosowi ton lekceważenia.

– Oho, ho, bardzo byście się pomylili! – wykrzyknęła. – Już ja wiem, co za ziółko było z tej Pleissowej.

– Dlaczego tak mówicie?

– Ile dacie? Dajcie dziesięć koron, a powiem wam wszystko. Na miecz Panajezusowy wam przysięgam, że nie pożałujecie. – Dla dodania wagi tym słowom huknęła się pięścią w wychudłe piersi.

– Dostaniesz koronę i ani złamanego grosza więcej – powiedziałem twardo. – A teraz gadaj.

Przełknęła ślinę, poruszyła wargami, jakby pilnowała, by z jej ust nie wymknęło się przekleństwo, po czym westchnęła.

– Niech już będzie na wasze, szlachetny mistrzu – znów przymilnie zagruchała i ta przymilność wydała mi się jeszcze bardziej odrażająca. – Jeno dajcie od razu, cobyście potem nie przepomnieli.

Nie chciało mi się spierać z Grolschową, więc wyciągnąłem z mieszka jednokoronówkę i rzuciłem jej pod nogi. Cóż, jeśli opowieść mnie nie zadowoli, zawsze będę mógł odebrać pieniądze. Schyliła się błyskawicznie, pochwyciła monetę i obejrzała dokładnie ze wszystkich stron. Spokojnie czekałem. Wreszcie podkasała spódnicę, coś tam pod nią zagmerała, a ja pomyślałem, że właśnie chowa monetę w miejscu, do którego na pewno nie chciałbym z własnej woli sięgnąć. I tak właśnie straciłeś koronę, biedny Mordimerze, pomyślałem.

– Już wam wszyściutko teraz powiem. – Rozsiadła się wygodniej i złożyła dłonie na podołku. – Pleissowa chodziła za rzekę, do babki.

– Do babki? Do znachorki znaczy? I co w tym dziwnego? Nie mogła mieć dzieci, to szukała każdego sposobu.

– Nie, nie, nie. – Zamachała chudym palcem. Z obrzydzeniem zauważyłem, że zakończony jest on brudnym i długim szponem. – To nie tak, dobry mistrzu. Nie po to ona chodziła, by mieć dziecko, ale po to, żeby go nie mieć.

– Przecież była bezpłodna. – Wzruszyłem ramionami.

– Bezpłodna – prychnęła. – Od kiedy płód spędziła, to może i bezpłodna! Tak, tak – wykrzyknęła. – Wiem to na pewno! Spędziła!

– Kłamstwa – burknąłem, gdyż wiedziałem, że w małych miasteczkach ludzie żyją podobnymi historiami i często mało w nich jest prawdy. Nawiasem mówiąc, w dużych miastach wszystko wygląda podobnie, tylko tematów i obiektów do obmawiania jest więcej.

– Wiem to od samej babki!

– A po co do niej chodziłaś? Jakie sprawy masz ze znachorką? – zapytałem szybko i czujnie.

Zgarbiła się i opuściła wzrok.

– Zioła mi dawała, coby mnie w kościach mniej łamało, bo tak u mnie, że na każdą burzę, każdziuteńki deszcz, każdusią...

– Milcz! – warknąłem, bo biadolenie kobiety wyprowadzało mnie z równowagi. – Powiedz lepiej, gdzie ta babka mieszka. Gdzie za rzeką?

– Mieszka? Mieszka? Mieszkała, nie mieszka! – Ramiona aż jej się zatrzęsły ze śmiechu. – Będzie pięć lat, jak ją panowie inkwizytorzy spalili.

No i masz babo placek, westchnąłem w myślach, gdyż w tym miejscu trop się urywał. Chciałem jeszcze spytać, za co ją spalili, ale potem machnąłem ręką. Czy to ważne za co? Ważne, że nic już mi nie powie ani o Pleissowej, ani o innych swoich sprawkach.

– Tu ją spalili?

– Ano tu. – Pokiwała głową. – Widowisko było jak się patrzy. Na rynku babkę postawili, za rękę łańcuchem przywiązali do żelaznego pala, wkoło drew nałożyli i podpalili. A babka, choć stara, to tak biegała, tak biegała – Grolsch prychnęła z rozbawieniem – jakby jej z pięć krzyżyków ujęli. No, ale w końcu się upiekła.

Ten rodzaj kaźni, o którym opowiadała, rzeczywiście czasami stosowano, najczęściej w przypadku zatwardziałych heretyków, czarowników lub wiedźm, którzy nawet w obliczu pewnej śmierci i męki nie chcieli pojednać się z Panem Bogiem oraz Kościołem. Przy podczepieniu odpowiednio długiego łańcucha i przy umiejętnie podłożonych drwach skazany mógł cierpieć ładne kilka godzin, co jak wiedziałem, zawsze, ale to zawsze dostarczało nie lada uciechy zgromadzonemu tłumowi. Jeśli ktoś był mądry, sam od razu szedł w płomienie, by nie przedłużać cierpienia. No, ale by tak uczynić, trzeba przecież wykazać się wielkim hartem ducha, gdyż słaba ludzka natura wzdraga się zwykle przed samounicestwieniem. Zresztą skazani często do samego końca żywili nadzieję na ocalenie. Twardo stąpający po ziemi realiści liczyli, że spadnie ulewny deszcz i egzekucja się odwlecze, natomiast marzycielscy idealiści wierzyli, że z czeluści piekielnych wychynie diabeł i zabierze ich do swego królestwa. Deszcz czasami rzeczywiście potrafił zakłócić przebieg egzekucji, o przypadku z demonem jednak nie słyszałem.

– A rajcy Boemischowi ze śmiechu od patrzenia na tę gonitwę babki koło słupa aż coś się w środku rozpękło. I skonał biedaczyna następnego dnia – dodała Grolsch, po czym zrobiła smutną minę.

– Czort z nim – mruknąłem. – Ty mnie tu nie zagaduj babką i jej historią. Znasz kogoś, kto może potwierdzić, że mówisz prawdę? Że Esmeralda Pleiss zabiła nienarodzone dziecko?

– A co to niby za dziecko, kiedy jeszcze siedzi w brzuchu? – oburzyła się. – Usunąć takie coś to jak narośli się pozbyć albo paznokcia... O! – Pokiwała znowu tym długim szponem.

Nie wytrzymałem i chwyciłem ją za kudły, po czym trzasnąłem jej łbem o blat. Nie za mocno, żeby znowu nie omdlała, no i musiałem uważać, żeby jej przypadkiem nie zabić. Przynajmniej póki nie zadam jeszcze kilku pytań. Później niech sobie zdycha...

– To jest człowiek, wiedźmo! – warknąłem. – W brzuchu czy nie w brzuchu, ale mały człowiek! I jego życie należy do Boga, nie do ludzi.

Puściłem ją i strzepnąłem z dłoni kłaki, które zostały mi pomiędzy palcami. Grolsch zsunęła się ze stołu i odczołgała ode mnie na bezpieczną odległość, a potem skuliła przy ścianie. Znowu czujna niczym przerażony szczur i najwyraźniej wściekła, iż przez chwilę zapomniała o tej czujności. Wiedziałem, że uniosłem się bez potrzeby, gdyż podobnym kreaturom co Maria Grolsch nie wbije się do łba miłości do żywych istot ani dobrocią, ani przemocą. Ba, gdybyż do szlachetnych uczuć dało się nakłonić ludzi pięścią czy butem, jakże szybko świat pławiłby się w nieustającej szczęśliwości!