Ja, inkwizytor. Bicz Boży

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pokornie wam dziękuję – odparłem z uśmiechem, gdyż zawsze lubiłem ludzi potrafiących szczerze wyrażać swe poglądy.

Otrzepał dłonie jedną o drugą, a potem o uda i westchnął, jak sądziłem, na poły ze zmęczenia, a na poły z zadowolenia. Może z wykonywanej pracy, a może z mądrości, którymi mnie przed chwilą raczył.

– Jedźcie z Bogiem – rzekł. – I odnajdźcie prawdę.

Pokiwałem mu ręką, podszedłem do mego wierzchowca, lecz zdecydowałem się jeszcze nie wyjeżdżać za bramę. Cofnąłem się do pałacu, gdzie znalazłem Peipera i zamieniłem z nim kilka słów. A potem już mocno pogoniłem konia, gdyż Gregor Vogelbrandt nie lubił, kiedy jego podwładni spóźniali się na wyznaczone spotkania.

Rozdział III. Misja

Zebraliśmy się w dużej izbie zajmowanej przez Gregora. Przełożony nie poprosił nas, byśmy usiedli, więc staliśmy na środku pomieszczenia niczym służba wezwana, by wydać jej rozkazy. No i prawda jest taka, że byliśmy służbą. Szkoda tylko, że Gregor zapominał, iż byliśmy sługami Boga, nie żadnego człowieka. Pomyślałem, że kto wie, może nadejdzie czas, gdy arogancki Gregor zapłaci za swój brak taktu oraz wyrozumiałości.

– A więc nic – zimnym tonem podsumował nasze relacje Vogelbrandt.

I generalnie miał rację, gdyż, niestety, niewiele mieliśmy do zameldowania. Najpierw Voerter rozwlekle opowiadał o tym, czego się dowiedział, penetrując okolicę, w której popełniono zbrodnię, lecz wszystkie jego wywody można było podsumować słowami: nic niezwykłego, nic ciekawego. Owszem, kilku chłopów widziało jadącego stępa biskupa, a jeden podobno nawet podbiegł w pobliże dostojnika, czapkował mu i pokornie wyłuszczał jakąś prośbę, nie doczekał się jednak ani odpowiedzi, ani nawet by zwrócono na niego uwagę. Biskup po prostu jechał przed siebie i zdawał się pogrążony w rozmyślaniach lub modlitwie.

– Albo przydrzemał – zauważył Hoffman. – Jak zdarzyć się może każdemu staremu próchnu, kiedy pogrzeje się na słoneczku.

– Stajenni, ogrodnik oraz odźwierny mówili mi to samo – wtrąciłem. – Opowiadali, że biskup jechał z przymkniętymi oczami i zdawał się nie zwracać uwagi na nic ani na nikogo.

– Czasami tak się zdarza, gdy człowiek pogrążony jest w głębokim strapieniu – odezwał się niepewnie Hoffman.

– Czy było to inne zachowanie niż zazwyczaj? – spytał Vogelbrandt, ignorując słowa Hugona.

– Otóż to, Gregorze, otóż to! Schaeffer niemal zawsze zagadywał do służących, a przynajmniej odpowiadał skinieniem głowy lub chociażby uśmiechem na ukłony – wyjaśniłem. – Zdumiewające, lecz przy wszystkich swych wadach i słabościach był to człowiek więcej niż uprzejmy. Odniosłem wrażenie, że lubił, kiedy dworzanie mówili o nim jako o dobrym, ludzkim panisku.

– A był taki naprawdę?

– I tak, i nie, Gregorze. Kilka razy ponoć zbyt prędko podpisał jakieś wyroki, jednakowoż mówiono, że potem szczerze żałował popędliwości i modlił się za dusze niesłusznie skazanych...

– Pomogło im to pewnie jak kotu kadzidło – zarechotał Hoffman.

– Mówi się: jak umarłemu kadzidło. – Vogelbrandt obrócił nieprzychylne spojrzenie na naszego towarzysza. – A poza tym milcz, jeśli nie masz nic istotnego do powiedzenia.

Hoffman poczerwieniał, opuścił głowę i bąknął tylko coś, co chyba miało brzmieć jak: „Oczywiście, Gregorze”.

– Co to byli za ludzie? Ci skazani? – przełożony znów zwrócił się do mnie.

– Nikt istotny. Poza tym ostatnia taka sprawa miała miejsce kilka lat temu. Natomiast teraz mówiono, że Schaeffer jakby złagodniał, zdobroduszniał. Jedyne, co się nie zmieniło, to że bezwzględnie ściągał podatki, cła, myta, w ogóle wszystkie należne mu trybuty.

– Gdyby za takie sprawki miano zabijać, nie mielibyśmy już szlachty – uśmiechnął się Vogelbrandt.

Potem zrelacjonowałem dokładnie rozmowy z dworzanami biskupa, a szczególną uwagę poświęciłem Konradowi Peiperowi oraz Teobaldowi Kranklowi.

– Sądzisz, że któryś z nich? Obaj razem? W zmowie?

– Raczej nie, Gregorze. Cóż by im przyszło ze śmierci chlebodawcy?

– A jeśli Krankl zdefraudował pieniądze? – poddał myśl Vogelbrandt. – Mówiłeś przecież, że zajmował się finansami biskupa. Wyobraźmy sobie więc, że Schaeffer trafia na trop oszustwa. Jego sekretarzowi grozi nie tylko kompromitacja, ale proces, bieda, może i śmierć. Przekupuje Peipera i razem doprowadzają do zgonu biskupa.

– Czemu nie pozorują wypadku? Choroby? Dlaczego szykują tak niezwykłe widowisko?

– By skierować nasze podejrzenia w złą stronę.

– Nie przekonuje mnie twoja koncepcja, Gregorze.

Vogelbrandt westchnął.

– Nie martw się, Mordimerze. Mnie też nie przekonuje. Za dużo zachodu, za dużo niebezpieczeństw po drodze, za dużo ryzyka, że wszystko w pewnym momencie się posypie. O wiele łatwiej byłoby przeprowadzić inną intrygę.

– Na przykład zwalić winę na któregoś z kochanków biskupa.

– Właśnie tak, Mordimerze, właśnie tak. Zarżnąć Schaeffera w łóżku i zaraz potem usiec jego chłoptasia, niby przyłapanego na gorącym uczynku albo ucieczce.

Milczeliśmy wszyscy przez chwilę.

– Czy doszedłeś, którego ze służących nie było tego dnia na terenie pałacu?

– Oczywiście, Gregorze. Wypytywałem niezwykle szczegółowo. Każdy przesłuchiwany musiał mi opowiedzieć, kogo widział po południu w pałacu, a czyja nieobecność rzuciła mu się, być może, w oczy.

– I czyja?

– No i właśnie niczyja. – Wzruszyłem ramionami. – Owszem, kilku służących nie było na terenie posiadłości, jednak wysłano ich z konkretnymi poleceniami. Kazałem sprawdzić wszystkich i wszyscy mają dobre wytłumaczenie. Choć czy te tłumaczenia są we wszystkich wypadkach prawdziwe, wymagać jeszcze będzie ustalenia. Sprawdzenie tych detali zleciłem Peiperowi, lecz wątpię, byśmy doczekali się jakichś rewelacji.

– A miejsce? – zapytał Gregor. – Czy któryś z was wypytał o historię tego miejsca? Wzgórza, na którym spalono Schaeffera?

Spojrzeliśmy z Andreasem i Hugonem po sobie i zgodnie zaprzeczyliśmy.

– Tyle, co wiedzieliśmy na początku – odrzekłem za nas trzech. – Na szczycie stała niegdyś murowana szubienica. Solidna. Duża. I ośmiu chłopa dało się na niej naraz powiesić.


– Na takim odludziu stała szubienica – powtórzył Vogelbrandt. – Nie zastanowiło was, orły wy moje, czemu zbudowano szubienicę tak daleko od jakiejkolwiek wsi? Nie mówiąc już o mieście.

– To chyba stara historia – mruknął Voerter. – Może kiedyś pod wzgórzem było miasto albo chociaż wioski, czy ja wiem...

– Może! Chyba! Czy ja wiem! Kto wie! Tak ostatnio wyglądają raporty inkwizytorów? – Jeszcze nigdy nie widziałem Gregora tak wściekłego.

Opuściłem głowę i kątem oka dostrzegłem, że moi koledzy uczynili podobnie. Kiedy Vogelbrandt się pieklił, można było zrobić tylko jedno: schować uszy po sobie i próbować przeczekać burzę.

– To aż cztery godziny drogi od biskupiego pałacu – odezwał się po dłuższej chwili Vogelbrandt już spokojniej. – Czemu morderca zadał sobie tyle trudu?

– Jakiż trud, skoro biskup sam przyjechał – nie zgodził się Hoffman.

– To odludna okolica. Zbrodniarz mógł więc wszystko przyszykować bez zwracania na siebie uwagi – dodał Voerter.

– Ułożenie podobnego stosu, jaki widzieliśmy, stanowi niełatwe zadanie – wtrąciłem. – Ale zgadzam się, że na tym odludziu istniała spora szansa, by wszystko przygotować w tajemnicy.

– W okolicy jest kilka podobnych wzniesień. Czemu morderca wybrał akurat to, nie inne? – Vogelbrandt wrócił do znaczenia wzgórza w całej historii.

– Sądzisz więc, że Szubieniczna Góra może odgrywać szczególną rolę? Hmmm... – Voerter podrapał się po nosie. – Wybadam natychmiast całą rzecz. Jeśli karczmarz nie będzie wiedział, popytam na dworze barona. To do niego należy wzgórze. Wiesz, o kogo mi chodzi, prawda? Mówię o tym baronie, który polował nieopodal w czasie tego nieszczęsnego zdarzenia.

– Tak, tak, i który nic nie wie, i nic nie widział. – Gregor machnął ręką. – Więc do roboty, Andreasie. Wyjaśnij sprawę. – Nie czekając, aż Voerter opuści pokój, znowu spojrzał na mnie. – Nikt poza tym, Mordimerze, nie zwrócił twojej uwagi?

– Bardzo mi przykro, Gregorze. Wszyscy wydają się tak samo niewinni, czy może raczej – skrzywiłem usta – tak samo winni.

– Zacznijmy kwalifikowane przesłuchania – zaproponował Hoffman. – Po kolei. Od najprostszego stajennego czy kuchcika aż po oficerów i sekretarza. W końcu coś znajdziemy.

Vogelbrandt przymknął oczy.

– Ilu tam jest ludzi służby?

– Będzie setka – wyjaśniłem.

Nasz przełożony odemknął powieki i skupił spojrzenie na Hoffmanie.

– Chcesz więc, Hugonie, rozpocząć tortury stu osób. A nas, przypominam, jest czterech.

– Możemy prowadzić przesłuchania równolegle, ściągnąć oprawców z...

– Mordimerze?

– W ostateczności jest to jakiś pomysł – przyznałem niechętnie. – Chociaż nie wiem, czy gra okazałaby się warta świeczki. Niby czemu mamy torturować ludzi, którzy znajdowali się dwadzieścia mil od miejsca zbrodni? I to w dodatku stu!

Gregor skinął głową i skrzywił się z wyraźnym bólem. Jak widać, nawet tak niewielki ruch (i to częścią ciała oddaloną przecież od siedliska boleści) sprawiał mu nieznośną mękę.

– Trudno nie przyznać ci racji, Mordimerze. Chociaż myśl Hugona nie jest tak całkowicie pozbawiona rozsądku. Wiemy przecież, że gniazdo os najgłośniej brzęczy, kiedy nim gwałtownie potrząsnąć...

 

Zadowolony Hoffman skwapliwie pokiwał głową.

– ...jednak pomysł prowadzenia kwalifikowanych przesłuchań na setce ludzi przez czterech inkwizytorów wydaje mi się niefortunny. – Uśmiech stężał Hoffmanowi na twarzy. – Co nie znaczy, że nie mamy tymże pomysłem zagrozić. Mordimerze, zawiadomisz Konrada Peipera, że Inkwizytorium poważnie rozważa koncepcję uwięzienia wszystkich dworzan biskupa, poczynając od najmniej ważnych aż po najważniejszych. Oczywiście będą przesłuchiwani i jeśli zajdzie taka konieczność, torturowani. Chyba że do tej pory znajdzie się właściwy sprawca...

Vogelbrandt znów przymknął oczy, a ja dostrzegłem, jak drżą mu dłonie, które opierał na poręczy fotela. Aż zbielały mu kostki śródręcza.

– Miejmy nadzieję, że to coś da – dokończył słabym głosem.

– Gregorze, wybacz pytanie, czy w zaistniałej sytuacji nie powinniśmy jednak zawiadomić Hezu. Sam przecież powiedziałeś, że jest nas tylko czterech... – ośmielił się Hoffman, lecz w tym wypadku wydawało mi się, że ciężko odmówić racji jego sugestii.

– Tak. Tak. Już niedługo... – szepnął Vogelbrandt. – A teraz idźcie już. No idźcie!

Posłusznie opuściliśmy komnatę przełożonego.

– Dlaczego go nie operujesz, Hugonie? – spytałem, kiedy tylko drzwi się zamknęły.

Hoffman wzruszył ramionami.

– A proszę cię bardzo! Idź i namów Gregora, żeby dał się operować. – Machnął dłonią. – Ile ja się go naprosiłem, nie masz pojęcia. Przecież widzę, jak cierpi.

– Boi się? – zdumiałem się, gdyż zawsze uważałem Vogelbrandta za człowieka z kamienia i stali.

– Boi się, boi, każdy by się bał... W tym stanie nie wiem, czy operacja cokolwiek da. Jeśli chciałbym wszystko usunąć – skrzywił się – wtedy powstanie jedna wielka rana, Mordimerze. A nie ma nic prostszego, niż zakazić taką ranę.

– Chcesz powiedzieć, że Gregor umrze?

– Moim zdaniem: tak. – Hoffman obniżył głos do szeptu: – Ale bynajmniej nie z powodu hemoroidów.

– Jak to? Nie rozumiem, co masz na myśli.

– A co tu rozumieć? Powiesi się albo poderżnie sobie żyły. Myślisz, że ile można wytrzymać taki ból? I głowę dam, Mordimerze, że z tego powodu Gregor nie chce zawiadamiać Hezu.

Przysiedliśmy na ławie na parterze gospody.

– Przyznam, że się gubię – powiedziałem. – I nie bardzo widzę związek między pomocą z Hezu a obolałym tyłkiem Gregora.

– Mój Boże, czyś ty się zakochał, czy co, że w ogóle nie myślisz? – Hoffman pokręcił głową i spojrzał z wyraźnym politowaniem. – Gregor uważa, że to może być jego ostatnia sprawa. I chce ją rozwiązać sam, rozumiesz? Być tym, którego się zapamięta jako przenikliwego i rozumnego śledczego. A nie jako podrzędnego inkwizytora z podrzędnego oddziału Świętego Officjum, który musiał wezwać pomoc, kiedy tylko zetknął się z poważniejszą sprawą.

– Myślisz? – Byłem naprawdę zdziwiony, gdyż nigdy nie podejrzewałbym, że Gregorowi tak bardzo zależy na opinii bliźnich. – Przecież to, co zrobiliśmy w zeszłym roku, to, jak oczyściliśmy Bielstadt i okolice... Czyż tamte czyny nie wystarczą Gregorowi, by uznał, że zostanie zapamiętany?

– Ludzie, których złapaliśmy i spaliliśmy w Bielstadt, lękali się Świętego Officjum. A ten człowiek, ten morderca biskupa, rzucił nam bezczelne i zuchwałe wyzwanie. Czyż nie tak?

– Hm, trudno się z tobą nie zgodzić. Ale czy Gregor tak myśli? Nie wiem...

– Jestem tego pewien. – Hoffman podniósł się z miejsca. – Za to nie jestem pewien, co my powinniśmy uczynić z tym kłopotem – mocno zaakcentował słowo „my”.

– Z hemoroidami Gregora? – spytałem niewinnie.

– Dobrze wiesz, o czym mówię.

Oczywiście, że wiedziałem. Hugon zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyśmy sami zawiadomili inkwizytorów z Hez-hezronu o nietypowej i zagadkowej sprawie. Szkopuł tkwił jednak w tym, że nigdzie nie przepadano za inkwizytorami, którzy omijali drogę służbową. Jeśli raz sprzeciwiłeś się przełożonemu, kto zagwarantuje, że nie zrobisz tego po raz drugi? Jeżeli odmówiłeś wykonania polecenia, które okazało się niefortunne, kto zagwarantuje, że nie odmówisz wykonania ważnego rozkazu tylko dlatego, iż wyda ci się niewłaściwy?

– Jesteś lekarzem – stwierdziłem na pozór bez związku z sytuacją, lecz Hoffman natychmiast zrozumiał sugestię.

– Oczywiście – rzekł i uśmiechnął się szeroko. – Oczywiście. Masz rację. Jednak poczekam jeszcze dzień lub dwa.

I w ten sposób wilk będzie syty, a owca mniej więcej cała, pomyślałem. Chodziło bowiem o to, że Hugon jako wykwalifikowany medyk mógł zdecydować, iż choroba uniemożliwia Gregorowi podejmowanie racjonalnych decyzji. A jako jego zastępca musiał w związku z tym zawiadomić Hez-hezron. W ten sposób nie doczeka się opinii nielojalnego podwładnego, a wręcz przeciwnie: zręczne wybrnięcie z trudnej sytuacji powinno zostać docenione przez zwierzchników.


Z zadowoleniem przekonałem się, iż Gregor potrafi jeszcze wcale bystro rozumować, pomimo iż był przyciśnięty bólem. Oczywiście jego pomysł, by zbadać historię Szubienicznej Góry, nie był olśniewający lub genialny, gdyż każdy, kogo nie obarczono pracą nad miarę (tak jak nie przymierzając mnie), prędzej czy później uznałby takie postępowanie za konieczne. Tak czy inaczej, wyszło szydło z worka, ponieważ okazało się, że wzgórze, na którym spłonął biskup, miało całkiem interesującą przeszłość.

– Miałem szczęście, gdyż syn miejscowego barona jest wielkim miłośnikiem historii. – Voerter był wielce zadowolony z siebie. – Wie chyba o wszystkim, co zdarzyło się na tych ziemiach od czasów Jezusa.

W słowach mojego kolegi istniała niewątpliwa przesada, gdyż po odejściu Chrystusa nastały czasy zamętu i jeśli jeszcze można było ze źródeł wywiedzieć się dokładnie, co działo się w Italii, Hiszpanii, Galii czy Małej Azji, to na pewno mogliśmy się tylko gubić w przypuszczeniach na temat zdarzeń we wschodniej Germanii.

– Wyobraźcie sobie, że na tym wzgórzu – kontynuował Andreas – poganie urządzali całopalne ofiary z ludzi, by przebłagać swych bogów...

– No! – klasnął w ręce Hoffman. – Więc to po prostu pogański spisek. Jesteśmy w domu!

Gregor spiorunował Hugona wzrokiem, lecz nie odezwał się do niego, tylko ponaglił Voertera:

– Dalej, dalej...

– Potem jednak, kiedy nasz Kościół rozpostarł nad Germanią miłosierny płaszcz świętej wiary, na Szubienicznej Górze spalono wszystkich pogańskich kapłanów. A później przez wiele lat palono tych, których podejrzewano o sprzyjanie Starym Bogom.

– Demonom – poprawił go Hoffman z wyraźną naganą w głosie.

– Dla tych, których palono, nie były to żadne demony, tylko Starzy Bogowie – Voerter nie przejął się uwagą.

– Jeśli miejsce zbrodni ma jakiekolwiek znaczenie dla mordercy, jeśli ten człowiek czy ci ludzie chcą nam przez nie coś pokazać, to co to niby ma być? Że biskup był poganinem? Że wyznawał Starych Bogów?

– Słyszałem dziwniejsze rzeczy – odezwał się wreszcie Vogelbrandt.

– To prawda – gorliwie przytaknął Andreas. – Biskupi są zwykle uczeni, a dobrze wiemy, że rzadko kiedy wiara ma gorszego wroga niż człowiek uczony, gdyż zadawanie pytań i stawianie hipotez tylko jeden maleńki kroczek oddziela od obmierzłej herezji.

– Dobrze, dobrze – mruknął Gregor. – Do rzeczy.

– Przeszukania w pałacu nie dały efektów – wtrąciłem. – A już tym bardziej nie znalazłem żadnych śladów odprawiania pogańskich rytuałów. Inna rzecz – dodałem po zastanowieniu – iż to ogromny budynek, a ja dysponowałem jedynie służbą biskupa. Mogli coś ukryć przede mną, mogli również badać pałac bez stosownej sumienności.

– Jeśli połączymy treść listu z miejscem morderstwa, to jakie wnioski nasuwają się wtedy na myśl? – zapytał Vogelbrandt.

Czekałem spokojnie, aż moi starsi koledzy się odezwą, ponieważ nie zdecydowali się zabrać głosu, odparłem:

– Jeśli Kościół uznać za drzewo, hierarchowie będą jego korzeniami. Ktoś zabił biskupa, gdyż nienawidzi Kościoła. Uważa, że biskupi są nie lepsi od pogańskich szamanów, więc stracił go w miejscu, gdzie zabijano pogan.

– Naciągane – mruknął Gregor po chwili. – Chociaż niewykluczone. Czyli, podążając zgodnie z twoim rozumowaniem, mielibyśmy przed sobą nie wroga naszej świętej wiary, lecz wręcz jej obrońcę!

– Obrońcę we własnym mniemaniu – wtrącił szybko Hoffman.

– Oczywiście. We własnym mniemaniu – powtórzył Vogelbrandt. – Niemniej byłby to człowiek uważający się, a może również uważany przez innych za pobożnego...

– Najpewniej właśnie tak.

– Pobożniejszego niż większość ludzi. Szlachetniejszego.

– Profesor teologii? – zaryzykował Voerter.

– Ale to przecież również człowiek czynu – zaprotestowałem, słysząc przypuszczenie mego towarzysza. – Człowiek silny i zdecydowany. Mało takich znalazłoby się na uniwersytecie.

– Też prawda – zgodził się Hoffman. – Tam co drugi wykładowca to nieudacznik czy sodomita. Bo tak już jest, że albo nigdzie go nie chcieli, więc poszedł uczyć żaków, by zarobić na chleb, albo do pracy na uniwersytecie skusiły go jędrne chłopięce tyłeczki. – Wybuchnął skrzeczącym śmiechem.

– Zastanawiam się, Hugonie, czy z dwojga złego wolę atak hemoroidowego bólu, czy twoje żarty – rzekł Gregor, a Hoffman, słysząc te słowa, zalał się rumieńcem. Potem opuścił głowę, lecz z tego, co zauważyłem, nie ze wstydu, lecz by ukryć grymas wściekłości, który wykrzywił mu twarz. Vogelbrandt nie zwracał już jednak na niego uwagi. – Inkwizytor – stwierdził. – Podejrzewam, że to jest inkwizytor. Usunięty z grona funkcjonariuszy Świętego Officjum za nadmierną gorliwość lub odszedł sam, kiedy jego pomysły nie spotkały się ze zrozumieniem kolegów albo przełożonych.

– Jakie na przykład pomysły? – zainteresował się Voerter.

– By wrócić do naszych, nomen omen, korzeni, kiedy serca inkwizytorów były równie gorące jak pochodnie w ich dłoniach. I kiedy całe miasta obracały się w popiół od żaru naszej wiary.

– Ha! – rzekł tylko Andreas i zamyślił się.

Sądziłem, że Gregor całkiem udanie podążył szlakiem, który mu wskazałem. Istotnie część starych inkwizytorów z rozrzewnieniem wspominała czasy, kiedy zło tępiono również wtedy, jeśli pochodziło z Rzymu lub jego agend. Można nawet powiedzieć: tym pilniej tępiono, jeśli pochodziło z Rzymu.

– Kiedyś spaliliśmy nawet papieża – mruknął Hoffman.

– Nie papieża, tylko antypapieża. I zdarzyło się to nie raz, a kilka razy – sprostował Voerter.

Nie odzywałem się, jednak z tego, co pamiętałem z lekcji udzielonych mi przez ojca Anzelma, wykładowcy w przesławnej Akademii Inkwizytorium, inkwizytorzy tak naprawdę spalili kilkunastu papieży. Prawdziwych, legalnie wybranych papieży, nie żadnych samozwańców. Działo się to jednak w Ciemnych Wiekach, a to były czasy, o których nadal mało wiedzieliśmy (zwłaszcza że zbyt dokładna wiedza mogła okazać się dla wielu bardzo niewygodna). Średnia długość panowania papieży w tamtych czasach nie przekraczała podobno roku. I liczni świadomi historii Świętego Officjum inkwizytorzy do dzisiaj wspominali ten fakt z nieukrywaną nostalgią.

– Pytajcie o byłego inkwizytora – rozkazał Gregor. – Człowieka starego lub w sile wieku.

– Nawet jeśli ktoś taki mieszka w okolicy, nie sądzę, by chwalił się swoją przeszłością – rzekł Andreas.

– Masz lepszy pomysł?

– Napisać do Hezu. Do Koblencji. Do Akwizgranu.

Vogelbrandt przymknął oczy.

– Jeszcze nie – odezwał się po chwili namysłu. – Jeszcze nie – powtórzył z większą pewnością siebie.

– Jak sobie życzysz, Gregorze – uprzejmie odparł Andreas, choć wydawało mi się, że odpowiedź przełożonego w najmniejszym stopniu go nie zadowoliła.

Cóż, zapewne nikogo z nas nie zadowalała, jednocześnie wiedzieliśmy, że zostało zrobione wszystko, co powinno zostać zrobione. Czy inkwizytorzy zaproponowali przełożonemu poinformowanie o niezwykłej sprawie biskupa Hez-hezronu? Zaproponowali. Czy prosili o zwrócenie się o pomoc do innych oddziałów Inkwizytorium? Prosili. Czy ich sugestie zostały odrzucone? Zostały. Tak więc mogliśmy być pewni, że jesteśmy dobrze chronieni przed służbowymi konsekwencjami (jeśli przyjdzie co do czego, cała odpowiedzialność spadnie na Gregora), co jednak nie zmieniało faktu, iż potrzebowaliśmy energicznego, silnego i rozsądnie myślącego zwierzchnika, by rozwiązać tę sprawę. Powątpiewałem, by w najbliższym czasie Vogelbrandt mógł stać się taką osobą. Byłem pewien, że moi koledzy powątpiewają w to również. Pytanie brzmiało tylko, czy coś z tym fantem zrobimy, a jeśli tak, to kiedy.

 

Ledwo zdążyliśmy odetchnąć po rozmowie u Gregora, kiedy usługujący mu chłopak karczmarza obudził każdego z nas głośnym łomotaniem w drzwi. Nie byłem tym faktem zachwycony, gdyż za okiennicami ledwo co przebłyskiwała szaro-różowa zapowiedź świtu. Oczywiście inkwizytorzy mogą wstawać nawet równo z brzaskiem i klęcząc na zimnych, twardych kamieniach, modlić się tak długo, aż omdleją z braku sił. Pytanie tylko brzmi: po co tak czynić? Czy nie lepiej porządnie się wyspać, by wtedy w pełni sił lepiej móc działać na rzecz chwały Bożej? Nam nie było dane się wyspać, lecz wszyscy pojawiliśmy się w pokoju Gregora, maskując niezadowolenie i wywołując na twarze entuzjazm. Hoffmanowi udawało się to mniej więcej w takim samym stopniu, jakby był koniem, któremu zdradzono, że galopuje w stronę rzeźni. Voerter trzymał się lepiej, lecz nietrudno było zauważyć, iż tylko ja zdołałem się przez tę krótką chwilę odświeżyć oraz nienagannie ubrać. Zresztą chyba niepotrzebnie, gdyż nasz przełożony nie zadał sobie trudu odziewania się na nasze powitanie. Na ramiona miał tylko narzucony wełniany szlafrok, spod którego wystawała poszarzała krawędź nocnej koszuli.

– Pojawił się następny interesujący liścik – oznajmił Vogelbrandt, kiedy tylko zebraliśmy się wszyscy trzej.

Wysunął w naszą stronę kartę papieru, trzymając ją za róg i w dwóch palcach, tak jakby pismo mogło go nieoczekiwanie ugryźć. Ponieważ ani Hoffman, ani Voerter nie kwapili się, by wziąć dokument, zdecydowałem się wyciągnąć rękę. Rozpostarłem złożony na czworo papier. Widniało na nim pięknie wykaligrafowane osiem słów. Tych samych co poprzednio.

– Bo już siekiera do korzeni drzew jest przyłożona – przeczytałem na głos.

Ale na samym dole karty widniał niewyraźny dopisek, literkami tak małymi, że na pierwszy rzut oka wyglądały jak ślady po skąpanych w inkauście mrówczych nóżkach.

– „Zajrzyj do klasztoru adelanek i zapytaj o przeoryszę” – udało mi się odczytać i podniosłem oczy na Gregora.

– Ano trzeba zapytać, skoro nasz przyjaciel pięknie prosi – rzekł Vogelbrandt. – Jest tylko jeden klasztor adelanek w najbliższej okolicy. Znajduje się około dziesięciu mil na północ od Luthoff. Pojechałbym sam, lecz nie dam rady. – Widziałem, jak ciężko było mu przyznać się do własnej słabości. – Jedź ty, Mordimerze. – Odniosłem wrażenie, iż między słowami „ty” i „Mordimerze” uczynił ledwo zauważalną pauzę, jakby nie był do końca przekonany, czy właśnie mnie wysłać z, co tu dużo mówić, nad wyraz delikatną misją. – Bądź bardzo ostrożny – kontynuował Gregor. – I uważaj, by nie narazić nas na konflikt, przynajmniej dopóki nie wiemy, co się tak naprawdę stało.

– Oczywiście, Gregorze.

– Poproś o spotkanie z przeoryszą. Jeśli ci odmówią, a zakładam... – skrzywił się z bólu, potem odetchnął głęboko, mrużąc oczy – że odmówią, wtedy zażądaj spotkania z kapłanem zakonnic. Ten ksiądz nazywa się Bazyli Kornhacher i mieszka w wiosce Seinitz, tuż za granicami miasta. W zależności od tego, co usłyszysz, podejmij następne kroki.

– Jak daleko mogę się posunąć?

Vogelbrandt nie odzywał się przez długą chwilę. Czułem, że Hoffman oraz Voerter również w napięciu czekają na odpowiedź.

– Jak daleko uznasz za stosowne – odparł wreszcie nasz przełożony. – W ramach podyktowanych przez prawo, obyczaj oraz rozsądek.

Miałem nieodparte wrażenie, iż wypowiedział te słowa, tak jakby miały w przyszłości stanowić część jego zeznania, czy też część usprawiedliwienia względem zwierzchności.

– Ciasna to klatka – rzekłem, a Vogelbrandt spojrzał na mnie zdumiony. Nie przypuszczał chyba, że posunę się do skomentowania jego poleceń.

– Co takiego?

– Czy mam prawo wejść na teren klasztoru, Gregorze? Nawet używając siły lub podstępu? Czy mam prawo rozpocząć przesłuchania zakonnic, nawet jeśli sprzeciwialiby się temu przeorysza lub biskup diecezjalny?

– Masz takie same prawa jak każdy inny inkwizytor – odparował ostrym tonem Vogelbrandt. – I możesz z nich korzystać pod warunkiem, że kiedy wystawią ci rachunek, będziesz w stanie za niego zapłacić.

Oczywiście, oczywiście. Tyle sam wiedziałem i nie trzeba mi było objaśniać spraw tak podstawowych. Teoretycznie bowiem funkcjonariusz Świętego Officjum mógł zażądać, by umożliwiono mu prowadzenie śledztwa w klasztorze, i wejść w każdej chwili na jego teren. Jednak ilość lamentów, protestów i interwencji do najwyższych władz, jaka się w takim momencie podnosiła, czyniła grę niewartą świeczki. Dlatego lepiej było posługiwać się łagodnymi środkami. Uzyskać oficjalne zezwolenie biskupa, następnie odwiedzić klasztor w obecności kapelana służącego od wielu lat zakonnicom w charakterze powiernika i spowiednika. Oczywiście do tego dojdzie tylko wtedy, jeśli nie zostanę dopuszczony przed oblicze przeoryszy. A przecież Vogelbrandt zakładał, że tak właśnie się stanie. Czy miał wiadomości z innego źródła, którymi nie chciał się z nami podzielić, czy też jedynie wyraził swoje podejrzenia i domysły. Interesujące...

– Bardzo się cieszę, Gregorze, że obdarzasz mnie tak dalece posuniętym, ośmielam się wręcz powiedzieć: pełnym zaufaniem – rzekłem serdecznym, ciepłym tonem.

I też poczułem się, jakby wypowiedziane przed chwilą zdanie miało mi posłużyć w charakterze usprawiedliwienia w czasie śledztwa, które odbędzie się w przyszłości, a które dotyczyć będzie naszego postępowania. Czy to, co się ze mną działo, można było nazwać zwykłymi urojeniami, czy też raczej przeczuciami? A może trzeźwym, rozsądnym oraz ostrożnym oglądem rzeczywistości i antycypowaniem przyszłych wydarzeń?

Vogelbrandt skinął głową, przypatrując mi się uważnie. Byłem pewien, że doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego tak, a nie inaczej sformułowałem wypowiedziane zdanie.

– Wy możecie już iść, ty, Mordimerze, zostań jeszcze przez chwilę – rozkazał.

Kiedy Hoffman i Voerter opuścili już komnatę, Gregor przez dłuższą chwilę mierzył mnie wzrokiem.

– Mam nadzieję, że nie zawiedziesz mojego zaufania – rzekł w końcu – i naprawdę będziesz ostrożny oraz rozważny.

– Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć? – spytałem ostrożnie.

– Klasztor adelanek ma złą sławę w okolicy i trudno, by echa tej złej sławy nie doszły do moich uszu – rzekł. – Chociaż nie powiem ci, czy ta opinia wynika z prawdy, czy jedynie z wrogich zmyśleń. W każdym razie przeorysza Konstancja, córka księcia Crescenzy, jest młoda, piękna i ustosunkowana. Ma wielu przyjaciół, którzy nie omieszkają nam zaszkodzić, jeśli popełnimy jakiś błąd.

– Rozumiem – odparłem.

– Dwadzieścia sześć lat to piękny wiek dla przeoryszy bogatego zgromadzenia, nie sądzisz? A Konstancja została przeoryszą, jeśli pamięć mnie nie myli, ze cztery lata temu, więc miała wtedy dwadzieścia dwa lata.

– Och, zdarzyło mi się słyszeć nawet o trzyletnich pułkownikach cesarskiej gwardii. – Uśmiechnąłem się. – Ale jak rozumiem, posag musiał być w tym wypadku ogromny.

Vogelbrandt skinął głową.

– Bądź ostrożny – rzekł jeszcze raz. – I zachowaj zimną krew.

– Oczywiście, Gregorze – odparłem. – Nie zawiodę twojego zaufania.

– Zanim pojedziesz do Luthoff, wróć do pałacu Schaeffera i zabierz Peiperowi, powiedzmy, ze trzech żołnierzy. Przyda ci się asysta.

– Oczywiście, Gregorze – powtórzyłem.

Nic już na to nie odpowiedział, więc opuściłem jego pokój i pomyślałem sobie, że nasz przełożony wpakował mnie w niezłe tarapaty. No ale cóż, kogóż niby innego miał wysłać z delikatną misją, wymagającą inteligencji, rozwagi oraz dobrych manier?