palkiewicz.com

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
palkiewicz.com
palkiewicz.com
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 92,80  74,24 
palkiewicz.com
palkiewicz.com
Audiobook
Czyta Gracjan Kielar
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na dodatek oślepienie intelektualistów i otumanienie mediów bezkrytycznie pielęgnujących bzdurną, naiwnie rozumianą „religijną” poprawność w nowym brutalnym świecie każą zamykać oczy na realne zagrożenie, jakim jest ekspansja fanatycznego islamskiego radykalizmu dążącego do nawrócenia świata na islam, jak nie dobrocią, to pod przymusem. Paranoiczna political correctness okazała się atakiem na rodzime tradycje, kulturę i europejską demokrację. Ten dyktat tolerancji, farsa wielokulturowości, kłamstwa o integracji wywołują wściekłość zwykłych ludzi. Niemcy, Francuzi, Holendrzy i Brytyjczycy, choć odżegnują się dziś od chrześcijańskich korzeni i generalnie zaakceptowali zjawisko masowej imigracji, w sondażach na temat muzułmanów od lat nieodmiennie wykazują negatywne nastawienie.

Ustępstwa w imię wyniesionej na ołtarze poprawności politycznej i tolerancji wobec islamu pozwoliły muzułmanom wywalczyć sobie w Europie nieracjonalne przywileje. Trzeba naprawdę być szalonym, aby okazać nieproszonym gościom tyle atencji. Nowy kosmopolityczny ład niszczy rodzimą kulturę, degraduje narodowe normy i wartości zachodniej demokracji. Mając szeroki dostęp do mediów państwowych, zwolennicy takiej polityki są w stanie urabiać opinię publiczną, narzucić wymuszoną propagandę, precyzyjną strategię komunikacyjną, która zataja rzeczywiste okoliczności, ogłasza zmanipulowane prognozy, uproszczone badania czy oszukańcze, przekłamane analizy naukowe. To gigantyczny blef.

Islam nie jest zgodny ze świeckim prawem państwowym ani modelem naszej egzystencji. Europa musi się obudzić i głośno to powiedzieć.

Nie potrafię ukryć irytacji, kiedy czytam, że spiker Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych Nancy Pelosi i sekretarz stanu Hilary Clinton nakładały hidżab w czasie wizyty w krajach Bliskiego Wschodu, podczas gdy żony dostojników z tych regionów nie zdejmują go, podczas swoich bytności na Zachodzie. Na szczęście chyba nie dożyję dnia, kiedy dla zachowania głowy przed maczetą, musiałbym przejść na islam. Szkoda tylko, że oszuści europejskiego życia politycznego nie będą już za to wszystko odpowiadać. Kiedy decydenci zrozumieją, że jesteśmy w stanie wojny, że prawdziwą bronią islamskiego terroryzmu jest pranie mózgu, że wrogiem do pokonania jest islam, będzie już za późno.

Jechałem kiedyś pociągiem do Poznania. Przy bufecie restauracyjnym podszedł do mnie młody człowiek, jak się okazało, asystent uniwersytecki. Zapytał:

— Pan Jacek Pałkiewicz? — po czym się przedstawił. — Przeczytałem pańskie książki, ale nie mogę pogodzić się z pańską analizą sprzeczności między światem islamu a światem Zachodu. Robi ona niezwykłe wrażenie, ale delikatnie mówiąc, budzi u mnie wiele wątpliwości...

Odstawiłem szklankę z piwem i przeszyłem lodowatym wzrokiem intruza, następnie zapytałem:

— Jakie pan zna kraje muzułmańskie?

— Byłem w Tunezji, Egipcie, Maroku.

— Dobrze, porozmawiamy jak pan wróci z Pakistanu, Iranu, Arabii Saudyjskiej — i odwróciłem się plecami.

— Przepraszam, nie zamierzałem pana krytykować — usprawiedliwiał się nowo poznany pasażer.

Zmiękłem i zaprosiłem go na piwo, które asystent wypił, nawet jeśli pod koniec spotkania przyznał, że nie cierpi tego napoju. Rzecz oczywista, o islamie nie było już mowy.

Swego czasu napisałem, że „nie wszyscy muzułmanie to terroryści, ale wszyscy terroryści to muzułmanie”. Posypała się lawina krytyki, że fantazjuję. Moją tezę zapożyczyłem od Abdela Rahmana al-Rasheda, szefa telewizji informacyjnej Al Arabiya, który tak się wyraził w odważnym artykule na łamach saudyjskiego dziennika „Asharq Al-Awsat”. To nie jest jakiś heretyk, tylko cieszący się szacunkiem rzecznik umiarkowanych muzułmanów, którego czytelnicy uznali za najlepszego dziennikarza arabskiego. Powiem więcej, eksperci do spraw terroryzmu islamskiego są zdania, że dwie trzecie wyznawców proroka, którzy osiedlili się na naszym kontynencie, stawia swoje zasady religijne ponad prawem europejskim. Dodają przy tym rzecz przerażającą: większość z tych wzorowych obywateli w głębi duszy żywi wrogość do Zachodu i cieszy się po każdym ataku terrorystycznym, bo to podbudowuje słuszność ich wiary i przekonań. Anjem Choudary, radykalny brytyjski imam pochodzenia pakistańskiego, który nieustająco bronił dżihadu i wychwalał bin Ladena oraz Państwo Islamskie po zamachu na „Charlie Hebdo”, bez ogródek stwierdził, że tak jak wszyscy muzułmanie był szczęśliwy, że zamordowani satyrycy nie będą już obrażać proroka Mahometa. Wiadomo też, że po każdym krwawym zamachu sympatyzujący z Państwem Islamskim dzielą się na mikroblogach i serwisach społecznościowych swoją radością.

Anita Czupryn, przeprowadzając ze mną wywiad dla „Polska Times”, zauważyła: „Jest pan orędownikiem zamknięcia granic dla imigrantów, a przecież sam też był nielegalnym imigrantem, uciekł kiedyś z komunistycznego obozu. Czy nie jest pan w stanie ich zrozumieć?”

Otóż nie. W obliczu tak dużego problemu, jakim jest fala imigracyjna, trzeba przede wszystkim kierować się rozsądkiem. A co do mojej emigracji, to ja nie narzucałem żadnych zwyczajów i tradycji Włochom, którzy przyjęli mnie do swojego domu i dali obywatelstwo. Nie stanowiłem dla nich ani ciężaru, ani zagrożenia. Zdobyłem tam pozycję, odnoszono się do mnie z szacunkiem, pracowałem przez kilkanaście lat w renomowanej gazecie „Corriere della Sera”, gdzie zatrudnia się tylko najlepszych.

To nie ja powinienem się martwić, jak powstrzymać niekontrolowaną falę migracyjną. Niech martwią się teraz o to urzędnicy z Brukseli. Oni nawarzyli piwa. To jest ich ból głowy, na pewno nie mój. Ale jestem przekonany, że można te mafijne struktury zneutralizować na miejscu i skasować biznes przerzutowy, bo na transporcie tych ludzi mafia zbija fortuny, w ich ręce trafiają też gigantyczne sumy, które UE przeznacza na pomoc uchodźcom. Nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, w której imigranci znajdą się już przy naszym brzegu. Trzeba uszczelnić granice, i to nie po naszej stronie, a tam, skąd imigranci ruszają. Dziś mamy systemy, które pozwalają zlokalizować każdą łódź i każdy ponton, który odbija od brzegu. I jesteśmy w stanie je zmusić do powrotu. Europejskie służby muszą pracować już tam na miejscu, na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Australia potrafiła sobie z tym problemem poradzić, Nowa Zelandia też. Oni się nie patyczkują. Nie znają takiego określenia jak poprawność polityczna. I nie mają takiego bólu głowy jak Europa.

Przy okazji tej akuratności napomknę o nietolerancji. Karierowicze polityczni, uginając się pod protestami muzułmanów, zasłaniają płótnami statuy z wszelkimi elementami nagości. Do granic absurdu doszło szaleństwo politpoprawności w Stanach Zjednoczonych. Każdy drugorzędny kolorowy aktor amerykański, który nie dostanie roli w głośnym filmie hollywoodzkim, może krzyczeć, że Hollywood jest rasistowskie.

Miała rację Oriana Fallaci, pisząc w swojej książce Siła rozumu, że Europa stoi na przegranej pozycji, i to z wielu powodów. Osłabia się wiara chrześcijańska, a Europejczycy tracą więzi ze swoją tradycją. Notuje się niską liczbę urodzeń. Ten niedobór wypełniają muzułmanie i wkrótce Europa zmieni nazwę na Eurabia. Włoska dziennikarka, ceniona za ostre i bezkompromisowe wypowiedzi, broniła podstaw i fundamentów chrześcijańskiego Zachodu. Szokowała, uświadamiając, jakim śmiertelnym zagrożeniem dla Zachodu jest islam, by z wściekłością wołać: „Obudź się, Europo”. Podkreślała też, że pod naporem fanatycznego islamskiego radykalizmu, rządzącego się średniowiecznym prawem szariatu i gardzącego prawami człowieka czy demokracją, Stary Kontynent staje się coraz bardziej prowincją i kolonią religii Mahometa.

Ja w krajach muzułmańskich muszę wciąż zwracać uwagę, aby nie obrazić kogoś strojem, gestem czy zachowaniem, które dla nas są powszechne, a dla nich nie do przyjęcia. Znam nie najgorzej kraje muzułmańskie i osobiście jako „niewierny” nie raz doświadczyłem upokorzenia z racji mego wyznania. Nie mogłem przymknąć oka na wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego. Lewicowo wrażliwy dziennikarz zaliczał się do rzeszy zagorzałych poprawnych politycznie i nie raz manifestował swoje poparcie dla skrzywdzonych w Europie muzułmanów. W książce Kapuściński: nie ogarniam świata obwieścił: „Terroryzm nie był pokaźnym zagrożeniem dla wszystkich”. Nie zauważając, co przyniósł nam 11 września, dyplomatyczne odciąga uwagę od tego globalnego dzisiaj problemu. Powiem więcej, żalił się na „tragiczną dyskryminację”, jakiej doświadczają muzułmanie w Polsce. Zaskoczył mnie, kiedy w 2005 roku napisał: „Gdy jeżdżę po świecie, to widzę, że choć zbiorowość jest bardzo religijna, to jednak ruchy fundamentalistyczne są wszędzie bardzo marginesowe”. Taka ocena aktywnych i zdeterminowanych terrorystów burzących dziś ład Europy wydaje mi się wielkim nieporozumieniem. Dziwię się, że wyczulony na nierówność znakomity pisarz nie dostrzegał zagrożenia, przekonany o niekonfliktowości nowego świata, bo „nie wierzył w żaden wielki globalny konflikt”. Jeszcze w 1997 roku oznajmił: „Cechą współczesnego świata jest generalna stabilizacja. W skali globalnej przeważa tendencja do rekoncyliacji i wspólnego rozwiązywania konfliktów, a nie walki”. Nie widział więc Palestyny, Libanu, Bałkanów, Afganistanu, Iraku, jakby one nie istniały. Więcej, nie szczędził słów krytyki pod adresem politologa Samuela P. Huntingtona. Utrzymywał, że amerykański myśliciel stał się niewiarygodny, twierdząc, że zagraża nam islamska cywilizacja, która doprowadzi do konfliktu.

Przepraszam, to nie wojna kulturowa między islamem a chrześcijaństwem, to prawdziwa III wojna światowa, którą wypowiedzieli fanatyczni islamscy ekstremiści. Ataki terrorystyczne są coraz liczniejsze, stały się dla nas codziennością. Chcemy czy nie, musimy nauczyć się z tym żyć. Przypomnę incydenty z ostatnich czasów. Ataki na komisariat w Stambule, cała seria zamachów w Paryżu, seria trzech skoordynowanych zamachów bombowych przeprowadzonych w Belgii, w Stambule zamachowiec samobójca wysadził się w centrum turystyczno-handlowym. Inny terrorysta wjechał w tłum ludzi spacerujących po promenadzie w Nicei — zginęły 84 osoby. Osiemnastoletni Niemiec pochodzenia irańskiego strzelał w centrum handlowym w Monachium, dwóch mężczyzn wtargnęło do kościoła w Saint-Étienne-du-Rouvray i bestialsko zamordowało księdza podczas mszy świętej. W masakrze w paryskim lokalu Bataclan zginęło 130 osób. Nową falę paniki i terroru w imię Allaha wywołały zamachy na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie i w noc sylwestrową w stambulskim klubie nocnym, w sumie było ponad 50 ofiar. A Europa przeciwstawia się temu groteskowymi marszami protestu, wykrzykując „Nie zgadzamy się na akty terroryzmu! Nie boimy się. Jesteśmy przeciw!”. Europa skapitulowała, w ten sposób nie wygramy z ekstremizmem i demonami nienawiści.

 

Wielu wrażliwych na poprawność domaga się stworzenia lepszych warunków do wielokulturowości i integracji. Bzdury. Chęć asymilacji mieszkających obok nas muzułmanów jest zerowa. Są wyalienowani, nie tylko nie identyfikują się z krajami, które ich goszczą, ale wręcz odrzucają wartości europejskie i normy prawne. Kiedy decydenci zrozumieją, że prawdziwą bronią islamskiego terroryzmu jest pranie mózgu, będzie już za późno. W imię humanitaryzmu traktują wroga narzucającego nam swoje zwyczaje jak przyjaciela. Zaślepionego wroga, który nienawidzi i destabilizuje cały Zachód, tworząc w Europie kwaterę główną islamskiego ekstremizmu i terroryzmu. Wroga, który fanatycznie posłuszny imamowi zamienia meczety w koszary, obozy szkoleniowe i centra rekrutacji terrorystów. Co chwila coś w Europie wybucha, a mimo to za każdym razem próbuje się informować o domniemanym akcie terroryzmu i cały czas politycy, powtarzają: „Trzeba dyskutować”. Dyskutować z islamem? Islam nie dyskutuje z innowiercami. A my upieramy się, choć do nas strzelają, że trzeba dojść do konsensusu. Zatracamy instynkt samozachowawczy, stajemy się politycznymi zakładnikami. Ustępstwa w imię poprawności politycznej i tolerancji pozwoliły muzułmanom wywalczyć sobie w Europie nieracjonalne przywileje. Trzeba naprawdę być niespełna rozumu, aby okazać nieproszonym gościom tyle atencji.

Niemożliwe jest dzisiaj zachowanie bezpieczeństwa bez silnego państwa i większych uprawnień dla policji. Silne i odważne musi być także społeczeństwo, a nie krytykować kontrole i oburzać się, że została ograniczona prywatność. Nie wolno się oszukiwać, nie mamy wyboru. Jeśli chcemy czuć się bezpiecznie, zapomnijmy o wolności. Walka z terroryzmem nie ma nic wspólnego z prawami człowieka.

Na szczęście coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że europejska tolerancja wyrządza nam krzywdę i że czas najwyższy skończyć z wypieraniem się własnych wartości. Chylę czoła przed Cezarym Pazurą, który swego czasu na swoim facebookowym profilu zamieścił wpis: „Brać książki Oriany Fallaci i czytać, czytać, czytać...”. Nawet niektórzy liderzy Starego Kontynentu zaczęli przecierać oczy i proszą śp. Fallaci o przebaczenie.

Dobrodziejstwa złotej paizy

Opuszczając rodzinny dom, każdy musi zaakceptować niepewność jutra. Śmiałkowie, którzy wyruszali niegdyś na tajemnicze, bezimienne terytoria, nie wiedzieli, co ich tam czeka. Cele były odległe, nikt nie znał dróg, tym bardziej że nie zawsze one istniały. Czasochłonne wyprawy na Jedwabnym Szlaku, prastarej sieci zmieniających się nieustannie ścieżek i traktów handlowych oplatających Azję Środkową, musiały wówczas wydawać się podróżnym tak obce, jak dla nas dziś obce są inne planety. Nigdy też nie było wiadomo, jak skończy się taka podróż, bo gwarancji szczęśliwego powrotu do domu nie miał nikt.

Na bezdrożach wędrowcom towarzyszył zawsze strach przed nieznanym, obawa, czy w plątaninie dezorientujących szlaków wybrali ten właściwy. Wyprawa do krain leżących w głębi terra incognita wymagała wytrwałości i odporności. To było nieustanne przekraczanie granic i to nie tylko tych między krajami, ale granic językowych, kulturowych, społecznych, nie wspominając o granicach własnych możliwości.

Nie znając realiów dalekiego świata, z którymi przyjdzie się zmierzyć, kupiec mozolnie wędrujący w poszukiwaniu klejnotów, jedwabiu, cennych przypraw i egzotycznych artykułów narażony był na trudy, niewygody i niebezpieczeństwo. Musiał pokonywać pokaźne odległości, zmagać się z żywiołem, wycieńczającymi chorobami tropikalnymi, epidemiami i własnymi słabościami. Dawały się we znaki bariery religijne i lingwistyczne, zawieruchy wojenne, brak dokładnych map, obce zwyczaje, niełatwe do pogodzenia różnice kulturowe czy obyczajowe, ponadto brak podstawowych wygód, dręczące pragnienie, głód albo niebezpieczeństwo grabieży. Zagrożenie na historycznym szlaku stanowiły drapieżniki lub wrogo nastawione plemiona tubylcze, a nieraz i zawistni rywale. Prócz tego przyroda jest w stanie pochłonąć każdego, kto zrobi fałszywy krok w obcym mu środowisku. Z dala od przetartych traktów nie łatwo wystrzec się burz piaskowych, siarczystych mrozów i doskwierających upałów wysysających soki życiowe. „Podróż latem przez pustynię pustyń Rub al-Khali, zwaną Pustą Ćwiartką, porównać można do przejścia przez piekielne płomienie” — odnotował anonimowy kronikarz XIX wieku. Marco Polo, przebywając w Ormuz nad Zatoką Perską, usłyszał przerażającą wieść, że śmiercionośny wiatr zaskoczył na pustyni sześć tysięcy żołnierzy i „podusił ich wszystkich”.

Rzecz jasna, nie było wtedy służb ratowniczych, a wenecki kupiec nie miał pojęcia, jak długo pozostanie poza domem. Wrócił po 26 latach. Najwybitniejszy szesnastowieczny podróżnik świata muzułmańskiego Ibn Battuta krążył po Azji, Afryce i Bliskim Wschodzie przez 29 długich lat i przebył 120 tysięcy kilometrów. Rejs Krzysztofa Kolumba na kruchym stateczku, bez konkretnego wyobrażenia kursu, bez wiedzy, ile on zajmie czasu, co może się przytrafić po drodze, miał jeszcze jedną niewiadomą. Mianowicie, nikt nie miał pewności, że wróci cało do domu.

Wielu doświadczonych odkrywców, których historie ekscytowały całe pokolenia, przypłacili życiem żądzę poznania tajemniczych krain. Ferdynand Magellan, kierujący wokółziemską wyprawą, zginął w walce z Polinezyjczykami. James Cook został zabity przez tubylców na Hawajach. Vitus Bering zmarł z wycieńczenia na Aleutach, a Holender Wilhelm Barents, poszukujący nowej drogi do Indii, na obozowisku podbiegunowym. Twórca portugalskiego imperium kolonialnego, admirał Francisco de Almeidy, został zabity na Przylądku Dobrej Nadziei. Konkwistadorzy hiszpańscy Diego de Almagro i Francisco Pizarro, skuszeni mirażem bajecznych bogactw, zginęli w Peru. Henry Hudson, poszukujący Przejścia Północno-Zachodniego, stracił życie opuszczony przez zbuntowaną załogę. Zdobywcę Indii Vasco da Gamę zawiodło nadwerężone w drodze zdrowie, podobnie zresztą jak i Davida Livingstone’a. W 1847 roku wszelki słuch zaginął po liczącej 138 ludzi wyprawie Johna Franklina będącej na tropie tej samej cieśniny. Nazywany księciem podróżników Mikołaj Przewalski, badający pustynię Gobi i Tybet, zmarł na tyfus w wieku 49 lat. Słynny z burzliwego życia nasz rodak Maurycy Beniowski zginął na Madagaskarze. Zdobywca bieguna południowego Roald Amundsen przepadł w Arktyce, spiesząc na pomoc włoskiej wyprawie Umberto Nobilego. Alfred Gibson zmarł, eksplorując pustynię w zachodniej Australii. Mungo Park, pierwszy w czasach współczesnych badacz Czarnego Lądu, utonął w wodach Nigru, a Francuz Alfred Lamy poległ na Saharze w starciu z tubylcami.

Teoretycznie łatwość i teoretyczna szybkość podróżowania możliwe dzisiaj od strony technicznej stoją często w wyraźnej sprzeczności z realnymi możliwościami przemieszczania się wzdłuż legendarnego Jedwabnego Szlaku. Turyści co krok potykają się o prymitywne przeszkody, restrykcyjne wymogi paszportowe i wizowe albo archaiczne procedury na przejściach granicznych. Tak jak niegdyś, również dzisiaj wojażowanie najeżone jest różnorodnymi komplikacjami, barierami politycznymi oraz pozostałymi z przeszłości ograniczeniami administracyjnymi albo nowymi, nałożonymi z myślą o bezpieczeństwie podróżnika w niespokojnych czasach walki z terroryzmem.

Zdecydowaną większość swoich wypraw odbyłem tradycyjnymi środkami transportu, indiańskimi czółnami, pieszo, w karawanie niezastąpionych na pustyni od czasów biblijnych dromaderów, na grzbiecie słoni bądź na jakach w mroźnych górskich rejonach. I pokonywane odległości nie różniły się od dawnych. W ciągu dnia można przebyć co najwyżej kilkadziesiąt kilometrów. Nie muszę podkreślać, że w takiej atmosferze smak przygody jest zdecydowanie ostrzejszy.

W zatoce Ha Long, uważanej przez Wietnamczyków za ósmy cud świata, żeglowałem tradycyjną dżonką, których dziś już się nie zobaczy. Tamtejsi rybacy przesiedli się na praktyczniejsze kutry motorowe, a dla potrzeb rozwijającego się ruchu turystycznego pojawiły się stateczki z dziwnymi czerwonymi żaglami, które mają zapewnić namiastkę historii. Na rzece Jangcy poznałem urok nawigacji na pokładzie chińskiego sampana, podczas gdy dziś można tam już tylko wsiąść na pokład mniej lub bardziej komfortowego statku pasażerskiego. Nie zapomnę słynnych na tej ogromnej arterii wodnej Trzech Przełomów, schowanych pod wodą zamkniętą przez gigantyczną tamę.

Doświadczałem różnych trudności na szlaku, przynajmniej w pierwszym okresie moich eksploracji, kiedy nie było jeszcze telefonu satelitarnego, szczegółowych map czy GPS-u. Marco Polo był przynajmniej pod jednym względem w komfortowej sytuacji. Korzystał z ofiarowanej mu przez Kubilaj-chana, paizy, złotej tabliczki z pieczęcią władcy, zapewniającej posiadaczowi noclegi, konie, eskortę i bezpieczeństwo na terytorium całego imperium mongolskiego.

Ja również, oprócz posiadania paszportu i wizy, na wjazd na zastrzeżone terytoria, na wizytę u Janomami na Górnym Orinoko, lub u Jarajów w Wietnamie czy na kręcenie filmu dokumentalnego, musiałem zdobywać przeróżne administracyjne autoryzacje i listy żelazne ważnych urzędów państwowych. Ekspedycji Trans-Borneo patronował gubernator Kalimantanu, indonezyjskiej części tej wyspy a poszukiwania źródła Amazonki odbywały się pod auspicjami wiceprezydenta Peru. Decyzja o udzieleniu zgody na odbycie w Związku Sowieckim pierwszej samodzielnej europejskiej ekspedycji na biegun zimna w Jakucji, bez osób towarzyszących, to znaczy bez „opieki” KGB, podejmowana była w gabinecie samego Michaiła Gorbaczowa.

Paiza i jej dobrodziejstwa towarzyszyły mi tam przez długie lata. W pierwszym okresie gorbaczowskiej pierestrojki zadzwonił do mnie z Rzymu mój sąsiad, deputowany parlamentu włoskiego. Przypomniał sobie, że znam rosyjski, a on wiózł pewnego rosyjskiego dygnitarza, aby pokazać mu Wenecję. Ponieważ Bassano del Grappa, gdzie mieszkam, leży niedaleko, chciał przy okazji pokazać je również swojemu gościowi. Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach ukazał się Eduard Szewarnadze, ówczesny minister spraw zagranicznych. Spotkanie było krótkie, zdążyliśmy wypić espresso i kieliszek grappy Nardini, ale okazało się niezwykle owocne. Gość, widząc w moim gabinecie wielką mapę ZSRR, matrioszki, samowary i jeszcze inne gadżety pochodzące z jego kraju, zapytał, jak często bywam w Moskwie. Zdziwił się, że jeszcze tam nigdy nie byłem, i na pytanie dlaczego, wyjaśniłem, że KGB nie przywykło tłumaczyć powodów odmowy. Przed wyjściem rzucił jakby od niechcenia: „Niech pan za dwa tygodnie zwróci się do konsulatu w Mediolanie o wizę”.

Nie przywiązywałem do tych słów większej wagi, bo od lat regularnie, dwa razy w roku, składałem tam wniosek o wizę. Ale gdy zadzwoniłem do konsulatu, urzędnik zapytał, kiedy chcę przyjechać po wizę. To był szok, chyba największy, jakiego doświadczyłem w moim życiu. Mogłem wreszcie zrealizować swój młodzieńczy sen o Syberii. W Moskwie zostałem przekazany w ręce Jegora Jakowlewa, redaktora naczelnego „Moskowskich Nowosti”, tygodnika, który wychodził w pięciu edycjach językowych i pragnął być postrzegany jako „most pomiędzy ZSRR a światem zachodnim”. Jakowlew chciał wiedzieć, jakie miejsca na Syberii mnie interesują. Znałem je z atlasu i wyrecytowałem bez zastanowienia to, co najdalsze: Kuryle, Sachalin, Wyspy Komandorskie, Czukotka, Kamczatka, Chabarowski Kraj, Jakucja, jezioro Bajkał i coś tam jeszcze. Zauważył, że to niemożliwe, bo trzeba mieć na to sporo czasu. Zapewniłem go, że gotów jestem tam wrócić wiele razy. W ten sposób poznałem miejsca, do których nawet rosyjskim dziennikarzom nie było łatwo dotrzeć. Te moje wyjazdy zaowocowały reportażami dla „Corriere della Sera”, których prawa do publikacji, administracja gazety przekazywała wielu zagranicznym mediom.

W kilku wypadkach, mając oficjalne zezwolenia, o dodatkową specjalną paizę zadbałem sam. W jaki sposób? Otóż na wyprawy do plemion odległych od naszej cywilizacji zawsze zabierałem ze sobą worek prezentów: maczety, noże, garnki, sól, sprzęt rybacki, lekarstwa na malarię. Ten specyficzny rodzaj paizy pomagał w zbliżeniu i nawiązaniu kontaktu.

 

W 1986 roku kierowałem wyprawą Trans-Borneo do krainy Dajaków, osławionych „łowców głów”. Jej przygotowanie zajęło mi ponad rok, dwukrotnie poleciałem do Dżakarty, gdzie próbowałem dowiedzieć się, czy ci Dajakowie są wciąż tacy groźni. Pamiętam, że jeden z antropologów na Atma Jaya Catholic University of Indonesia kilkakrotnie powtórzył moje pytanie: „Dayaks? No, wie pan... wie pan...”. Wiedział mniej ode mnie. Zaś profesor z University of Indonesia, rozłożył szeroko ręce: „Nigdy tam nie byłem, do nas dociera szczątkowa wiedza”.

Na miejscu okazało się, że Dajakowie to już nie „łowcy głów”, tylko ich potomkowie. A czaszki ludzkie, które widzieliśmy w siatkach z łodygi rattanu zawieszonych pod sufitem chat na palach, to były ostatnie trofea z II wojny światowej, kiedy wojska japońskie okupowały wyspę. Ale o tym ja i moi współtowarzysze dowiedzieliśmy się później, więc strachu było co niemiara. Wręczone tubylcom prezenty spełniły swoją funkcję paizy, bo z tej przygody wyszliśmy bez szwanku.

W połowie lat 70. z kolei, zaopatrzony w dokument gubernatora terytorium Amazonas, eksplorowałem Górne Orinoko w poszukiwaniu Janomami, najprymitywniejszej wspólnoty indiańskiej na kontynencie południowoamerykańskim, dla której czas zatrzymał się jeszcze w epoce kamiennej. Pamiętam, jaki wywołaliśmy popłoch, docierając do jednego z ostatnich sanktuariów pierwotnego świata. Pierwsze dla Indian spotkanie z białym człowiekiem przebiegało w atmosferze niezwykłego napięcia: dzieci uciekały z krzykiem, kobiety chowały się za drzewami. Wycelowane w nas łuki z zatrutymi strzałami nie napawały optymizmem. Ale tu też w nawiązaniu dobrych stosunków pomogła „moja paiza”, czyli podarki.

Tak jak zdobywałem paizę na trudne szlaki, tak też kolekcjonowałem notki na czwartą okładkę premierowej książki bo na podstawie okładek czytelnik zazwyczaj decyduje się na zakup. Na jednej z pierwszych moich publikacji w Polsce No limits w 1999 roku Zbigniew Boniek napisał mi podczas swojej wizyty w Bassano del Grappa: „Ja mogę mówić o swoich wyczynach piłkarskich. Reinhold Messner o zdobyciu Himalajów. Ale co to wszystko znaczy wobec dokonań Jacka, który okazał odwagę i męstwo tam, gdzie inni nawet nie ważyliby się stąpnąć”.

Na osobliwą „paizę” mogłem liczyć w kręgach eklezjalnych. W czasie stanu wojennego przywiozłem do Polski kilkanaście transportów z darami, po czym rozdrażnione władze zamknęły przede mną granicę. Odwiedził mnie wówczas w Bassano del Grappa arcybiskup Bronisław Dąbrowski, wieloletni sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski, zaangażowany w rozmowy z rządem PRL. Uprzedził, abym nie próbował na siłę wjechać do kraju, bo niejaki pułkownik Adam Pietruszka, funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, polecił swoim ludziom, żeby „dali Pałkiewiczowi nauczkę”. Te same słowa zastępca dyrektora Departamentu IV MSW zajmujacego się walką z wrogą, „antypaństwową” działalnością Kościoła, skierował nieco później, w 1984 roku, pod adresem kapelana warszawskiej „Solidarności” Jerzego Popiełuszki. Finał wszyscy znamy. Pietruszkę skazano na 25 lat pozbawienia wolności, którą po 11 latach odzyskał.

W listopadzie 1983 roku za nieprzychylną i wrogą w treści działalność publicystyczną zostałem uznany za osobę niepożądaną w PRL. Wkrótce potem znalazłem się w moskiewskich archiwach sławetnego Połączonego Systemu Ewidencji Danych, skupiającego elity przeciwników komunistycznego systemu, będących w kręgu zainteresowania służb specjalnych państw Układu Warszawskiego.

Potrzeba było prawie dwóch lat, aby poskutkowała interwencja arcybiskupa Dąbrowskiego. Minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak napisał w czerwcu 1985 roku: „Pragnę poinformować, że przychylając się do prośby Księdza Arcybiskupa, wyraziłem zgodę na przyjazd do Polski Jacka Pałkiewicza. Powyższa decyzja może być jednak uchylona, jeśli zainteresowany podejmie ponownie działalność sprzeczną z interesami państwa polskiego”.

Całkowitym przeciwieństwem użytecznej paizy bywają zamknięte granice i tak zdarzyło mi się kilkakrotnie. W Algierii jestem persona non grata, bo na Saharze prowadziłem incognito zajęcia jednostek antyterrorystycznych. Od tamtej pory muszę omijać ten kraj. Dużo gorzej było z Dubajem, gdzie za „wypaczenie wizerunku ZEA” w książce Dubaj, prawdziwe oblicze, sąd tego emiratu skazał mnie zaocznie na sześć lat pozbawienia wolności. Chodziło o to, że ujawniłem drugie oblicze sztucznego raju. Oblicze, o którym głośno się nie mówi ani nie pisze. Pokazałem nędzę Azjatów kontrastującą z baśniowymi warunkami boskiej kasty rdzennych mieszkańców, wnuków niepiśmiennych Beduinów. Zapuszczałem się w miejsca skrajnego ubóstwa, na przykład do getta na obrzeżu miasta, gdzie w odrażających warunkach żyją azjatyccy robotnicy. To właśnie oni w ciągu jednego pokolenia zbudowali w niewolniczych warunkach sięgający nieba pustynny Manhattan.

O wyroku dowiedziałem się przypadkowo od jednego z mieszkających tam przyjaciół. Za kilka tygodni miałem lecieć na Daleki Wschód na pokładzie Emirates, tranzytem właśnie przez ten port lotniczy. Gdyby nie to ostrzeżenie, zakończyłbym moją podróż w zakładzie karnym na pustyni. Pisząc tę książkę, systematycznie odwiedzałem Dubaj i przywiązałem się do tego emiratu rozdartego między beduińską tradycją, religijnym radykalizmem islamskim a ekstremizmem progresywności. Trochę mi żal, że już nie będę tam mógł wrócić. To jednak bagatela w porównaniu z beznadziejnością i goryczą najsłynniejszego podwójnego brytyjskiego szpiega Kima Philby’ego. Miałem przyjemność poznać go pod koniec lat 80. w Moskwie. W 1963 roku zbiegł do Związku Sowieckiego, gdzie dość szybko zrozumiał, że Kraj Rad wcale nie ucieleśnia szczytnych wizji równości, którymi mamił ludzkość, a powrót do ojczyzny nie wchodził w rachubę. Będąc w chronicznym dołku psychicznym, przez resztę życia, czyli równe ćwierć wieku, topił nostalgię w alkoholu. Często powtarzał, że w jego pracy wielokrotnie sprawdziła się zasada, żeby nigdy nie składać zeznań. „Jeśli skonfrontują was z dokumentem napisanym waszym pismem, to po prostu zaprzeczajcie wszystkiemu i mówcie, że to fałszywka, i zaprzeczajcie wszystkiemu” — radził. Można odnieść wrażenie, że niejeden polityk brał u niego korepetycje.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?