Zaraza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nocna rozmowa

Najwyższy czas, moi drodzy, porozmawiać ze sobą poważnie. Zdaje mi się, że byłam dla was zbyt pobłażliwa a wy, wykorzystując moją słabość, przyzwyczailiście się i zapewne chcecie pozostać tu na zawsze. Ale zapewniam was, że już najwyższy czas, najwyższy czas, abyście stąd odeszli. Da się wam na drogę ciasta ze śliwkami i butelki ze słabą herbatą i pójdziecie przed siebie, każdy swoją drogą — w świat.

Ależ, Regino, jesteśmy tylko ludźmi, a ponadto mężczyznami i nie możesz wyprawiać nas ot tak, według własnego widzimisię. To prawda, że przyzwyczailiśmy się być tutaj z tobą, ale co nam innego pozostało? Czy dałaś nam jakąkolwiek szansę innego wyboru? Bez łzawych pożegnań, rzucania się na szyję, bez obietnic rychłego powrotu i silnych uścisków rąk, a tym bardziej bez strzemiennego nasze odejście nie liczy się. Czy zastanowiłaś się chociaż przez chwilę, że postępujesz niemoralnie?

Najwyższy czas, powiadam raz jeszcze, najwyższy czas i nie ma się tu nad czym zastanawiać. Wasze przyzwyczajenia nic mnie nie obchodzą. Zapnijcie swoje guziki, załóżcie swoje buty i w drogę. Nie mogę już dłużej znieść waszego zastanawiania się nad sobą, a poza tym, jak już mówiłam, najwyższy czas.

Mylisz się, Regino, i to w sposób zasadniczy. To nie my przyzwyczailiśmy się do tego mieszkania, lecz ono do nas. Pomyśl, co się stanie, jeżeli je tak znienacka opuścimy. Zginie marnie lub pogrąży się w nicości, a może nawet zdziwaczeje.

Nie będę myśleć, nie będę się nad niczym zastanawiać. To wy powinniście wcześniej zastanowić się nad sobą. Chcieliście być ludźmi, no to macie za swoje. Chcieliście być mężczyznami, a zatem musicie się udać w długą i niebezpieczną podróż, bowiem jak to ogólnie wiadomo, nieprzyzwoita chęć bezustannego sprawdzania się i potwierdzania gna was przed siebie, nie wiadomo dokąd. Świat oczekuje was, więc idźcie już i nie zawracajcie mi głowy. Powiedziałem już — najwyższy czas, i jazda mi stąd!

Po pierwsze, Regino, nie chcieliśmy, a zostaliśmy zmuszeni do bycia ludźmi i być może, jest to największy błąd naszego życia. Zauważ, że zastrzegamy się — życia. Po drugie, nasze wyjście stąd nie ma najmniejszego sensu, albowiem na ten temat toczą się od dawna długie i uczone dyskusje, których ostatecznych konkluzji nie zdążyliśmy jeszcze sobie przyswoić. A poza tym nie zastanawialiśmy się jeszcze nad sensem naszej ewentualnej decyzji. Po trzecie — to my czekamy na świat, który ma nas wprowadzić w tak zwane prawdziwe życie (co do którego mamy poważne wątpliwości). Zgodnie uważamy, że czekanie świata na nas byłoby po prostu zwyczajną nieprzyzwoitością. Nie możemy także wyjść światu naprzeciw, gdyż byłoby to wtedy pójściem na łatwiznę. Po czwarte — co znaczą twoje zagadkowe słowa ,,najwyższy czas”.

One nic nie znaczą, to fakt, że najwyższy czas dla was już nadszedł, i nie ma się nad czym zastanawiać. A zapewniam was, że dla waszego obecnego przyzwyczajenia fakt jest ostateczną instancją, potwierdzającą nieuchronność wyjścia. Nawet gdyby był zmyślony, doskonale mieści się w tym mieszkaniu, podczas gdy wy powinniście już dawno być za drzwiami.

Ależ, droga Regino, stajesz się coraz bardziej brutalna i porywcza. Jeżeli nie zmienisz swojego rzeczywistego zachowania w stosunku do nas, wówczas na pewno nie wyjdziemy, tym bardziej że naszymi wypowiedziami daliśmy ci dostatecznie jasno do zrozumienia, że nie mamy zamiaru wypełniać naszych — pożal się Boże — powinności.

W porządku, w takim razie ja wyjdę, ale pamiętajcie, że was ostrzegałam. Usiłujecie naruszyć przyrodzony porządek praw natury, przeciwstawiając mu się w sposób dziecinny i prymitywny. Najwyższy czas traktujecie jako mój wymysł, chociaż tyle razy dawałam wam dowody, że niczego nie zmyślam.

Nigdzie stąd nie wyjdziesz. Przywiążemy cię do nogi od stołu i będziemy karmić z miski stawianej na podłodze, dopóki wszystkiego nie odszczekasz. W ten sposób zrozumiesz, że pojęcia rzeczywistości mają tylko wtedy sens, jeżeli my wymyślamy go na swój doraźny użytek. Poza tym, jak wiesz, nie zajmujemy się tym, co jest, a wyłącznie tym, czego nie ma, dlatego będziemy traktować cię ordynarnie i z wyższością, a w chwilach wolnych od intensywnego myślenia zażywać cię od tyłu, abyś lepiej zrozumiała realność swojego przyzwyczajenia.

Jakże dobrze zdajecie sobie sprawę, że nigdy do tego nie dojdzie. Musielibyście wtedy przyznać się, iż rzeczywiście jesteście tymi, za których się podajecie. To pewne, że domysły na temat możliwości postępowania zgubiłyby was z kretesem. Ja po prostu wiem, że już najwyższy czas, i mówię to wam z litości, bo przecież mogłabym milczeć. Rzeczywisty świat oczekuje od was rzeczywistości, niczego więcej. To smutne, ale wasza nawet najbardziej wyszukana refleksja jest w tym wypadku niczym. Myśl jest światu niepotrzebna, jemu zupełnie wystarczają życie i śmierć.

Tym bardziej utwierdzasz nas w przekonaniu, że myśl nie jest z tego świata. Ale jeżeli myślimy, czemu nie da się zaprzeczyć, a co do istnienia świata jako bytu mamy poważne wątpliwości, w takim razie trzeba zmienić nasz stosunek do świata, a nie pozbyć się myśli. Nasze wyjście byłoby tylko przyznaniem się do błędu, którego nie popełniliśmy. Powierzchowne istnienie naszego przyzwyczajeniowego kształtu zgodziłoby się z namacalnością, a myśl stałaby się jakąś zbyteczną naroślą, wybrykiem natury, nieodpowiedzialną mutacją bez najmniejszych szans na przetrwanie i powtórzenie.

A jednak ignorujecie moją dobrą radę. Przecież chodzi mi tylko o wasze dobro, o to, abyście poprzez przyzwyczajenie nie dostrzegali tego, co jest. A wtedy myślcie sobie, ile chcecie, lecz załóżcie domy, rodziny, wychowajcie dzieci, miejcie dobre pensje i przyzwoite mieszkania, przejdźcie na zasłużone emerytury, miejcie nieposzlakowane opinie, kupcie sobie przyzwoite miejsca na cmentarzu i umrzyjcie z godnością. O nic mi więcej nie chodzi i chyba nie mam aż tak wygórowanych wymagań. A potem zastanawiajcie się, zmyślajcie i miejcie wątpliwości, ale teraz zaklinam was na wszystko: najwyższy czas, abyście poszli w cały świat.

Regino, Regino, w jaki to cały świat chcesz nas znowu wpędzić? Czy mamy wyjść do ciebie, do siebie samych czy też do obcych ludzi? Świat, jakikolwiek by on nie był, już nas nie ma, cokolwiek byśmy dla niego nie stanowili, ale to wcale nie znaczy, że to, co jest za progiem, możemy nazwać jego imieniem. Fragment możliwości realizacji czegoś, o czym nie mamy pojęcia, dostępny w pewnej niewielkiej części naszemu przyzwyczajeniu, nazywasz światem, jakbyśmy, on i my, skazani byli wyłącznie na tę jedną, jedyną — realność. Jakie to podstępne z twojej strony! Najwyższy czas, o którym tak nieustannie i ordynarnie nam przypominasz, być może, że jest najwyższym czasem tej realności. A nam co do niej? Myślimy, chociaż nie wiemy, czy i jak jesteśmy. Ciekawe, jaką widzisz w tym dla siebie korzyść, aby nas się tak szybko pozbyć?

Człowiek to przede wszystkim, moi drodzy, posrane gacie i nie dojedzona łyżka zupy na talerzu. Śmierdzące skarpetki i popielniczka pełna niedopałków. Koszula przepocona pod pachami i zakrwawiona wata w klozecie. Jeżeli stwierdzicie, że to wszystko jest na swoich miejscach, wówczas musicie przyznać — tu był człowiek. To są rzeczy, które zmuszają człowieka do istnienia, albowiem one same bez niego nie mogłyby się zdarzyć. Myśl jest jedynie przypadłością, która, gdyby nie rzeczy, nie mogłaby ujawnić się jako taka, To gorączka, która wskazuje na chorobę.

Dlatego nie zajmujemy się chorym, stanowiącym jak zwykle jeden z przypadków, ale wyłącznie chorobą. To oczywiste, że myśl może się realizować — w świecie na przykład realnym — ale nie musi, bowiem jej prawdziwe urzeczywistnienie wytwarza własną realność, równoległą czy też istniejącą obok, natomiast wspomniane przez ciebie urzeczowienia świadczą jedynie na niekorzyść świata realnego, gdyż jak z tego widać, stanowi on jedynie śmietnik, na który wyrzuca się próbne, nieudane i zbyteczne twory naszych działań. To prawda, że podobne odpadki istnieją także w świecie myśli, ale przynajmniej nie domagają się statusu rzeczy, lecz pozostają nadal w swej myślowej formie. Sama więc widzisz, że to chaotyczne zbiorowisko skutków i przyczyn, infantylnych i nieudolnych prób naszej działalności, które prowizorycznie i z wrodzonego lenistwa nazwaliśmy światem, nie stanowi dostatecznego powodu, aby się nim zajmować. Owszem, każdy śmieciarz może tam dostać intratne zajęcie, a nawet przy pewnej dozie szczęścia znaleźć przypadkowo wyrzuconą, nie zużytą prezerwatywę. Przyznasz jednak, że z tak błahego powodu trudno do tego wstydliwego szczegółu dopisywać cały Kosmos.

Regina opuszczona

Nareszcie... Pozostawiona, opuszczona i nie kochana wzięłam się do swych codziennych robót, które jak zwykle zabierały mi masę czasu. Polegały one nie tylko na czyszczeniu, szorowaniu, odkurzaniu i pastowaniu, co — o czym żaden z mężczyzn nie wiedział — na usuwaniu bałaganu, jaki po sobie pozostawili, uważając zapewne, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, który musiałam utrzymywać swymi drobnymi, kobiecymi rączkami.

Niechcący stłukłam popielniczkę pełną niedopałków, którą Dionizy pozostawił na brzegu stołu, i wówczas zdałam sobie sprawę — chociaż, przysięgam, zrobiłam to naprawdę nieumyślnie — że tej popielniczki już nie ma. Rozpadły się ślady palców pozostawione na niej przez Dionizego, rozleciała się konieczność jej użycia, rozpękło się jej indywidualne istnienie, a kto wie, może nawet rozpękł się sam Dionizy, oczywiście z punktu widzenia popielniczki, której już nie było.

Poczułam lekki wstrząs. Ach, więc to tak, powiedziałam do siebie wiedząc, że nikt mnie nie słyszy, więc wy, przedmioty codziennego użytku, które tyle razy myłam, czyściłam i pieściłam swymi drobnymi palcami, trzymacie jednak skrycie z nimi, chociaż odeszli stąd dobrowolnie. W mojej przytomności zmieniacie się, dając mi dyskretnie do zrozumienia, że o ni jeszcze tu są. Co za obłuda, co za perfidia pozorów! Zapewne dla was nic nie znaczę lub traktujecie mnie jak służącą, która zrobiła swoje i może odejść. Już ja wam pokażę!

 

Zupełnie, ale to zupełnie przypadkowo potrąciłam łokciem ulubioną filiżankę Teodora, która, podobnie jak popielniczka, spadła ze stołu rozlatując się na kawałki. Czyżby kryło się w tym jakieś ciche porozumienie między nimi? Założę się, że filiżanka była już w kawałkach, nim dotknęła podłogi, inaczej przecież nie mogłaby się na nie rozpaść. A jednak... Nie dawała nic po sobie poznać i kiedy niechcący ją potrąciłam, ona, gotowa na wszystko, czując jeszcze na sobie dotyk ust Teodora, wolała raczej zsunąć się ze stołu i rozbić na nieforemne skorupy wraz ze swoim kochankiem niż wytrwać w wierności ku mnie.

Być może, powiedziałam głośno, nie mając w końcu czego się obawiać, nigdy nie cieszyłam się waszym prawdziwym przywiązaniem, jednak po tylu latach opiekowania się wami, podcierania was i ustawiania należy mi się chyba odrobina wdzięczności. Oczywiście, milczały, będąc zapewne zobowiązane ich dotykiem do przyjęcia postawy uległej, aczkolwiek dumnej i niedostępnej. Identycznie zachowywali się oni, puszczając mimo uszu niewygodne dla siebie pytania i stwierdzenia, ignorując moje wypowiedzi w sposób wyrafinowany i okrutny.

Daję słowo, że machinalnie chwyciłam nocną lampkę stojącą przy łóżku Emanuela (zwykł czytać w jej świetle tę bezsensowną księgę Hermetikon) i jak nie grzmotnę nią z całej siły o podłogę! Trzasnęła żarówka, a klosz, jak należało się tego spodziewać, rozsypał się w drobny mak. A każda z tych drobin przypatrywała mi się ironicznie cząstką wzroku Emanuela. Teraz jest wszystko jasne, krzyknęłam, sposób waszego istnienia sprowadza się do byle czego. Prawda, że nie sprawi wam istotnej różnicy przebywać tak czy siak, ale dla mnie będzie to wielka wygoda, tym bardziej że moje biedne, spracowane ręce nareszcie sobie odpoczną.

A rzeczy nic. Nawet nie protestowały, związane zapewne przysięgą na wierność, zaprzedane im, otumanione przez te ich męskie sztuczki, traktując mnie jak pomiotło i dopust boży, oferując swoje służby i wytrwałość w głuchoniemym płaszczeniu się tym, którzy przywodzili je do zguby — mężczyznom. W nieruchomej i fałszywej namacalności rzeczy kryła się ich słabość, zmuszająca mnie do ujawnienia jej, dzięki czemu mogłabym wreszcie dowieść, kto w tym domu naprawdę rządzi.

Bezwolnie poddawały się mojej niszczącej działalności, a ja obserwowałam z rosnącą satysfakcją, jak miejsca pozostające po ich wątpliwej obecności wypełniają się wolą mojego niepodzielnego panowania. Czułam, jak rośnie przestrzeń wokół mnie, jak czas, zwinięty dotąd w tępe kształty, wyzwala się i rozwija w godziny, których mi tak zawsze brakowało dla siebie. Wyobrażałam już sobie, śmiejąc się w duchu, zdziwienie mężczyzn, kiedy wrócą — a muszą to zrobić, bo inaczej idea ich męskości mogłaby zostać poddana w wątpliwość — i czegokolwiek dotkną, będzie mną, każda niezbędna rzecz i korzyść z niej wynikająca, każde, jak oni to nazywają, funkcjonalne użytkowanie, każdy związek z przedmiotem, którego wyrzekają się, stając się od razu bezradni, gdy tylko go zabraknie.

To ja będę tym wszystkim i nikt inny. Będą dotykać mnie, pić ze mnie, stąpać po mnie, świecić mną, a nawet pociągać mnie za rączkę, aby spuścić we mnie wodę. Lecz ja nie będę taka mdła i bezwolna jak te gnuśne rzeczy. Od razu, od pierwszego dnia ich pobytu zażądam posłuszeństwa i wyznania wstydliwych pragnień, a potem powoli, lecz systematycznie zawładnę nimi, zmuszając ich do tego, aby stali się posłusznymi narzędziami w moich rękach, aby właściwie i szybko reagowali na moje zachcianki i grymasy. W przeciwnym bowiem razie stłukę ich i wyrzucę jak zbyteczne skorupy popielniczki, filiżanki czy lampy.

Niech sobie będą, jak chcą, jeżeli już się tak przy tym upierają, ale to, jak zadecyduję, w jaki sposób ich postać będzie najlepiej służyła moim zamiarom. Myślenie, które tak sobie upodobali, będzie mi zupełnie obojętne. Cóż bowiem może kogo obchodzić, co myśli sobie dywan (lub nie myśli w ogóle), jeżeli tylko przyjemnie się po nim stąpa? Przypuszczam, że w swoim męskim zacietrzewieniu nawet nie zauważą, iż to ja będę wszędzie. Udając obojętność, tym bardziej będę mogła zapanować nad nimi i zmuszać ich do takiego zachowania, na jakie pozwoli im moja wszechogarniająca obecność.

Gdzie jest popielniczka, pomyślałam, i nagle dreszcz mnie przejął, gdyż w tym domu nie było już ani jednej popielniczki, a ja jednak pomyślałam o niej. Nazwa, ktora tutaj już nic nie znaczyła, na nic nie wskazywała i niczemu nie służyła, pozostała we mnie! Filiżanka— cóż to jest „filiżanka”, jeżeli wytłukłam wszystkie, co do jednej. A jednak, powiedziałam głośno, muszę bezustannie wiedzieć, czym jest filiżanka, aby potrafić jej zaprzeczyć. Muszę wiedzieć, komu i po co służy ucho od filiżanki, aby czuć potrzebę pozbycia się go. Nie chcę tego, zawołałam, nie chcę wiedzieć, czym jest to, czego nie ma! Lampa, szepnął we mnie jakiś obcy głos i poczułam lęk bijący w moje sterane serce.

Obeszłam jeszcze raz dokładnie całe mieszkanie, niszcząc resztki tego, co mogłoby przypominać jakikolwiek przedmiot i jego nazwę, która by poświadczała jego istnienie. Wszędzie były tylko strzępy, skorupy i drzazgi, ja jednak w dalszym ciągu wiedziałam czym one były przedtem, co znaczyły one dla nich, mężczyzn, którzy pozostawiwszy mi wszystkie swoje rzeczy, odeszli jakby nigdy nic — w świat. Jacyż oni są mściwi i podstępni, jacy uparci w swym dążeniu do organizowania wokół siebie tego, czym pogardzają. Wspaniałomyślnie ofiarowali mi nazwy, które chcąc nie chcąc muszę pamiętać, zajmować się nimi, rozróżniać je i pilnować tylko po to, aby mogli mieć przez cały czas przeświadczenie, ze ktoś myśli o nich — mężczyznach wędrujących.

A jednak, zaśmiałam się na cały głos, potrafię pokonać was waszą własną bronią. Zapomnę o nazwach, zapomnę o tym, że je pamiętam, a jeśli będzie trzeba, zapomnę o sobie. Jak się to już nieraz okazywało, jestem zdolna do nadzwyczajnych poświęceń. A wy, powróciwszy ze swych idiotycznych peregrynacji, które podejmujecie wyłącznie w celu zaprzeczenia tego świata, nie zastaniecie tu ani mnie, ani swych rzeczy, ani tego domu. I nie będziecie potrafili nazwać tego, co się stało, zrozumieć, bowiem to, czego nie umiecie pojąć, napawa was taką bojaźnią, że za wszelką cenę staracie się natychmiast wrócić do waszych dawnych przyzwyczajeń. Lepiej, żeby już wszystko było po staremu, powiadacie do siebie, czyż warto zastanawiać się nad rzeczami, których nie ma, jeżeli już samo „nie ma” sprawia nam tyle kłopotu. I zapukacie jak zwykle do drzwi.

Proszę, odpowiem, wejdźcie, czekam już na was od dawna. Spóźniliście się i herbata wystygła. Zjadłam też połowę ciasta przeznaczonego dla was, bowiem głód zaczął mi już porządnie doskwierać. Jak widzicie, zrobiłam wreszcie generalne porządki, na które nigdy nie miałam czasu. Podłogi zapastowane, okna umyte, wanna wyszorowana. Zaraz podam gorącą kolację. Wołowina już dochodzi w piecyku. Wolicie do niej żytnią czy jałowcówkę? Tylko wytrzyjcie dobrze buty albo najlepiej załóżcie łapcie. Dionizy, idź umyć ręce, Teodorze, przyklej sobie plaster na odciski, Emanuelu, wysmarkaj nos. Na szczęście zdążyłam założyć czystą pościel i wyprasować wasze piżamy. Na pewno jesteście bardzo zmęczeni. Kupiłam ci twoje ulubione papierosy, a oto popielniczka wyszorowana do czysta, a tutaj, proszę, ziółka dla ciebie w twojej ukochanej filiżance, a ty, czy poznajesz jeszcze twoją serdeczną przyjaciółkę, nocną lampkę, odkurzoną i wymytą?

Po czym nasmaruję kremem moje biedne, spracowane rączki i będę mówiła tak do nich, jakby się nic nigdy nie stało, jakby te same rzeczy stały na tych samych miejscach, a ja identyczna z tą, którą opuścili, zajmuję się nimi jak dawniej. I żaden z nich nie zorientuje się, że wszystko już jest inaczej. I nikt nie będzie wiedział dlaczego. „Pada sobie deszczyk, pada sobie równo, raz spadnie na kwiatek, drugi raz na gówno”. Tak będę sobie podśpiewywać jakby nigdy nic. Na gówno, dobrze słyszeliście, gówno, a może komuś się nie podoba? Gówno, nie, nie przejęzyczyłam się, no, czy ktoś ma jakieś zastrzeżenia? Gówno, gówno, gówno...

Henryk: Dlaczego te tam wariatki miotają się, wybałuszając oczy i łapiąc się za swoje starzejące się bez wytchnienia biusty?

Szambelan: Aktorzy, wirtuozi i śpiewacy wywołują w kobietach te skurcze.

witold gombrowicz

Wyznanie Dionizego

Teraz jest już spokojnie. Każdy na swoim miejscu. Przylegający całym ciałem do swego czasu. Spokojnie. Drobne dni i niewielkie noce. Tak tutaj nieruchomo i nic się nie zmienia. Jest dobrze, jest tak cicho, że ten głos za ścianą zdaje się być śmiechem lub namową innego świata. Mucha daleko brzęczy. Herbata ostygła.

Tak tu cicho i pusto i wreszcie nikogo. Nikt mnie nie spłoszy zbytecznym wyznaniem. Zasłony wiszą krzywo, łyżeczka przechylona w filiżance. Nie było nikogo. I o tej muzyce tutaj nikt nie wiedział. Czyżby ktoś dzwonił do drzwi lub tylko o tym pomyślał? Teraz, tu, nikogo. Nie ma mnie dla siebie. Szlafrok wytarty na łokciach, spodnie wypchnięte na kolanach, dziurawe pantofle, ręka chwiejnie oparta o biurko, zmięty papieros. O nic już nie powinny pytać, bo to dym żółknie w zębach i ślina przełyka ślinę.

A powietrze, powietrze — jeśli ktoś tu słyszał o powietrzu, które kształtem swym odciska pochyloną głowę. Nikt nic o nim nie wie. Ono tylko dyszy w meblach, płucach, przenika wąskimi porami papieru przez zapisane słowa. Misterioso. Cicho! — tak krzyknęła za ścianą dziewczyna do dziecka. Silentium Universi, zapewne o tym nie wiedziała, więc dziecko płacze dalej, lecz jakże tu cicho. Spokojnie. Poskrzypywanie papierosa gaszonego w popielniczce. Onyx.

Słońce, wiesz, wtedy, kiedyś, bogini w tym sklepie miała tych popielniczek onyksowy stos. Więc wybrałem tę jedną, chociaż Febus właśnie, chociaż Ikar, chociaż te trzy, zawsze trzy, jakkolwiek byś je nazwał, zawsze nierozłączne, ucieszone w trójnasób zawsze twym wyborem. Jak obojętną nazwą jak czystym imieniem, które jest żal wymówić, że zaraz się skończy. I tych trzech, trzech, trzech zawsze, nie do powiedzenia, przyglądających się twoim niezręcznym zalotom. Do owej popielniczki, do tego kamienia, ściętego ośmiokątnie na osiem stron świata. Tak śmieją się do siebie, lecz już znacznie ciszej. Deszcz im wypłukał uśmiech. Te lipcowe wody łączą się znowu z ziemskim szumem oceanu. Tak uniesione chwilą, kłębem białej pary uwierzyły, że słońce jest już całkiem blisko. Teraz zwą się jakkolwiek: ja, ty, my, wy, oni i bezradne w powrotnych imionach o domy postukują zamknięte w tak brzydką pogodę.

Bo tutaj już spokojnie, wiadomo, jednako. Dobrze, tak dobrze nam, że popołudnie nie zwleka, lecz pocięte na pokoje zmierzchu usidla nas milczeniem powszednie wiadomych. Dlatego tak to wiemy od jutra do wczoraj, że minie lub nastanie, że te wielkie spory o uniwersalia, o nie wyniesione śmieci znowu jutro będą jak zawsze, jak wczoraj. Jakże tedy spokojnie można nic nie mówić. Przyglądać się przedmiotom skwapliwie usłużnym, skrzętnie potwierdzającym nam każde pragnienie. Namiętnie lub leniwie — zależnie od smutku. To nie śmierć tak nas straszy rychłym zakończeniem, lecz ona — Eurynome, bogini wszechrzeczy ciągłego nastawania, a może inaczej, a może tak raz jeszcze... Tak staje się wieczność. W szybkim przelocie wróbla ponad mokrym dachem, w nagłym trzaśnięciu okna i w tym niespokojnym kołysaniu jabłoni w nieznanym ogrodzie. W pociemniałej zieleni, w żalu lub muzyce była to tylko próba, grzech nie dość śmiertelny, by zniknął, ukarany za swoje istnienie.

Może jednak w sobotę upiekę to ciasto, tak rzekła moja matka. A potem, w niedzielę, kiedy w blaszanej formie tam, na parapecie, było już upieczone, kiedy już wystygło, matka odpoczywała. Znów ktoś trzasnął drzwiami, lecz przedtem szedł po schodach wąskim korytarzem. Moje uszy słyszały jeszcze, lecz ja, nieobecny, jakże mogłem pamiętać, czemu chciałem słyszeć. Tak dawno nie pytałem i nigdy nie będę. Nie chcę. Jak się dowiem, że tutaj mnie nie było? Ach, nic... Tamte stroje, wypełniające szafę, będą w sam raz na mnie. Tak myślę! I jest to najstraszniejsza pokuta tu dla nas, bezgrzesznych, bowiem nie ma ni grzechu, ni Boga, ni rzeczy żadnej jego albo naszej. I nigdy tego Słowa... Jedynie i jedno — Milczenie. Zawsze było Milczenie i Wszystko w Nim było. Reszta to nazwy, nazwy...

Jabłka już zielone nabrzmiewają słodyczą, dziecko ciągle wrzeszczy, matka wyszła, ja piszę, lampa zapalona. Wciąż znaczymy to samo, wciąż czeka za nami — wyjaśnienie, którego przecież znać nie chcemy. Powiedz jedynie „żyję” i wtedy zrozumiesz, że jesteś jak ten martwy, który mówi ,,jestem”. Lecz on jest znacznie dłużej, cóż za doświadczenie! Jakże więc nas tu nie ma, kiedy matka tutaj, domy, miasta i deszcze, deszcze i skulona kuropatwa gdzieś w zbożu, i mokre topole u dróg. Ta książka niepotrzebna jest tak, że jej nie ma. Może i, lecz to tylko jest czcze przypuszczenie, może i jeszcze kogoś nie ma na tym świecie...

 

Woda szumiała w rurach. Czas, mówisz, jednaki jest dla ciebie i dla mnie. Dla tych, co za ścianą myją w miednicy nogi, dla tych, co się kłócą tutaj, tu pod podłogą. Dla tego szczekania psa w wieczornym ogrodzie i szumu samochodów. Czas, mówisz, tej muzyki upływa wraz z tobą przez te kroki, co chodzą ciągle po suficie, i poprzez tę piosenkę, która jeszcze wzrusza, chociaż zza trzeciej ściany, zza trzeciego domu... Nie wierzę ci. Tu zawsze byłem pokryjomym gestem, co osiadł we mnie, słowem, co zbyteczne. Tu powszedniałem zgiętym łokciem, pochylony nad ukradkiem spojrzenia na mały zegarek i z podpartym policzkiem, niewidoczny jeszcze, przesuwałem się między ciasnymi rzędami miejsc, które wypełnione, broniły dostępu. Tak wszystko było pełne swego przebywania, że nawet kiedy siebie zobaczyłem wtedy, siedzącego tu właśnie nad swoim „co teraz”, nie wierzyłem. Tu — nigdy, przecież czas się zmienia, przecież nie mogę wiedzieć już. Tak nie wierzyłem, jakbym postradał każdą jutrzejszą rozmowę. I tym czasem zaległym niby zapomniany słój konfitur gdzieś w kącie zamkniętej spiżarni, myślałem tam pozostać. Bo nie wiedziałem, czemu musi być inaczej. Teraz wiem — niepotrzebnie. Cóż, nie trzeba było pytać się nazbyt wcześnie o czas, o godzinę, o początek, ach, jeszcze zdążymy sto razy, mówiłaś, kiedy w kieszeniach płaszcza wciąż miąłem bilety. Tak przecież bardzo chciałem zdążyć na początek. Zobaczyć to nic jeszcze, usłyszeć ów szum. Nim ktoś się zdecydował, zanim pomyślano, że można już zaczynać, chciałem tam być wcześniej. Chciałem być wcześniej z tobą, zanim nas ktoś zmyśli. I wtedy, właśnie wtedy czas się w nas oblekał, w to twoje zbyt powolne spoglądanie w lustro, w to moje nazbyt szybkie chodzenie tu-tam, tu-tam. I wtedy czas się zaczął, jakże nieopatrznie...

Już coś było, już szumiał głośniej, już podpływał mrocznym niekształtem nieba, niechętnym pomrukiem piachu, nasion, powietrza, aż po trzaśnięcie drzwiami, aż po słowo tłukące się po schodach, spadające nisko, tam gdzie kot zaczajony w zakurzonej sieni lizał grzbiet obracając głowę, nas nie widząc. Będzie już, pomyślałem, tak wtedy wierzyłem, że wszystko znów być musi, że już to wiadome nastaje, że przyczyną pierwszą pokarani musimy, chociaż bez nas rozpoczęto seans, chociaż miałem bilety wcześniej wykupione, chociaż mogliśmy nigdy nie zechcieć wyjść z domu. Powinniśmy być przecież tam, gdzie dzień trwa dłużej, gdzie lato jeszcze wolniej chyli się w jabłoniach, gdzie pognieciona trawa już zostanie po nas na zawsze i zające zamrą w koniczynie.

Lecz już były zajęte te miejsca pokupne, przepłacone, zamknięte, podnajęte, zanim pomyśleliśmy o nich choćby miesiąc wcześniej. Mógłbym w końcu w kolejce odstać tę godzinę. Bo czasu było zawsze i nigdy już dosyć. I mnie było za dużo, i ciebie zbyt pięknie, i za mało pieniędzy, i śpiący już jestem, i źle się dzisiaj czułam, i czy wiesz, że ktoś tam. Woda kapała z kranu, którego nie sposób było dokręcić. Zostaw, powiedziałaś, niech sobie dalej płynie, lepiej ten chleb przekrój albo, albo lub albo. A ja: chyba raczej...

Nareszcie jest już cicho. Nikogo nade mną nie słychać, cisza pod stopami, dziecko za ścianą pewnie śpi o tej godzinie. Pies tylko czasem, może gdzieś w tamtym ogrodzie jest jak poszczekiwanie echa na ulicach, których nie widzę. Tramwaj jedzie, lecz go nie ma. Noc na białe węzełki dzielona firanką skwierczy ćmą spadającą spod lampy. Raz brzęknął głęboko zegar. Słyszę, słyszę, a przecież nigdy nie chciałem być — czasem. I zawsze, zawsze, zawsze nie chcę być człowiekiem.