Zaraza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mężczyźni i pamięć

Emanuel: Ależ Regino, to wszystko można powiedzieć zupełnie inaczej. Już od samego wejścia niepewność oczekiwania kazała podziwiać rozległe szpalery wieszaków, wielopiętrowe szatnie, specjalne dobudówki, zapełnione stojakami na laski i kapelusze, przechodzące w spiralne klatki schodowe, zabudowane półkami na obuwie. W dalekich perspektywach jasno oświetlonych korytarzy błyszczały niebieską satyną fartuszki uśmiechniętych szatniarek, które wychylone lekko zza kontuarów zachęcały nieznanego gościa, aby czym prędzej podał im swój przemoczony płaszcz. Obszerne marmurowe schody, na których wyfraczeni wiśniowo lokaje trzymali siedmioramienne świeczniki, wiodły do wielokondygnacyjnych łazienek, płonących jasnym blaskiem kafelków, srebrem kranów i kryształem luster. Czyż można było nie skorzystać z którejś z gotowych już kąpieli o właściwej temperaturze, pachnącej jodłą, modrzewiem lub świeżo przekrojonym owocem brzoskwini? Przy złotych wannach wypełnionych mlekiem młodych oślic czekali zgięci w ukłonie łaziebnicy, a skąpo ubrane dziewczęta raz po raz przynosiły stosy nagrzanych ręczników i prześcieradeł o miękkości wonnej kwiatem róży.

Teodor: Mylisz się, mój drogi, albowiem złota wanna była tylko jedna i nie wypełniona mlekiem młodych oślic, lecz świeżą spermą młodych niewolników, w którym to cudownie odmładzającym eliksirze zażywała kąpieli jedyna córka ostatniego króla Atlantydy — Jebajda. Jednakże królowa każdego dnia żądała nowej kąpieli, co doprowadziło w końcu do ogólnonarodowej katastrofy, opisanej pokrętnie przez Platona. Prawdziwa przyczyna zatonięcia Atlantydy leżała zaś w tym, że prosty lud nie chciał się spuszczać do królewskiej wanny.

Dionizy: Dlatego właśnie w stolicy, ku uciesze mieszkańców płci obojga, wybudowano nowoczesny, piętnastopiętrowy Automatyczny Dom Publiczny, aby raz na zawsze zlikwidować prostytucję i podejrzane meliny, a zarazem wyzwolić obywateli z wszelkich kompleksów erotycznych, które za niewygórowaną opłatą mogły znaleźć właściwe ujście. Zainstalowane automaty zadowalałyby bowiem zarówno tradycjonalistów, jak i osobników spragnionych bardziej wyrafinowanych wrażeń, uwzględniając jednocześnie wszelkie dewiacje i zboczenia. Dom pracował na okrągło całą dobę, wyposażony w trójwymiarowe porno-kino i restaurację słynną z wyśmienitej kuchni, co tym bardziej przyczyniało się do jego nadzwyczajnego powodzenia. Telefoniczna rezerwacja karty wstępu (do trzydziestu dni naprzód) lub wykupienie abonamentu na określoną ilość seansów umożliwiały zaplanowanie sobie rozrywki w dogodnym terminie. Początkowa nieufność mieszkańców w stosunku do ADP przerodziła się wkrótce w entuzjazm, aż wreszcie nawykiem stało się zapraszanie przyjaciół i znajomych właśnie tam, gdzie każdy mógł sobie znaleźć coś odpowiadającego jego najskrytszym pragniom, z zapewnieniem należytej dyskrecji, bowiem kabiny były wyłącznie jednoosobowe, a doskonale wytresowana obsługa zachowywała ścisłą tajemnicę.

Spekulacje Dionizego

Każde spotkanie z nieznanym jest dopuszczeniem go na odległość wyciągniętej ręki, którą dotychczas wyczuwaliśmy ciepło pieca, skrytego w pobliskiej ciemności. Kształt tego, co ma nadejść, na który oczekiwaliśmy już od dawna, drżąc w miłym podnieceniu, mógłby nas porazić swą oczywistością. Mrok pochłania drobne niedociągnięcia wyobraźni, tuszuje mankamenty jej tworzywa i właśnie ta odrobina czegoś, niedostępna naszym urojeniom, podważa autorytet całego świata, wystawiając dotychczasową pewność na nieprzewidzianą, lecz jakże radosną próbę dociekań sedna. A więc jednak, myślimy, coś tu się nie zgadza, coś tu, panie, nie tego, prawda? Prawda, odpowiadamy i zaczynamy się z przyjemnością zastanawiać.

Ach, wy myśli, myśli, mówię sobie, cóż ja wam takiego uczyniłem, że mnie dręczycie. Nie dosyć, że zajmuję się wami od rana do wieczora, to jeszcze każecie mi rozpamiętywać, dociekać, spekulować, wyobrażać i dręczyć się niemocą wymyślenia tego, czego nie ma. W gruncie rzeczy jest to dla mnie zupełnie obojętne i nie powinnyście mi sprawiać tyle kłopotu bowiem trudności życia codziennego dostatecznie mnie męczą swoją nachalną obecnością.

Jeżeli już muszę odzwyczaić się od siebie, to przede wszystkim was porzucę, bo cóż może być bardziej mojego jak myślenie o sobie samym. Nie ma żadnych dostatecznych podstaw, aby sądzić o czymkolwiek innym, że jest, ale ja, ten najbardziej przyzwyczajony do siebie ze wszystkich zbytecznych nawyków, powinienem siebie opuścić jak najszybciej.

A tymczasem — nieustanny, cichy bełkot, szept, harmonia sfer, szum kosmosu i wieczne krążenie nie pozwalają mi oderwać się od lęku przed przypuszczeniem do siebie niemyślenia. A i tak, powiadam sobie, obejdzie się w końcubeze mnie. Coś nie będzie tym samym, coś będzie udawać, że jest niczym, tylko dlatego, aby nie można się domyślić, że ten daleki pogłos mroku, lekki chłód, cień metafizyczny naprawdę coś znaczy. Po prostu pewnego razu zniknę i nikt nigdy nie potrafi uzasadnić tego wyboru, który podjąłem, spragniony w swej oczywistości jej ostatecznego uzasadnienia. Czy nie jest to jedna z licznych, samotnych zabaw w Boga, który jeszcze przedtem nie miał nad czym się zastanawiać?

Być może, jest to w zasadzie dywagacja starego kawalera. Nawet pisana przez żonatych mężczyzn i zamężne kobiety stanowi roztrząsanie dolegliwości z hipochondryczną dokładnością. Z bezwzględną, pedantyczną znajomością ich narastania, kulminacji i zakończenia. Ten stary kawaler doskonale orientuje się, kiedy zażyć ziółka, a kiedy wyjść na spacer i kiedy udawać, że nie dosłyszał, aby dalej robić swoje. Kiedy narzekać, a kiedy cierpieć w milczeniu, ale tak, żeby wszyscy wiedzieli, że się skręca w boleściach. Takie są zewnętrzne objawy sztuki, która jest jednym z wymyślonych cierpień, sprawiających skryte zadowolenie — byleby tylko dalej i więcej opanować z całą bezwzględnością swego uporządkowanego egocentryzmu. Formy dnia i nocy, skracając się i wydłużając, nicując swą przeszłość i przyszłość, opisują nieznane tak, jakby była to tylko nieistotna dolegliwość, póki jej nie przeistoczą, aby wreszcie porządna, otoczona nimbem marudnego postękiwania, szła za swoim starym kawalerem niby cień, który on traktuje z pogardą starego mistrza w rozumieniu rzeczy wszechświata. Nie odstępują się nawzajem, bezwolni w niewiadomej dla nich porze parzenia ziółek. Czy jest to w ogóle jeszcze jakaś pora? Czy już? Stare łapcie twierdzą, że najwyższy czas.

Lecz wtedy, na przekór wszystkim możliwościom i potrzebom, odzywa się we mnie wieczorna, jesienna ulica, z ogrodami, z torem tramwajowym, którym tak rzadko o tej porze przejeżdża jakiś wagon. Żelazne parkany, mała poczekalnia, rozrośnięte drzewa, stykające się prawie nad głową splątanymi gałęziami... Żebym tak odgadł tę ulicę, czym ona jest, gdzie była, po co trwa we mnie, wiedziałbym o wiele więcej. Wciąż idę nią w płaszczu z podniesionym kołnierzem, wciąż mży deszcz, wciąż jest ten sam późny październik. Czekam w małej poczekalni, chociaż wiem, że tramwaj już nie przyjedzie. W oknach domów, skrytych w dzikich ogrodach, palą się żółte, mętne światła. Po co jest ta podmiejska ulica ze zgniłą trawą, zarastającą torowisko, z brukowaną jezdnią, którą tak rzadko przejeżdża staroświecki samochód?

To ty, mówicie mi moje myśli, to ty jesteś tą ulicą. Zburz ją, zapomnij o niej, obrzydź sobie jej wstrętny, zgniły koloryt, przestań ocierać skrycie łzy, zasłaniając twarz podniesionym kołnierzem, a zrozumiesz, jak łatwo biec przed siebie szeroką asfaltową szosą. Na pewno zaraz zatrzyma się jakiś samochód o płynnej, nowoczesnej linii, który podwiezie cię w dowolnym kierunku. Tylko spróbuj.

Niestety, cały czas muszę pamiętać o tym, że zaczynam od początku, a to już powoduje takie komplikacje, że nie wiem, czy kiedyś zdołam stworzyć cokolwiek dalej. Moja Sinfonia Mundi nie powinna nigdy zostać zrealizowana, jeżeli ma pozostać prawdziwą muzyką.

Dzieło jest tylko dziełem, niczym innym, żadnym odbiciem świata czy jego transpozycją, żadną psychologią postaci. To, czego nie chcesz, to się nie stanie. Nie jest ono ani dobre, ani złe, nie niesie z sobą grzechu, winy, kary ani nagrody. Człowiek samotny w obliczu swego dzieła jest największą tragedią bytu, jego otchłanią, do której trzeba zstąpić, aby o niej nie wiedzieć. Dlatego ani życie, ani śmierć nie są warte tego, aby się nimi zajmować w takiej postaci, jaką narzuciło nam przyzwyczajenie. Trzeba je tworzyć wciąż od nowa, bowiem to, co jest, jest i nie warto na ten temat dyskutować. Czy ktoś dyskutował sensownie z Bogiem? A jeżeli nawet czynił to Hiob, czy Bóg mu coś konkretnego odpowiedział?

Podejrzenia Emanuela

Jak gdyby nigdy nic odwróciłem się twarzą do pokoju i powiedziałem obojętnie: Teodorze, może zrobiłbyś mi szklankę herbaty. Jaki straszliwy ból poczułem, kiedy podniósł się z krzesła i przeszedł do kuchni. Zrozumiałem, że nawet nie tyle o niczym nie wie, co nie przypuszcza o swojej niewiedzy. Pamięć i myśl uszły z niego i tylko ja, który znam go od tak dawna, wiem o tym, co się z nim dzieje. Nikt z postronnych tego nie zauważy, zadna z osób stykających się z nim nie spostrzeże tego i będzie zachowywać się tak, jakby był tym samym co dawniej — człowiekiem.

Przez otwarte drzwi kuchni obserwowałem jego ruchy. Nalewał wody do czajnika, wyjmował szklankę i podstawek z kredensu, rozglądał się szukając pudełka z herbatą. Zrozumiałem wtedy, że już nic nie jest w stanie go uratować. Mogłem jedynie patrzeć na jego upadek tak, aby o tym nie wiedział. Potem jednak pomyślałem, że właściwie nie muszę się z niczym kryć. Jeżeli dotąd nie zorientował się, jak naprawdę wygląda jego sytuacja, na pewno nie zwróci uwagi na moje zachowanie. Uważa zapewne, że zmieniło się wszystko, co go otacza, a zatem i ja, i w ten sposób nic nie wie o tym, co się rzeczywiście wydarzyło — nie wie, bo już wiedzieć nie może. Czy powinienem mu w jakiś sposób pomóc? Przecież nie zauważy nawet tego, co czynię. Mogłem teraz już tylko oczekiwać.

 

Teodor przyniósł herbatę, postawił szklankę na nocnym stoliku, pomógł mi się podnieść i poprawił poduszki. Wyglądał zupełnie tak jak dawniej i to właśnie było dla mnie najokrutniejsze. Przecież nie mógł wiedzieć o tym, co robi, że postępuje tak samo jak kiedyś, nie zdając sobie z tego sprawy. Tylko ja wiedziałem, że jego ruchy nie mają sensu, a jego wygląd o niczym nie świadczy. Podawał coś, podnosił, przekładał, nie wiedząc co i po co. Jedynie jawiedziałem, że stanowi on mizerną resztkę siebie dawniejszego, ochłap, a właściwie powłokę, zawierającą w sobie przeciwpostać. Tym bardziej byłem o tym przekonany, że potem znowu usiadł przy stole, przeglądając jak dawniej swoje papiery.

Jeżeli człowiek uchodzi z siebie, zostaje w jego kształcie pewna pusta przestrzeń, tak idealnie do tego kształtu dopasowana, że ten, który wraz z sobą stracił i pamięć o sobie, nie jest w stanie odróżnić siebie teraz od swej poprzedniej postaci. Po prostu nic o niej nie wie, a obserwujący go także nie mogą zorientować się w tej mistyfikacji, bowiem żadne zewnętrzne oznaki nie wskazują na to. Także on, obserwując innych i nie pamiętając o swym poprzednim stosunku do nich, nie zauważa niczego szczególnego. To właśnie nazywa przeciwpostacią. Z pozoru nic się nie zmieniło, a to dlatego, że wszystko uległo odwróceniu i zaprzeczeniu.

Teodor siedzi teraz przy biurku, coś tam pisze albo czyta, lecz ja, znając go tyle lat, wiem, że on nawet nie wie, co to znaczy „pisze”. Przykłada pióro do kartki papieru takim ruchem, jakby pisał. Niewątpliwie powstają tam rządki liter, jakieś wyrazy, zdania, lecz są to tylko doskonałe, aż do samozatracenia, pozory, okrutne dla mnie pamiętającego go, kiedy pisał naprawdę. Tak samo przesuwał rękę po papierze, tak samo od czasu do czasu spoglądał w okno i rzeczywiście pisał albo czytał, a nie stwarzał idealnej namiastki swojego dawnego zachowania. Jego przeciwpostać jest przerażająco identyczna z dawną postacią. Jedynie człowiek absolutnie pozbawiony siebie może dojść do takiej perfekcji.

Po raz pierwszy zauważyłem, że coś jest z nim nie tak — pamiętam tę datę doskonale — piętnastego kwietnia. Około wpół do czwartej Teodor wrócił jak zwykle z pracy i nic nie wskazywało na to, że będę musiał zwrócić na niego uwagę. Mówiłem już, że tak przyzwyczaiłem się do jego obecności, iż w zasadzie nie zauważaliśmy się nawzajem. On w sposób powszedni, wyćwiczony niejako w ciągu wielu lat, z rutyną, na którą już się nie reaguje,opiekował się mną, a ja rozpatrywałem jak zwykle swoje dzieje, nie widząc w tym nic szczególnego. Nawykiem dziesięcioleci niezauważalnie przeczesywałem swoją przeszłość, natomiast on, zajęty swoją teraźniejszością, zachowywał się tak, jak nakazywała mu codzienność. Związani ze sobą, stanowili dla mnie nierozróżnialną jedność, którą jednak przestałem się już dawno interesować, zanurzając się całkowicie w tym, co przeminęło. Byłem już pewien swojej przeszłości, wiedziałem, że nie ma do niej powrotu, że niczym nie jest w stanie mnie zaskoczyć i niepokoić. Jego poświęcenie się teraźniejszości wydawało mi się kiedyś naiwne, ale w końcu przyzwyczaiłem się do jego zajęć i nawzajem nie wchodziliśmy sobie w drogę.

Upływ czasu nie odgrywał tu żadnej roli. Każdy z nas nie poddawał mu się na swój własny sposób. Ja, opuszczony przez siebie, zachowujący jedynie pamięć, nawet nie starałem się przeniknąć do jego dni. Po prostu w pewnym momencie przestało mnie interesować to, co jest. Moja teraźniejszość przestała istnieć. Być może, Teodor przejął jej opuszczoną przeze mnie formę, lecz równie dobrze mógł ją zaczerpnąć od kogoś innego. Przypuszczam, że byłem jedynie dla niego znakiem, do którego tak się przyzwyczaiłem, że już go właściwie nie mógł dostrzec, a tym bardziej odczytać.

Tego fatalnego dnia oznajmił mi, że się żeni. Jak zwykle nie zwróciłem na to uwagi. Słowa przeszły przeze mnie, utknęły w ścianie i po chwili, wracając nikłym echem, rozproszyły się po meblach mieszkania, niknąc w zakamarkach biblioteki. Być może, rozproszone światło popołudnia, leżące jaśniejszą plamą na podłodze, kazało mi przymknąć zmęczone powieki. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, to znaczy, zajęty byłem jak zwykle własną pamięcią, lecz na chwilę jakbym ją przegapił. Słowa Teodora zatarły we mnie na moment poczucie przeszłości, zdając się otwierać coś, co w żaden sposób nie mieściło się w moich kategoriach czasu. Po ułamku sekundy zniknęło to wrażenie, ale ja już pamiętałem. Zmuszałem się do zwrócenia na niego uwagi, a to już znaczyło, że on nie jestcałkowicie tym, którym był dotychczas, a ja wplątuję się w moim wieku w jakieś sprawy zupełnie dla mnie obce i niezrozumiałe. Czyżby znaczyło to, że teraźniejszość jest zupełnie inna niż zawsze. Spytałem, czy mówił do mnie.

Był zajęty w kuchni i nie usłyszał moich słów, a może pozostał tutaj i udał, że nie słyszy, w każdym razie nic nie odpowiedział, położył się na kanapie i zdawało mi się, że zasnął. Właśnie wtedy uderzyło mnie coś, czego nie zapomnę do końca życia. Zachowywał się zupełnie zwyczajnie. Odwrócony do mnie plecami, nakryty kocem, miarowo oddychał przez nos, nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, co zaszło.

A przecież zmiana musiała zajść. Byłem o tym przekonany. Ten sam co zawsze, ten sam jak co dzień. Musiało się to stać już kiedyś lub dochodziło do tego powoli, a ja dopiero teraz zauważyłem. Nie myślałem jeszcze wtedy o przeciwpostaci przypuszczając, że Teodor cierpi na lekką niedyspozycję, która minie, gdy tylko trochę odpocznie. Lecz już wtedy myliłem się, co oznaczało, że musiałem wiedzieć wcześniej o całej aferze, nie przyjmując do wiadomości jego przemienionego stanu.

Kiedy zacząłem obserwować go po przebudzeniu, zdałem sobie sprawę z tragicznej wręcz sytuacji. Teodor pił kawę, słuchał radia, palił papierosy, przeglądał jakieś pismo, wstawał, siadał, chodził, drapał się po plecach, włączył na kilka minut radio, pytał, czy bym czegoś nie zjadł, telefonował... Tak mu się przynajmniej wydawało. Lecz ja, patrząc na niego z mojego łóżka, wiedziałem już, że on nic z tego nie rozumie. Ustami dotykał brzegu naczynia, zawierającego ciemnobrązowy gorący płyn, który wlewał sobie na język i po chwili przełykał, do jego uszu docierały zapewne dźwięki wydobywające się ze skrzynki albo z gałki, którą poruszył, albo też stanowiły część tej gałki, tak jak płyn stanowił, być może, część naczynia. Wciągał do płuc dym, ale równie dobrze ogarniał to lekko zmętniałe powietrze płucami, trzymając w palcach, nie, właściwie oparty o wiszący w przestrzeni biały, tiący się wałeczek. Czuł zapewne ciepło płynące od niego i lekko trzeszczący pod palcami kształt, uchodzący jakoś, znikający i odradzający się w prószeniu szarym i lekkim, które nie wiadomo skąd się brało. Być może, dźwięki wychodzące z gałki skracały żarzącą się pałeczkę albo tylko zdawało mu się, chociaż wtedy, gdy przełykał ten napój, dym już w nim był i musiał go wydmuchnąć, zdziwiony tym, że nie pije tego białego brzegu, a tylko to, co ten brzeg sobą zamyka. Potem swoim palcem dotknął siebie, chociaż nic nadzwyczajnego się nie stało, lecz zdawało mu się, że musi tak uczynić, chociaż kto kogo pierwszy dotknął, było nie do rozstrzygnięcia.

Ciemna strona Teodora

Nie mogę wiedzieć, kim wtedy byłem naprawdę, kim zdawałem się sobie być, a kim widzieli mnie ci, którzy rozmawiali ze mną, wymieniali uściski dłoni, mijali mnie obojętnie lub nie znali w ogóle, przebywając przypadkowo w moim towarzystwie. Być może dawniej, kiedy pamięć o mnie tych, którzy mnie otaczali, była jeszcze uboga i niekształtna, nie zwracali uwagi na to, czy osobą, z którą rozmawiają, jest rzeczywiście mną czy kimś zupełnie innym. Obraz, jaki zatrzymywali w sobie, był postrzępiony i niewyraźny, a moja sylwetka składała się z kilku niedbale na siebie nałożonych dziecięcych postaci. Nawet kolor oczu i włosów zamazywał się, stając się to błękitnym spojrzeniem mamisynka, to blond lokami rozwydrzonego szczeniaka, nakładając się na gesty śmiechu i płaczu, zatrzymane w pokojach, przez które przelatywał od czasu do czasu niewyraźny okrzyk imienia.

Podczas niektórych, można by rzec, mniej ruchliwych dni, osadzonych w dokładnie wymienionych datach i godzinach, zdawałem się przybierać ściśle określoną postać, lecz było to złudzenie tych, którzy spoglądali na mnie zaledwie przez chwilę. Prawda, kontury moje nie były już tak bardzo rozmyte, a słowa posiadały pewną charakterystyczną nutę. Początkowe niewyraźne nakładanie się różnych postaci zostało zdominowane przez jedną, która była już na tyle określona, że można ją było uznać za ostateczną. Tak sądzili ci, którzy widzieli mnie bardzo krótko, bowiem gdy tylko przebyli następni, byłem już kimś zupełnie innym. Wypróbc wałem teraz głosy i ruchy po kolei, nie zdając sobie jednak sprawy z celowości ich stosowania. Mimo to, do tych wszystkich bezładnie następujących po sobie postaci dopasowywano wciąż to samo imię, identyfikując niezrozumiałe dla mnie zespoły moich zachowań ze mną.

Być może, właśnie wtedy jedna z postaci przypadkowo zaczęła mnie nawiedzać częściej, być może, niektóre jej właściwości znalazły dla siebie odpowiednie miejsce w mojej wewnętrznej strukturze, w każdym razie mając już kilka lat byłem jednostką, której zmiany zachodziły w o wiele wolniejszym tempie niż poprzednio. Tak przynajmniej sądzili ci, którzy mnie znali, bowiem ja sam nie zdawałem sobie z tego sprawy, błądząc wewnątrz siebie, zatracając to, co kiedyś było moją prawdziwą istotą na rzecz tego, co napłynęło we mnie i teraz wydaje się być moim naturalnym „ja”, nie skażonym jeszcze żadną manierą czy przyzwyczajeniem.

Około piętnastego roku życia zdołałem już do siebie na tyle przywyknąć, że wszystko, czego w sobie nie rozumiałem, a co stanowiło jedyną i prawdziwą naturę mej istoty, odrzucałem od siebie, przyjmując i wierząc w rozumienie tego, co inni we mnie widzieli. Wydawało mi się, że właśnie teraz jestem już ostatecznie ukształtowany, a moja świadomość, która nie pozwalała mi patrzeć ani za, ani przed siebie, osiągnęła nadzwyczajne głębie wewnętrznego widzenia. Pamiętając siebie jako jednego z tych poprzednich, wstydziłem się za niego, starając się zatrzeć w sobie ślady dziecinnych istot, które raz po raz wychylając się zza grubego pnia topoli lub koziołkując po łące wołały mnie po imieniu, szczerząc w uśmiechu zepsute zęby. Przychodziły nagle na podwieczorek z potłuczonymi kolanami, a łzy ściekały im po zakurzonych twarzach. Najgorsi byli ci mali chłopcy, wyciągający z kredensu dziecinne książeczki, bawiący się na dywanie klockami lub siedzący na kolanach matki i obcaływujący jej uśmiechniętą twarz. Z całą powagą mojej dojrzewającej istoty nienawidziłem ich, sprzedawałem książki, rozdawałem zabawki, wyrzucałem zasmarowane kredkami zeszyty, a kiedy już rodzice poszli spać, tłumiąc długo powstrzymywane łkanie leżałem z głową wtuloną w poduszkę, usiłując zatrzymać w sobie tych, którzy już mnie dawno opuścili.

Niewątpliwie cierpiałem wtedy z rzucającym się w oczy niedowładem uczuciowości wyrostków, wrzaskliwym i naburmuszonym, wychwytującym pewne objawy zachowań dorosłych znienawidzonych za ich obojętność w stosunku do mnie — przeżywającego naprawdę. Nie posiadałem nic innego, z czym mógłbym porównać tę nieskładną szarpaninę, tedy chcąc nie chcąc uważałem ją za jedyną możliwą, obecną we mnie trądzikowatym niepokojem, który w swej ledwie ukształtowanej naiwności musiałem nazywać tak jak ci, dorośli, miłością.

Postać, którą przybrałem, rozwijała się we mnie w sposób zupełnie nie kontrolowany, a wraz z nią w niezbyt dobrym guście utrzymane formy graniczące z jednej strony z histerycznymi grymasami dziecka, któremu powiedziano, że dopiero jutro będzie się mogło bawić nowo kupioną kolejką, z drugiej z ciężkim przeżywaniem samego siebie, znamionującym osoby stare i samotne, które grubiej niż zwykle pokrojone ogórki mogą wyprowadzić ze stanu równowagi. Były to pozory, które przyjąłem do siebie, nie mogąc dla nich znaleźć właściwego obiektu spełniającego me oczekiwania, ale czym one były naprawdę, tego właściwie nigdy nie mogłem się dowiedzieć. Przypuszczałem, że stanowią one jakiś pośredni gatunek między cierpieniem a tym słynnym, opiewanym przez poetów wyzwoleniem, zawierającym w sobie „wyuzdane” elementy erotyczne, przekazywane w ścisłym gronie zaufanych kolegów.

Postać, przyjęta przeze mnie, jakkolwiek zmieniająca się i kształtująca, trwała w swej zasadniczej formie gdzieś do dwudziestego roku życia, mimo że myślałem, iż dawno jej się pozbyłem i z roku na rok staję się kimś zupełnie innym. Nie rozpoznawałem sam siebie, pochopnie przyjmując lub odrzucając to, co wnosili we mnie inni: mroczny szum, naznaczony twarzami nie mniej niż ja niezręcznych dziewcząt, ironicznymi spojrzeniami starszych, rozmowami z pogardzanymi dawniej ludźmi, którzy zaszczepiali mi swe ostatecznie ukształtowane nawyki, wmawiając ich jedność i niepodważalność. W sposób zupełnie przypadkowy gromadziłem w sobie zapasy spojrzeń, westchnień, gestów, nie zdając sobie sprawy z ich podstępnego charakteru, systematycznie opanowującego swymi przyzwyczajeniami miejsca pozostawione przez formy mojej bezładnej obecności, której się przecież dawno wyparłem.

 

Niepostrzeżenie dla samego siebie wkroczyłem w postać żalu za utraconym dzieciństwem, połączonym z przeczuciem rychłej śmierci na skutek ogólnej okropności świata. Dominujące elementy tego, jak mi się wydawało, oryginalnego i nacechowanego mądrością zachowania to przede wszystkim wtórne i bezkrytyczne przyjmowanie tego wszystkiego, co rozrastająca się zazdrość kazała rozumieć jako swoje własne. Wybujała w eklektycznej ornamentyce istota, której karkołomnie piętrzące się ozdoby i nie umotywowane żadnym przeświadczeniem fantastyczne przybudówki nie wytrzymywały naporu faktów i marzeń, przewijających się w coraz wymyślniejszych splotach, zapadała się w głąb siebie, resztkami sił naśladując dawną naiwność, wysubtelniając się w kruche bibeloty pamięci, rozpadające się zaraz w swej filigranowej bezcelowości.

Sam będąc ową epoką nie dostrzegałem jej schyłku, nie wiedziałem, że zaczyna rozdzielać się na jakieś bliżej nie określone zamyślenia, nie będące już odłamkami pamięci, lecz jej naśladowaniem. Mimo to usiłowałem uporządkować ginące we mnie z wyczerpania miejsce, coraz mniej potrzebne mojej nowej postaci, budując z jego wykorzystanych i porzuconych przedmiotów uczucia, które, jak uważałem, mają szansę zostać dostrzeżone i przyjęte przez innych. Emocje te, już w swych zalążkach skazane na zagładę, stwarzały mi wtedy mniej lub bardziej udane oczarowania, zachwyty, miłości czy cierpienia, nasycone gwałtownymi, lecz krótkotrwałymi konwulsyjnymi podrygami odchodzącej postaci. Błąd mój nie polegał na tym, że uważałem je za ostateczne, żywiąc się ich efemerycznym istnieniem, lecz spowodowany był ignorancją, nie zwracającą uwagi na to, że trwają one niewzruszenie w nas, czekając na powrót do samych siebie.

Lęk przejmował mnie, gdy wśród splotów żywiącej dotychczas moje „ja” tkanki myślenia otwierały się chłodne studnie, pełne ciemno połyskującej wody, pustynie zaciągnięte bielmem upału, wytarte od częstego używania widoki wysp dymiących duszną, podzwrotnikową roślinnością. Przypuszczając, iż nie zdołałem jeszcze opanować jakichś zakamarków mojego istnienia, przesłaniałem je gwałtownie rozsypującą się siecią wzruszeń zbytecznych, banalnych i nikomu już nie potrzebnych. Podporządkowany bez reszty pamięci i świadomości, uważałem je za największy mój skarb, nie zdając sobie sprawy, że ciemność otwierająca się w chwilach największego i jakże typowego upojenia, jest więcej warta niż te wszystkie ograne rekwizyty, wydobyte z lamusa cudzych przeszłości, być może równie niezdarnie zmyślonych.

Czyżby zatem istota od tylu lat we mnie pokutująca mogła nie być mną? Czyżby jej kwintesencja, którą, jak mniemałem, rozciągam na całego siebie, spełniając jej pragnienia w sposób przeciętny i zgodny z ogólnie przyjętymi normami, nie stanowiła gestu życia, noszonego w sobie przez tyle lat z taką wytrwałością? Czy to możliwe, że ona, nie określona jeszcze do końca, niewiadoma nawet dla mnie samego w swych nieobliczalnych działaniach już nie jest tą, za którą ją przez cały czas uważałem? Kimże zatem byłem tam, w nagłym przypływie ciemności, jeżeli nie tym, przeżywającym swoje istnienie w świecie, którego znaki, jak mi się wydawało, bezbłędnie odczytuję? Kto wiedział, że to jest noc, jeżeli jej nigdy przedtem niebyło?