Postrach-ZdrójTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Postrach-Zdrój
Postrach-Zdrój
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Postrach-Zdrój
Postrach-Zdrój
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk, Krzysztof Plewako-Szczerbiński
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Postrach-Zdrój

Saga

Postrach-Zdrój

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

ISBN: 9788726823240

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział
1

– Kiedy wracam pamięcią do tej nieprawdopodobnej historii, cały czas zadaję sobie pytanie: jak to się mogło zdarzyć? Prawda, jeżeli kiedykolwiek nią była, okazała się tak niewiarygodna...

– Droga Lauro – rzekłem do mojej młodej kuzynki, Laury Sawickiej, absolwentki Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie – jeżeli chcesz, żebym to wszystko rzetelnie opisał, zacznij od początku. I proszę cię, jak najwięcej konkretów. Inaczej będę musiał wyssać z palca te wszystkie smakowite drobiazgi, które decydują o jakości powieści. A potem mój wydawca i tak mi zarzuci, że wciskam mu kit.

– Ależ wujku, nie dlatego przyszłam do ciebie, żeby opowiadać ci jakieś androny – Laura była wyraźnie wzburzona. – Sama byłam czynną uczestniczką tych strasznych wydarzeń, które niejednego wpędziłyby co najmniej w depresję. Chcesz, żebym ci wszystko opowiedziała po kolei? Proszę bardzo... Włączyłeś magnetofon? W porządku. A wiec fakty, fakty i tylko fakty...

Proszę, jak sobie życzysz, zaczynajmy.

Odchrząknęła, zebrała się w sobie i zaczęła:

– W piątek, pierwszego października 2010 roku wysiadłam na stacji Głazy-Zdrój, małej miejscowości uzdrowiskowej położonej w Kotlinie Kłodzkiej. Od Wrocławia pociąg wlókł się niemiłosiernie, przystając na każdej, nawet najmniejszej stacji, po czym ruszał majestatycznie i jechał z taką prędkością, że można by wysiąść, nazbierać jabłek z okolicznych sadów i bez trudu zdążyć wsiąść do swojego wagonu.

Laura uśmiechnęła się do mnie i mówiła dalej:

– Ale nareszcie byłam w górach. Co prawda nie w skalistych i niebotycznych, lecz w tych, które zachęcają do długich spacerów, kusząc czystym powietrzem, zapachem łąk i rześkim szmerem strumieni. Czerwone buki, złote klony i pociemniałe świerki otaczały ceglany budynek niewielkiego dworca z obdrapaną tablicą „Głazy-Zdrój”. Niebo aż lśniło od słońca. Miałam na sobie...

– Kochanie, to naprawdę nie ma większego znaczenia – zauważyłem. – Powiedz mi lepiej, po co tam przyjechałaś?

– Zaprosił mnie na urlop dobry znajomy moich rodziców z dawnych lat, astrofizyk, profesor Edmund Wizner, z którym utrzymywaliśmy luźny kontakt. Jakiś miesiąc temu napisał do nas, że chętnie widziałby mnie u siebie. Posłałam mu swoje zdjęcie, potem kilkakrotnie rozmawiałam z nim przez telefon. Byłam nieco zdziwiona tym zaproszeniem, ale matka powiedziała, że profesor to miły i uczynny człowiek. Kilkanaście lat temu stracił żonę i odtąd sam mieszka w obszernej willi „Orion”. Jego gospodyni, Tekla Szych, na pewno się ucieszy na mój widok.

– I ucieszyła się?

– Aż za bardzo...

Rozdział
2

– O panie Jezu śliczny! O Matko Bosko Wambierzycko!! Ludzie, ludzie, ratunku!!!

Z drewnianej willi „Orion” wybiegła zażywna kobieta lat około siedemdziesięciu i żegnając się z rozmachem wpadła na mnie właśnie wtedy, gdy mocując się z walizką na kółkach pokonywałam schody wejściowe.

– Pani Teklo, co się stało?! – zawołałam, chwytając ją w objęcia.

– A bo to pan profesor leży jak nieżywy i ani drgnie – odparła bez namysłu cała roztrzęsiona.

– Gdzie leży?! – spytałam przerażona nie na żarty.

– W korytarzu na dywanie.

Rzuciłam walizkę, pobiegłam przodem, rozglądam się...

– Pani Teklo – mówię – przecież tu nikogo nie ma.

A ona spojrzała na mnie z ukosa, zakasała rękawy i pyta, robiąc przy tym odpowiednio nieprzystępną minę:

– A pani skąd tak dobrze wie, że tutaj nikogo nie ma? Hę?!... I kim pani właściwie jest?

Przedstawiłam się jej, dodając, że przyjechałam na zaproszenie profesora Wiznera, który dobrze się znał z moim ojcem....

Tekla Szych uspokoiła się trochę, ale widać było, że nie do końca jest usatysfakcjonowana moimi wyjaśnieniami. Wróciła po moją walizkę i nadal rzucała mi spode łba podstępne spojrzenia.

– Jak Boga kocham, żem go tu przed chwilą widziała – mówiła, wchodząc na drewniane wyrobione schody z rozchwianą poręczą. – Leżał jak ten neptek. Pani Laura pójdzie za mną, przygotowałam pokój.

– Może coś się pani przywidziało? – zauważyłam na swoje nieszczęście, co spowodowało gwałtowny wybuch tłumionych emocji Tekli Szych:

– Mnie się przywidziało! Mnie!! Dopiero przyjechała, a już głupstwa gada! A, pewnie ta stara Jamrajowa zdążyła jej nagadać, że piję. Łachudra jedna! A ja dzisiaj kieliszka wódki w ustach nie miałam. No, może wczoraj wypiłam ciut, ciut do kolacji...

Była tak rozeźlona, że bez namysłu wsunęłam jej dziesięć złotych do kieszeni fartucha, po czym zapewniłam ją solennie, że z żadną Jamrajową nie miałam po drodze do czynienia.

A przy okazji uświadomiłam mojej uroczej gospodyni, jak bardzo jestem zmęczona po wielogodzinnej nocnej podróży pociągiem z Olsztyna z przesiadką we Wrocławiu.

– Jeżdżą te ludzie wte i wewte, bo nie mają co robić – zauważyła rozgniewana – a nie lepiej tak usiąść na tyłku i swoje grzechy przepowiedzieć.

Nie podjęłam tego kontrowersyjnego tematu, tylko zauważyłam nieśmiało:

– Całkowicie się z panią zgadzam. Jazda naszymi kolejami nie należy do najprzyjemniejszych. Chciałabym się trochę umyć i może coś przekąsić...

– Lecę, już lecę na jednej nodze – odparła nieco udobruchana Tekla, rozsuwając zasłony w oknach.

Pokój był obszerny, kwadratowy, z ogromnym łożem, belkowanym sufitem, staroświecką szafą i dwoma oknami, przez które można było podziwiać uroki okolicy. Powleczone jesienną mgiełką kolorowe lasy pokrywały stoki gór, a tuż pod domem połyskiwał w słońcu bystry potoczek.

– Jak tu ładnie i czysto – powiedziałam – i jaki piękny widok.

Moje pochwały nieco uspokoiły wzburzenie Tekli. Wytarła ręce w fartuch, przybrała poważna minę, spojrzała na mnie z ukosa i rzekła:

– Zadowolona pani?... No... Jak to miło popatrzeć dzisiaj na kogoś uśmiechniętego. Bo to u nas, pani, na kogo by nie spojrzeć, to tylko lęk i zgryzota.

– Właśnie – zauważyłam nieśmiało – pani Teklo, co się tutaj dzieje? Pełno ludzi na dworcu. Ledwo wysiadłam na peron, już pakowali się do wagonów. Mało mnie nie wepchnęli z powrotem do pociągu. Jakby przed czymś uciekali...

– A, to pani Laura nic nie wie – ucieszyła się Tekla. – Na nasze Głazy padł blady strach. W imię Ojca i Syna! – przeżegnała się z rozmachem. – Jak nic, kara boska. Duchy się ukazują. Pojedynczo lub parami, a czasami po trzy i cztery. Jamrajowa, ta plotuśnica, co sprząta w hotelu „Pod Jeleniem”, przysięgała się na wszystkie świętości, że widziała ich z pół tuzina. Sześć sztuk przeszło jej przed samym nosem. O tak! – przejechała palcem po twarzy. – I znikło...

– Co pani powie! To dlatego ludzie wyjeżdżają z Głazów? – spytałam nieco zbulwersowana tymi rewelacjami.

– A jak!... Zresztą po prawdzie, pani Laura, nie ma tu co robić – zdobyła się na poufałość Tekla Szych.

– W naszym miasteczku były dwa zakłady, w jednym robili kryształy, w drugim porcelanę, ale je zamknęli. Bo podobno się nie opłacało.

– Pani Teklo kochana – zagadnęłam ostrożnie – niech mi pani powie z łaski swojej, co to za duchy?

– Kto ich tam wie, moja pani? Duchy jak duchy... duszyste – odparła Tekla po głębokim namyśle. – Raz ich widać, a raz nie.

– Kto jeszcze widział te duchy, oprócz starej Jamrajowej? – pytałam zaintrygowana.

– Wszyscy, pani Laura, wszyscy je widzieli – odrzekła Tekla, bijąc się w bujną pierś. – Dlatego teraz na nasze Głazy wołają Postrach-Zdrój, bo to ino patrzeć, a wszystkie ludzie wyjadą z miasteczka. Zmykają jeden za drugim. Taka prawda, taka racja. I kara za grzechy!

Wytarła głośno nos w kraciastą chustkę i zaraz dodała przytomnie:

– A goście też już nie przyjeżdżają i pieniędzy coraz mniej, bo kiedy dowiedzieli się, że w mieście straszy, zwiali, aż się za nimi kurzyło. Tak, pani Laura, dom zdrojowy w dolinie stoi pusty. W zamku na górze nikt nie urządza balów. Bryndza, pani kochana, bryndza i posucha – oświadczyła z głębokim westchnieniem.

– Tylko kolej ma zarobek, bo kto może, ucieka z tego zapowietrzonego zdroju.

– Coś takiego! – zawołałam zdziwiona.

– A co do pana profesora – powiedziała Tekla tonem nie znoszącym sprzeciwu – na własne oczy widziałam...

– Wierzę pani – odparłam, wychylając się przez okno.

Mieszkańcy Głazów rzeczywiście się wyprowadzali. Szli szosą niczym z pielgrzymką. Słońce świeciło jasno na czystym niebie, pogoda była wymarzona na wycieczkę, lecz oni wlekli ze sobą walizy i toboły, całymi rodzinami zmierzając w kierunku dworca.

– Przerażenie ogarnia – rzuciła od niechcenia Tekla. – Jak nic plaga egipska – dodała autorytatywnie.

Pomyślałam sobie, że przy okazji wdepnę na posterunek i zorientuję się, co i jak. Wiedziałam, że ulokował się tutaj mój dobry znajomy ze szkoły policyjnej w Szczytnie.

– Pani Teklo kochana – spytałam – czy to się zdarza pierwszy raz? Nigdy wcześniej nie było takiej paniki?

 

– A uchowaj Bóg! – odparła z przekonaniem Tekla. – W Głazach zawsze było pełno gości. W willi profesora nieraz studenci spali, gdzie popadnie. Ja to nawet byłam zła, bo nie dość, że tak nieprzyzwoicie jedno przy drugim leżeli tym... jak to się mówi, pokotem, to mi całą podłogę zadeptali. Ale profesor nikomu nie odmawiał. Co to, to nie. Dla każdego znalazł się kąt. Bo w uzdrowisku, moja pani, szpilki nie można było wetknąć.

– Co pani powie! – wykrzyknęłam zdziwiona. – Tyle było kuracjuszy?!

– A jak! – odparła zadowolona, że nareszcie może mi udzielić informacji z pierwszej ręki. – Nawet profesor musiał czekać w kolejce na kąpiel czy masaż w „Wieniawie”.

– Co to za „Wieniawa”? – spytałam, nadal podziwiając piękno górskiego krajobrazu.

– Nasz stary dom zdrojowy, zabytek pierwsza klasa – odparła Tekla Szych. – Wybudowany jeszcze het, za Franciszka Józefa w Świerkowej Dolinie. W zeszłym roku go odnowili jak się patrzy. Wygląda teraz jak pałac z białą kopułą. Ale stąd go nie widać. Trzeba zejść w dół do szosy, a potem najlepiej pieszo wzdłuż naszej rzeki i potem prosto przez park. Pani Laura przejdzie się na spacer, to wszystko zobaczy.

– A ten zamek, o którym pani wspominała? – dopytywałam się, nadal wyglądając przez okno.

– Mitręgi. Też zabytek, tyle że jeszcze większy – odrzekła z dumą i powagą. – Jedzie się w górę serpentyną z dziesięć kilometrów. W sezonie to, pani Laura, codziennie były na zamku bale, przyjęcia, koncerty, a jak! Różni śpiewacy przyjeżdżali, nieraz całe zespoły. Mówili, że festiwale urządzają.

– To musiało być w Głazach wesoło – zauważyłam.

– Jeszcze jak! Widzisz pani, część tego zamku odnowili, a reszta to ruina. Mieszka tam jakiś człowiek, co niczego nie pozwala tknąć. Podobno ma nie wszystko po kolei – dodała znacząco Tekla, przymykając przy tym jedno oko. – Fiksum-dyrdum, czy jakoś tak... O, widać stąd kawałek okrągłej baszty. Resztę zasłaniają góry.

– Przydałby mi się tutaj samochód – westchnęłam. – Taka piękna okolica. Szkoda, że nie mam...

– A profesor ma – przerwała mi moja wszystkowiedząca przewodniczka. – Co prawda stary wóz i nikomu nie daje się do niego dotknąć, ale za to maszyna pierwsza klasa. Przedwojenna.

– Nadzwyczajne! – nie kryłam swego zachwytu.

– Kiedyś – dopuściła mnie do poufałości – jak profesor był w dobrym humorze, zabrał mnie na przejażdżkę. Mówię pani – Tekla uśmiechnęła się, wspominając radosne chwile – pierwszy raz jechałam odkrytym samochodem. Wszyscy mnie widzieli, nawet ta papla Jamrajowa z hotelu.

– Niesłychane! – zawołałam zdumiona.

– A ja tylko kapelusz z kwiatem jabłoni poprawiłam, rozparłam się na skórzanej kanapie i patrzyłam przed siebie jak ta księżna, co ją w telewizji niedawno pokazywali. Może i panią profesor przewiezie. Podobno – ściszyła głos – to jeszcze hitlerowska maszyna, ale ja tam nic nie wiem...

– Pani Teklo – powiedziałam równie cicho – jeżeli pani nie ma nic przeciwko temu, zjadłabym coś...

– No to trzeba było od razu tak mówić – ucieszyła się gospodyni profesora Wiznera. – Chodź pani ze mną do kuchni. Zrobię jajecznicę z grzybami. Tegoroczne, sama zbierałam. Smażone na prawdziwym maśle, paluszki lizać...

– Na maśle? – zauważyłam nieśmiało. – To chyba niezdrowe. Wie pani, cholesterol...

– A kto mówił, że wszystko ma być zdrowe? – spytała retorycznie. – Całe życie jest niezdrowe, a człowiek jakoś musi z nim wytrzymać, co nie?...

Więcej nie oponowałam, bo jajecznica z młodymi maślakami była wręcz wyśmienita.

Nieobecnością profesora Wiznera specjalnie się nie przejmowałam. Wiedziałam, że profesor wróci dopiero w sobotę wieczorem. W środę zadzwonił do Olsztyna i powiedział, że ma dodatkowe zajęcia na studiach zaocznych w Kłodzku.

Rozdział
3

Ledwie tylko skończyłam śniadanie i zdążyłam wypić świeżo zaparzoną kawę, w willi „Orion” pojawił się przystojny facet w wojskowym mundurze. Zasalutował, wręczył mi kopertę i oświadczył, że ma rozkaz zawieźć mnie do jednostki.

Moje zdziwienie nie miało granic, gdy przeczytałam, że dowódca, niejaki pułkownik Leon Kleszcz, zaprasza mnie na rozmowę w związku z poleceniem przez profesora Edmunda Wiznera mojej skromnej osoby.

– W jakiej sprawie? – spytałam zaskoczona, wkładając kurtkę.

Żołnierz odparł, że wszystkiego dowiem się na miejscu, bowiem pułkownik Kleszcz już czeka na mnie w swoim gabinecie. Dobra, pomyślałam sobie, jeżeli zostałam polecona przez profesora, to chyba mnie tam nie zeżrą.

Jechaliśmy pustą drogą przez las, a coraz wyższe świerki przesłaniały niebo, tak że gdy dotarliśmy do kutej w żelazie bramy, powietrze nabrało metalicznie mrocznej barwy, tylko gdzieniegdzie przetykanej skośnymi ostrzami jaśniejącego pyłu.

Dowództwo jednostki mieściło się w pseudogotyckiej, zapewne poniemieckiej willi przyozdobionej wieżyczkami, trójkątnymi gzymsami i półkolumnami, między którymi mieściły się głęboko skryte podłużne, ciemne okna. Skrzypiący pod nogami parkiet wąskiego korytarza doprowadził nas do solidnych drzwi zaopatrzonych w szyfrowy zamek.

– Pani Laura Sawicka? Wysoki, zwalisty mężczyzna w zielonym mundurze podniósł się zza biurka, ale zaraz opadł na fotel, jakby go przygniatał nieznośny ciężar sprawowanej władzy. – Proszę siadać. Dobrze, że pani zjawiła się tak szybko. Może kawy?

Za nim na ścianie wisiała niezwykle dokładna mapa Kotliny Kłodzkiej.

– Pan pułkownik Leon Kleszcz? – spytałam, siadając w fotelu naprzeciw niego. – Jestem kompletnie zaskoczona. Przy śniadaniu dostałam pański list.

– Jeden z wartowników miał go dostarczyć do willi „Orion” i niezwłocznie przywieźć panią tutaj. Przepraszam za ten pośpiech, ale czas nagli...

– Tutaj, to znaczy właściwie gdzie jestem? – pytałam mimo wszystko zaniepokojona tą nieprzewidywaną sytuacją. – Czuję się nieomal uprowadzona. Przy dobrze strzeżonej bramie zauważyłam jedynie niewielką tabliczkę „ODWL w Głazach”. Czyżby sekretna baza ukryta w lesie?

– Ośrodek Doświadczalny Wojsk Lądowych – wydusił z siebie po dłuższej chwili pułkownik Kleszcz, z taką miną, jakby popełniał nie wiem jaką zdradę wobec ojczyzny.

– Zostałam uprowadzona w celach doświadczalnych? – spytałam z głupia frant.

– Niech pani nie żartuje. Sprawa jest bardzo trudna i nietypowa. W przeciwnym razie nigdy bym się nie podjął...

– Panie pułkowniku, dlaczego akurat ja? – wypaliłam, nieco rozdrażniona tą zaskakującą sytuacją. – Dopiero co przyjechałam do Głazów. Jestem jeszcze nierozpakowana. Nie zdążyłam nawet wziąć prysznicu. Nie mam nic wspólnego z badaniami prowadzonymi przez wojsko. Nie znam się na tajnych broniach. A poza tym: skąd pan wiedział, że przyjadę do profesora Wiznera?

– Od wielu lat grywamy razem w brydża – odparł z niechęcią w głosie Leon Kleszcz. – Profesor powiedział mimochodem, że spodziewa się ciekawego gościa: pięknej dziewczyny, która ukończyła Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie. I pokazał nam pani zdjęcie. Była pani prymuską na Wydziale Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czy nie tak?

– Owszem, dużo pan o mnie wie – zauważyłam z kwaśną miną.

– Tutaj, pani Lauro – odparł, patrząc mi w oczy – nie przyjmuje się nieznajomych. Wszyscy są dobrze sprawdzeni. Taki obowiązek.

– Panie pułkowniku – powiedziałam nieco oszołomiona – nadal nie rozumiem...

– Swego czasu studiowałem z pani ojcem na Politechnice Łódzkiej. Tam powiedziano mi, że państwo się wyprowadzili, dostałem nowy adres.

Czułam, że kłamie, ale postanowiłam zachować, anielski spokój, póki się nie dowiem, o co mu naprawdę chodzi.

– Zadzwoniłem do Olsztyna i rozmawiałem z pani matką. Nie wiedziałem, że Lechosław, chciałem powiedzieć pani ojciec, nie żyje. Moje wyrazy współczucia. Jest pani do niego podobna, pani Lauro...

– Dziękuję... – odburknęłam. – Nadal jednak nie rozumiem, do czego jestem panu potrzebna?

– Dopiero pani przyjechała do Głazów-Zdroju i zapewne nie orientuje się w sytuacji...

– Chodzi panu zapewne o te duchy? – zagadnęłam, siląc się na swobodny głos. – Istna komedia! Gospodyni profesora dość obrazowo przedstawiła mi sprawę. To jakaś zbiorowa histeria, czy co? Najazd Marsjan, wojna światów?... Widziałam ludzi masowo wyjeżdżających z miasteczka. Szczerze mówiąc, jestem kompletnie zaskoczona. Uważa pan, że zdołam powstrzymać tę panikę?

– Proszę nie żartować – odparł pryncypialnym tonem pułkownik Leon Kleszcz, robiąc przy tym marsową minę, która zapewne długo ćwiczył przed lustrem. – Sprawa jest bardzo poważna i... delikatna. Dwa miesiące temu zniknęła córka tutejszego biznesmena i milionera Normana Mammerta, właściciela zamku Mitręgi.

Popatrzyłam na pułkownika najbardziej lodowato, jak tylko mogłam i spytałam beznamiętnie:

– Co ja mam z tym wspólnego?

– Jest pani... profesjonalnie przygotowana do prowadzenia pewnych działań.

– Czyżbym miała odgrywać rolę detektywa w spódnicy? Zaśmiałam się pod nosem i dodałam: – Panie pułkowniku, zapewne naoglądał się pan seriali kryminalnych. Przyjechałam tutaj przede wszystkim odpocząć. Nareszcie dostałam kilka dni urlopu. Chcę trochę pochodzić po górach i zaczerpnąć świeżego powietrza. A pogoda jak na razie sprzyja długim wędrówkom.

– Pani Lauro...

Pułkownik Kleszcz przejechał dłonią po szczotce siwiejących włosów i jeszcze bardziej spoważniał. Przypominał teraz nagrobny portret odstawiony przez kiepskiego kamieniarza.

– Norman Mammert – powiedział – to człowiek bardzo bogaty, milioner. Wyznaczył poważną nagrodę za odnalezienie córki, Stelli Mammert. Wydaje mi się... tak sądzę, że pani jest jak najbardziej predestynowana do tego, aby zająć się tą sprawą.

Przybrałam równie grobową minę i spytałam:

– Uważa pan, że połaszczę się na pieniądze tego milionera?

Kleszcz odkaszlnął i temperując z premedytacją dobrze zaostrzony ołówek, rzekł:

– Powiem pani w zaufaniu, że Norman prosił mnie osobiście, żebym... rozgryzł tę historię. Ja, oczywiście, nie mam na to czasu. Plan moich zajęć jest niezwykle napięty, a przełożeni patrzą mi na ręce. Przypadek jednak sprawił, że dowiedziałem się o pani przyjeździe od profesora Wiznera. Zgadałem się z Normanem...

– Przy brydżu? – wyrwało mi się mimo woli.

– Powiedzmy.

Założyłam nogę na nogę, położyłam na kolanie dłonie, popatrzyłam na nierówno opiłowane paznokcie, wymagające natychmiastowego manicure i spytałam, siląc się na obojętność:

– W jakich okolicznościach zaginęła Stella Mammert?

– Na zamku Mitręgi miały odbyć się jej zaręczyny z pewnym młodym człowiekiem. Jechali zbyt szybko samochodem tą niebezpieczną serpentyną prowadząca do zamku. Auto wypadło z szosy na zakręcie i stoczyło się w przepaść. Narzeczony zginął na miejscu, zaś Stella... – zamilkł.

– Słucham...

– Po prostu zniknęła. Wszelki ślad po niej zaginął. Przeszukano okoliczne domy, szpitale, myślano, że dowlokła się gdzieś ranna... Nic z tego. Przepadła bez śladu. Mammert uważa, że została uprowadzona.

– Ktoś zgłaszał się do niego w sprawie okupu? – spytałam z zawodową ciekawością.

– Nie. Nikt – odparł Kleszcz krótko i zdecydowanie.

– Skąd pan Mammert wie, że córka żyje?

– Wewnętrzne przekonanie.

Zauważyłam wahanie w głosie pułkownika Kleszcza.

– Brak jednoznacznych dowodów... – dorzucił po namyśle.

– Może skorzystała z okazji i uciekła od tatusia?

– poddałam pierwszą myśl, jaka mi przyszła do głowy.

– To do niej niepodobne – obruszył się pułkownik.

– Była... chciałem powiedzieć, jest dziewczyną bardzo zasadniczą i zdyscyplinowaną.

– Zna ją pan osobiście?

– Owszem – odparł po chwili zastanowienia – poznałem ją... kilka lat temu.

– Przy brydżu? – wypaliłam podstępnie.

– Nie.

To było jak krótkie szczeknięcie dobrze wyszkolonego dobermana.

– Stella nie cierpi gry w karty – dodał półgłosem.

Wydawało mi się, że na moment zapadł się w siebie, odleciał, zupełnie lekceważąc moją obecność.

– A co lubi? – spytałam rzeczowo. – Szybką jazdę samochodem?

Pułkownik wrócił nagle z innego świata. Rzucił mi lodowate spojrzenie i rzekł:

– Skończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie.

– Interesujące... – stwierdziłam, starając się nadać mojemu głosowi ton jak najbardziej obojętny. – Zasadnicza i zdyscyplinowana artystka. Chciałabym zobaczyć jej prace, jeżeli takie istnieją. W dziełach sztuki najlepiej odbija się psychologia postaci. – I zaraz dodałam: – Tak mnie uczono w szkole.

 

– Można je zobaczyć na zamku Mitręgi – odrzekł cicho pułkownik Kleszcz.

– Hm...

Przełknęłam ślinę, usiadłam prosto, złożyłam dłonie i powiedziałam całkiem serio:

– Uważa pan pułkownik, że ja naprawdę coś zdziałam w tej sprawie?... Obawiam się, że moje umiejętności na niewiele się przydadzą, a poza tym... naprawdę należy mi się wypoczynek i nie widzę żadnej potrzeby zajmowania się przypadkiem Stelli Mammert.

– Wypoczynek, rozumiem...

Pułkownik splótł dłonie i trzasnął kostkami palców.

– Po tym, co spotkało panią w pensjonacie „Splendor” – rzekł po dłuższej chwili. – No, w tym, który przejęła pani po zmarłych Irenie i Piotrze Wrotyczach.

– To pan wie! – nieomal wykrzyknęłam.

Skinął głową, wlepił we mnie wodniste oczy i z fałszywym uśmieszkiem rzekł:

– Ale jest jeszcze ich syn, Konrad Wrotycz i rodzina Żegotyckich we Francji. To grozi wieloletnimi procesami.

– Jestem skłonna zrzec się swoich wątpliwych praw do tej ziemi – odparłam, czując narastającą wściekłość – i do zameczku myśliwskiego nad jeziorem.

– To nie będzie takie proste, jak się pani wydaje.

– Tak pan sądzi?

Spojrzałam na niego spod przymrużonych oczu, czując narastające rozdrażnienie spowodowane niechcianą rozmową z tym niesympatycznym człowiekiem.

– Jeżeli będzie pani zależało, mogę pomóc w rozwiązaniu tej, przyznaję, zagmatwanej kwestii – powiedział, ostrożnie dobierając słowa. – Mam jeszcze pewne znajomości...

– Dziękuję – rzuciłam krótko, myśląc, że z pułkownikiem Kleszczem chciałabym mieć w przyszłości jak najmniej do czynienia.

– W każdym razie niech pani nie zapomina o nagrodzie ufundowanej przez Normana Mammerta.

– Ile? – rzuciłam bez zastanowienia.

– Sto tysięcy złotych.

Suma wgniotła mnie nieco w krzesło, ale postanowiłam, że niczego nie dam po sobie poznać.

– Sporo – zauważyłam lekceważąco. – I nikt się nie pcha?

– Parli Lauro – wpatrzył się we mnie jak w przeterminowaną flądrę po zaniżonej cenie – sytuacja jest delikatna. Nawet bardzo...

– Co pan powie?

Zacisnął z niesmakiem wargi i dodał po chwili:

– Norman Mammert był przeciwny ślubowi Stelli z tym młodym człowiekiem.

– Kim był ten facet? – spytałam, zaciekawiona do czego pułkownik zamierza mnie nakłonić.

– Synem Cypriana Hyra, kierowcy Mammerta. Cyprian to tutejszy taksówkarz, jeździ obdrapanym volvo. Stoi przeważnie przed hotelem „Pod Jeleniem”. Może z nim pani porozmawiać, jeśli mi pani nie wierzy.

– Pojmuję – głęboko wciągnęłam nosem powietrze. – Tatuś Stelli nie chciał dopuścić do mezaliansu. To normalne w tych sferach.

Pułkownik Kleszcz popatrzył w okno, które monotonnie przecierała gałąź wybujałego świerku i rzekł:

– Policja wykluczyła udział Mammerta w tej katastrofie. Uznano, że to nieszczęśliwy wypadek na skutek nadmiernej szybkości.

– Domyślam się, że milioner Mammert chciałby wydać córkę za kogoś innego?

– Tak sądzę ...

Kleszcz nadal wpatrywał się w poszarzałe okno.

– Za kogo?

Odczekał jakiś czas i odparł:

– Za właściciela drugiej części zamku Mitręgi.

– Pojmuję – rzuciłam bezceremonialnie. – Wszystko zostałoby wtedy w rodzinie.

– Normana Mammerta stać na odbudowę całego zamku, ale ten człowiek... ten dziwak...

– Ma pan na myśli współwłaściciela Mitręg? Gospodyni profesora Wiznera wspomniała mi, że mieszka tam jakiś szaleniec.

Pułkownik powoli odwrócił głowę w moją stronę, uniósł krzaczaste brwi i wpatrując się intensywnie w ścianę poza mną, powiedział:

– Palinur Validus, przez „v”. Zamieszkuje zrujnowaną połowę zamku i żadną siłą nie można go stamtąd wykurzyć.

– Validus?... To obco brzmiące nazwisko – zauważyłam.

– Potomek starego rodu, dawnych właścicieli tej ziemi.

Pułkownik Kleszcz powiedział to z taką emfazą w głosie, jakby co najmniej był spokrewniony z rodem Validusów.

– W takim razie tatuś postanowił wciągnąć tego... dziwaka, jak pan się wyraził, do rodziny. Stella zapewne była temu przeciwna?

– Łączy ją z tym człowiekiem przyjaźń, nic więcej – odparł rozdrażniony.

– Skąd pan wie? – spytałam obcesowo.

– Rozmawiałem z nią... ze Stellą, tuż przed wypadkiem.

– Ach, tak...

Byłam coraz bardziej zaniepokojona strzępkami informacji, które raczył mi przekazywać pułkownik Kleszcz.

– Czy przesłuchano świadków wydarzenia? – spytałam z profesjonalną ciekawością.

– Oczywiście – odparł z taką miną, jakbym go zapytała, czy oddał dzisiaj stolec. – Kopie protokołów muszą być na posterunku.

– Zajdę tam przy okazji – powiedziałam, nie kryjąc narastającego zaciekawienia. – A swoją drogą, panie pułkowniku, proszę mi wyjaśnić, dlaczego wojsko tak interesuje się tą sprawą?

Oczy Leona Kleszcza przygasły. Pochylił głowę i tonem chłopca przyłapanego na grzesznym uczynku, rzekł półgłosem:

– Wojsko nie ma z tym nic wspólnego.

– A kto? – spytałam bezczelnie.

Popatrzył na mnie z wyraźną dezaprobatą.

– Przecież ten Mammert mógłby się ze mną skontaktować osobiście – stwierdziłam beztrosko, nie kryjąc swojego rozczarowania rozmową z pułkownikiem.

– To nie tak – wybąkał pułkownik.

– Jeżeli panu Mammertowi bardzo zależy na odnalezieniu córki...

– Nie rozumie pani...

– Chyba że takiemu milionerowi nie wypada kontaktować się z tak pospolitą osobą – dodałam jadowicie.

– To nie wojsko interesuje się zniknięciem Stelli, tylko ja... – szepnął po chwili dłuższego milczenia pułkownik Leon Kleszcz, jakby obawiając się swojego wyznania.

Milczałam, zastanawiając się, kto mnie tu chce wpuścić w kanał.

– Widzi pani – westchnął, znowu przeczesując ołowianosiwe włosy – kiedy profesor wspomniał, że pani, dyplomowana policjantka, przyjeżdża do niego w gościnę, pomyślałem, że nadarza się znakomita okazja...

– Panie pułkowniku, proszę powiedzieć mi wprost, o co chodzi? – wypaliłam ostro. – Inaczej nigdy nie będę mogła się tym zająć.

Pochylił głowę jeszcze niżej i odparł ledwie dosłyszalnie:

– Kocham do szaleństwa tę dziewczynę.