WiznaTekst

Z serii: Wrzesień 1939 #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wizna
Wizna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,58  62,86 
Wizna
Audio
Wizna
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozdział II
Ostatnie dni wolności

3 IX 1939, przed dworem w Strękowej Górze, godzina 6.25

Dzień zaczął się pechowo. Kiedy Raginis kazał przygotować się do wyjazdu i siodłać konie, okazało się, że Karo okulał. Gierszułł przyprowadził go z niewyraźną miną, a koń ledwie stąpał na przedniej lewej nodze. Kiedy kapitan pochylił się nad nim, wyraźnie wyczuł pod lewym nadgarstkiem z tyłu nadpęcia zgrubienie jak szyszka, ciepłe i bolesne, bo koń wyrywał nogę.

– Cholera jasna! Mamy w taborach jakiegoś weterynaryjnego łapiducha?

– Nie trzeba tu medyka, panie kapitanie – powiedział Jamiołkowski, który przyglądał się wszystkiemu z ganku. – Ja nawet stąd widzę, że naderwał ścięgno.

– Co pan proponuje?

– Rozsiodłać go i do stajni, niech stoi, dać zimne okłady, pomału będzie się zmniejszać. Za parę dni, jak ta bulwa zniknie, może zacząć chodzić normalnie. Wtedy go prowadzać, ale po twardym, żeby sobie czasem drugi raz nie naciągnął.

– Tak zrobimy – zdecydował kapitan. – Gierszułł, postaw Karo osobno, żeby go inne nie zaczepiały...

– Oj, chodź, ty mój biedaku – rozczulił się ordynans.

– Jarmulik, zostaniecie tutaj, siądę na twojego.

– Nie trzeba – rzucił Jamiołkowski. – Ja panu sprezentuję konia. Niech Safian przyprowadzi Bohatyra.

Sługa wrócił po chwili, prowadząc na uwiązie siwego wierzchowca.

– Proszę jeździć jak na służbowym. Ja i tak nie mam czasu na zabawę, a kości mam stare. Koń godny bohatera, panie kapitanie, wojskowo chodził: w dwójkach, w trójkach, spokojny.

– A nie kopie? Nie gryzie? – rzucił wystraszony Gierszułł.

– Gdyby gryzł, poszedłby na kotlety. W przeciwieństwie do niektórych pań, nie trzymam wariatów pod siodło.

Gierszułł powoli, jakby z obawą włożył na grzbiet bohatera potnik, a potem oficerską kulbakę, okutą na przednim łęku dwudziestkępiątkę z sakwami i czaprakiem. Zapiął popręg, ale nie podciągał od razu. Najpierw założył na łeb ogłowie z kantarem i munsztukiem. Spiął łańcuszek, sprzączki, przeprowadził kilka kroków, dopiero powoli, spokojnie podciągnął popręg drugi raz.

Koń znosił to wszystko cierpliwie, wyglądał nawet na zadowolonego. Kapitan postawił stopę w strzemieniu, odbił się, wylądował miękko na siedzisku, ujął wodze, przyciągnął lekko. Nic. Koń stał nieporuszony.

– Proszę jechać śmiało – powiedział dziedzic. – Jest dobrze ujeżdżony, byle go nie szarpać na pysku.

Raginis dodał łydek i koń poszedł posłusznie, najpierw powoli, potem kłusem. Po okrągłym i wypasionym Karo prezentował się jak chudzielec, jednak kapitan od razu poczuł w nim siłę wyrobioną swobodnymi galopami po łące, ćwiczeniami, jazdą w terenie, po drogach, po lasach, polach, uroczyskach. Siedział jak na żelaznym koniu, stworzonym z twardych mięśni i stalowych ścięgien. Więc ruszył. Zaraz na drodze za dworem przeszedł w długi kłus, rozgrzewając konia. Poczet posłusznie szedł za dowódcą.

Giełczyn, godzina 9.24

Bohatyr to był koń jak marzenie każdego kawalerzysty. Raginis poczuł to już po kilku dłuższych chwilach. Zwarty, krępy, szedł raźno do przodu, a kiedy kapitan wypuścił go wreszcie w łagodny galop, zaczął nawet pochrapywać z zadowolenia. Dawno był niejeżdżony, na szczęście pan Jamiołkowski wyganiał konie na cały dzień z dworu na łąki nad rzeką, miały gdzie się wyszaleć. Niósł łagodnie, miękko, był trochę wykłębiony; nie lubił jazdy na wodzach, kapitan musiał znacznie poluzować mu oficerski munsztuk, inaczej Bohatyr złościł się, szarpał głową.

W Górze Strękowej Raginis zaczął obchód, zajrzał do schronów, odebrał raporty, potem wsiadł na koń i pojechał – najpierw na pododcinek Giełczyn – brodem koło wioski, u podnóża wzniesienia upstrzonego tu i ówdzie szerokimi łysinami piasku. Bohatyr zamarudził trochę, czując pod kopytami błoto, lecz dzielnie przeszedł przez Narew. Po fochach i wariactwach Karo to była niemal czysta rozkosz.

Przebyli bagnistą, pełną łąk i błot pradolinę Narwi, wjechali do Giełczyna, prostej ulicówki rozłożonej wzdłuż zakurzonej, typowo polskiej drogi. Przemknęli obok rzędu chałup, teraz, w czas wojny, dość osobliwych, bo z oknami zaklejonymi krzyżującymi się paskami papieru – żeby szyby nie wypadały. Kierowali się na zachód od wioski, gdzie na nabrzeżnych łąkach i rozlewiskach wznosiły się schrony bojowe – dwa duże i jeden mniejszy – pododcinka Giełczyn.

Kiedy znaleźli największy, koło Gaci, będący punktem dowodzenia porucznika Kiewlicza, Raginis drgnął. Obok schronu przed zasiekami rozgrywała się niepokojąca scena. Czterech strzelców stało z bronią gotową do strzału – na razie jeszcze u nogi. Obok spierali się porucznik Kiewlicz i porucznik rezerwy Teofil Szopa, dowódca drugiego plutonu ósmej kompanii.

Były też trzy skulone postacie – dwóch czarnych od brudu żołnierzy w czapkach polowych opadających na oczy, rozdygotanych, postawionych na wprost plutonu egzekucyjnego. Gdyby nie mundury, można by powiedzieć, że jeńcy. Trzeci osobnik był po cywilnemu, w roboczej drelichowej kurtce, w czapce maciejówce.

Egzekucja, nic innego! Dowodzący plutonowy wydawał powoli przeciągane komendy:

– Baczność!

Żołnierze wyprężyli się przepisowo.

– Na ramię broń! Cel!

Karabiny podniesione do oczu...

– Stój! – rozkazał Raginis, podjeżdżając bliżej. – Stój! – powtórzył. – Do nogi broń! Co tu się dzieje?!

Kiewlicz zmarszczył brwi jakby z niechęcią, ale wyprostował się regulaminowo i zasalutował jakby od niechcenia.

– Jak to co? Rozwalamy dezerterów, panie kapitanie!

– A ten cywil?

– Dywersant, złapany z bronią w ręku w lesie pod Kołodziejami.

Kapitan zeskoczył z Bohatyra, po kozacku, przekładając prawą nogę nad przednim łękiem. Oddał wodze luzakowi.

– Kto ich sądził? Jakim prawem?

– Ja – oświadczył Kiewlicz. – Prawem sądu polowego. Razem z porucznikiem.

Szopa westchnął, otarł pot z czoła.

– Byłem przeciwko, panie kapitanie – oświadczył. – Co nagle, to po... po diable!

– Ci tutaj dwaj uciekli dziś w nocy z taborów ósmej kompanii. Złapani przez patrol kaprala Wiewiórskiego. Doprowadzeni zgodnie z regulaminem, sąd odbył się dziś rano, o godzinie siódmej. Przepraszam, nie zdążyłem wysłać raportu.

Raginis odwrócił się do dwóch dezerterów, podszedł, marszcząc brwi. Rękę miał już na kaburze z visem, powoli odpinał pasek, pociągnął za rękojeść...

– Nazwiska i przydziały! I nie kłamać!

– Strzelec Marczuk – powiedział starszy, nieogolony, ale spokojniejszy.

– Przydział? Specjalizacja?

– Woźnica, panie kapitanie, a przydział to wóz furażowy. Ale stoi pusty, owies konie wyjadły. My niewinni, panie kapitanie.

– Ze strachu uciekliście?

– Z głodu. Zostawili nas w Laskowcu, pilnować wozów nie wiadomo po co. A wszyscy poszli. Jeść dwa dnie nie dali. Żeby nie ludzie z wioski, przyszłoby już skapiać. To co mieliśmy robić, jak wkoło mówią, że wszyscy uciekają?

– A ty?

– To strzelec Hawryła, Białorus, panie kapitanie.

– Sam nie ma języka w gębie?!

– Tak jest, panie wielmożny! – zaśpiewał drugi, bardziej zestrachany. – Ja zy wsi jestem, z Zapiczków koło Supraśla...

– Jaki masz przydział?! – huknął plutonowy.

– Wóz przykuchenny. Woźnica.

– Kiedy ostatni raz jedliście?

– Dwa dni temu. A racji nie mamy.

– Nie nastarczamy dać wszystkim, brakuje żarcia. Wodę samą będziemy chyba gotować, bo chłopy wszystko pochowali. Gadają, że wojna, nie będą sprzedawać po cenach państwowych – zaszemrał Kiewlicz.

– Panie jasny, panie! – zajęczał Hawryła i nagle runął na kolana, składając ręce jak do modlitwy. – My nie winowaci! Myśmy słyszeli, że Niemiec idzie, że trzeba się ratować...

– Plutonowy!

– Na rozkaz!

– Zabrać ich, dać łopaty i do wieczora niech kopią rowy! Dajcie im dobrą szkołę, potem odkomenderować do kuchni. A teraz precz! – Pochylił się jeszcze nad nimi na chwilę. – Puszczę was wolno. Tym razem. Jeśli jeszcze raz nawiejecie, każdy dostanie kulę osobiście ode mnie. Z tego służbowego visa. To była nauczka, zrozumieliście?

Kiwali spazmatycznie głowami.

– To biegiem! Za plutonowym! Ruszać się!

– Tak jest!

– A co z dywersantem? – zapytał porucznik Szopa. – Złapany z bronią.

– Sprowadźcie pod eskortą do baraków w Górze Strękowej. Każcie sierżantowi go zamknąć. A pana porucznika proszę na słowo, za mną.

Kiewlicz posłusznie ruszył za Raginisem. Dowódca wszedł do schronu, przeszedł przez korytarzyk skręcający w prawo, potem przez otwór czekający na drzwi przeciwgazowe, przez kolejny przedsionek i skierował się na lewo, do komory bojowej, gdzie przy strzelnicy z osadzonym w półkolistym jarzmie cekaemem wz. 30, grubym jak cygaro, dyżurowali: celowniczy, ponury starszy strzelec i taśmowy.

– Proszę zostawić nas samych!

Zasalutowali i opuścili komorę. Raginis odwrócił się do pociemniałego porucznika.

– Można wiedzieć, co pan robi, poruczniku? Wedle dekretu z dziewiętnastego roku, o ile dobrze pamiętam, organizacja polowego sądownictwa doraźnego należy do Naczelnego Dowództwa i dowództw okręgów generalnych, czyli w naszym przypadku do dowództwa grupy operacyjnej albo Osowca.

 

– Które mogą przekazać uprawnienia podległym im dowództwom...

– Nie niższym jednak od dowódcy pułku lub detaszowanego batalionu włącznie.

– Nie będę się z panem przerzucał paragrafami, jednak rozporządzenie majowe i Kodeks wojskowego postępowania karnego sprzed trzech lat dają mi prawo do organizacji sądów.

– Znów pan się myli, gdyż kodeks określa, że prawo sądzenia w trybie doraźnym należy wyłącznie do kompetencji dowódcy, czyli mnie. A przy okazji i tak wszczęcie postępowania następuje z chwilą doręczenia wojskowemu sądowi okręgowemu rozkazu dowódcy! Nawet ja nie miałbym prawa ich rozstrzelać, musiałbym przekazać wyżej, do Osowca.

– Niech pan da spokój, kolego – powiedział nerwowo Kiewlicz. – Przecież pan wie, że nie chciałem ich rozwalać, tylko nastraszyć. Siedzimy tu, na słabej linii umocnień, co dzień moi ludzie gnieżdżą się w niewykończonych schronach i widzą, jak z tej cholernej ósmej kompanii wieją dezerterzy. Jak wszystko wkoło rozpada się i uciekają władze. To załamuje morale nawet wśród moich kopistów.

– Nie zatrzyma ich pan strachem. Żołnierzom trzeba dać przykład.

– Jaki, skoro nawet nie powąchaliśmy niemieckiego smrodu?

– Proszę dać im choćby dobrze jeść.

– Skąd wezmę racje?

– Proszę pomówić z proboszczem w Giełczynie. On przemówi chłopom do rozsądku i sprzedadzą wam mięso. W ostateczności można przeszukać chałupy i skonfiskować. Ma pan na to moją zgodę.

– Tak jest.

– A teraz poproszę szczegółowy raport!

– Na dzień dzisiejszy: załogi w gotowości obsadzają dwa ciężkie schrony bojowe. Trzeci obsadzony przez porucznika Szopę. Nadal nie mamy wentylacji i rur do powietrza. Małe schrony pod Kołodziejami niewykończone, załogi obsadzają rowy strzeleckie. Zakończono budowę zasieków. Melduję też, że drugi pluton ósmej kompanii zakończył obsadzanie stanowisk między schronami. Sekcja granatników przygotowana do walki. Prowadzimy stałą obserwację przedpola. Przypominam, że junacy i saperzy nie zdążyli rozebrać szop, baraków i innego ustrojstwa w pobliżu linii obronnej. Sami musimy się z tym uporać.

– I tak trzymać. Dziękuję, panie poruczniku.

Kiewlicz nic nie powiedział, pozostał zwarty, zbity, gotowy do obrony nie przed Niemcami, lecz przed dowódcą. Wychodząc, Raginis miał przekonanie, że nie zdołał wzbudzić w nim entuzjazmu ani wsparcia.

Wierciszewo – Wizna, około godziny 10.00

Gdyby popatrzeć z góry na pozycje obronne pod Wizną, uderzyłby w oczy chaos. W terenie, jakim jest dorzecze Narwi i Biebrzy, nie da się przeprowadzić prostej i miłej dla oka linii umocnień znanej z Linii Maginota czy starych rosyjskich albo austriackich fortów. Jeśli spojrzeć z Góry Strękowej na zachód, Narew rozcina teatr walk na dwie równe części, płynąc we wspomnianym kierunku i zataczając szerokie, postrzępione łuki, meandrując po zielonych łąkach i bagnach, porzucając stare koryta jak odpadłe od pnia gałęzie. Pomiędzy Wierciszewem a Rusią rzeka raptownie skręca na południe i dalej płynie już mniej więcej prosto, mijając z prawej strony Wiznę. Jednak właśnie mniej więcej na owym ostrym zakręcie z północy wpada do niej Biebrza, wynurzając się z malowniczych bagien i błot. Ogólnie obie rzeki układają się w figurę na kształt dużej litery T pochylonej w lewo.

Tereny są ciężkie, błotniste i bagniste. Doliny rzek po wiosennych roztopach, a czasem i jesienią po deszczach zmieniają się w rozlewiska i jeziora. W dodatku po południowej stronie Narwi, jeszcze przed zakrętem, za szosą z Wizny do Góry Strękowej, rozciągają się błota i mokradła, z których jak wyspy sterczą wioski z otaczającymi je polami: Maliszewo, Włochówka, Grądy-Woniecko. Roztoki wód dzielą więc teatr wojny na trzy pododcinki – słabo ze sobą połączone brodami i mostami.

W środku mniej więcej, na południowym brzegu Narwi, na wzgórzu 126, które od północy wznosi się stromo nad doliną rzeki, a od południa opada łagodnie ku szosie, stoi obiekt GG-126, główny schron kapitana Raginisa. Obiekt obserwacyjno-bojowy, z kopułą obserwacyjną, flankujący cały teren od rzeki do drogi z Wizny.

Poniżej, u podnóża góry, wznosi się kolejny obiekt, żelbetowy, solidny, broniący podejścia do stanowiska dowodzenia.

Na północ, za rzeką, jest pododcinek Giełczyn porucznika Kiewlicza. Trzy ciężkie schrony bojowe, rozrzucone w lekkim łuku – pierwszy przed wsią Giełczyn, drugi na południe od Gaci, trzeci zaś bardziej na północy, pod Kołodziejami. Pomniejsze schrony budowane są jeszcze dalej, na zachód od wsi Kołodzieje, lecz nieskończone, nieprzygotowane do obrony.

Kolejny odcinek obrony to pozycja wysunięta – pomiędzy wsiami Sulin-Strumiłowo a Włochówką, pod dowództwem porucznika Jana Zawadzkiego. Rozciąga się po wschodniej stronie Narwi, mając przed sobą rzekę, nieco z lewej strony Wiznę i most, a także rozległe, spalone słońcem łąki i zarośla na jej drugim brzegu. Są tu pomniejsze schrony bojowe, lekkie – jeden we Włochówce, z widokiem z kopuły na Wiznę, drugi nieco bardziej na północ, koło wsi Sulin-Strumiłowo. Dwa są zaczęte – na zakrętach szosy, jeden ledwie ukończony, z jeszcze nie wyschniętym betonem. Drugiego prawie nie ma – jest wykopana dziura, założone szalunki, jednak technik Szymonowicz jeszcze nie zdołał nawet wylać fundamentów.

Pozycja główna, czyli odcinek Kurpiki, rozciąga się dalej na wschód, będąc przedłużeniem linii umocnień kapitana Raginisa. Po drugiej stronie drogi stoją dwa mniejsze schrony bojowe – jeden pod Kurpikami, drugi pod Maliszewem. Pomiędzy nimi znajduje się jeszcze mały obiekt flankujący.

Jedyne wsparcie to działa. Bateria artylerii pozycyjnej porucznika Brykalskiego składająca się z dwóch plutonów, czyli czterech niezawodnych starych prawosławnych armat wz. 02/26. A także z plutonu artylerii piechoty z 71. Pułku, dwóch dział siedemdziesiąt pięć milimetrów, wspierających pozycję wysuniętą, ustawionych na stanowiskach w pobliżu mostu.

Armaty stoją w lasku, wśród karłowatych sosenek, na wschód od schronu kapitana Raginisa, za Górą Strękową, zamaskowane, na stanowiskach, osłonięte zasiekami i kozłami hiszpańskimi. Nad każdym wisi siatka maskująca stanowisko, obok wkopane są schrony ziemne dla obsługi, magazyn amunicji znajduje się nieco dalej, przy leśnej drodze. Armaty mierzą w Wiznę i przeprawę mostową przy niej. Niestety, zbyt wysoki brzeg Narwi z tej strony utrudnia prowadzenie ognia.

Prosto spod Giełczyna kapitan ruszył drogą na zachód, do Wierciszewa nad Biebrzą. Towarzyszył mu poczet: ordynans luzak Gierszułł, dwóch obserwatorów, trzech gońców-łączników. W zwykłych warunkach koń przysługiwał tylko kapitanowi, jednak Raginis miał pod opieką spory odcinek umocnień pociętych rzekami, błotami i przeszkodami. Aby go skontrolować, musiał poruszać się szybko. A nie mógł jeździć sam, choćby ze względu na dywersantów, przed którymi ostrzegano we wszystkich komunikatach radiowych.

Wierciszewo leżało za promową przeprawą, dzięki której dotarli na drugą stronę Biebrzy. Nie było duże – ot, kilka chałup o ścianach pobielonych wapnem, krytych strzechami schodzącymi aż do samych malutkich okienek. Zabudowania stały ciasno, tworząc wąskie podwórka, nad którymi górowały ciężkie dachy stodół. Sielsko i spokojnie; drewniane płoty wokół domostw, z tyłu ogrody, pochyłe wierzby, olchy i topole przy drodze. Czasem czuło się odór krowiego gnoju.

Była niedziela, więc mijali chłopów wracających z kościoła – jednych wozami, innych idących boso, bo droga piaszczysta, niosących drogocenne buty za plecami, na kijach albo w ręku. Przemknęli koło nich, skręcając w gruntowy trakt łączący wioskę z Samborami, przez które przechodziła główna droga do Wizny. I roztoczyła się przed nimi ogromna płaska panorama łąk i pól, ostrych ściernisk po żniwach i kartoflisk, na których brązowiały uschnięte, jeszcze nie zebrane łęty. Wszystko obramowane z lewej niewidocznym korytem Biebrzy. Byli na wysokości wsi Ruś nad samą rzeką, kiedy kapral obserwator zamachał rękami i pokazał coś z lewej.

– Panie kapitanie, lotnicy!

Usłyszeli to za chwilę wszyscy – nadciągający warkot nienawistnych motorów. Zza lasów na drugim brzegu rzeki wypadły myśliwce z czarnymi krzyżami na płatach.

– W prawo, tutaj, panie kapitanie! – machał ręką Jarmulik.

Zjechali z drogi w bok, w rzadki zagajnik olszaków i dębów. Zeskoczyli z koni, trzymając wodze w ręku.

Samoloty zatoczyły łuk, a potem zaczęły pikować w dół, prując z karabinów pokładowych. Na skrzydłach wykwitły im ledwie dostrzegalne obłoczki dymu, kiedy pruły seriami po przeprawie mostowej. Wkrótce doszedł do nich stłumiony rytmiczny łoskot odpowiadających im karabinów przeciwlotniczych z pozycji wysuniętej Jana Zawadzkiego. Lotnicy zdawali się nic sobie z tego nie robić.

– Skurwysyny – mruknął ktoś z tyłu. – A gdzie są nasze orlęta? Na defiladzie w Warszawie?

– Milczeć! – rzucił kapral. – Myślicie, że lotnictwo ma czas ścigać każdego Niemca? Na pewno mają w tych dniach masę roboty.

– A Anglicy? Ja słyszał, że chiba flota anglijska... – odezwał się Gierszułł.

– Słyszałeś? A uszy umyłeś? – uciął Jarmulik. – Uszy to ty masz do słuchania, ale rozkazów!

Samoloty postrzelały, pokrążyły i odleciały – na północ, w stronę Prus. Raginis kazał wsiadać na koń. Ale skoro tylko zamajaczyły przed nimi ledwie widoczne chałupy Wizny, głos motorów powrócił, tym razem znacznie cichszy, stłumiony. Znowu od południa, od strony Góry Strękowej.

– Patrzcie, całe mrowie ich leci!

– Pół nieba.

Tym razem wysoko w górze szły ciężkie i z pozoru powolne bombowce, dwusilnikowe, błyszczące z daleka przeszkloną kopułą z przodu, na dole i na samym szczycie kadłuba, o płaskim ogonie z pionowym statecznikiem. Żeby nie mieli wątpliwości: czarne krzyże namalowane miały na kadłubie, za skrzydłami.

– Wracają znad Warszawy, sukinsyny.

– A naszych znowu nie ma.

Zatrzymali się, ale nie ukrywali, bo samoloty leciały wolno i wysoko, pewnie zrzuciły już ładunek i teraz wracały na lotniska w Prusach po nową porcję śmierci. Znad Narwi z pozycji polskich znowu odezwały się karabiny przeciwlotnicze.

– Co oni robią! – zdenerwował się Raginis. – Przecież lecą za wysoko. Marnują amunicję!

Ale nie wszystkie maszyny ciągnęły pod wysokim niebem. Nagle uderzył w nich ryk motorów, bo jeden z samolotów leciał nisko, tuż nad samym lasem. Wychynął znad bagien od strony Maliszewa, ciężki i jakby bezbronny, ciągnąc za sobą strużkę dymu. Karabiny przeciwlotnicze natychmiast skoncentrowały na nim ogień, choć już niewiele mu pozostało życia. Z narastającym warczeniem motorów przeleciał nad nimi, aż konie zaczęły przysiadać na zadach, a potem zawrócił szerokim łukiem w stronę Wizny, zniżył się, zakręcając, opadając na pola między miasteczkiem a Rutkami. Kiedy podnieśli głowy, dostrzegli, że jeden z silników nie działał, z drugiego szła struga dymu.

Ciężki heinkel zniżył się raptownie, prawie spadł. I zniknął z oczu. Poczuli drżenie ziemi, potem doszedł do nich stłumiony huk, czarny kłąb dymu wykwitł z prawej przed nimi, na polach.

– Jeden łącznik do porucznika Zawadzkiego! – rozkazał Raginis. – Proszę przekazać, żeby natychmiast wysłał patrol w okolice Srebrowo – Męczki! Po drodze powiadomić chłopów, żeby dawali znać o załodze. A reszta za mną!

Drugi łącznik pogalopował szosą w stronę Wizny i niedalekiego mostu. Kapitan skręcił w prawo, ruszył po ugorach, ścierniskach, łąkach. Szedł tam, gdzie znikł bombowiec, za polną drogą, za pochylonym drzewem. Szybciej!

Konie rwały galopem, przeskakiwały miedze, potykały się o kartoflane grzędy. Rozczapierzona chmura dymu była coraz bliżej, choć owiewał ich wiatr, czuli już swąd, jakby palonej gumy, smród benzyny, do tego narastający głuchy łoskot płomieni.

Kiedy przybyli na miejsce, nie było kogo brać do niewoli ani wyciągać z wraku. Samolot wrył się w ziemię i wybuchł, płonęła jasnym, gorącym ogniem zniszczona kabina z przodu, płomienie wydobywały się przez górną kopułkę strzelecką, pełzały po kadłubie, jedynie ogon zdawał się mało uszkodzony.

– Kapralu, weźcie obserwatora, obejdźcie z tyłu, czy jakiś Szwab nie uciekł.

Nie było na to szans – od pogiętego bombowca waliło ogniem, smrodem tlących się części, zawiewało dymem. Konie szarpały się, nie chciały podejść, cofały się albo kręciły w miejscu; jedynie Bohatyr stał w miarę spokojnie.

Znienacka wyczuli w dymie i żarze mdły, słodkawy smród spalonego mięsa; podstępny, okropny tym bardziej, że najpierw zdawało się, że palą się jakieś dziwne rzeczy, może wyściółka kabiny albo jakieś mundury. Dopiero kiedy rozum podpowiedział najprostsze rozwiązanie, Jarmulik nie wytrzymał. Nagle przechylił się w bok i zwymiotował.

 

– Prze...pra...szam – wybełkotał.

– Nu co ty? – zadziwił się Gierszułł. – Świń nigdy nie biłeś, miastowy, a? Szczeciny nie opalałeś? Jednak białostockie chojraki cienkie i rzadkie jakiesi są.

– Paszoł ty w... buraki. Nie bałakaj.

– Spokój! – skarcił ich Raginis. – Gierszułł, dasz radę podejść bliżej?

Ordynans zeskoczył na ziemię, podchodził ostrożnie do płonących szczątków, obracając głowę, bo żar był coraz większy, lecz choć wytrzeszczał wzrok, nic nie dostrzegł. Niespodziewanie podjął coś z ziemi, spośród szczątków; zaraz potem wracał do kapitana, dmuchając na jakiś przedmiot.

– Order znalazłem, panie kapitanie! – zameldował.

Raginis ujrzał powalany ziemią niemiecki krzyż ze swastyką i dwoma skrzyżowanymi mieczami wbitymi między ramiona. Na ostrzu każdego z nich był jakiś ptak; coś mu to przypominało.

– To chyba hiszpański krzyż. Legion Condor – powiedział. – Znaczy że Niemiec był w Hiszpanii na wojnie.

Wrócił kapral z drugim obserwatorem, ich miny pokazywały, że nic nie znaleźli.

– Wracamy! – wydał komendę Raginis. – Dwójkami za mną marsz.

Kurpiki, przed godziną 12.00

Odebrawszy meldunki od porucznika Zawadzkiego, Raginis wracał do głównej kwatery drogą przez most koło Wizny. Na szosie do Góry Strękowej, która otoczona była zasiekami i przegrodzona kozłami hiszpańskimi, czekała na kapitana niespodzianka. Przed zamkniętym przejazdem, na którym czuwał uzbrojony posterunek – dwóch żołnierzy i kapral – stał chłopina. Marny, chudy, w kapocie i czapce, którą zdjął na widok oficera i zmiął w rękach, odsłaniając pomarszczoną, wyłysiałą głowę.

– Panie kapitanie, ten gospodarz czeka tu na was. Jak osioł, nie dał się spławić. Co odgonię, to wraca. Prosi o rozmowę.

Chłop faktycznie był uparty, posunął się do konia Raginisa, pokłonił, prawie padł na kolana.

– Panie oficerze, ja względem syna, Marcinka. A jestem Józef Subota z Brzezin...

Kapitan nawet na niego nie spojrzał.

– Zrobić przejście! – rozkazał żołnierzom. Czekał, aż przesuną ciężki kozioł najeżony drutem kolczastym.

– Mojego Marcinka wzięli wasi żołnierze pod Kołodziejami. Z bronią, w lesie. Ale on nie żaden dywersant ani szpieg. On kłusownik! Zawsze po złe do lasu chodził! I do złego go ta strzelba przywiodła. Ja mogę zaświadczyć, zresztą, panie wielmożny, broń zobaczcie. Jakby co, to ja zaświadczę, zapłacę, panie kapitanie... Jego jednego mam, a orać trzeba.

– Jutro wasz syn zostanie przekazany żandarmerii polowej z Osowca. Pytajcie w dowództwie fortu, już oni tam zdecydują, co dalej.

Chłop płakał, łzy spływały po ogorzałej twarzy. Raginis, cóż, było mu go żal, ale nie dawał tego po sobie poznać. Pamiętał dobrze, że nie wolno pobłażać miejscowej ludności. Jak raz im się pofolgowało albo dało palec, potrafili odgryźć całą rękę.

Zostawił starego za zasiekami i ruszył do Góry Strękowej. Podjechał pod barak na początku wioski, w którym mieszkali junacy, kiedy stawiali szalunki i wylewali stropy obu największych schronów, dziś zamieniony na magazyn i przymusowy areszt.

– Czekajcie tutaj, spocznij! Możecie palić.

Zsiadł z konia i ruszył do środka. W pokoju zza biurka podniósł się zażywny, wąsaty chorąży Świstoń, szef trzeciej kompanii cekaemów Batalionu KOP „Osowiec”, odrywając się od brulionu, w którym coś pisał. Odłożył pióro z obsadą i zasalutował.

– Jakieś zmiany? Coś nam dosłali? – zapytał Raginis.

– Posłusznie melduję, że przyszła cała amunicja, razem z zapasem na biedkach, i mamy po pięć jednostek ognia na każdy kaem.

– Mało, powinno być przynajmniej osiem na taczankach i po dwanaście na biedce.

– Magazyny Osowca już puste, panie kapitanie.

– Proszę wysłać zapotrzebowanie na więcej. Wystrzelamy to wszystko w dwa, góra trzy dni.

– Taaajest!

– Co z tym dywersantem? Przyprowadzili go?

– Siedzi spokojnie. Nic nie mówi.

– Każcie go sprowadzić. I przyślijcie do mnie podoficera gospodarczego. Sami też bądźcie, musimy sporządzić raport i odesłać go do Osowca.

– Taaajest!

– Dajcie też jego broń.

– Tutaj jest, melduję. – Chorąży schylił się i wyciągnął z biurka strzelbę. – Odmeldowuję się.

Raginis zasiadł na jego miejscu. Obejrzał broń. Stara myśliwska kniejówka, dwie lufy, ucięte w dwóch trzecich dla skrócenia broni. Odtylcowa, łamana z tyłu, zaopatrzona w zamek iglicowo-kurkowy – dwa wygięte kurki uderzały po prostu w iglice, wywołując strzał. Odszukał numer seryjny broni: 15052, oznaczenie kalibru: 16,0 i długości łuski: 65. Najdziwniejszy jednak był monogram K.M.R. i tarczka herbowa z trzema trąbami wybita w srebrze. Ogólnie broń bardzo piękna, ozdobna, w komplecie, brak tylko było zaczepu do pasa. Broń dywersanta? Raczej myśliwego czy kłusownika. Ale może się mylił.

Wszedł szef, za nim plutonowy i dwóch żołnierzy z karabinami, eskortujących nieszczęsnego jeńca. Chłop był wysoki, jasnowłosy, na łbie zaznaczały się już pierwsze zakola, chociaż niestary jeszcze mężczyzna. Obcięty krótko, wyglądał bandycko, w ogóle w całej postaci było coś... zuchowatego. Kapitan poznał już takich ludzi z opowieści kolegów kopistów oraz z własnych doświadczeń z Kresów. Chłopaki z wiosek, przemytnicy, pełni fantazji, cóż, kiedy brak pieniędzy. Tacy właśnie przenosili w nioskach na sowiecką stronę kontrabandę. Papierosy i przedmioty luksusowe, którymi w Sowdepii, krainie wiecznej szczęśliwości ludu pracującego, były... lusterka, grzebyki, perfumy i maszynki do golenia. Była i kokaina, powiadali, że czekiści, to znaczy teraz już oficerowie NKWD, upajali się nią bez przerwy. Ciężka widać to była praca gnać czerwone bydło ku świetlanej przyszłości, narkotyk dawał odpoczynek. Z powrotem przemycano wódkę, złoto, futra, czasem trafiało się coś grubszego.

– Imię i nazwisko? – zapytał chorąży. – A wy, plutonowy, piszcie raport.

– Marcin Subota.

– Lat?

– Dwadzieścia siedem.

– Zamieszkały?

– Brzeziny, gmina Borzejewo.

– To wasza broń? – Kapitan podniósł strzelbę.

Obwiniony pokiwał głową.

– Subota, czy przyznajecie się, że rano dnia trzeciego września roku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego zostaliście schwytani przez patrol wojskowy z bronią w ręku na lustracji umocnień polowych koło wsi Kołodzieje?

– Przyznaję się, panie kapitanie – mruknął Subota. – Ale nie do wszystkiego.

– Co macie na swoją obronę?

– Ja nie lustrowałem niczego, z przeproszeniem, poszedłem na zające. Ja nie wiedziałem, że panowie żołnierze coś tam robią.

– Na zające, więc przyznajecie się do kłusownictwa? Jesteście zwykłym rubszycem, co jak bolszewik strzela do każdej zwierzyny.

– Ale nie z psami, żeby szczuć. To nigdy.

– Wnyki też zastawiacie?

– Co to, to nie, panie kapitanie. Ja honorowo, tylko ze strzelbą chodzę.

– Skąd macie broń? Nawet nie pytam, czy macie w ogóle pozwolenie. Ukradliście?

– Broń moja własna.

– Dlaczego oberżnięta?

– Broń jak dziewczyna, musi pasować do chłopa, panom wojskowym chyba nie muszę tłumaczyć. Zawadzała mi ta lufa.

– Nie mówcie, że kupiliście ją w składzie myśliwskim! – wykrzyknął szef. – Tu są inicjały właściciela. Czyje? Nie wasze przecież.

– Skąd wiecie, panie chorąży, że nie moje? Wszystkie rozumy pojedliście?

– Chyba czegoś nie rozumiesz, rubszycu! Wieczorem przekazujemy cię do sądu polowego w Osowcu.

– Sądy są dla ludzi, a nie psów. Mnie już raz zwolnili, więc nie krzyczcie. Przecież nie powieszą. Bo niby za co?

– Za szyję, gnoju! Dostałeś kiedyś w gębę?

– Raz jeden. Przyzwyczaiłem się.

– Zaraz będzie drugi i trzeci.

– Tylko proszę od pana kapitana, nie od chorążego. Większy będzie honor.

– Marcinek, możesz się zamknąć i odpowiadać? – wtrącił się Raginis. – Bo z gębą jak tatar siekany nie wejdziesz już na żadną zabawę. Czyja to broń?

– Te inicjały są księcia ordynata Karola Mikołaja Radziwiłła. Strzelbę francuską własną raczył mi podarować.