JaksaTekst

Z serii: Jaksa
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jaksa
Jaksa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,83  54,26 
Jaksa
Jaksa
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Prawo Trwogi

Królestwo żelaznych łez

Zabić biesa

Popioły

Przez kraj ludzi, zwierząt i biesów

Wizgun

Dopisek dla uważnego Czytelnika

Seria Polskie Fantasy

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Prawo Trwogi

Oto uczyniłem wam na czołach i tarczach znak krwi mojej. Abyście nie szczędzili własnej, broniąc praw, które czynią was ludźmi.

Wyznanie Jessy

W mroku narodził się ognik, czerwony jak dogasająca głownia pochodni. Obok zjawił się drugi, trzeci i... dziesiąty. Zapalały się pod drzewami, wszędzie, gdzie królował mrok. Dziś na niebie nie było srebrnego, pięknego Kniażyca. Zamiast niego wzeszedł ten okrutny – Hall. Wąski, czerwony sierp ze stykającymi się rogami tkwił wśród rozsypanego proszku gwiazd jak nieforemny, niedokończony pierścień; złe oko bogów wpatrzone w skrytą w ciemności ziemię. Nadchodziła Pusta Noc. Czas upiorów i krwi.

Las ożył. Pokraczne cienie gęstniały pod wiekowymi jodłami i świerkami, zbierały się, otaczały kręgiem obozowisko rozjaśnione kilkoma ogniskami. Sylwety na czterech nogach zakończonych kopytami, z tułowi wyrastały ogromne głowy najeżone rozłożystymi rogami, wypustkami i prawie ludzkimi ramionami.

Na przenikliwy świst piszczałki ruszyli z impetem. Z krótkim grzmotem kopyt wyrwali się spod drzew na polanę, wypadli ze wszystkich stron, jak żywy, zacieśniający się krąg śmierci.

Wrzask, który się podniósł, był stłumiony. Atakujący przetoczyli się niczym fala po śpiących wokół ognisk ludziach, tratując ich kopytami. Wbijając okrytych płaszczami i skórami nieszczęśników w ziemię, miażdżąc głowy, ramiona i ręce. Krzyk! W potężniejącą wrzawę, w gardłowe pohukiwanie atakujących wbił się przeraźliwy pisk dzieci, płacz kobiet. Nikt się nie bronił, nie sięgał po włócznię, topór. Najeźdźcy siekli uciekających zakrzywionymi ostrzami, obalali włochatymi piersiami. Nie znali litości, nikt nie wyuczył ich miłosierdzia. W zamęcie, w blaskach ognia przelatywały tylko ich ogromne kształty. Zwierzęce chrapanie, gardłowy krzyk. Świst i błysk stali – ciała walące się na ziemię, wpadające w ogień, zderzające się i potykające w ucieczce!

Grot zerwał się na pierwszy odgłos rzezi. I tak prawie nie spał, jedynie przeczekiwał chłodną wczesnowiosenną noc. Kulił się przy ogniu okryty cienkim, szarym płaszczem, starając znaleźć pod nim choć odrobinkę ciepła. Kiedy tylko stanął na nogach, pchnięto go i runął na ziemię, zamarł na chwilę na rozstawionych ramionach, poparzył lewą dłoń węglami, aż krzyknął i przewalił się na bok. Jakiś nieznajomy upadł obok, charcząc, krztusząc się krwią, kneź ledwie zdołał poderwać się z ziemi, a zaraz porwał go i zdusił tłum uciekających. Grot potykał się na kamieniach, padał na kolana, czując woń krwi, żelaza, tlących się skór.

– Hungury! – brzmiało z setek gardeł. – Hunguryyyy! Ratujcieeee!

Grot wraz z ciżbą uciekał w las, byle dalej od leśnych rozstajów, ale najeźdźcy nie pozwolili rozproszyć się ludziom. Pogoniwszy ich od ognisk, zarąbawszy tych, którzy byli uzbrojeni albo wyglądali groźnie, zaczęli zaganiać przerażone niewiasty, starców i dzieci w gromadę – niczym stado owiec. Demony schowały zakrwawione ostrza, sięgnęły po baty. Długie, splecione, segmentowe nahaje zaczęły opadać ze świstem na głowy i karki uciekających. Ich siła była niemożebna – każde świśnięcie to krótki trzask, łoskot, opętańczy wrzask bólu! Rzemienie przecinały skórę, łamały palce, rozcinały łby. Grot dostał po ręce; cios był tak silny, że kneź poleciał na ziemię, potrącając przy tym siwowłosą kobietę. W chaosie zachował resztki dworności – wyciągnął do niej rękę, ale najeźdźcy nie dali mu czasu. Usłyszał łoskot kopyt, okropny świst, trzask bata, uderzenie, które nastąpiło po nim, było niczym pocałunek żmii; cisnęło go na kamienie, poczuł krew spływającą z ręki, którą zastawił się nieporadnie. Pod batem Hungurów sczezły w nim resztki dumy i przyzwoitości.

Zagnali ludzi na powrót do obozowiska – pod ogromne, wiekowe świerki – do zbitej z bali zagrody dla bydła. Wcisnęli tam tłum, napierając włochatymi piersiami, tnąc na lewo i prawo batami. Kobiety szlochały, któraś krzyczała. Dzieci płakały. Ranni jęczeli, wyli dzikimi głosami.

Gardłowa mowa. Ek-kej! Udun – booorte kismak! Słowa jak z pogańskiej krainy zmarłych – Nawii. Gardłowe, chropowate, nawet bies tak nie mówił. W odpowiedzi wśród ludzi zaszemrały słowa westchnień i modlitwy. „O Jessa, ratuj nas! Z leśnej gęstwiny wołam do ciebie, Praojcze! Gromie, pomścij nas!” – charkotał ktoś też stare pogańskie przekleństwa.

Grot stał ściśnięty w okrwawionym, śmierdzącym brudem i strachem tłumie. Powinien wziąć się w garść, był przecież kneziem, sadowniczym bożym, sługą Praojca. Winien modlić się, wspierać przerażone dusze obok. A jednak groza dławiła za gardło. Ktoś ciągle wbijał mu łokieć w bok, stopy w chłopskich chodakach deptały po palcach. Poobijany, drżący, nie krzyczał, nie szarpał się. Patrzył.

Czarne, pokraczne kształty warowały wokół zagrody. Więcej ich zgromadziło się w obozowisku. Dorzuciły drew do zadeptanych ognisk, rozdmuchały żar; widać w ciemności widziały równie słabo jak ludzie.

To wszystko trwało jakiś czas. Tak długi, że płonący na niebie Hall zaczął blednąć. Zły blask rozmywał się, uciekając przed światłością. Daleko, na wschodzie, za poszarpaną linią Kręgu Gór przedzierała się wąska smuga świtu. Opary wstawały z górskich potoków i mokradeł.

Wczesny świt zarysował prawdziwe oblicze najeźdźców. Najpierw Grot dostrzegł, że wcale nie mieli kopyt. Po prostu dosiadali niskich, krępych, włochatych koni, cuchnących gorzej niż sterta nawozu. Niektórzy już pozsiadali, prezentując się w całej okazałości. Rośli, ale przecież nie wielkoludy – zgarbieni, o śniadych obliczach i szpiczastych czaszkach, ledwie przypominali ludzi. Przeczyły temu także skośne, jakby naciągnięte na boki, dziwaczne oczy. Niektóre oblicza, umazane na biało, przypominały upiory z grobu. Mowa Hungurów brzmiała obco, złowrogo. Na głowach nosili dziwaczne, skórzane hełmy z trzema opadającymi na boki płatami skóry, czasem pokryte futrem, albo ogromne czapy ozdobione rozłożystymi rogami. Ciała osłaniały pancerze ze złocistych płytek lub kawałków skóry powiązanych rzemieniami, niekiedy zwykłe futra albo kaftany. Dziwaczne, przeszywane grubą dratwą, aż tworzyły się na nich wzory w kwadraty. W rękach zakrzywione miecze, topory i baty – długie, wlokące się po ziemi. Grot już wiedział, że jedno uderzenie może powalić dorosłego woja. Zadane ze świstem przecina skórę niby dobrze wyostrzony nóż.

Usłyszał wrzask, krzyki, tłum zafalował, więc przeniósł wzrok na obozowisko. Hungurzy przypędzili tam gromadkę kobiet, rozdzielili wśród śmiechów i klaśnięć batów między kilku wojowników. Teraz odzierali je z giezła i sukni. Ktoś obok krzyczał, nawoływał: „Sławna! Sławnaaa!”. Inny rzucił się na ratunek, wpadł bez broni, jak buhaj na najbliższego Hungura, przewrócił, wbił kolanem w kamienistą, górską ziemię.

Trzask! – to przemówił bat.

Szarzy i brunatni najeźdźcy skoczyli ku człowiekowi jak wilki.

Świst ostrza, okrwawiona głowa, ciosy i razy opadające na ciało, coraz bardziej przypominające stłamszony, okryty posoką tobół. Wysokie, skórzane buty o podwiniętych noskach miażdżyły palce wyciągające się w stronę obozu, szukające ostatniego oparcia w bólu.

Płacz i jęk kobiety odartej z szat i godności. Niewolonej przez wysokiego, czarniawego biesa, z wąsami jak dwa zwieszające się natłuszczone troki. A wszystko na oczach jej męża. Wściekłe wycie mężczyzny napierającego na ostrza, charkotliwa mowa Hungurów, przystawiających mu broń do piersi. Ich śmiech ranił gorzej niż chlaśnięcia batem.

Grot stał zmartwiały. Wiedział, że powinien przeciwstawić się przemocy, wzywać do opamiętania. Wyjść ze słowem Jessy jak z tarczą. A jednak nie miał siły: bezbronny, z gołymi rękami, wystraszony, mógł tylko obserwować wszystko, co działo się w obozowisku. I wiedział, że tamci nie posłuchają.

Krzyk niewolonych niewiast wwiercał się w uszy. Płacz uderzał w duszę. Zgromadzeni w zagrodzie uciekinierzy krzyczeli, obrzucali Hungurów przekleństwami, wygrażali im pięściami. Ktoś próbował ucieczki. Dosięgła go strzała. Każdy z najeźdźców miał łuk – czarny, wąski, dziwacznie wygięty do tyłu, oklejony czymś, co wyglądało na płytki z rogu. Przy boku albo przy koniu sajdak pełen strzał z graniastymi grotami – zabijających szybko i skutecznie.

 

W obozowisku wstał gwar. Kilku najeźdźców w skórzanych zbrojach oprawiało woły, podrzynając im gardła tak sprawnie, aż krew bydlęca mieszała się z ludzką. Ściągali z nich skórę całymi płatami, kawały parującego mięsa rzucali na węgle.

I wtedy reszta, znudzona widać gwałtami, dała chwilę spokoju udręczonym dziewkom i niewiastom, skupiła się wokół zagrody. Dwóch odrzuciło belki, którymi zastawili wejście, pozostali rozdzielili się – czterech blisko, pozostali w dwóch grupach, po lewej i po prawej stronie. Między nimi zatrzymał się wysoki, o pobielanym obliczu, z wąsami zaplecionymi w warkoczyki, dosiadający kasztanowego konia o grubej, sterczącej grzywie, gęstym ogonie i szlachetnym pysku.

Dwóch pierwszych obróciło się do więźniów i nagle jakby opadły z nich maski, bo roześmieli się gardłowo, wesoło, po ludzku.

– Hie! Hie skori tudunum! – zawołał pierwszy. – At-we usztułuk! Ne aframor Hungura!

Poklepał się po policzkach, po brzuchu, zachęcał ręką, zataczał koła, wołając przerażonych do siebie. Reszta śmiała się coraz głośniej.

Nikt się nie poruszył, bo prawdę mówiąc, zgromadzonych w zagrodzie dosłownie zdruzgotał ten szczery, niewymuszony śmiech napastników. Wreszcie pierwszy – ten w kaftanie obszytym futrem, gruby i pulchny na gębie – doskoczył do gromady, wyciągnął z niej, właściwie wyszarpnął za rękę rosłego chłopa w futrzanej czapie, ubłoconej, poszarpanej koszuli i nogawicach. Poklepał go po przyjacielsku po ramieniu, popchnął przed oblicze tego, który siedział w siodle – pewnie dowódcy albo starszego.

Chłop był blady, zestrachany. Niepewnym ruchem zdjął czapkę; wtedy Hungur bezceremonialnie obmacał mu ramiona, brzuch i barki. Zacmokał, uśmiechnął się.

– Uk jaksze koł! Uk! Uk!

Znów wybuch, właściwie cała salwa śmiechu. Pomalowany na gębie skinął głową, wskazał na prawo ledwie widocznym skrętem głowy, lekkim skinieniem ręki trzymającej nahaj.

Powlekli chłopa do obozowiska, tam wykręcili mu ręce w tył, związali za plecami, wepchnęli w ramiona pozostałych kompanów. Wesoły, pucołowaty Hungur dobierał się do następnego. Ten był cherlawy i garbaty. Posiwiały, bosy, wspierający się na kosturze. Najeźdźca zrzucił mu z głowy kaptur, pomacał mięśnie, pokręcił głową, roześmiał się, w czym znowu zawtórowali pozostali.

Biały tym razem dał znak w lewo. Pucołowaty błaznował – przeciągnął paluchem po szyi, wytrzeszczył oczy. Śmiech bił w niebo, unosił się nad polaną, ogłupiał jeńców.

Hungur popchnął kalekę w stronę dwóch kompanów. Ten skulił się, obejrzał, krzyknął. Bał się podstępu.

„Nic, nic ci!” – zdawał się mówić śmiech Hungura, który poklepał jeńca po plecach, popchnął lekko. Jakby w odpowiedzi tamci wyciągnęli ręce do mężczyzny. Na powitanie, na przywitanie?

Grot poczuł chłód w sercu.

Kaleka uczynił pierwszy rozkołysany, słaby krok. Potem drugi, trzeci...

Zgrzyt żelaza, świst ostrza!

Jedno proste cięcie. Strumień krwi siknął z kikuta szyi, z pustego miejsca po zdjętej głowie, wkrótce zmalał, znikał, brocząc kamienie i wyrastającą spomiędzy nich pierwszą zieloną trawę. Zgromadzony w zagrodzie tłum wrzasnął jednym głosem. Tymczasem jeden z najeźdźców schylił się po głowę, podniósł ją, strząsnął krew, potem zapakował do skórzanego worka.

Po co?

Hungurzy skoczyli do wejścia, już wyciągali następną ofiarę.

Młodą niewiastę z dzieckiem – złotowłosą dziewczynką tulącą się do piersi.

Tłusty zacmokał z podziwu, kiedy ciągnął ją przed starszego. Nieszczęsna nie broniła się, nie szarpała, szła jak owca na rzeź, rozdygotanymi rękami przyciskając córkę do piersi.

Blade oblicze Hungura było nieruchome. Żadnych uczuć. Skinienie głową w prawo i... w lewo.

Grot odczytał wyrok bez słów. Matka do obozu. Dziecko... nie przeżyje.

Tłusty Hungur szarpnął dziewczynkę; ale wyrwać dziecka z rąk matki nie zdołał. Szarpał się, sapał, na pomoc skoczyli pozostali. Najpierw przepychali się koło matki, chcąc wyrwać maleństwo. Potem zaczęli brać szerokie zamachy nahajami.

Niewiasta krzyczała, szlochała, ale trzymała dziecko pokrwawionymi rękami, jak żelazne obejmy przyciskającymi małą do piersi. Z rozpaczą, coraz mocniej, kurczowo, do szaleństwaaaa!

Nagle wyrwali jej małą. Płacz dziewczynki wstrząsnął zmysłami.

I wtedy Grot postąpił do przodu. Wyrwał spod płaszcza skrywany Znak Świętej Włóczni, uniósł w górę. Szedł. Najbliższy z Hungurów podniósł głowę.

– Ustudi, garaun! Ustudi! Ne tudunum! Neee!

Zamierzył się nahajem. Bat świsnął jak żmija, rozwijając się z sykiem.

– Zostawcie ją w imię Jessy! – krzyknął Grot. – Ostawcie dziecko, co nic nie uczyniło! Idźcie w podmorską otchłań, w ogień i żar, który wypali z was zło i występki!

Cios spadł z łoskotem, bat zawinął się wokół ramienia, przeciął lewy bark i plecy bolesną wstęgą bólu. Grot padł na kolana, jęknął, ale wciąż trzymał Znak, wyciągał go do Hungura jak puklerz, jak tarczę, wskazanie losu.

Drugie uderzenie spadło z tyłu. Tym razem kneź runął na bok, zwinął się z bólu, nie krzyczał. Zobaczył uniesione ostrza, topory i krzywe miecze, rozpłomienione, rozwścieczone oblicza...

Chciał skulić się, zapaść w sobie, ukryć głowę w ramionach, ale nie starczyło sił. Pomogli wrogowie. Poczuł grad ciosów spadający na plecy, smród skór i końskiego potu, zaraz potem twarde ręce poderwały mu ramiona w górę, tak szybko, że nawet nie zdołał wezwać Jessy na pomoc. Z rozpaczą uświadomił sobie, że zaraz skończy się wszystko, tutaj, na zakrwawionej leśnej polanie...

– Zostawcie dziecko... – wycharczał ostatkiem sił. Topór był już nad jego głową, obły, błyszczący jak Hall w pełni.

Ale nie opadł.

Nagle przestrzeń rozbrzmiała rozpaczliwym gwizdem świstawek, gardłowymi okrzykami i wrzawą. Kneź poderwał głowę, aż zatrzeszczało w karku, i poczuł, że Jessa ich nie opuścił. Rozszerzonymi oczyma spoglądał na scenę, która zaczęła rozgrywać się na polanie. Nagle, dosłownie znikąd, od gościńca i od lasu waliły gromady wojowników. Na smukłych, pięknych koniach, większych niż hungurskie pokraki, z rozwianymi grzywami i ogonami. Na oczach Grota wpadli od tyłu na najeźdźców, zmietli ich, pognali przed sobą, uderzając w pędzie długimi włóczniami trzymanymi pod pachą. Miotając oszczepy, które z tak małej odległości przeszywały ludzi jak ostrza śmierci, zmiatając wrogów z siodeł, przyszpilając do ziemi uciekających, dosięgając tych, którzy szukali schronienia w leśnej gęstwinie.

Grot zobaczył z bliska migdałowate, wydłużone tarcze nacierających, poznaczone złotymi i srebrnymi znakami na krwawych i błękitnych polach, szłomy i szyszaki z prostym nosalem oraz kolcze czepce zdobiące głowy. Kilku było w płaskich, owalnych hełmach z zasłonami opuszczonymi na twarz. A prawie wszyscy – w wilczych i rysich skórach przerzuconych przez pancerze.

Rycerze Lendii! Lędzice!

Przetoczyli się jak nawałnica przez Hungurów. Kłując, rąbiąc, tnąc i tratując! Wróg nawet nie usiłował się bronić – kto tylko mógł, wskakiwał na konie i uchodził w lasy; kto nie zdążył – padał cięty mieczem. Uciekali nie jak demony, ale jak ludzie – rzucając nahaje, miecze, tarcze zdobione szkieletami i kośćmi. Zaledwie kilka strzał furknęło w powietrzu, uderzając o gałęzie jodeł i świerków.

Już, było po wszystkim. Tak nagle, tak niespodziewanie. Grot sam nie wiedział, kiedy wstał. U jego stóp płakała niewiasta, tuląc do piersi uratowaną córkę. Kiwała się przy tym w przód i w tył. Dziecko też płakało.

– Oj, kneeeziu! – jęknęła. – Co wyyyyy... Wyyy...

Pochylił się, uczynił na czole znak Jessy.

– Nie mnie dziękuj, ale Praojcu. On to czuwa nad nami z wysokości. Bądź zdrowa!

Szedł, potykając się o trupy, porzucone zakrzywione miecze, kamienie, owcze i krowie skóry, które uciekinierom służyły w nocy za posłania. Szedł, bo poznawał jednego z przybyszy. Wysoki, szczupły rycerz o szlachetnym obliczu stojący między zwycięzcami. W prostym szłomie z nosalem, w cętkowanej skórze śnieżnego górskiego wilka narzuconej na płaty zbroi. Z Białą Czaplą w karmazynowym polu na tarczy. Na dzielnym, wysmukłym jak tancerka koniu o małym, wąskim łepku i wielkich oczach.

Domarat Włastowic! Palatyn królewski, jeden z najmożniejszych panów Starszej Lendii.

– Panie wielmożny! – jęknął kneź, wyciągając ręce. – Poznajecie mnie? Ja Grot z Iwna, sadowniczy boży! Panie! – krzyknął, widząc, że rycerz zmarszczył brwi, jakby w gniewie. – Widzieliśmy się na królewskim dworze rok temu, na turnieju wiosennego przesilenia.

– Brat Grot! – huknął wreszcie Domarat i aż uderzył się w czoło. – Poznaję, poznaję. Cóż tutaj robisz? Wygląda na to, że uratowaliśmy twoją świętą skórę!

– Uciekam, jak wszyscy. Będę się modlił za waszą duszę do Jessy w podzięce za ratunek przed demonami.

– Nie takie to znowu straszne demony. – Domarat wskazał ciała porąbanych Hungurów. – Patrzcie, oni też mają krew w żyłach. To ludzie. A jako tacy mogą być ubici żelazem. Co tu robisz?

– Uszedłem z Posawy, ze zboru, panie.

– A my idziemy trzy dni i trzy noce, prosto z bitwy – mruknął rycerz.

– To prawda, co mówią?

– Prawda, prawda – Domarat błądził gdzieś wzrokiem – nasz pan, król Lazar nie żyje. Hungurzy obcięli jego uświęconą głowę, kiedy nie chciał bić czołem kaganowi.

– Praojcze, strzeż od złego! – jęknął Grot. – To co teraz? Dokąd...

– Uciekaj, schowaj się, gdzie możesz, bracie. Nie będzie nigdzie oporu, może w Starszej Lendii, może pod Starą Gnieździcą. Co będę dużo ci prawił, uchodzimy nie jak rycerze, lędziccy panowie, ale jak pobici. Uciekamy, bo za nami idzie cała horda hungurska. Nie będą mieć litości dla domów i zborów. Zwłaszcza dla zborów. Zrównają z ziemią każdą wioskę stąd aż do Duny.

– Przeszli przez góry? Jak to?

– Hospodar bił im czołem! – zakrzyknął drugi rycerz, w pokrytej plamami krwi kolczudze, o bladych, niemiłych oczach. Cały czas dygotał w siodle, a jego niepokój, lęk – strach – udzielał się wierzchowcowi, który rzucał łbem, szarpał wędzidłem, obracał się, kręcił, próbował przysiadać na tylnych nogach. – Mircza Stary zdradził! Zamknął Dolne Wrota przed niedobitkami z Rabego Pola, ale otworzył je przed hungurskim kaganem.

– Nie straszcie naszego brata, mości Fulko – mruknął Domarat. – I tak ledwie wywinął się śmierci. Hordy przednie poszły pierwsze. Ci, co tu leżą, to zwiastuny burzy. Przeszli przełomy Sanny, idą przez Podgoricę. Są wściekli, są nikczemni. Nie znają miary w okrucieństwie.

– Przeklęty niechaj będzie Mircza Stary w domu i na dworze! Wyklęty w mieście i na roli, przeklęty niechaj będzie, siedząc, stojąc, jedząc, pijąc, robiąc, śpiąc! Przeklęty niechaj będzie tak, że w nim zdrowego członka nie będzie – głos Fulka wznosił się coraz wyżej, przechodząc w krzyk – od wierzchu głowy aż do stopy nożnej! Niechaj wypłyną wnętrzności jego, a ciało niechaj robactwo roztoczy. Niechaj będzie przeklęty z Czarnobogiem zdrajcą i Wołostem kłamcą! Z Przodosem plugawym karłem i Haną krzywoprzysięzcą! Przeklęty z tymi z naszych, co spóźnili się bić z wrogiem i nie stanęli na Rabym Polu, powodując wściekłość wroga!

– Dość już, Fulko – uspokajał Domarat. – Majaczysz.

– Jak Hungurzy nie mają być wściekli – mówił, a właściwie bełkotał blady rycerz – kiedy Miłosz Drużyc zabił na Rabym Polu ich wielkiego kagana Gorana Ust Duuma. Zabił podstępem, nie po rycersku, bo udał, że chce mu bić czołem, złożyć hołd, a sztylet miał za pazuchą.

– Ano – zgodził się Domarat. – Źle uczynił. Przekleństwo Hungurów spadnie na nas wszystkich. Krew za krew.

– Winniśmy ukarać potomków Miłosza, żeby królestwo nie cierpiało, zabić ich albo wydać Hungurom...

– Mówisz jak poganin, Fulko, więc milcz! – uciął Domarat.

– A cóż ja mam czynić? – jęknął Grot. – Poradźcie, dobry panie.

– Na piechotę, po traktach zapchanych uciekinierami daleko nie zajdziesz. Dogonią cię i ubiją. Ale jest sposób. Szukaj schronienia w potężnym, umocnionym okole albo w zamku. Hungurzy ich nie zdobywają, bo im się śpieszy. Chcą zająć stolicę, zalać cały kraj i dopiero potem rozprawić się z takimi gniazdami.

– Tu niedaleko, za pozwoleniem pańskim – wtrącił młody giermek w kolczym kapturze odrzuconym na plecy i z Panoszą na tarczy – jest duży okół, nazywają go Dzierzgoń. Dwie mile stąd, z gościńca na wschód. Świeżo pobudowany. Tam będzie bezpiecznie.

 

– Masz rację. Niechaj cię Jessa prowadzi! – rzekł Domarat. – Ale uważaj po drodze. – Pochylił się w kulbace, Grot ujrzał jego szare, zmęczone oczy. – Po siołach i wioskach widzi się złe rzeczy. Pogaństwo powstaje, kiedy braknie królestwa. Starzy bogowie wracają do łask. Wrócą i... I spalą sad Praojca, po którym krocząc, uczył nas praw, kiedyśmy byli dziećmi – dorzucił w zadumie.

– Ale bez korzeni, z których na wiosnę jak świeży szczep odrodzi się znowu jedyna wiara.

– Oby miał kto ją odrodzić. Niech ci szczęście sprzyja.

– Panie! – jęknął Grot. – Zabierzcie ze sobą. Uniżenie błagam.

– Idziemy prosto do Starej Gnieździcy i nie mamy czasu. Nie biorę niewiast ani braci, bobyśmy nie doszli i za miesiąc.

– Proszę, na kolanach...

– Nie.

Wszystkie nadzieje Grota runęły w pustkę. Chciał się odwrócić, ale Domarat uchwycił go za ramię.

– Zanim mnie przeklniesz, patrz tutaj, bracie. Patrz i weź na swój rozum.

Rozwiązał rzemienie i odrzucił połę sakwy przewieszonej przez szyję konia. Grot zobaczył błysk złota, mieszający się z niebieskim i zielonkawym poblaskiem szafirów, szmaragdów i pereł. Segmentowane liście dębu na ciężkim, spowitym płótnem kręgu... Słowa nie przeszły mu przez usta.

– Wiem, że nie zdradzisz, zresztą zaraz będziemy daleko. Wiozę to z pola bitwy, do Starej Gnieździcy. Nie mogę zmitrężyć po drodze. Teraz już wiesz dlaczego. Gniewosz! – Rycerz podniósł głowę. – Trąb wsiadanego. Nie mamy chwili.

Grot stał bezradnie i oglądał, jak Domarat, Fulko i pozostali panowie zbierali giermków i pachołków, jak formowali kolumnę, a potem ruszyli na mokrych, zmęczonych koniach na północny zachód, do Starej Gnieździcy, uwożąc w jukach koronę króla Lazara, który za łaską Praojca i przekleństwem hungurskich krzywych ostrzy opuścił swoje wielkie i przesławne królestwo.

2.

I znów wydeptywał drogi wiodące na zachód, podążał pośród szaro-brązowego tłumu uciekających, czasem popychany, potrącany, wyprzedzany przez konnych, wozy i wózki ciągnięte przez niskie, włochate woły.

Kiedy patrzyło się na drogę, zdawać by się mogło, że cała Młodsza Lendia, Podgorica, a może i Montania wyległy na szlak, uchodząc przed nadciągającą chmurą Hungurów. W tłumie przeważali chłopi i niewolni – szły całe rodziny w giezłach, koszulach, w płaszczach, niewiasty w czepcach i z warkoczami zawiniętymi wokół głowy, ciągnęły za sobą dzieci. Mężczyźni dźwigali toboły z dobytkiem, prowadzili czerwonawe krowy o łbach zwieńczonych ogromnymi rogami, dzieci poganiały gęsi, kury, kaczki, drogę tarasowały całe stada owiec, kóz, wózki ciągnięte przez niewolnych smerdów, na których zasiadały całe rodziny. I drabiniaste wozy, rzadko zaprzężone w konie.

Spocony, rozgorączkowany tłum cuchnący strachem, łatwo wpadający w panikę. Co pewien czas mijali leżące na poboczu ciała albo jęczących starców, niewiasty, płaczące dzieci, które nie wytrzymywały morderczego marszu. Kilkakrotnie, za lada podmuchem wiatru, błyskiem wiosennego słońca na zbroi albo dalekim rżeniem koni, rozlegał się przerażający, desperacki krzyk: „Hungury! Hungury!”. Wtedy cała ta masa podrywała się do rozpaczliwego biegu, ludzie potykali się i tratowali, a tych, co padli, miażdżyły koła wozów, rodziny rzucały kosze i zawiniątka, opuszczały zwierzęta i uciekały do lasów, potykając się, wrzeszcząc, prosząc i płacząc – za każdym razem jednak niepotrzebnie. Najeźdźców na razie nie było widać.

Grot szedł zmartwiały, czując, jak rozchodzą się mu ciżmy. Owinął się szczelnie płaszczem z grubej wełny spiętym na ramieniu, dźwigał na plecach mały tobołek z garścią podpłomyków, glinianą butlą podpiwku, zawiniętymi w owczą skórę. Na początku próbował pocieszać i pomagać ludziom, potem schował Znak Włóczni pod koszulę. Wieść bowiem, o której wspominał Domarat Włastowic, przeobrażała się w okrutną prawdę.

Najpierw był drewniany zbór – zrujnowany, spalony. Po resztkach okopconych desek, z których wystawał żelazny Znak Włóczni, Grot poznał, że kiedyś powtarzano tu prawa Praojca. Pogorzelisko było jeszcze ciepłe, nad zwęglonymi belkami unosiły się wciąż dymki. Dziwnie samotnie wyglądał opuszczony, kwitnący biało święty sad wokół budowli, brzęczący od pszczół i owadów.

Kolejne obrazy nakładały się na siebie. Zamordowany kneź z pachołkami – uciekający tak jak Grot przed Hungurami, powieszony na dębie, z rozczapierzonymi, sztywnymi, bosymi stopami bujającymi dziesięć łokci nad tłumem uciekinierów. Rzucony pogardliwie w pył drogi Znak, który sadowniczy podniósł, śledzony złymi spojrzeniami ludzi.

A potem spustoszone, kamienne palacjum rycerskie – wyrżnięty święty sad, powyrzucane naczynia, kapy i ławy, rąbane... wcale nie przez Hungurów, ale przez liczny zastęp uzbrojonych wolnych chłopów, rozwalających sprzęty na drzazgi, przejmujących świątynię, jakby po klęsce możnych panów i braci kneziów las znów upominał się o swoje.

Płaczące dziecko przy ciele martwej matki – choć nie wiadomo, dlaczego padła w drodze, nie widział na jej ciele ran, kiedy pochylił się nad chłopcem. Wyciągnął ręce, aby wziąć go w ramiona, ale wtedy ktoś popchnął go w bok, chłop w baraniej czapie złapał małego, porwał w górę i uciekł – w las, nie oglądając się.

Świat kończył się, gdy zabrakło władzy; dziczał bez prawa i światła Jessy. Ukazując wszystkim obecnym, że on i jego bracia Jedynowiercy byli jak sadownicy przycinający owocowe drzewa, aby nie pojawiały się na nich dzikie odrosty.

Jednak były i lepsze obrazy. Niski, chudy wolny kmieć z żoną i córkami przed chatą na rozstajach. Rozdawał wodę i mleko, wciskał podpłomyki przechodzącym. Znak Włóczni miał na wierzchu, na szyi, na łańcuchu.

– Czego nie uciekacie? – zapytał Grot. – Hungury idą! Widziałem ich!

– Jak mamy zginąć, to razem. – Chłop obejrzał się na żonę i dzieci. – Na ojcowiźnie... na swoim. Pijcie, bracie, pijcie, świeżo od krowy.

Z ust do ust szły coraz nowe pogłoski o najeźdźcach. Że przeskoczyli przez góry przeniesieni na skrzydłach biesów. Że jedzą dzieci, zabijają każdego, kto żyw. Że to kara za odejście od starych bogów – gniew Czarnoboga i intryga jego bękarciego syna, Wołosta. A potem szeptano nawet – że niektórych oszczędzają, zabierają jak niewolników gdzieś na wschód.

Na szczęście milę później Grot skręcił na wschód, na drogę, o której mówił giermek Domarata – do Dzierzgonia. Od razu poczuł ulgę, bo prawie nie było na niej ludzi. Raz tylko czy dwa razy wyminął odpoczywających na poboczu uciekinierów – całe rodziny w koszulinach i futrach, innym razem zrównał się ze stadem owiec. Był wyczerpany, zmęczony, ciżmy w strzępach; wszak nie służyły do wędrówek po gościńcach, ale do przechadzania się po zborze, ogrodzie; kroczenia po wyłożonych drewnianymi belkami – mościskami – ulicach Posawy. Do miękkich, zaścielonych kobiercami komnat dworskiego palacjum.

Zagryzał zęby i szedł, czasem prawie biegł – a droga wiła się jak wstążka to w dół, to w górę. Kiedy schodziła, wynurzał się zwykle na mozaikę różnobarwnych pól, to zielonych, to jasnoszarych, zabielanych kwieciem drzew i zarośli albo barwionych delikatną zielenią rozwijających się głogu i tarniny. Kiedy szła w górę – wiodła prosto w bukowe lasy na szczytach wzgórz.

Za jednym z niezliczonych zakrętów wyjrzał z gęstego matecznika prosto w dolinę, w której jak srebrna wstęga błyszczały zakręty Sanny. Zobaczył Dzierzgoń w całej okazałości – wzniesiony na pagórze między ramionami rzeki, dostępny tylko od wschodu. Ogromne wały wznosiły się prawie do nieba, wzmocnione dębowymi i jodłowymi kłodami, oblicowane od zewnątrz łamanym brązowawym kamieniem. W najwyższym miejscu był główny gród i palacjum, którego stromy, kryty dranicą dach odcinał się od ciemniejszych wałów i wnętrza okołu. Poniżej przytykało szerokie podgrodzie ze stojącymi gęsto chatami i domostwami. Ze wznoszącym się skośnie ramieniem żurawia przy studni. W niebo biły trzy wąskie smużki dymu.

Grot biegł do Dzierzgonia, jakby wyrosły mu skrzydła. Z pagórka w jar, z jaru na pole, świeżo zaorane w kratkę. Już, już majaczyła przed nim wznosząca się stromo, kryta deską brama, most na palach przecinający Sannę i skręcający w lewo, pod ostrym kątem, do bramy. Wieżę nad wrotami ozdabiała przybita ponad parapetem ogromna czaszka jelenia zdobiona rozłożystym porożem. Widząc, że trzeba będzie pod nią przejść, poczuł dziwny chłód. To był pogański znak. Biegł coraz wolniej, wpatrzony w to wszystko, i nagle zatrzymał się.

Przed bramą, na moście, na brzegu rzeki, kłębił się tłum straceńców. Uchodźcy krzyczeli, nawoływali, machali w stronę wałów, na których błyszczały hełmy strażników. Niektórzy tylko siedzieli na brzegu, porzuciwszy dobytek, zobojętniali, ukrywając twarze w dłoniach, dygocąc z czarnej rozpaczy, wykrzykując nieme skargi w stronę Dzierzgonia.