Trudne wyboryTekst

Z serii: Kobiety z odzysku #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudne wybory
Trudne wybory
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,30  52,24 
Trudne wybory
Audio
Trudne wybory
Audiobook
Czyta Magda Karel
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Powitał ją słoneczny i rześki poranek. Wiatr przewiał pustynny pył, krajobraz nieoczekiwanie się wyostrzył i – co było w miejscowych warunkach rzadkością – można było sięgnąć wzrokiem aż po bezkresny horyzont. Słońce prażyło ostro i wszystko wokół wyglądało na bardziej czyste niż zwykle.

Zuzka z przyjemnością wciągnęła w płuca krystaliczne powietrze. Zadowolona, że wzięła z Polski kilka książek, sięgnęła po pierwszą z brzegu i naszykowała plażową torbę; pora była idealna, by poleniuchować nad basenem, póki jeszcze słońce nie stało w zenicie, a upał był do wytrzymania. Obficie natarła się kremem do opalania, jak zwykle złorzecząc na zbyt krótkie ręce. Choćby nie wiadomo jak się gimnastykowała i naciągała, i tak między łopatkami zawsze pozostawał suchy fragment skóry.

– Maisa! – zawołała, licząc na pomoc służącej, ale dziewczyna chwilowo gdzieś się zapodziała.

Najpewniej poszła odnieść do kuchni brudne talerze, stwierdziła Zuzka i nie czekając, pozbierała resztę rzeczy i zainstalowała się nad basenem. Na myśl o tym, że w Polsce jest dziesięć stopni na plusie i leje jak z cebra, z przyjemnością wyciągnęła się na leżaku. Nie chciała, by ktokolwiek ją niepokoił, zatem wybrała najbardziej odosobnione miejsce i ustawiła leżak w taki sposób, by książkę i głowę mieć w cieniu. Umościła się wygodnie i wsparłszy się na łokciach, zatonęła w lekturze.

Kryminał popularnego amerykańskiego autora gwarantował rozrywkę na wysokim poziomie. W księgarni nie zastanawiała się nad jego kupnem ani chwili, ale teraz jakoś nie potrafiła wkręcić się w akcję. Dni, które mogłaby w całości poświęcić na czytanie, nie zdarzały się często, tymczasem przewrotny los właśnie zafundował Zuzce psikusa. Miała pełny luz i bez wyrzutów sumienia mogła czytać do woli, lecz fabuła, jak na złość, wlokła się rozpaczliwie. Nie dając wiary, że książka może być tak słaba, i chcąc dać autorowi szansę, brnęła w głąb, niestety akcja rozwijała się w ślimaczym tempie, a w tekście pojawiło się tak dużo imion, nazwisk oraz genealogicznych zawiłości, że nawet nieprzeciętnie uważny czytelnik nie miał bez notatek szans połapać się w ich gmatwaninie. Początkowo Zuza rozważała nawet pójście do siebie po coś innego, ale gdy tylko pomyślała, że trzeba drałować taki kawał, odechciało się jej od razu. Dla ochłody przepłynęła dwie długości basenu, pociągnęła z butelki solidny łyk wody i powróciła do książki z nadzieją, że może wreszcie coś zacznie się dziać.

Na drugim końcu basenu rozsiadły się właśnie dwie nieznane jej kobiety z kilkorgiem małych dzieci. Kobiety trajkotały zawzięcie, a dokazująca dzieciarnia z piskiem taplała się w brodziku. Głośne pokrzykiwania na tyle zdekoncentrowały Zuzkę, że ze złością odłożyła najgorszy kryminał świata na posadzkę.

Obudziła ją Maisa.

– Nie spać! Nie spać! – powiedziała, dotykając ramienia.

– Zwariowałaś? Ja nie śpię! – Zuza poderwała się gwałtownie. – Wcale nie śpię, ja tylko… Na chwilę się położyłam – paplała nieskładnie. Zaspana dopiero teraz dostrzegła, że oprócz niej na basenie nie ma nikogo, a słońce wyraźnie zmieniło położenie. – Cholera, chyba faktycznie przysnęłam – przyznała i podrapała się po plecach. Okolica pomiędzy łopatkami zaswędziała nieznośnie. – Zerknij no, proszę, jak to wygląda – zwróciła się do dziewczyny.

– Ajaj! Nie być dobrze – zatroskała się Maisa na widok czerwonego placka. – Dać krem, ja posmarować.

– Nie mam. Został na toaletce.

– Ja przynieść. A potem dać nasze lecznicze mazanie od doktor.

– Nie trzeba. Już stąd idę. Załatw mi tylko coś do jedzenia, jakiś kebab może być.

– Nie jeść sama. Pani Nesajem zapraszać na posiłek do altana.

– Już teraz? – Zuzka stanęła na baczność.

– Za kwadrans.

Zwykle tuż po przebudzeniu tryby w głowie Zuzy kręciły się wolniej, niżby chciała. Na szczęście miała chwilę, żeby się odświeżyć i trochę oprzytomnieć przed spotkaniem z matką Ahmeda.

Zaproszenie na posiłek do prywatnej altany było zaszczytem zarezerwowanym wyłącznie dla wybranych. Nie wypadało wparowywać tam prosto z leżaka, zatem Zuzka w sekundę pozbierała rzeczy i pogoniła Maisę do przyszykowania stosownego stroju. Mimo wszystko dobry wygląd był trochę jak zbroja, a w szczególności mógł przydać się właśnie podczas spotkania z Nesajem. Pominąwszy przywilej wspólnego jedzenia, na tę kobietę trzeba było uważać. Zazwyczaj niewiele rzeczy robiła całkowicie bezinteresownie, więc nawet przy zwykłym obiedzie należało zachować jak najdalej posuniętą, wręcz saperską czujność.

Odświeżona, przebrana w luźne błękitne spodnie i zwiewną białą tunikę, Zuzka lekko pociągnęła po rzęsach niebieskim tuszem i przeczesała włosy. Z braku czasu niewiele mogła poradzić na skręcone kosmyki, więc tylko zgarnęła wszystkie w garść i zamotała na czubku głowy w niedbały węzeł. Niejeden fryzjer musiałby się natrudzić, żeby wyczarować z prostych włosów taki efekt, tymczasem właścicielce fryzury wystarczyło po prostu się spocić lub zanurzyć głowę w basenie. Rzecz jasna, w myśl zasady, że człowiek chce tego, czego nie ma, Zuza od dziecka marzyła o gładkich włosach i gdyby nie to, że nie miała cierpliwości do zabawy prostownicą, pewnie by się z tym urządzeniem nie rozstawała.

– Jeszcze to. – Służąca w progu wręczyła jej żółtą chustkę z delikatnego jedwabiu.

– Dziękuję, nie trzeba.

– Trzeba. Żałoba u nas żółta – powtórzyła z uporem służąca i bez pytania zarzuciła gościowi wyszywaną złotem chustę na ramiona. Rzadko pozwalała sobie na taką stanowczość wobec Zuzki, więc ta na wszelki wypadek wolała dłużej nie oponować, tylko podziękowała za troskę.

Względnie zadowolona z własnego wyglądu punktualnie stawiła się w otulonej bugenwillą przestronnej altanie. Ciężkie od jasnofioletowych kwiatów gałęzie chyliły się ku ziemi. Na lekkiej konstrukcji ze wszystkich stron zawieszono białe zasłony. Słaby wiaterek sprawił, że falowały wdzięcznie przy każdym podmuchu. Kontrast pomiędzy soczystą zielenią wypielęgnowanych trawników, dorodnymi kwiatami oraz śnieżną bielą altany zadowoliłby niejednego malarza.

Na widok pani domu odzianej od stóp do głów w żółte szaty Zuza przyznała słuszność Maisie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że od kilku dni w pałacu rzeczywiście wszędzie przewijają się różne odcienie żółci.

– Witaj. Dziękuję za zaproszenie. – Bacznym spojrzeniem obrzuciła gospodynię.

Nesajem, atrakcyjna jak na swój wiek, zazwyczaj przykładała kolosalną wagę do wyglądu. Zuzce tylko raz, przypadkiem, dane było ujrzeć ją bez makijażu, ale nawet i w tamtym wydaniu matka Ahmeda była bardzo efektowną kobietą. Również teraz, mimo ostatnio pogłębionych bruzd na twarzy, prezentowała się dostojnie i pięknie.

– Dziękuję, że przyszłaś. Wybacz, ale ostatnio marna ze mnie gospodyni. Moje serce przepełnia niezmierzony smutek, choć wcale nie zwalnia mnie to z obowiązku dbania o gości.

– Nic nie szkodzi. O mnie się nie martw. Maisa jest na każde moje skinienie. To dobra i bystra dziewczyna. Dobrze mieć taką służącą. – Zuzka ugryzła się w język o jedno zdanie za późno.

– Moja droga, wybór należy do ciebie. Tylko do ciebie. – Nesajem z wyraźnym naciskiem wypowiedziała ostatnie słowa. – Jeśli zechcesz, możesz mieć na stałe cały zastęp służących.

Tu cię mam!, z satysfakcją stwierdziła w duchu Zuza. Niedoczekanie!

– Tak, wiem. Ale na co dzień wystarcza mi moja pani do sprzątania. – Niedbale wzruszyła ramionami i skwapliwie podsunęła kelnerowi talerz na sałatkę. Na specjalnym kelnerskim wózku przyjechały pod kloszem same jej ulubione potrawy. Czyżby kolejny wybieg mający za zadanie mnie zmiękczyć?, pomyślała i rzuciła gospodyni szeroki uśmiech. – Bo gotować nawet lubię. To mnie odpręża – dodała na wszelki wypadek, uprzedzając kolejną aluzję na temat panujących w rodzinie Ahmeda wygód i luksusów. – Pyszna sałatka, uwielbiam soczewicę.

– Nie nudno ci tu samej? – zapytała Nesajem uprzejmie i spojrzała na gościa sarnimi, obwiedzionymi czarnym kajalem oczami.

– Ależ skąd! Inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą – palnęła Zuzka bez zastanowienia. – Mam tu mnóstwo rozrywek: pływanie, czytanie, wyprawy quadem na pustynię. Jutro jadę na wycieczkę na bazar do Kairu.

– Mam nadzieję, że nasi chłopcy dobrze cię pilnują?

Faktycznie, obsługa garażu oraz prywatna ochrona podczas tych krótkich wycieczek nie odstępowały Zuzy na krok. Pomni jej dawnej przygody, kiedy to zepsuł się wskaźnik paliwa i z pustym bakiem utknęła nocą na pustyni, ochroniarze zawsze wozili ze sobą kanistry. W sumie niepotrzebnie, bo teraz już zawsze osobiście sprawdzała, czy ma odpowiednią ilość benzyny.

– O tak. Pilnują mnie jak dzieciaka. – Uśmiechnęła się. – Ale że wasze maszyny są wspaniałe, to i zabawa jest przednia.

– A właśnie. – Nesajem nagle doznała olśnienia. – Skoro już przy tym jesteśmy, to chciałabym, żebyś wybrała sobie, co chcesz.

– W sensie, że do jedzenia? – Zuzka przełknęła kawałek homara.

– Nie, w sensie zawartości naszego garażu – spros­towała z uśmiechem gospodyni.

– Chyba sobie żartujesz? – Zaskoczona Zuza omal nie udławiła się jedzeniem.

– Nie żartuję. Wolą mojego męża było, byś wybrała sobie to, czego zapragniesz. Muhammed doskonale rozumiał twoje motoryzacyjne ciągoty i chciał sprawić ci prezent. Bardzo cię lubił.

– Z wzajemnością – odparła nieco skonfundowana Zuzka. – Ale nie wiem, co ci odpowiedzieć.

– Nic nie mów. Idź do garażu, zobacz, co tam stoi, i weź sobie, co ci pasuje.

– Ale jak to?

– Normalnie. Potraktuj to jako spadek po niedoszłym teściu – powiedziała Nesajem z wyczuwalnym naciskiem na ostatnie słowa.

Zuzka, wyczulona na jej dziwne zagrania, od razu się połapała, do czego zmierza rozmowa.

 

– Ach, rozumiem. Zatem dziękuję. Myślę, że dwie furgonetki, jedna do przewozu osób, a druga do wożenia ładunku, i jakiś porządny skuterek w zupełności mnie zadowolą.

– A coś dla ciebie? Może maserati?

– Dziękuję, nie trzeba. Ja mam czym jeździć, a to, co wybrałam, przyda się w mojej firmie.

Doskonale znała imponującą zawartość najniższej kondygnacji pałacu. Prywatny garaż zmarłego szejka miał wielkość parkingu pod średnim centrum handlowym. Obok luksusowych przedłużanych limuzyn, potężnych terenówek i sportowych cacek z najwyższej światowej półki, wartych majątek, stało tam wszystko, o czym można zamarzyć. Niezliczona ilość zwyczajnych pojazdów do dyspozycji obsługi oraz quadów, motocykli i skuterów stanowiła jedynie dodatek do ekskluzywnej kolekcji na potrzeby gospodarzy.

– Jak to: w firmie? To ty nie chcesz jej sprzedać? Rozmawiałam z Ahmedem i…

– To nie jest firma Ahmeda, tylko moja. – Zuza weszła Nesajem w słowo. – Nie mam najmniejszego zamiaru jej sprzedawać i będę robić to samo, co dotychczas. I twój syn dobrze o tym wie.

– Ale przecież nie możesz! – Nesajem zbulwersowała się znienacka. – Przecież nie wypada, żeby żona szejka…

– Że kto?! Jaka znów żona?

– A nie?!

– Ja tam się za mąż nie wybieram – obruszyła się Zuzka. I dodała twardo: – Myślałam, że co jak co, ale akurat tę kwestię już od dawna mamy ustaloną.

– No, niby tak. Owszem, tak było, ale wraz ze śmiercią mojego męża wszystko uległo zmianie. Dopóki Muhammed żył, mogliśmy przymykać oko, byleby nasz syn był szczęśliwy. Do tego mieszkaliście za granicą i nikogo to nie raziło. Teraz Ahmed musi tu wrócić. Zgodnie z tradycją najstarszy syn dziedziczy tytuł i najważniejsze funkcje, a my oficjalnie nie tolerujemy nieusankcjonowanych związków. Pół biedy, gdybyś była muzułmanką, ale Europejka? Sama rozumiesz. – Matka Ahmeda uśmiechnęła się słodko.

– No widzisz. Sama sobie odpowiedziałaś na własne pytania. U nas związki na kocią łapę nikogo nie dziwią, a ja nie dość, że jestem katoliczką, do tego rozwiedzioną, to jeszcze po poprzednim małżeństwie mam tak niedobre wspomnienia, że nie życzę sobie żadnej powtórki z rozrywki. Nie gniewaj się, ale raz już miałam teściową, która wtrącała się we wszystko. Po rozwodzie przysięgłam sobie, że nigdy więcej takiego samego błędu nie popełnię. A jeżeli mężczyzna naprawdę będzie mnie kochać, to przystanie na moje warunki.

– Rozumiem twój punkt widzenia, ale jak ty sobie wyobrażasz taki związek w naszej kulturze? Zrozum, wśród ludzi o naszej pozycji nie do pomyślenia jest, żeby żyć razem bez ślubu i mieć nieślubne dzieci. To kwestia dziedziczenia.

– Jakie znów dzieci? Nie było mowy o żadnych dzieciach!

– Dzieci to twój obowiązek. Szejk musi pozostawić po sobie legalnego dziedzica. No, chyba że odpowiada ci rola wyłącznie zamorskiej kochanki?

– Co ty bredzisz?! – Zuzka wreszcie nie wytrzymała. O ile do tej pory starała się zachować zimną krew, o tyle właśnie straciła panowanie nad sobą. – Ty jesteś po prostu nienormalna! – powiedziała i rzuciła na talerz zmiętą serwetkę.

Zupełnie straciła apetyt.

– Kompletnie nie rozumiem, dlaczego z takim uporem się wzbraniasz? – Nesajem nie dała się wyprowadzić z równowagi, choć jej przebiegłe oczy wyraźnie się zwęziły. – Albo ślub i dzieci, albo Ahmed. Wybór należy do ciebie. Zresztą może uda mu się nas niebawem odwiedzić, więc będziemy mieć okazję porozmawiać o tym raz jeszcze.

– Nie taka była umowa! Poza tym całkiem możliwe, że ja nie mogę mieć dzieci.

– To twój problem – odparła ze stoickim spokojem Nesajem.

– To zwykły szantaż!

– Nie przeczę. Ale przez wzgląd na uczucia mojego syna daję ci szansę. Wyobraź sobie, że do końca życia nie musisz martwić się o pieniądze. Możesz odpoczywać, zwiedzać, bawić się. Wasze dziecko chowałoby się jak książę z bajki, już ja bym o to zadbała. Idź się zbadaj.

– No i jeszcze czego! – warknęła Zuzka po polsku, wstając od stołu.

Ostatnią rzeczą, o jakiej marzyła, było to, że Nesajem kładzie łapę na męskim dziedzicu Ahmeda. O ile w ogóle udałoby się go spłodzić. Po zakończeniu fatalnego i mimo usilnych starań bezdzietnego małżeństwa Zuzka przestała troszczyć się o płodność. Jak na razie bezdzietność odpowiadała jej, choć nie wykluczała, że w przyszłości mogłaby się postarać i zostać matką, choćby i adopcyjną. Ale w obecnych okolicznościach wizja ta wydała się jej niedorzeczna.

– Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie, a raczej daktylowa palma – dodała i uśmiechając się złośliwie, podziękowała za posiłek. – Wybacz, ale bardzo rozbolała mnie głowa.

Zła jak osa, nie zwracając uwagi na lejący się z nieba żar, energicznym krokiem weszła do budynku. Nie mogąc doczekać się windy, poszła schodami i atakując po dwa stopnie naraz, weszła na piętro.

Drzwi swojego pokoju zastała otwarte na oścież. Wewnątrz krzątał się jakiś mężczyzna w roboczym kombinezonie, a w progu stała niska kobieta w średnim wieku.

– Co się tutaj dzieje? – zapytała niepewnie Zuzka.

– Awaria telewizji – pospieszyła z wyjaśnieniem kobieta. Zuzka nie widziała jej nigdy wcześniej, ale sądząc po ubiorze, musiała być jakąś służącą wyższej rangi.

– Gdzie jest Maisa?

– Nie wiem. Jakiś czas temu widziałam ją w pralni.

– Gotowe. – Mężczyzna otrzepał ręce, zupełnie jakby pracował w polu, a nie przy delikatnej elektronice.

– I wszystko działa? – upewniła się Zuza.

Zazwyczaj pogardzała kulturą masową, ale ostatnio wciągnęła się w pewien serial. A ponieważ właśnie zapowiedziano finałowy odcinek, nie chciała go przegapić. Chwilowo była tak zła, że jedynie odmóżdżająca rozrywka była w stanie ją uspokoić i pozwolić w miarę spokojnie dotrwać do wieczora. Nesajem miała wybitny talent do wkurzania – wystarczało zaledwie kilka słów, by człowiekowi skakało ciśnienie i warzył się humor. W dodatku robiła to z taką klasą, że ciężko było odmówić jej tak mądrości, jak i wyrachowania. Nawiasem mówiąc, miała wiele racji, a Zuzka zdążyła już poznać ją na tyle, by wiedzieć, że jeśli ta kobieta na coś się uprze, to z pewnością dopnie swego. Tyle że tym razem trafiła kosa na kamień. Zuzka nie miała zamiaru ustąpić ani o jotę. Nie zakładała ani ślubu, ani intensyfikacji starań w celu podreperowania przyrostu naturalnego w rodzinie Ahmeda. A wizja babcinej opieki nad wyczekiwanym potomkiem w wykonaniu Nesajem skutecznie utwierdziła ją, że tym razem jest o co walczyć. No i był jeszcze Ahmed.

– Po moim trupie! – burknęła pod nosem i na chwilę zasiadła do komputera, żeby sprawdzić, co w firmie.

Wykonała kilka krótkich telefonów, a na koniec zostawiła sobie przyjemność rozmowy z Felicją. Pogaduchy z przyjaciółką zawsze działały na Zuzę krzepiąco, zatem liczyła, że również teraz tak się stanie, ale niestety. Fela miała wyłączony telefon, a u Gośki cały czas było zajęte.

Ahmed też nie odbierał, więc Zuzka nalała sobie trochę wody z cytryną i rozsiadła się na łóżku. Telewizor na szczęście działał, więc odszukała odpowiedni kanał. Wyklinając jak zwykle na okropnie długi blok reklamowy i pogryzając solone pistacje, doczekała początku odcinka.

Także i tym razem scenarzyści nie zawiedli jej oczekiwań. Finał okazał się tak zaskakujący, że jeszcze długo po zakończeniu Zuzka nie mogła się otrząsnąć po oszałamiającym zwrocie akcji. Serial zakończył się z tak zwanym mocnym przytupem.

W końcu wypuściła z płuc wstrzymywane powiet­rze i zauważyła, że nie oddychała od dłuższej chwili. Pełną świadomość przywróciło jej jednak dopiero ciche pukanie do drzwi.

Maisa przyniosła jej coś na ząb.

Słodkim jak ulepek i nasączonym tłuszczem lokalnym deserom Zuza nie potrafiła się oprzeć. Nie potrafiła odmówić sobie rozkosznych dla podniebienia smakołyków. Sama w życiu nie miałaby tyle cierpliwości, żeby nieskończoną ilość razy smarować masłem i miodem cienkie jak włos ciasto filo, nie mówiąc o tym, że przerażała ją technika jego składania. Do tego tracenie czasu na wypiek tych czasochłonnych fanaberii tylko dla dwóch osób nie miało sensu, zatem słodziutkie frykasy pozostawały w orbicie jej zainteresowań wyłącznie podczas pobytów w Egipcie.

Jak zwykle po południu ogarnęła ją senność, ale że po poobiedniej drzemce zwykle miała problemy z zaśnięciem w nocy, poprosiła o mocną kawę i powróciła do komputera. Miała do przygotowania dwie poważne oferty, które niebawem miały stać się dość pilne, postanowiła zatem popracować trochę na zapas.

Parząc sobie język, pociągnęła z filiżanki łyk czarnego jak smoła, słodkiego napoju i omal nie opluła klawiatury. Z trudem, na bezdechu, przełknęła gorący płyn. Siedząc na taborecie, odwrócona tyłem do drzwi, odnotowała fakt, że do pokoju ktoś wszedł, ale przekonana, że to Maisa, nie odrywała wzroku od ekranu.

– Przynieś dzbanek wody – powiedziała. – Najlepiej z lodem i z cytryną.

Pochłonięta pracą nie zwróciła uwagi na brak odpowiedzi, ale drgnęła, gdy ktoś szczelnie przylgnął do jej pleców. Zaskoczona, kątem oka dostrzegła fragment białej galabii.

– Ahmed! Jak dobrze, że jesteś! – ucieszyła się szczerze i odchyliła głowę do tyłu, by ułatwić dostęp do swojej szyi.

Wprost uwielbiała, gdy całował to zagłębienie w okolicy obojczyka, więc ulubiona pieszczota sprawiła, że od razu przymknęła oczy i z westchnieniem oparła się o przylegającego do jej łopatek mężczyznę. Jego ręce bezbłędnie odnalazły drogę do jej piersi.

Zuzka jęknęła i bez protestu uniosła ręce. Jej luźna tunika w jednej chwili wylądowała na podłodze, a dłonie Ahmeda powróciły do przerwanej pieszczoty. Wprawdzie zdziwiła się trochę, gdy poczuła na skórze ostry zarost, ale na dobre zdumiała się, gdy się odwróciła.

To nie był Ahmed!

– Co…?! – Odskoczyła jak oparzona i odruchowo skrzyżowała ręce na nagich piersiach.

Przed nią stał Masud i uśmiechał się bezczelnie.

– Co ty tu robisz?! – krzyknęła Zuza i w panice porwała z podłogi ubranie.

W tunice poczuła się nieco lepiej.

– Nic takiego – odparł. – Ciotka mówiła, że się nudzisz, więc pomyślałem, że dotrzymam ci towarzystwa.

– Jak śmiałeś?!

– Nie odgrywaj takiej cnotki. Europejki lubią takie numery, prawda?

– Nie! Nieprawda! Wynoś się! – wrzasnęła Zuzka i wskazała intruzowi drzwi.

– No co ty? Mój kuzyn na pewno by się nie pogniewał. Co ty na to? Mógłbym zostać. Nikt niczego by się nie dowiedział.

– Powiedziałam, żebyś wyszedł, albo wezwę ochronę – wycedziła przez zęby.

– Ależ z ciebie gorąca laska! Ale nie trudź się. Cała obsługa jest zajęta innymi sprawami niż wypraszanie mnie z twojego pokoju. Zadbałem o wszystkie szczegóły.

Masud jednym ruchem chwycił Zuzkę za włosy z tyłu głowy i przyciągnąwszy ją do siebie, pocałował natarczywie. Nie miała szans; był od niej sporo wyższy i silniejszy. Na szczęście wściekłość dodała jej sił i Zuza wycelowała kolanem prosto w jego krocze. Zaskoczony mężczyzna kwiknął jak zarzynane prosię, runął na podłogę i skulił się jak embrion.

– Matko, jak boli, matko – jęknął płaczliwie.

– I dobrze. Ma boleć. A teraz spierdalaj! – Rozjuszona Zuzka poprawiła kopniakiem prosto w jego bok. – Ale już!

Dopadła drzwi dokładnie w chwili, gdy Maisa miała zamiar zapukać.

– No i gdzie ty się włóczysz, do jasnej cholery, co?! – huknęła na Bogu ducha winną służącą.

– Ale ja…

– Dobra, nieważne. Masud właśnie przyszedł z wizytą, ale chyba źle się poczuł. Możesz mu jakoś pomóc? – Wyminęła w progu zszokowaną dziewczynę i wyszła z pokoju. – Idę na spacer – rzuciła lakonicznie.

Czuła, że jeśli za chwilę nie upuści nagromadzonej pary, to wróci i ani chybi zatłucze żałosnego zalotnika na śmierć. Dość miała kłopotów i zmartwień, by jeszcze dokładać sobie do kompletu morderstwo. Dość! Nadeszła odpowiednia pora, by wracać do domu. Dalszy pobyt w tym miejscu nie wróżył niczego dobrego.

– Wyjeżdżam. Jeszcze dziś, jeśli tylko pilot da radę. A jak nie, to jutro rano – oznajmiła nieco później w obecności pani domu. – Najwcześniej, jak się da.

– Jak to, nie chcesz zaczekać tutaj na Ahmeda? To jeszcze tylko dwa dni. Może mniej.

– Nie chcę. Czeka na mnie praca. A on, jak nabierze ochoty, by się ze mną spotkać, sam do mnie przyjedzie – powiedziała Zuza, prawie przekonana, że to jej ostatni pobyt w tym pięknym miejscu.

– Jesteś pewna? Dużo ryzykujesz.

– Jestem. To dorosły facet i wie, gdzie mnie szukać. On także musi dokonać wyboru. Własnego wyboru. A na ryzyko mnie stać. Bez niego nie ma szans na główną wygraną, jedynie na nagrodę pocieszenia, a ja tak nie chcę. Już od dawna nie zadowalam się byle czym.

 

– Wszystko albo nic? – Zdziwiona Nesajem spojrzała z uznaniem.

– Dokładnie tak – odparła Zuzka i na odchodnym dodała: – A, zapomniałabym. Przekaż, z łaski swojej, swojemu zakichanemu siostrzeńcowi, że jeśli jeszcze raz spróbuje mnie dotknąć, to ukręcę mu jaja i osobiście przyrządzę mu je na śniadanie. To wszystko.

Z podniesioną głową pomaszerowała do wyjścia, lecz zanim nacisnęła na klamkę, spojrzała za siebie.

– Aha, jeszcze jedno. Dzięki za szczerość, Nesajem.