Do trzech razy sztukaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I co?

– I nic. Pochrzaniło się wszystko. Nie przyjmą go bez rodzica, bo coś tam.

– To dawaj go do mnie.

– Nie ma szans, nie zdążę – jęknęła Anna

– Matko, przepraszam cię… – Lucyna gorączkowo szukała jakiegoś rozwiązania.

– Dobra, biorę go ze sobą. Niech się dzieje, co chce.

Anka już kilka razy w życiu uczestniczyła w biegu wydarzeń, który niechybnie zmierzał do niepowodzenia. Mimo tego, że walczyła do ostatniej chwili, opór materii bywał tak upierdliwy w swej przewrotności, że rzucał pod nogi kłody, o jakich nigdy jej się nie śniło. Po prostu jeśli coś miało się nie udać, to się nie udawało, i choćby nie wiem jak mocno walczyła, w najlepszym razie odnosiła pyrrusowe zwycięstwo. Zanosiło się na to i teraz, ale tym razem odpuściła i przestała walczyć. Ze swojej strony uczyniła wszystko, co powinna, a że nie wyszło, to trudno. Niech się dzieje, co chce, pomyślała i ostro ruszyła przed siebie. Połączenie jej determinacji i wysokiej temperatury spowodowało, że wystartowała z piskiem opon godnym mistrza driftu.

– Ale fajnie – ucieszył się Franek. – Mój tata tak nie umie.

– Raczej nie chce – rzuciła przez ramię. I wtajemniczyła małego w sytuację. Jeszcze nie wiedziała, co z nim zrobi na czas spotkania, ale uznała, że pomyśli o tym na miejscu. – Tylko pamiętaj. Masz być grzeczny u tej pani albo pana. Czy mogę na ciebie liczyć?

– A dasz mi telefon?

– A po co? – Anka była skłonna zgodzić się na wszystko, byleby tylko Franek czymś się zajął.

– Do grania.

– Do grania? Lubisz Angry Birds? – nagle doznała olśnienia. – Bingo! Franek! Jesteś największym trzylatkiem wszech czasów! I obiecuję, że jak podrośniesz, to kupię ci tablet, co ty na to?

Dzieciaka aż zatkało z wrażenia. Jeszcze nie wiedział, co to dokładnie jest tablet, ale z opowieści kolegów zrozumiał, że to coś bardzo cennego, da się na tym grać w nieskończoność i wypadałoby to mieć.

Anka, pełna nadziei i korzystając z niewielkiego korka, przeszukała pamięć w telefonie. Po paru minutach rozmowy już wiedziała, że jest uratowana.

– Daj, wezmę go, przecież ten gips swoje waży. – Artur chętnie przejął Franka z rąk znajomej i od razu przeszedł do rzeczy, proponując chłopcu rozgrywki w jakiejś grze. Mieli ścigać się po ostrych zakrętach wyścigowymi samochodami i przy okazji strzelać do bardzo niebezpiecznego wroga. Franka zamurowało z emocji i zachwytu.

– Dzięki, Artur – powiedziała Anka. Na jej twarzy pojawił się wyraz wdzięczności. – Dasz sobie radę?

– Jasne, mam trzech siostrzeńców i niejedno już widziałem. W tym przypadku zadanie jest proste.

– Dlaczego?

– Gips. Jest jak kotwica. Przynajmniej mi dzieciak nie ucieknie i nie odepnie kabli od serwerów. Idź, i połamania nóg, piękna pani. – Na odchodne obrzucił Ankę spojrzeniem pełnym aprobaty i uniósł w górę kciuk. Wyglądała wspaniale. Jej swobodny, acz wyszukany w swej prostocie elegancki strój bardzo przypadł mu do gustu. Pamiętał, że w zwiewnych wakacyjnych strojach również prezentowała się nieźle. Od razu mu się spodobała, ale świadomość, że przyjechała do marokańskiego hotelu lizać rany po nieudanym związku, skutecznie ostudziła jego zapał. O ile w pierwszej chwili chwycił się nadziei, że może dziewczyna będzie chciała zastosować metodę klin klinem, najchętniej z jego udziałem, o tyle jak usłyszał opowieść o pozostawionym przed ołtarzem wiarołomnym narzeczonym, dał sobie spokój. Za bardzo się szanował, by świadomie postawić się w roli zimnego kompresu na świeże stłuczenia. W wieku trzydziestu pięciu lat zdążył już poznać swoje zalety i wady. Nowa znajoma zdecydowanie przypadła mu do gustu, ale nie na tyle, by chciał poświęcić się li tylko w charakterze balsamu na jej rany. Skądinąd wiedział, jak to działa. Przecież nie był głupi. Może nie miał najlepszego zdania na temat własnej prezencji, ale bywało, że czasem podobał się kobietom. Ze względu na siedzący tryb pracy od jakiegoś czasu systematycznie ćwiczył na siłowni pod okiem trenera personalnego. Jego sylwetka z czasem nabrała odpowiednich proporcji. Regularnie dbał o dłonie i o wszystko inne, o co zadbać się dało, i w miarę możliwości starał się odżywiać racjonalnie. Nie grzeszył wzrostem, ale fryzura na jeża i buty na nieco grubszej podeszwie dawały złudzenie, że Artur jest wyższy niż w rzeczywistości. Do niedawna obsesyjnie unikał ludzi wysokich, ale jakiś czas temu odpuścił i przestał się tym przejmować. Jestem, jaki jestem. Tyle w temacie.

Rozdział 4

Intensywny dzień dobiegał końca. Anka była tak zmęczona, że marzyła już tylko, żeby zdjąć z nóg przeklęte czółenka na jedenastocentymetrowych szpilkach i złapać cokolwiek do jedzenia. Zaparkowała samochód na podwórku i posapując, wspięła się na wyfroterowane schody ładnie odremontowanej kamienicy. Mniej więcej na drugim piętrze przypomniała sobie, że zostawiła zakupy w bagażniku, więc nie oglądając się na konwenanse, zdjęła buty i boso zbiegła na dół. W międzyczasie odebrała telefon od matki i zagadana na całego, już z zakupami, stanęła pod drzwiami mieszkania i… zorientowała się, że zapomniała zabrać klucze z samochodu. Ponownie zbiegła na dół. Była bliska płaczu i chyba tylko zaciekawiony wzrok sąsiada z pierwszego piętra powstrzymał ją przed rzuceniem wiązanki przekleństw. Anka wiedziała, że to przynosi ulgę, i nieraz łapała się na chęci pofolgowania sobie, ale nie pozwalało na to wyniesione z domu tak zwane dobre wychowanie. Za to w zaciszu domowym czasem zdarzało jej się rozpuścić język na podobieństwo jarmarcznej przekupki, co zawsze przynosiło ulgę. Tego dnia miała jednak tak dużo wrażeń, że była w stanie znieść dwa razy tyle niż zwykle.

Poprzedzona szaleńczą improwizacją rozmowa kwalifikacyjna zaowocowała w ciągu trzech dni zatrudnieniem na stanowisku przedstawiciela hand­lowego. Anka była dobrej myśli, ale nie przypuszczała, że wszystko rozegra się aż tak szybko. Miała przeczucie, że z chwilą podpisania dokumentów zaprzedaje duszę diabłu, ale to był dopiero początek. W następnych dniach poczuła się jak pasażer mimo woli, który przez przypadek w biegu załapał się na rozpędzony rollercoaster.

Dobrze, że Arturek uprzedził ją, że najgorszy dzień pracy w tej firmie to dzień zatrudnienia. Badania lekarskie, wizyta u dentysty, karta obiegowa do podbicia we wszystkich możliwych działach, przyspieszone szkolenie BHP i skomplikowana do granic możliwości procedura odbioru służbowego samochodu w dziale transportu osobowego. Dodając do tego fakt, że centrala OTC International mieściła się w Warszawie, pierwszy dzień pracy stanowił nie lada wyzwanie. Anka wstała tego dnia o świcie, by zdążyć na pierwsze jadące do stolicy pendolino. Pół poprzedniego dnia spędziła na wymaganych przez firmę badaniach psychotechnicznych dla kierowców, co też okupiła sporą dawką nerwów. Czekający obok w kolejce mężczyzna porządnie ją wystraszył. Co rusz wycierał spocone dłonie.

– Wie pani, strasznie trudno jest zdać.

– Poważnie? Co pan powie? – Anna przeraziła się nie na żarty.

– Poważnie. Ja podchodzę do testów już szesnasty raz i nie mogę ich zaliczyć.

– To chyba coś jest nie tak? Nie myślał pan o tym?

– Myślałem, ale mam nagraną robotę kierowcy karetki pogotowia i muszę w końcu kiedyś zaliczyć te przeklęte testy.

– O matko… – Anka zawiesiła wypowiedź, bo właśnie wezwano wszystkich na część teoretyczną. Weszła do salki na miękkich nogach, zajęła miejsce i rzuciła okiem na testy. Przypominały testy na inteligencję, a w tym była całkiem niezła. Skończyła przed czasem i jako pierwsza zameldowała się w laboratorium, gdzie odbywała się część praktyczna. Cały czas czekała na to coś, na czym się oblewa, ale się nie doczekała. Przeszła przez wszystkie etapy i otrzymała stosowne zaświadczenie. Właśnie wychodziła z budynku, kiedy dopadł ją mężczyzna z kolejki.

– Zdałem! Zdałem! – cieszył się jak dziecko i niepomiernie się zdziwił na wieść, że Anka zaliczyła wszystko przy pierwszym podejściu. A ta w rozbawieniu uznała, że teraz będzie uciekać gdzie pieprz rośnie przed każdą karetką.

Przy okazji kompletowania podpisów na karcie obiegowej poznała osoby ze wszystkich działów. Miła praktykantka z recepcji jak po sznurku zaprowadziła ją gdzie trzeba i względnie bezproblemowo, przed godziną siedemnastą, Anka uzyskała ostatnią pieczątkę. Wreszcie wsiadła do służbowego forda, ustawiła fotel i lusterka. Sprawdziła wszystkie przyciski i pokrętła. Czekała ją jeszcze powrotna droga do Krakowa, a już teraz czuła się jak przekręcona przez wyżymaczkę. Przed wyjazdem z firmowego parkingu zadzwoniła do Lucyny, żeby się odmeldować. Obok niej, na siedzeniu pasażera, leżał w pudełku nowiutki służbowy smartfon najnowszej generacji. Na razie nie miała ani czasu, ani siły, żeby skopiować kontakty. Westchnęła z przejęciem i ruszyła w stronę domu. Miała przed sobą dobre cztery godziny jazdy, a przecież jeszcze nic tego dnia nie jadła. Wypadałoby zatrzymać się na jakiś sensowny posiłek. Chętnie przenocowałaby gdzieś po drodze, ale w domu czekała na nią mała Sushi. Anka bała się, że zabraknie jej jedzenia albo picia, poza tym sama była zdziwiona, że niespodziewanie zatęskniła za swoją podopieczną. Przed północą, jak nieżywa, wtoczyła się do mieszkania. Żeby zaoszczędzić na czasie, w drodze zjadła jedynie panierowane kawałki kurczaka w jakimś samoobsługowym bistrze. Modne ostatnio nuggetsy w przydrożnym wydaniu przypominały tekturę z dodatkiem kury zmielonej wraz z kurnikiem.

– Ohyda! – wzdrygnęła się Anka, ale była tak głodna, że jakoś zmusiła się do przełknięcia kilku kęsów. Oczywiście, już tradycyjnie, poplamiła spódnicę keczupem i zła jak osa wyrzuciła resztki paskudnego dania do kosza.

Wrzuciła ubranie do umywalki, żeby zaprać czerwoną plamę, i otworzyła lodówkę.

– No tak, biało i pusto – mruknęła i z niechęcią zatrzasnęła drzwiczki. – Cholerny biegun północny.

 

Przed snem jeszcze nakarmiła kotkę, która na jej widok przeciągnęła się leniwie, jakby wcale nie zauważyła całodziennej nieobecności swojej pani. Anka dokonała pobieżnej toalety i położyła się do łóżka. Zasnęła, zanim jej głowa dotknęła poduszki. Nazajutrz o siódmej rano obudził ją dźwięk budzika. Dopiero po chwili dotarło do niej, że jest sobota i nie musi nigdzie wstawać. Pewnie spałaby dalej, gdyby nie dotkliwe ssanie w żołądku.

Przez ten cały młyn z nową pracą chwilowo nie wiedziała, jak się nazywa, a miała spore zaległości do odrobienia. Powinna w końcu zrobić jakieś porządne zakupy do domu, wreszcie rozpakować swoje rzeczy i dokończyć całą tę prowizorkę związaną z przeprowadzką. Żarty się skończyły. Od poniedziałku szła do pracy, i to nie do jakiejś byle firemki, ale do międzynarodowej korporacji. Była przekonana, że w zamian za godziwe warunki nowy pracodawca wyciśnie ją jak cytrynę. I nie myliła się.

Szczęściem w weekend zdołała uporać się ze wszystkimi zadaniami, z początkiem tygodnia bowiem trafiła w samo centrum huraganu. Przyzwyczajona do nieco innego trybu pracy, pierwszego dnia poczuła się, jakby wylądowała na innej planecie. W poniedziałek punktualnie o czasie zameldowała się w krakowskim oddziale, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.

– Przepraszam, gdzie odbywa się odprawa hand­lowców?

– To ty jesteś ta nowa? – zapytała stojąca obok kobieta o prawie białych włosach ostrzyżonych na krótko. Jej szykowny kostiumik musiał kosztować małą fortunę.

– Tak. Jestem Anna Jaskółka. Szczerze mówiąc, nie wiem, co dalej.

– Marta Cichoń – przedstawiła się dziewczyna i energicznie uścisnęła dłoń na powitanie. – Chodź ze mną. Mamy mało czasu, a tu nie toleruje się spóźnień. Od razu wymyśl sobie powitalną przemowę, bo bez tego się nie obejdzie. No już! Właź! – Marta nie dała Ance czasu na odpowiedź, tylko delikatnie popchnęła ją w stronę drzwi. Anka nigdy nie odczuwała strachu przed żadnym spotkaniem, ale teraz poczuła się dziwnie. Wraz z ich wejściem w sali konferencyjnej zapanowała cisza jak makiem zasiał. Rozgadane towarzystwo zamilkło w jednej chwili. Poczuła na sobie zaciekawione i wręcz namacalne spojrzenia wlepionych w nią kilku par oczu. Czterech siedzących po przeciwnej stronie mężczyzn bez skrępowania otaksowało ją z góry na dół. Marta była bystra i od razu zorientowała się, w czym rzecz.

– Nimi się nie przejmuj, to etatowi podrywacze. Kochani, to jest Anka. Pracuje z nami od dzisiaj. Na początek przejmiesz teren Adriana – Marta wskazała na łysiejącego blondyna, który na dźwięk swojego imienia zaczerwienił się po same końcówki włosów. – Adrian właśnie awansował i przechodzi do obsługi najważniejszych klientów. Zanim się do nich dorwie, pewnie z chęcią przekaże swój teren nowej koleżance. Prawda, Adrian?

Mężczyzna posłusznie skinął głową, kątem oka wyłowił wiele mówiące uśmieszki swoich kumpli i – o ile to możliwe – zaczerwienił się jeszcze bardziej.

Marta, jak się okazało, szefowa przedstawicieli handlowych zwanych naprzemiennie pechowcami lub repami, była wulkanem energii. Sprawna, świetnie zorganizowana i bardzo rzeczowa. Przejęta Anka chłonęła wszystko jak gąbka, choć nie rozumiała nawet połowy z branżowego nazewnictwa. Chwilami czuła się jak na tureckim kazaniu i skrzętnie notowała, czego nie rozumie. W nadchodzących dniach miała pracować z Adrianem, który finalnie okazał się świetnym fachowcem, a jego znajomość rynku przyprawiała o zawrót głowy. Z większością swoich klientów był po imieniu, miał niezłą renomę i na wieść o jego odejściu niejednej farmaceutce zakręciła się łezka. Do tego jak z karabinu strzelał cenami i cyfrowymi kodami całego dostępnego asortymentu. Anka była pod wrażeniem, a gdy na koniec dnia podyktował jej z pamięci dzienny raport wizyt, sypiąc jak z rękawa kilkunastoma adresami i nazwiskami, nie wytrzymała.

– Jak ty to robisz? Jakim cudem ty to wszystko pamiętasz?

– Normalnie. Za kilka miesięcy też będziesz tak mieć. To przyjdzie samo, ale na początku musisz wszystko notować, bo później zapomnisz.

– Jasne – mruknęła bez przekonania. – A kto to jest rep?

– Pechowiec – Adrian uśmiechnął się świadom, że zapędza koleżankę w kozi róg.

– Nie rozumiem, skąd ta nazwa.

– To proste. PH to skrót od przedstawiciela hand­lowego, więc wychodzi „pechowiec”, to jest to samo co rep, żeby nie łamać sobie co chwila języka na angielskim sales representative.

– Aaa – kiwnęła głową ze zrozumieniem, bo wcześniej nijak nie mogła pojąć, co praca ma wspólnego z pechem.

– Mam nadzieję, że już wiesz, kto jest twoim najważniejszym klientem?

– Nie wiem, przecież dopiero zaczynam i jeszcze nie znam wszystkich.

– Jego już znasz. – Adrian tajemniczo ściszył głos. – To twój szef. To jemu codziennie sprzedajesz swoją pracę, postaraj się więc, żeby nic ci nie uciek­ło. Notuj, notuj i jeszcze raz notuj, a notes musi się stać twoim najlepszym przyjacielem. I najważniejsza rada.

– Jaka?

– Nigdy niczego klientowi nie obiecuj, jeśli nie masz stuprocentowej pewności i pięciu podpisów wszystkich członków zarządu, że możesz mu to dać.

– Matko, a ty masz tę pewność?

– A słyszałaś, żebym komuś coś obiecał?

– Nnno nie. Mówiłeś, że zrobisz, co w twojej mocy.

– No właśnie, a mocy sprawczej nie mam, ale za to mam dobrą pamięć i gruby notes. I jeśli tylko uda mi się spełnić prośbę klienta, ten będzie się czuł tak, jakbym spełnił obietnicę, której nigdy mu nie złożyłem. A jak nie dam rady, to trudno. Nikt nie zarzuci mi nieuczciwości, bo przecież niczego nie obiecałem. Tak to funkcjonuje.

– I to działa? – Anka była pełna uznania. Skończyli kawę i chciała już wstać od stolika, ale Adrian powstrzymał ją gestem dłoni.

– A zauważyłaś może coś szczególnego? Jakaś refleksja z twojej strony?

– Tak. Zauważyłam, że traktujesz każdego klienta w taki sposób, jakby był jedynym klientem na świecie. I oni to lubią – uśmiechnęła się szeroko.

– Widzę, że będą z ciebie ludzie. – Adrian przybrał protekcjonalny ton. – Pamiętaj jednak o firmie. To nasza matka i to ona nas karmi, i niech cię ręka boska broni w jakikolwiek sposób naruszyć jej dob­re imię. Wszyscy mamy tu misję do wypełnienia i powinniśmy być tego świadomi.

– Dzięki, Adrian – powiedziała posłusznie, ale uznała, że pod koniec kolega zdrowo przesadził. Niewątpliwie był doskonałym fachowcem, ale jego wypowiedzi na wskroś przesiąknięte korporacyjną indoktrynacją na temat misji, firmowej tożsamości i innych bzdur sprawiły, że Anka tylko przez grzeczność kiwała głową. Patrząc na to, z jakim namaszczeniem Adrian gładzi firmowe logo na okolicznościowym wiecznym piórze, nabrała pewności, że kolega przeszedł więcej niż skuteczne pranie mózgu. Całe szczęście jej to nie groziło, a przynajmniej miała taką nadzieję.

Pierwszy miesiąc pracy Anka przeżyła jak w transie. Oprócz koniecznych czynności fizjologicznych i opieki nad Sushi całkowicie dała się pochłonąć obowiązkom zawodowym. W każdej wolnej chwili zakuwała nową terminologię, spisy leków, najnowsze nowelizacje do ustawy Prawo farmaceutyczne. Przez pierwsze dni wspólnej pracy Adrian udzielił jej wielu cennych porad, ale przecież nie miał recepty na wszystko. Zupełnie nie odpowiadał jej jego bufoniarski styl firmowego półboga, ale starała się zapamiętać, ile tylko się dało. Mimo wszystko była mu wdzięczna za pomoc i wiedząc, że sam też jest zajęty na swoim nowym stanowisku, starała się jak najmniej go absorbować. W końcu w zespole miała jeszcze cztery koleżanki i trzech kolegów, no i Martę, która jawiła się jej jako szefowa idealna. Dokładnie wiedziała wszystko o wszystkich. Była nieprzeciętnie bystra i uwielbiała swoją pracę. A podwładni uwielbiali ją. Nikomu nie przeszło nawet przez myśl, żeby chcieć ją oszukać albo zafałszować raport. Zasady zostały sformułowane wyraźnie. Albo się szanujemy i stanowimy zgrany zespół, albo robimy dziadostwo, każdy skrobie swoją rzepkę, ale wtedy w razie draki nie ma co liczyć na łaskę szefowej. Wszystkie osoby z zespołu dokładnie wiedziały, czego się od nich wymaga i jakie konsekwencje grożą za niesubordynację. Wszystko było jasne.

Anka rozmasowała ścierpnięty kark. Już drugą godzinę tkwiła przed firmowym laptopem, biedząc się nad miesięcznym sprawozdaniem. Przekonała się już, że terminy raportowania były w firmie największą świętością. Z ulgą wybrała komendę wyślij i odebrała dzwoniący telefon.

– No wreszcie! – w słuchawce rozbrzmiał rozszczebiotany głos Lucyny. – Wessało cię w jakiejś aptece czy co?

– Ledwie żyję, ale o was pamiętam – roześmiała się Anka. Faktycznie, w ostatnich dniach wielokrotnie się zbierała, żeby zadzwonić do Lucyny. Zawsze działo się jednak tyle, że już nawet nie liczyła, ile razy przekładała telefon do niej na następny dzień.

– To może wpadniesz do nas dziś po pracy? Będziemy testować nowy grill, ha!

– No masz! Pewnie, że przyjdę. – Żołądek właśnie podjął za nią decyzję i zaburczał głośno. – Akurat skończyłam tę moją biurokrację, podskoczę jeszcze tylko do firmy rozliczyć zaliczkę i melduję się u was.

Anka z niecierpliwością czekała na pierwszą wypłatę. Patrząc na stroje koleżanek z pracy, miała pełną świadomość, jak dalece odbiega od nich stylem. Obiecała sobie, że z każdej kolejnej pensji kupi sobie coś ekstra. Oprócz stałej pensji miała jeszcze otrzymywać premię od sprzedaży, ale na to musiała jeszcze poczekać. W pierwszym miesiącu nawet nie zbliżyła się do oczekiwanych wartości, ale usprawiedliwiało ją to, że jest nowa i dopiero się uczy. W kolejnym miesiącu planowała rozwinąć skrzydła. Firma wprowadziła na rynek preparat łagodzący po ukąszeniach komarów, a właśnie rozpoczynał się sezon urlopowy. Zakrojona na szeroką skalę kampania reklamowa samoistnie nakręcała sprzedaż, a przy odpowiedniej zachęcie kierowników aptek Anka w następnym miesiącu powinna załapać się do premiowych widełek. Okres rozbiegowy miała już za sobą i nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie samodzielnie ruszy w teren.

Zadowolona wyłączyła laptop i przygotowała teczkę z fakturami do rozliczenia. Korzystając z tego, że obowiązujący w firmie dress code dopuszczał w piątki nieformalny strój, włożyła obcisłe białe spodnie i zwiewną koszulę w marynarskim stylu. Stopy wsunęła w wygodne espadryle i zrobiła delikatny makijaż. Zaczesane na gładko i związane w koński ogon włosy doskonale pasowały do całości luźnej stylizacji. Jeszcze zanim dotarła do biura, kupiła w pobliskiej cukierni najlepsze na świecie wuzetki i ostrożnie umieściła je w samochodzie. W obawie, że rozpłyną się w cieple, zaparkowała w cieniu i pobiegła do biura. Z rozmachem otworzyła drzwi. Skąd mogła przypuszczać, że z drugiej strony właśnie ktoś stoi. Tymczasem z całej siły rąbnęła drzwiami wysokiego mężczyznę.

– Matko! – zaskoczony odskoczył i upuścił na podłogę telefon.

– O Boże! Przepraszam pana! – Anka równocześnie z nim schyliła się, by podnieść komórkę. Bardziej usłyszała, niż poczuła, mocne uderzenie w czoło.

– Aaała! – oboje krzyknęli jak na komendę i naraz chwycili się za głowy. Recepcjonistka o mało nie udusiła się ze śmiechu.

– Anno? Czy to ty?

Zamroczony mężczyzna trzymał się za czoło i dopiero po chwili do niej dotarło, że skądś go zna.

– Grzegorz? A co ty tu robisz? – zapytała zdzi­wiona.

– Pracuję, a ty?

– No, ja też, właśnie przyszłam oddać rachunki i rozliczyć zaliczkę.

– To ty jesteś ta nowa? – zapytał, a ona posłusznie skinęła głową.

– To w takim razie zapraszam do mnie. – Grzegorz wskazał na gabinet. Na ścianie przy drzwiach widniała tabliczka z napisem „Dyrektor finansowy”.

No to pięknie, pomyślała Anka i potarła obolałą głowę. Strzelić finansowemu guza na czole, matko, ale dałam czadu, pomyślała i niepewnie przekroczyła próg gabinetu.

– Usiądź. – Grzegorz wskazał jej fotel. – Przyniosę z kuchni trochę lodu na te guzy.

Grzegorz wrócił z dwiema puszkami coca-coli w ręku.

– Nie ma lodu, a to było najzimniejsze. – Wręczył jedną puszkę Ance, drugą sam przytknął sobie do czoła. – Daj mi te faktury. Księgowa już wyszła. Dzieciak się rozchorował, więc dzisiaj wcześniej puściłem ją do domu. – Grzegorz rzucił okiem na rachunki. W skupieniu pogładził starannie utrzymany kilkudniowy zarost.

– Co tak mało za paliwo?

– Przez większość czasu jeździłam z Adrianem. W tym miesiącu moje auto grzało miejsce na par­kingu.

– Moim zdaniem nikt lepszy nie mógł cię wdrażać. Pracuje tu od samego początku, czyli nawet dłużej ode mnie. Jest bardzo oddany firmie. Może nawet za bardzo.

 

– Zauważyłam – odparła z lekkim przekąsem. – Widzę, że kocha firmę jak matkę.

– Rozumiem, że pracujesz w dziale Marty. To świetna dziewczyna. Przyjaźnimy się. I uprzedzę, zanim dowiesz się od kogoś innego, że była kiedyś moją żoną.

– Była? – Anka zdziwiona uniosła w górę brew.

– No, niestety. Woli dziewczyny, ale proszę, zachowaj to dla siebie.

– Aha. – Ankę na moment zatkało.

– Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedyś się spotkamy – zgrabnie zmienił temat i z aprobatą spojrzał na Ankę.

– Zbiegi okoliczności to ostatnio moja specjalność – roześmiała się. – Pracuję tu od miesiąca i aż dziwne, że nie wpadliśmy na siebie wcześniej.

– Byłem na szkoleniu w Stanach. Wróciłem przedwczoraj. I ledwie odespałem różnicę czasu – powiedział i zaraz przeszedł do rzeczy. – A może zjemy razem obiad? Jestem głodny jak wilk.

– Dziękuję, ale może innym razem. Jestem umówiona z przyjaciółmi. Boże! Ciastka! – krzyknęła i odstawiła na stolik ogrzaną puszkę z colą.

– Co?

– Mam w aucie wuzetki, muszę lecieć, zanim całkiem się rozpłyną!

– No to leć. Zjem sam – skrzywił się zabawnie i odprowadził Annę wzrokiem. Złożył podpisy pod formularzem rozliczenia zaliczki i zadzwonił do Marty. Był niezmiernie ciekaw jej opinii na temat nowej pracownicy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?