Do trzech razy sztukaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Do agencji nie miała po co wracać. Całe szczęście pracowała tam w ramach własnej działalności gospodarczej. Taki układ zawsze ją mierził, za to teraz nie musiała się martwić o to, jak ­wywinąć się z tej ze wszech miar niewygodnej współpracy. Jeszcze przed wyjazdem uprzątnęła swoje biurko, spakowała dokumentację. Formularze polis, traktowane jako druki ścisłego zarachowania, planowała w najbliższych dniach zwrócić poszczególnym towarzystwom ubezpieczeniowym, ale na to miała jeszcze czas. Najpierw musiała wynająć jakieś sensowne mieszkanie. Jak to jednak w życiu bywa, gdy człowiek nie jest w potrzebie, oferty spływają zewsząd, w odwrotnej sytuacji natomiast ze świecą szukać sensownej propozycji. Na razie korzystała z gościny Lucyny, w zamian rewanżując się opieką nad trzyletnim Franiem, który właśnie złamał nogę i wymagał pomocy. Tak więc do południa siedziała z dzieckiem i robiła internetowy rekonesans, by popołudniami osobiście sprawdzić te cud-mieszkania do wynajęcia. Szukała intensywnie już od tygodnia, ale nie znalazła niczego sensownego. A czas naglił. Dzień rozpoczęcia nowej pracy zbliżał się wielkimi krokami. Początkowo potraktowała propozycję Arturka z przymrużeniem oka, pewna, że nowy kolega robi sobie z niej żarty. Jedynie dla świętego spokoju wysłała swoje podanie tam, gdzie jej kazał, i gdyby jej nie przypilnował, pewnie wcale by tego nie zrobiła. Ostatniego dnia pobytu w Maroku podstępem zagonił ją do komputera. Wspólnie napisali życiorys i list motywacyjny. Marek, inny kolega z ekipy, zrobił Ance ładną fotkę i w programie do obróbki zdjęć ubrał ją w elegancki biznesowy strój. Anka cały czas pękała ze śmiechu przekonana, że to wszystko dla hecy i że nic z tego nie wyniknie, tymczasem dzień po powrocie do Polski otrzymała zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Przejęta niczym uczennica, której po raz pierwszy w życiu przyszło deklamować wierszyk na szkolnej akademii, o czasie stawiła się na spotkaniu. Biuro handlowe OTC International mieściło się w samym centrum Krakowa w sąsiedztwie najbardziej ekskluzywnego hotelu w mieście. Starannie odremontowana i naszpikowana elektroniką zabytkowa kamienica na każdym musiała robić wrażenie. Biura urządzono z niebywałą wręcz dbałością o detale. Mistrzowskie połączenie gustownych mebli stylizowanych na antyk z nowoczesnym sprzętem ostatniej generacji sprawiało, że każdy, kto przekroczył próg biura, pragnął pozostać w nim na dłużej. Ance takie uczucie towarzyszyło przez cały czas. W trakcie rozmowy czuła się jak u siebie. Dwójka eleganc­ko ubranych menedżerów fachowo wypytała ją o kwalifikacje, a że ton rozmowy był tak miły, Anka nawet nie zdążyła się zdenerwować, tylko grzecznie odpowiadała na krzyżowy ogień pytań. Starała się odpowiadać krótko i na temat, co przy jej wrodzonym gadulstwie niemało ją kosztowało. Po skończonej rozmowie niechętnie opuściła to urocze miejsce. W drodze na strzeżony parking przysiadła na chwilę w kawiarnianym ogródku i postanowiła zaszaleć. Od kiedy sięgała pamięcią, była na permanentnej diecie. Zasadniczo całe jej odchudzanie sprowadzało się do nieustannego gadania o tym, że jest na diecie i musi schudnąć, oraz do wyrzutów sumienia po tym, kiedy zdarzyło jej się zgrzeszyć. Pełna jak najlepszych przeczuć i zadowolona z siebie uznała, że należy jej się nagroda. Zamawiając espresso i czekoladowy torcik, przysięgła sobie, że tym razem nie będzie żałować, tylko cieszyć się chwilą. Miała dobre przeczucia i choć jej doświadczenia w kwestii rozmów kwalifikacyjnych nie były zbyt bogate, czuła, że dobrze jej poszło. Wcześniej zagoniona przez samą siebie w życiowy kozi róg teraz uznała, że powstanie z martwych niczym Feniks z popiołu. W końcu tyle się działo i wszystko wskazywało na to, że to początek czegoś dobrego, a Anka teraz potrzebowała zmian. Jak nigdy dotąd. Wypad do Maroka i wrażenia z wyjazdu nie pozwoliły jej na emocjonalną rozsypkę, niemniej jednak zdrada Łukasza ugodziła ją dotkliwie i wbrew pozorom wcale nie było jej łatwo. Za żadne skarby nie chciała się rozkleić i dzielnie walczyła, ale w końcu zadziałała bomba z opóźnionym zapłonem. Wtedy na szczęście dostała zaproszenie od OTC International i znów przestała mieć czas na roztkliwianie się nad sobą. Były przed nią ważniejsze rzeczy niż rozdrapywanie ledwie co zagojonych ran.

Anka bezmyślnie zagapiła się na nogi przechodniów. Zdziwiła się, że nigdy wcześniej nie zwracała uwagi na czyjeś buty. A pole do obserwacji było niemałe. Od szykownych biznesowych czółenek z górnej półki i najeżonych ćwiekami trampek na koturnie z najnowszej kolekcji do zdartych fleków i sandałów, z których wysuwały się stopy, od popękanych pięt po piękny pedi­cure. Jej uwagę przykuły masywne dziwadła na wysokiej gumie imitującej bieżnik w oponie samochodowej typu off­-road. Również i w męskim wydaniu było w czym wybierać. Ulubione przez turystów adidasy i rozczłapane sandały w towarzystwie nieodłącznych skarpetek, od czasu do czasu przewinęły się też japonki. Anka upiła łyczek minikawusi i z namaszczeniem wbiła widelczyk w apetyczną brązową masę. Uśmiechnęła się, kiedy słodki kęs rozpłynął się w ustach, i z powrotem skierowała wzrok na chodnik. Tuż obok zatrzymała się para męskich wyglansowanych brązowych butów. Po kilkunastominutowych wnikliwych obserwacjach wiedziała, że klasyczne półbuty stanowiły rzadkość. W szczególności te czyste i zadbane, więc zaintrygowana powoli podniosła wzrok. Właściciel eleganckiego obuwia ubrany był w jasny, jednorzędowy garnitur. Błękitna koszula i świetnie dobrany do niej krawat znakomicie współgrały z mocną opalenizną. Mężczyzna stał na chodniku i przyglądał się Ance z wyraźnym zainteresowaniem. W jego szarych oczach tliły się wesołe iskierki.

Nieco skonfundowana obejrzała się za siebie, czy aby przy sąsiednim stoliku nie siedzi ktoś, komu przygląda się ten dziwny facet. Ale nie, za nią nie było nikogo. A buty wraz z właścicielem właśnie stanęły przy niej.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale od dawna nie widziałem nikogo, kto śmiałby się sam do siebie – powiedział uprzejmie mężczyzna w garniturze.

– Nic nie szkodzi. To wszystko przez ten torcik. Ponoć słodycze dostarczają organizmowi endorfin, a ja rzadko je jadam – odparła wesoło Anka i wpakowała do ust ostatni kęs z talerzyka. Na jej twarzy znów zagościła błogość.

– A ja rzadko zaczepiam obcych ludzi na ulicy, a właściwie to nigdy. Grzegorz Bugajski. Miło mi.

– Mnie również. Anna Jaskółka. – Wyciągnęła rękę na powitanie. Lubiła taki zdecydowany i energiczny uścisk dłoni, który wbrew pozorom zdarzał się nieczęsto. Ostatnimi czasy mężczyźni zwykle serwowali jej na powitanie przysłowiowego flaczka lub dla odmiany uścisk tak mocny, jakby chcieli pogruchotać jej kości.

Z jeszcze większą ciekawością przyjrzała się nowemu znajomemu. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści kilka lat i sprawiał bardzo sympatyczne wrażenie. Właśnie stanął pod słońce i padające od tyłu promienie sprawiły, że jego jasne włosy rozbłysły jak aureola na głowie anioła z kościelnego fresku.

– Wybacz proszę, że cię tak bezczelnie zaczepiłem. Naprawdę nie mam tego w zwyczaju. Co więcej, prawie nie zwracam uwagi na mijających mnie ludzi, ale dziś jest mój dobry dzień, czuję się, jakbym fruwał.

– Coś szczególnego? Jakieś święto?

– Tak. Dostałem podwyżkę. Wyszedłem właśnie na spotkanie z klientem, kiedy zobaczyłem, że śmiejesz się sama do siebie, a ja lubię wesołych ludzi.

– W takim razie gratulacje. Wybacz, ale muszę już iść. – Anka podniosła się z rattanowego krzes­ła i przygładziła spódnicę. Grzegorz z uznaniem otaksował jej nogi, po czym pożegnał się i poszedł w swoją stronę.

Anka, pogwizdując wesoło, ruszyła z parkingu. W domu Lucyny błyskawicznie przeskoczyła w wygodny cienki dres. Trzylatek z gipsem mimo wszystko trochę ważył, a ona obiecała Frankowi wypad na lody. Synek Lucyny i Karola był uroczym stworzeniem. Anka nieraz się śmiała, że przyjaciółka powinna go wypożyczać osobom, które boją się dzieci bądź ich nie lubią. Zmiana frontu gwarantowana.

– Spokojna głowa – śmiał się Karol. – Ja też byłem taki słodki, dopóki nie poszedłem do szkoły.

– I co?

– W podstawówce tak dałem rodzicom popalić, że o mały włos się przeze mnie nie rozwiedli. Uciekałem z lekcji, kłamałem jak najęty, do wszystkich pyskowałem i w ogóle dawałem czadu po całości. Raz nawet nawiałem z domu, ale wróciłem, zanim zdążyli zawiadomić policję.

– Poważnie? – Anka nie mogła uwierzyć. – A co się stało?

– Nie chcieli mi kupić obiecanego nowego roweru. Wyszło na jaw, że pieniądze, które mi dawali na korki z matmy, przepuszczałem na automatach do gry, a na korepetycjach nikt mnie nigdy nie widział.

– Ale dlaczego wróciłeś?

– Bo po kilku godzinach uznałem, że uciekać w zimie to głupota. Lepiej dać nogę latem, a nawet i wtedy trzeba wcześniej sprawdzić prognozy, bo jak ci tak na gigancie cały czas leje, to też niedobrze.

– Karol, a na ile silne masz geny? Bo jeśli bardzo, to szykuj się, ale na razie Franek to święty dzieciak.

– Spokojna głowa. Niczym mnie nie zaskoczy, tyle mam własnych doświadczeń. Jeszcze się taki nie urodził, żeby mnie przebić w te klocki.

Dzień obfitował we wrażenia. Frankowi nie zamykała się buzia i tak zagadał ciotkę, że ta przytarła sobie zderzak o stojący na chodniku kubeł na śmieci i tylko przez wzgląd na obecność małego zmełła w ustach stek przekleństw pod swoim adresem. Dodatkowo dała się namówić na podwójną porcję lodów i teraz już pozwoliła dojść do słowa wyrzutom sumienia. Co za dużo, to niezdrowo, więc w drodze powrotnej zrobiła zakupy na następny dzień. W ramach pokuty kupiła główkę sałaty i chudy stek z rostbefu. Wydrukowany jadłospis diety kopenhaskiej nosiła w torebce od miesiąca i jakoś nie mogła zebrać się w sobie, żeby chociaż porządnie go przeczytać, o zastosowaniu nie wspominając. Wiedziała, że potrafi zacisnąć zęby i wytrwać konsekwentnie na drakońskiej diecie, ale odsuwała od siebie ten temat od ponad pół roku, co rusz wyszukując nowe wymówki na swoje usprawiedliwienie. Teraz, kiedy jej niedoszły związek szczęśliwie rozsypał się w proch, zanim zdążyła go usankcjonować, spędziła sporo czasu na zastanawianiu się nad sobą. Próbowała przypomnieć sobie moment, w którym popełniła błąd i kiedy pozwoliła sobie stać się ofiarą. Bezskutecznie. Wnikliwie przeanalizowała praktycznie wszystko, co mogło wpłynąć na ten nieszczęsny bieg zdarzeń, ale poza tym, że wyszukała u siebie mnóstwo wyimaginowanych wad i niedociągnięć, niczego sensownego nie wniosła do sprawy. Wszystko wskazywało na to, że jest bliska wmówieniu sobie winy za całokształt, na szczęście Lucyna i Karol, widząc, co się święci, w try miga wzięli ją w obroty. Musieli nieco się nabiedzić, by skutecznie wbić jej do głowy, że z nią wszystko w porządku, a że trafiła na drania i popaprańca, to zwykły pech.

 

Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem stał się Artur. Jako szef działu IT w OTC International miał wgląd do wszystkich informacji, mógł, jeśliby tylko chciał, dysponować nieograniczonymi możliwościami inwigilacji całego obiegu firmowej poczty elektronicznej. Nie chciał jednak. Nie zaliczał się do grona korporacyjnych intrygantów i nigdy nie wtykał nosa w cudze sprawy. Po prostu robił swoje i w zupełności wystarczała mu sama świadomość, że w razie jakiejkolwiek draki będzie dysponował wystarczającym materiałem, żeby załatwić każdego. Od portiera począwszy, a na prezesie i przewodniczącym rady nadzorczej skończywszy. Zupełnie przypadkiem trafił na informacje o rozbudowie działu handlowego i naborze reprezentantów firmy. To było powodem, dla którego podsunął Ance pomysł aplikowania do firmy. Bardzo polubił tę sympatyczną dziewczynę, może nawet więcej, niż polubił, więc nie widział problemu, żeby jej pomóc.

– No chłopie, nareszcie – sapnęła Anka i otarła pot z czoła. Nie przypuszczała nigdy, że kąpiel trzylatka to takie wyczerpujące zajęcie, a kąpiel trzylatka z nogą w gipsie to już jest coś, co ciężko sobie wyobrazić komuś, kto nie ma własnych dzieci. Nastawiła na kuchence mleko i wykończona usadziła Franka przed telewizorem. Nie była zwolenniczką karmienia dzieci telewizyjną sieczką, ale miała nadzieję, że chwilowo powstrzyma jego chęć kolejnego ogrania cioci w chińczyka.

– Ciociuuu??? – ton głosu chłopca zdradzał, że w jego głowie właśnie wykluł się jakiś genialny pomysł. Anka nawet nie chciała zgadywać, ale usłyszała ruch w przedpokoju i tajemnicze nawoływanie Lucyny. Na paluszkach podbiegła do drzwi.

– Trzymaj! – Lucyna bez wstępów wcisnęła jej w ręce małe futrzaste stworzenie.

– Boziu, to przecież kot!

– Jaki tam kot. To najmilsza kicia świata – wyjaśniła Lucyna. – Właśnie jakiś idiota przyniósł mi ją dziś do uśpienia, a hyclowi ze schroniska zepsuł się samochód.

– Milusia jest. Zostawisz ją sobie?

– Mowy nie ma. Młody ma alergię na sierść, żadnych kotów. Ech, jedno jest pewne, weterynarzem nie zostanie na pewno. Wzięłam ją ze sobą, żeby odwieźć do azylu, ale jestem taka głodna, że zrobię to jutro. A ty jej nie chcesz? – Lucyna sprytnie zarzuciła haczyk. – Taki kotek nie wymaga opieki. To bezobsługowe stworzenie. Niewiele je, dużo śpi i ładnie mruczy do ucha.

– I jest się do czego przytulić, nie zdradzi mnie za pół roku, nie jest fanem futbolu i nie obsika mi deski w toalecie – dokończyła sarkastycznie Anka. – Nie, nie. Fajna jest, nie powiem, ale na razie ja sama nie mam gdzie mieszkać i być może niedługo zacznę pracę. To nie jest dobry moment.

– Co do pracy to się nie wypowiem. – Karol właśnie wrócił do domu i zdejmując buty w przedsionku, mimowolnie usłyszał ostatni fragment rozmowy. – Ale zdaje mi się, że chyba mieszkanie już masz. Matka naszej sekretarki z redakcji potrzebuje pilnie wynająć niewielkie mieszkanie w kamienicy.

– Pewnie taka sama ruina jak te, które ostatnio oglądałam.

– Wcale nie. Widziałem zdjęcia i zupełnie po ludzku to wygląda. Skontaktować cię z nią?

– No pewnie! – Anna aż podskoczyła. – A wiesz coś o kosztach? – zapytała niepewnie. Miała odłożone na koncie całkiem spore oszczędności, ale w nieokreślonej sytuacji zawodowej nie chciała za bardzo szastać pieniędzmi. Ostatni egzotyczny wyjazd trochę nadszarpnął jej budżet, a nie wiadomo było, kiedy znowu zacznie zarabiać.

– Tak, mówiła, że podobno w granicach rozsądku, i co ważne, jeszcze nie rozmawiała z żadnym pośrednikiem i nigdzie nie dała ogłoszenia. No i jak?

– Matko, mój ty zbawco! Dawaj namiary!

Poszła spać tak naładowana emocjami, że mog­ła śmiało zapomnieć o zaśnięciu. Drzemała niespokojnie na przemian z częstszymi niż zwykle wizytami w toalecie. Przeklęty arbuz właśnie dawał o sobie znać. Do Anki dotarło, że zgodnie z angielską nazwą watermelon arbuz składa się głównie z wody i konsumpcja większej ilości w porze kolacji nie była zbyt dobrym pomysłem. Zaczynało już świtać, gdy nareszcie przysnęła, ale nie pospała zbyt długo. Obudziło ją coś dziwnego. Coś miękkiego i ciepłego przytuliło się do niej i zaczęło głośno mruczeć. Z rozczuleniem przygarnęła do siebie małe czarne ciałko. Koteczka przeciągle spojrzała jej w oczy, ziewnęła tak, że o mało szczęka nie wyskoczyła jej z zawiasów, i bezpieczna zasnęła jak suseł. Z tą chwilą Anka przepadła z kretesem. Nigdy nie miała w domu żadnego żywego stworzenia, teraz z przyjemnością pogłaskała malucha.

– No, śpij mała. Jak tylko jutro znajdę mieszkanie, zostaniesz ze mną – powiedziała Anka i w trakcie wymyślania imienia dla kotki nareszcie zapadła w mocny sen.

Rozdział 3

Mieszkanie nie było duże, ale w zupełności odpowiadało aktualnym wymaganiom Anki. Garsoniera z niewielką garderobą i sprytnie urządzonym aneksem kuchennym była wszystkim, czego potrzebowała na tym etapie życia. Standard i lokalizacja również ją zadowalały. Mieszkanko było świeżo po remoncie; zamontowano fabrycznie nowe wyposażenie łazienki. Niewielki zadaszony tarasik urzekł Ankę całkowicie. Wcześniej nigdy nie miała balkonu i zawsze o nim marzyła, tymczasem tutaj nie dość, że pod daszkiem spokojnie mieścił się niewielki ogrodowy zestaw mebli, to jeszcze starczyło miejsca na grill i suszarkę do prania. Anka była wniebowzięta i z całych sił starała się nie okazywać ekscytacji. W czasie oględzin wzięła również pod uwagę wymagania kociego lokatora. Jedynym mankamentem nowego lokum była jego cena. Wbrew temu, co przekazał jej Karol, to wcale nie była żadna okazja, ale po krótkim namyśle Anka jednak zdecydowała się podpisać umowę najmu.

Uznała, że mieszkanie nie wymaga żadnych inwestycji, a ona tak czy siak znajdzie przecież jakąś pracę. Poza tym właścicielka właśnie przypomniała sobie o darmowym miejscu parkingowym na podwórku i to już całkowicie przeważyło szalę.

– Raz kozie śmierć, biorę – powiedziała i poprosiła o przesłanie umowy najmu mejlem.

– Kiedy chce się pani wprowadzić?

– A choćby jutro!

W drodze powrotnej wstąpiła do delikatesów i kupiła butelkę dobrego szampana. W restauracji zamówiła również spory zestaw sushi i przy okazji kilka butelek oryginalnego japońskiego piwa. Obładowana jak wielbłąd wpakowała się do domu przyjaciół. Z Karolem minęła się praktycznie w drzwiach.

– Z nieba mi spadłaś! Muszę lecieć! Lucyna ma jakieś planowe zabiegi w gabinecie, młody kaszle, a ja mam w redakcji istne urwanie dupy! Goście, umówieni na wywiad na żywo, właśnie mieli wypadek samochodowy, a zapowiedzi już poszły!

– Nieźle. To chyba duży kłopot. – Anka zupełnie nie orientowała się w tej materii.

– No, a tylko ja mam wywiady kiedyś nagrane z nimi do puszki, tylko nie pamiętam gdzie. Cholera by wzięła.

– Jakiej puszki? – zapytała Anka przytomnie.

– Rany, tak się mówi na nagrany materiał – zniecierpliwił się Karol i wybiegł na podjazd. – Młody już jadł. Nie daj się naciągnąć na kolejny deser! – krzyknął z samochodu i ruszył z piskiem opon. Anka przystanęła w pół kroku i pozbierała myśli. W jej kieszeni rozdzwonił się telefon. Nie miała wolnej ręki, by odebrać połączenie, a zanim ułożyła zakupy na stole w kuchni, melodyjny dzwoneczek już umilkł.

– Ciocia! Chcę kupę! – wrzasnął Franek. Anka już zdążyła się zorientować, że chłopiec lubi się streszczać w tym temacie, i nie było mowy o jakiejkolwiek zwłoce. Natychmiast porwała małego na ręce i zanios­ła do toalety. Zdążyła w ostatniej chwili, a jeszcze po drodze prawie potknęła się o kota.

– Uff, co za akcja – mruknęła. Usadziwszy chłopca na sofie, włączyła mu bajkę w telewizji i nareszcie rozpakowała zakupy. Wstawiła wszystko do lodówki i spocona jak mysz ruszyła pod prysznic. Zostawiła lekko uchylone drzwi od łazienki, by mieć Franka na oku, ale chwilowo tak się zagapił na film o robotach z kosmosu, że siedział z szeroko otwartą buzią i wyglądał, jakby nie oddychał. W spokoju dokończyła toaletę i głodna jak wilk zaatakowała pierwszy z brzegu jogurt z kawałkami owoców. Łykała tak pospiesznie, że w efekcie nabawiła się kolki. Ukłucie było niespodziewanie silne, aż zgięło ją wpół. Musiała wziąć kilka głębokich oddechów, by ponownie się wyprostować. Powinna zacząć się pakować. Pomimo że część dobytku nadal trzymała w kartonowych pudełkach, przez czas pobytu u Lucyny zdążyła porządnie się zadomowić, ale teraz już nie marzyła o niczym innym jak o przeprowadzce do swojego nowego lokum. Nazajutrz miała podpisać umowę i odebrać klucze od mieszkania. Teraz wystarczyło już tylko czekać, aż Frankowi zdejmą gips i będzie mógł wrócić do przedszkola. Anka obiecała Lucynie, że do tego czasu zajmie się małym, tymczasem teraz sama już znosiła przysłowiowe jajo i liczyła dni. Dobrze mieszkało jej się u przyjaciółki, która dała jej dach nad głową, kiedy Anka tego potrzebowała. Teraz jak nigdy dotąd Anka chciała za wszystko się zrewanżować. Korzystając z tego, że małego wciągnęła bajkowa akcja, zakasała rękawy i zabrała się do sprzątania kuchni. Wyszorowała wszystko do połys­ku akurat na powrót Lucyny.

– Boże, jestem wykończona. Narobiłam się jak wiert­ło na przodku – jęknęła. – Przerąbany dzień, mówię ci. Psisko nie przeżyło zabiegu i właściciele chcieli mnie zabić, choć sami uparli się, żeby operować staruszka. Szesnaście lat jak na schorowanego psa to niezły wynik, ale serducho mu siadło. Ech, nie lubię takich akcji.

– Sama chciałaś być weterynarzem – uśmiechnęła się Anka pocieszająco.

– Wiem, zawsze kochałam zwierzęta, ale wydawało mi się, że jako weterynarz będę wyłącznie szczepić szczeniaki i obcinać kotom pazurki.

– No tak. Niezły błąd w założeniu. Na co komu weterynarz do zdrowych zwierząt?

– No właśnie, ale nie zrozum mnie źle. Ja chcę im pomagać, jestem niezłym fachowcem i jeszcze lepszym chirurgiem, ale za nic nie umiem się uodpornić na ich cierpienie. No i na właścicieli.

– Ale chyba musisz.

– Owszem, i coraz lepiej mi idzie. Rety, jaka jes­tem głodna.

– Dziś mamy sushi, chcesz? – Anka podstawiła przyjaciółce pod nos okrągłą tacę.

– O nie, Karol by nam tego nie wybaczył – roześmiała się Lucyna. – Musimy na niego poczekać. A co u ciebie? – zapytała i odgrzała sobie resztę wczorajszej zupy.

Ucieszyła się z dobrych wiadomości, ale zaraz potem posmutniała.

– Szkoda, że się od nas wyprowadzisz. Już się przyzwyczaiłam, że mam ugotowane i że młody jest w dobrych rękach. – Lucyna puściła oko do Anki. – I że cię mam.

– Mnie też tu dobrze, ale przecież nie mogę wam siedzieć na głowie nie wiadomo jak długo. Jeśli chcesz stracić przyjaciela, to załóż z nim wspólny biznes albo z nim zamieszkaj. Efekt gwarantowany – roześmiała się Anka. U jej stóp rozległo się przeciągłe miauczenie.

– Cholera, z tego wszystkiego zapomniałam o tym kocie. Jeszcze tego brakowało – powiedziała Lucyna.

– Spokojnie, wezmę ją do siebie.

– Poważnie?! – Lucyna aż podskoczyła z radości.

– Tak, musimy tylko jakoś odizolować ją od Franka, chociaż na razie ona ma go w nosie.

– To jeszcze kilka dni, damy radę. Zorganizuję ci sterylizację, szczepienia i resztę. Ty tylko kup karmę na zapas i wymyśl jakieś imię. Na szczęście mam w bagażniku jakieś darmowe próbki żarcia dla kocich juniorów. Wiesz już może, co z tą twoją robotą?

– Cisza w eterze. Jutro załatwię formalności związane z mieszkaniem i zabieram się do szukania pracy. Już zalogowałam się na kilku portalach, ale jeszcze nie miałam czasu się w tym rozeznać. Od rana na ostro przysiadam fałdów. Przejeść oszczędności to żadna sztuka.

Podczas kolacji urozmaicony zestaw japońskich przysmaków zrobił furorę. Anka nawet nie przypuszczała, że potrafi zjeść aż tyle. Nawet mały Franek się załapał, a że niespecjalnie mu smakowało, resztkami poczęstował kotka.

 

– Jeszcze nie widziałam, żeby kot wcinał sushi, a różne rzeczy mi pacjenci opowiadają o kocich gustach. Niektóre uwielbiają bigos z kiszonej kapusty, inne pomidorówkę lub śliwkowe powidła. O sushi jeszcze nie słyszałam.

– To dajmy jej tak na imię – zaproponował Karol i wzniósł toast butelką japońskiego piwa. – Za Sushi!

– Sushi? – zdziwiła się Anka. Chwilowo nie miała innego pomysłu i po chwili zastanowienia przyklasnęła. – W sumie czemu nie? Sushi, kici, kici! – zawołała, a koteczka popatrzyła na nową panią i najedzona ułożyła się do snu zupełnie nieświadoma, że właśnie nadano jej najbardziej idiotyczne imię pod słońcem.

Lucyna ułożyła Franka do snu i towarzystwo przeniosło się do ogrodu. W doskonałych nastrojach dojedli kolację i na zakończenie wznieśli kieliszkiem szampana toast za nowe imię dla kota. Nazajutrz wszystkich czekał intensywny dzień. Lucyna o dziewiątej miała już być w gabinecie, a Karol umówił się w studiu na nagrania czterech wywiadów z wokalistami. Jako dziennikarz muzyczny sam gustował w pewnych gatunkach i na ulubione tematy mógł gadać w nieskończoność. Teraz jednak pechowo trafili mu się muzycy z innej bajki. I to, jak na złość, tego dnia wszyscy bez wyjątku. Nawet nie chciało mu się odsłuchiwać ich wszystkich nagrań.

– Czy to nie brak profesjonalizmu? – zapytała Lucyna.

– A skądże. Brakiem profesjonalizmu byłby brak przygotowania do wywiadu, a ja już tyle lat w tym siedzę, że nie muszę słuchać zbyt wiele. Wystarczy mi jeden kawałek i wiem, co jest grane. Szczególnie że dwójka z nich to finaliści kolejnego z rzędu talent show i dorobek mają raczej skromny. Dramat. Dyletanci, którym już na wejściu odbiła palma, więc nie wróżę im wielkiej kariery.

– Ale ich piosenki to przeboje – wtrąciła Anka.

– No i co z tego? Zwykle na tym zaczynają i kończą. Brak im pokory, a media nie lubią bufonów, którzy przyszli znikąd.

– Dlaczego? Przecież tacy ludzie to woda na wasz młyn. Wy, dziennikarze, musicie ciągle pisać i gadać o czymś nowym, a to świeża krew.

– W sumie masz rację, ale nie w tym rzecz. Jeśli Tina Turner zechce strzelić focha, to każdy jej wybaczy, ale jest na tyle profesjonalistką, że szanuje siebie i innych, i nie odwala takich numerów.

– No tak.

– Tym bardziej więc nikt z żadnej rozgłośni nie będzie się przejmował jakimś nieopierzonym nowicjuszem, któremu po nagraniu jednego hitowego singla wydaje się, że właśnie stał się drugim Michae­lem Jacksonem. Wystarczy mi już, że mam szefa kretyna, więcej durniów na antenie nie będę forował. Całe szczęście, że to mój autorski program i mogę robić, co chcę. Wypełniam dobrze swoje obowiązki, ale dla idiotów nie będę się zanadto wysilał.

Sushi chyba wyczuła, z kim należy się integrować, nieoczekiwanie wskoczyła bowiem Ance na kolana i zwinęła się w ciasny kłębuszek. Wzruszona Anka z czułością pogłaskała lśniące futerko. Było już późno i trochę kręciło jej się w głowie. Pożegnała się i delikatnie, by nie obudzić futrzaka, przenios­ła go do swojego łóżka. Kotka nawet nie zauważyła, że zmieniła miejsce zalegania. Nie miała też pojęcia, że w niedługim czasie po raz nie wiadomo który zmieni również miejsce zamieszkania.

Anka śniła piękny sen, tak rozkoszny, że ze złością zareagowała na dźwięk, który wyrwał ją ze słodkiego niebytu. Machinalnie trzepnęła ręką na oślep, byle tylko zagłuszyć podłe terkotanie. Zła, że cudowna wizja prysła, miała ochotę cisnąć smartfonem o ścianę, ale że był to w miarę nowy model, powstrzymała się w ostatniej chwili. Wyłączyła sygnał i ponownie zacisnęła oczy z nadzieją, że uda jej się wrócić do głównej roli w przerwanym filmie. Nic z tego. Zdążyła się już wyspać, postanowiła jednak jeszcze poleżeć. Czekał ją aktywny dzień, ale nie musiała się spieszyć. Przytuliła do siebie zaspane kociątko i rzuciła nienawistne spojrzenie w kierunku telefonu, który ponownie się rozdzwonił.

– Słucham! – warknęła niemiło.

– Dzień dobry, dzwonię z OTC International, czy…

– Taak? – Wcześniej odchrząknęła i zniżyła głos, by zatrzeć złe pierwsze wrażenie. – Oczywiście, tak. Nie ma problemu. Jestem do dyspozycji. Tak. Ależ zgodnie z życzeniem pana dyrektora. Tak, tak, jedenasta. Tak, oczywiście, będę punktualnie. Dziękuję – wyrzucała z siebie słowa jak karabin maszynowy, po czym wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Umówiła się na spotkanie, a po fakcie dotarło do niej, że przecież do szesnastej miała opiekować się Frankiem. Pobiegła do kuchni.

– Lucyna! Matko! Jesteś!

– Jestem, jestem! Zaraz wychodzę, tylko wciągnę maślankę. Co jest?

– Franek śpi?

– Tak. A co?

– Kurde, o jedenastej mam spotkanie w sprawie pracy, wiesz, w tej dużej firmie. Nie mogę tam pójść z zagipsowanym dzieciakiem.

Lucyna szybko przeanalizowała dostępne opcje, ale nie znalazła rozwiązania.

– Cholera, nie mogę się zerwać przed trzynastą. Nie ma szans.

– A Karol?

– Godzinę temu wyjechał do redakcji. Ma dziś nagrywać te pieprzone wywiady. Szlag! Raczej nie wypada, żebyś dzwoniła do nich z prośbą o przesunięcie spotkania.

– Nawet jakbym chciała, to nic to nie da, bo dyrektor po południu ma samolot i leci gdzieś w delegację. O Boże.

– Nic. Ochłoń. Najwyżej przywieziesz go do mnie do gabinetu. Popatrzy sobie młody na psie flaki, to mu się pieska w domu odechce. I tak przez twojego kota musiałam mu podać zyrtec, więc nie będzie problemu. Coś wymyślimy. Głowa do góry. A jak nie, to w razie czego podrzucisz go z tym gipsem na dwie godziny do przedszkola. W końcu za coś im płacę.

– O, to jest myśl! – Anka w lot podchwyciła pomysł. Sytuacja naprawdę była podbramkowa, a na dokładkę uświadomiła sobie, że nie ma się za bardzo w co ubrać, żeby dostatecznie profesjonalnie zaprezentować się na rozmowach. Większość rzeczy leżała spakowana w nie wiadomo którym pudle, a pożyczenie czegoś od Lucyny nie wchodziło w grę, bo miały zupełnie inne rozmiary. Wybrnęła w ostatniej chwili. Efektowne ciemne szpilki miała pod ręką, gładkie czarne spodnie również. Pozostawał problem góry, ale Anka pamiętała, że Lucyna niedawno kupiła luźną kremową, dość szykowną koszulową tunikę. Wykręciła numer do przyjaciółki i ustaliła, gdzie wisi. Do zestawu wybrała jedną z apaszek z przepastnej szafy i przy okazji pilnując Franka, podczas śniadania zrobiła staranniejszy niż zwykle makijaż. Włosy spięła na czubku głowy w skromny koński ogon i zadowolona z efektu sprawdziła każdy szczegół przed lustrem. Do umówionego spotkania pozostało jej półtorej godziny, ale znając wiecznie zakorkowane krakowskie ulice, musiała przeznaczyć godzinę na dojazd. Całe szczęście miała już zamontowany w samochodzie fotelik dla chłopca i teraz przynajmniej z tym nie musiała się męczyć. Przedszkole mieściło się w budynku położonym kilka przecznic dalej, więc pełna nadziei zaparkowała na podjeździe i przytaszczyła dziecko do szatni. Po drodze spotkała jego wychowawczynię i wtedy czar prysł. Kobieta stanowczo odmówiła przyjęcia dziecka z gipsem.

– Błagam, to tylko dwie, trzy godziny. – W razie potrzeby Anka była skłonna uklęknąć, ale kobieta była nieugięta.

– Absolutnie nie mogę. Co innego, gdyby chłopca odprowadził rodzic. Pani nie jest upoważniona.

– Ale może dyrektor…

– Nie ma dziś pani dyrektor.

– A zastępca?

– Będzie za godzinę.

W myśl zasady, że jak się sypie, to wszystko jednocześnie, właśnie wszystko się posypało. Anna nigdy wcześniej nie miała do czynienia z przedszkolnymi procedurami i nawet przez myśl jej nie przeszło, że może napotkać na taki problem. Teraz, mając świadomość błyskawicznie kurczącego się czasu, z powrotem zapakowała Franka do samochodu i znowu zadzwoniła do Lucyny. Czuła się jak idiotka.