Lepsza połowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabela Pietrzyk, 2016

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Ondrej Supitar/stocksnap.io; VR_Studio/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-756-3

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

– 1 –

A CO BY BYŁO,

GDYBY BÓG Z ŻEBRA ADAMA

ZROBIŁ DRUGIEGO ADAMA?

(Stanisław Jerzy Lec)

Kiedy w korytarzu zadzwonił telefon, Marta nie wiedziała, czy odebrać i wzywać pomocy, czy zostać w kuchni i wachlować powietrze ścierkami, aby wypędzić gryzący dym za okno. Wybrała drugie rozwiązanie, więc oddzwoniła dopiero pół godziny później.

– Przepraszam, miałam wypadek z ciastem…

– Wypadek? – zdziwiła się Jolka. – Zjadłaś całe i sprowokowałaś wymioty? Wpadłaś w bulimię?

– Przy mojej wadze to prędzej bulimia wpadnie we mnie… – Marta ciężko opadła na fotel. – Mało domu nie spaliłam. Dostałam rewelacyjny przepis. I zadymiłam całą chałupę.

– W przepisie kazali zadymić?

– Kazali upiec – tłumaczyła spokojnie Marta. – Ale nie zauważyłam, że blacha jest dziurawa; tłuszcz wyciekł na grzałki i buchnęło. Najadłam się strachu, a nie ciasta. Właśnie skończyłam gasić, a potem szorowałam piekarnik.

– Czyli: ciasto, ciasto i po cieście?

– No coś ty? Wyczyściłam grzałki, wywietrzyłam kuchnię, sprawdziłam szczelność drugiej blachy i zagniotłam jeszcze raz. Znowu piekę. Mamy dwadzieścia minut na pogaduchy. Potem wyciągam i biorę się do wierzchu. Sporo mnie czeka paprania: orzechowo­-śmietankowo­-jagodowa pianka. Ostrożnie trzeba robić.

– Że też ci się chce – westchnęła ze współczuciem Jola. – Nie dość, że w robocie harówka, to po godzinach jeszcze pełen etat kucharki.

– Nie przesadzaj. To ciasto jest warte grzechu. Jeśli masz czas… – Marta odruchowo spojrzała na zegarek: zostało piętnaście minut. Obejrzała się na kuchnię, z której na szczęście nic się nie dymiło, więc dokończyła wesoło: – …wpadnij jutro do nas. Sama skosztujesz.

– Do jutra nic dla mnie nie zostanie, bo twój mąż i synalek zeżrą wszystko, a ja będę mogła tylko blachę powąchać.

Fakt. Apetyt mieli niczym nienasycone bestie z gier komputerowych. Godzinę po obiedzie lub pół godziny po kolacji potrafili wyskoczyć z zachcianką na coś słodkiego lub kwaśnego, jakby ich żołądki były w nieustającej ciąży.

– Odkroję kawałek i schowam dla ciebie. – Często tak robiła, kiedy chciała ocalić trochę ciasta na następny dzień.

– Spokojnie. Po pierwsze, nie mam jutro czasu, a po drugie, moja lodówka pęka w szwach. Przez cztery dni trzymałam dietę i prawie nie jadłam. – Jolka przyciszyła głos. – Pamiętasz, co dzisiaj miałam?

– Oczywiście – skłamała Marta. Nie wiedziała, czy z racji wieku, czy przez nawał obowiązków zapominała o czymś średnio sto razy na dobę. – I jak było? Fajnie?

– Oszalałaś? Kolonoskopia to nie masaż czekoladą! Wczoraj o siedemnastej wypiłam litr czegoś tak obrzydliwego, że nie da się opisać. Potem jeszcze dwa litry wody, więc nie pytaj, gdzie spędziłam noc! Dzisiaj o piątej trzydzieści znów to samo, z piciem i całą resztą. Było mi tak niedobrze, że bałam się, czy taksówki nie zarzygam.

– Jejku… – Martą szarpnęły wyrzuty sumienia. Sama powinna zadzwonić i zapytać, jak poszło badanie, ale uciekło jej z pamięci. – Dałaś radę?

– Dałam – zapewniła wesoło Jolka. – W szpitalu kazali się rozebrać od pasa w dół i zafundowali eleganckie spodenki z rozcięciem z tyłu. No, mówię ci, hit mody! Dobrze, że zabieg był pod narkozą i nie musiałam oglądać miny lekarza na widok mojej wielkiej dupy.

– Bez przesady. Na pewno widział znacznie większe. – Marta poprawiła się w fotelu, modląc się w duchu, by nigdy nie dostała skierowania na kolonoskopię. – Szybko cię wybudzili?

– Szybko. Ale musiałam jeszcze godzinę leżeć na pooperacyjnej. Całkiem przytulna. Nawet telewizor miałam. Chociaż nie wiem, czy dobrze, bo w kółko nadawali o katastrofie na Śląsku. I straszne, i śmieszne.

– Śmieszne?

– Jeśli minister obiecuje, że „zmarli zostaną otoczeni troskliwą opieką”, to pusty śmiech mnie ogarnia. „Opieka nad zmarłymi”? Ale w sumie… optymistyczna nazwa dla zakładu pogrzebowego, nie?

– No nie wiem… – Marta nie podzielała rozbawienia przyjaciółki. Na co dzień zajmowała się ludźmi chorującymi na alzheimera. Pracowała w świetlicy, do której rodziny odstawiały mniej lub bardziej ogarniętych demencją bliskich, i ciążyło jej poczucie, że sprawuje opiekę nad zmarłymi. – Powiedz lepiej, jak wyniki badań.

– Jeszcze nie wiem. Ale zabieg nawet sprawił mi przyjemność.

– Mianowicie?

– Zawsze mnie wkurzało, że bielizna kosztuje fortunę, a w ogóle jej nie widać. Tym razem mogłam przynajmniej się pochwalić. Pielęgniarka zapytała, gdzie kupiłam takie śliczności. – Jolka od lat szyła bieliznę u zaprzyjaźnionej gorseciarki, dzięki czemu jej kształty wołały o interwencję chirurga plastycznego tylko wtedy, gdy była kompletnie naga. W ubraniu wyglądała przynajmniej o trzy numery szczuplej i o dziesięć lat jędrniej. Opłacało się zatem inwestować pokaźne sumy w przypominające betonowy odlew biustonosze i gorsety. Być może wspomnienie ekskluzywnej bielizny przywołało finansowe skojarzenia, bo nagle zmieniła temat. – Wyobraź sobie, że dostałam dziś idiotycznego mejla z banku. Piszą: „Droga Jolanto…”. Swoją drogą, skąd znają moje imię? Konto mam w innym banku, a z tymi nigdy nie korespondowałam. A tu proszę! Nawet „na ty” jesteśmy. Czyżbym gdzieś poszła w tango i nie pamiętam, jak strzeliłam brudzia z całym bankiem? Ostatni raz ostro zapiłam ze dwadzieścia lat temu, ale wtedy nie miałam jeszcze komputera, więc nie mogłam im dać mojego adresu mejlowego.

– Co głupiego napisali? – Chaotycznej w narracji „drogiej Jolanty” należało pilnować. Nie były mistrzyniami pamięci i wiele razy zdarzało im się gubić wątek: „O czym to mówiłyśmy?”. Jolka notorycznie gubiła także klucze i upierała się, że ma początki alzheimera, a Marta uspokajała ją fachowo: „Coś ty! Jeśli nie pamiętasz, gdzie położyłaś klucze, to masz tylko sklerozę. Jeśli nie będziesz wiedziała, do czego służą klucze, wtedy masz prawo się bać”. Nie zmieniało to faktu, że pamięć im szwankowała, a wątki umykały, nie mogły więc pozwolić sobie na pączkujące dygresje o imprezach sprzed lat. – W tym mejlu z banku – uściśliła.

– A! – Jolka rzeczywiście zapomniała, o czym mówiła przed chwilą. – „Droga Jolanto! Oszczędzanie jest dziecinnie łatwe!”.

– A dalej?

– Dalej nie czytałam. Po tym jednym zdaniu krew mnie zalała. Usunęłam wiadomość, żeby wylewu nie dostać! – zagulgotała w słuchawkę. – „Oszczędzanie jest dziecinnie łatwe”? Słyszałaś głupsze zdanie?! Raz, że dzieci zupełnie mi się z oszczędnościami nie kojarzą, a dwa, że nie mam czego ani też z czego oszczędzać. Siebie przecież oszczędzać nie będę. Na drugie mam: Promocja.

– Genialne! Opatentuj, bo ktoś ci ukradnie.

– Co? Brak umiejętności oszczędzania? Kochana! Kobiety jadą na tym patencie od tysiącleci. – Zaraźliwy śmiech Jolki osiągnął teraz wyższe rejestry. Rżała jak koń: wciągała z powrotem powietrze w nozdrza i wydawała przy tym odgłos przypominający wibracje w końskich chrapach.

– Nie, nie! – zachichotała Marta. – Powinnaś opatentować swoje drugie imię. W Misiu była Tradycja. Ale teraz wszelkie tradycje można już tylko na kolonoskopii zobaczyć. A ty odkryłaś, że narodziła się nowa, świecka Promocja.

– Ładne imię dla dziewczynki: Promocja… – Jolka rżała coraz głośniej. – Masz rację. Kolonoskopia oprócz polipów wykryje u mnie różne tradycje. I ani jednej promocji!

Rozmawiały kilka minut i o nowych promocjach, i o starych tradycjach.

– A ja, tradycyjnie, prosiłam Roberta przez tydzień, żeby sufit w łazience pomalował, bo przy kratce wentylacyjnej zrobiły się ciemne smugi, że to nie sufit, tylko syfit przypominało, ale, zgodnie z tradycją, znudziło mi się proszenie. Kazał pan, musiał sam… – Marta z westchnieniem wyginała się w fotelu. – Skrzywiłam sobie kręgosłup w drugą stronę. Nie wiem, jak się to zwyrodnienie nazywa. Chyba sufitoza… Gdybym się zaparła, zrobiłabym skłon w tył dalej niż radziecka gimnastyczka. Ale w chodzeniu trochę ta sufitoza przeszkadza. W siedzeniu i w leżeniu zresztą też. Najlepiej bym się czuła w stanie nieważkości, ale nie mam jak sprawdzić… Halo! Jesteś tam? – W słuchawce nie było słychać końskiego rżenia.

– Jestem. Zatkało mnie – sapnęła Jolka. – Pomalowałaś sufit? Jakim cudem?

– Nie cudem. Wałkiem malarskim. Fakt, że łatwo nie było: kręgosłup pęka, ręce mdleją, no i trudno mrugać z farbą w oczach, a do tego…

– Przestań! Ja się pytam, jakim cudem sama malujesz sufit, skoro masz w domu dwa zdrowe woły, którymi tylko orać! Przez ciebie wykarmione na dodatek. Za co im ciasto pieczesz? W nagrodę, że znowu cię olali?!

Na dźwięk słowa „ciasto” Marta spojrzała na zegarek – za pięć minut trzeba wyjąć z piekarnika – i dość obojętnie słuchała reprymendy przyjaciółki.

Jolka od czasu rozwodu, czyli od ponad dziesięciu lat, pałała nienawiścią do gatunku męskiego i wielokrotnie próbowała uświadomić przyjaciółce, że daje się wykorzystywać dwóm wołom. Przy czym było to najdelikatniejsze z określeń, jakimi ich obdarzyła.

 

– Gdybym kiedykolwiek znowu związała się z facetem, to na pewno nie z kimś pokroju twojego Roberta. Szukam takiego, co zajmie się całym domem.

– Znajdź, kochana, znajdź – życzyła jej Marta ze szczerego serca. – Chętnie go poznam.

– Zwariowałaś? Czy ty myślisz, że przedstawię ci gościa, który sprząta, pierze, prasuje i gotuje? Słowem nie pisnę! Na noc przykuję go do kaloryfera, a w dzień przedłużę sznurek, żeby do każdego kąta dosięgnął.

– Nie podejrzewałam, że taka z ciebie egoistka. – Marta wstała z fotela i rozmasowała ból zwany sufitozą. – No dobra, przepraszam, ale muszę lecieć. Mój czas wolny się skończył. Idę do kuchni ciasto wyjąć i robić piankę.

– Szkoda. Chciałam ci opowiedzieć, co mój synek nawywijał. Następnym razem. Chociaż boję się, że zapomnę. Pamiętaj: „testy szóstoklasisty”. Jak rzucisz hasło, zaskoczę.

Kiedy się pożegnały, Marta wstała z fotela i powtórzyła w myślach: „testy szóstoklasisty, testy szóstoklasisty, testy szóstoklasisty”.

Ledwo weszła do kuchni, szlag ją trafił.

– Cześć, Jolciu. – Wróciła na fotel. – Opowiadaj, co z tymi testami? Masz pół godziny.

– Co się stało?

– Zapomniałam włączyć piekarnik…

Może i Jolka miała rację, że Marta karmi w domu dwa leniwe woły; Robert i Dominik rzeczywiście nie rwali się do prac domowych. Zawarli niepisany pakt, na mocy którego otrzymała status ukochanej, jedynej, najdroższej… służącej. Cóż mogła jednak poradzić, że nie czuła się tym obrażona i nie planowała nic zmieniać ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości? Gotowała im obiadki, piekła ciasta, a każdego ranka wstawała pół godziny wcześniej, żeby przyszykować górę kanapek: dla synka na uczelnię i dla mężusia do pracy.

Gdyby miała teraz dwadzieścia lat i dopiero zakładała rodzinę, z pewnością inaczej by to zorganizowała, ale urodziła się pół wieku wcześniej, w czasach socjalistycznej bidy z nędzą. Ustrój zafundował kobietom niezłą szkołę przetrwania – feminizm polegał wówczas na walce o to, by nie dać się zadeptać chłopu w kolejce po papier toaletowy. O parytetach też nikt nie słyszał: górnicy dostawali na kartki siedem kilogramów mięsa – dwa więcej od kobiet w ciąży i trzy razy więcej od inteligentów bez względu na płeć.

Niełatwo było wówczas inteligentnym kobietom w ciąży…

Tym bardziej że każda miała instynkt karmienia rodziny, więc pękała z dumy, gdy mogła podać mężowi kotlet schabowy. Schab przewijał się we wszystkich doniesieniach prasowych i zyskał charakter strategiczno-polityczny, a zatem wykwintny obiad choć na chwilę wynosił mężczyznę do rangi ambasadora, dom stawał się placówką dyplomatyczną, a żona – złotą rybką zamieniającą chama w pana.

Marta nie różniła się od milionów ówczesnych kobiet: sterczała w kolejkach, kombinowała, wsadzała w słoiki wszystko, co się do tego nadawało, i czuła się szczęśliwa, gdy mogła nakarmić tymi rarytasami Roberta i Dominika. Przez lata skupiona była wyłącznie na dogadzaniu im, więc jakoś umknęły jej przemiany społeczne. Im również…

Kiedyś nie wiedziała, że można inaczej, a kiedy już się dowiedziała, uznała, że za późno na zmiany. Nauczyła się czerpać przyjemność z opiekowania się nimi i nie zwracała uwagi na zmęczenie i nawał obowiązków zawodowych. Bogiem a prawdą, źle jej nie było. Gnuśny Robert i leniwy Dominik dawali po sobie jeździć do woli, więc mogła na nich odreagowywać frustracje. Stanowili prymitywne w obsłudze urządzenia – jeśli mieli pełne żołądki, schodzili jej z drogi, aby uniknąć konfliktu.

Stworzyła więc własną filozofię: „coques ergo sum” – gotuję, więc jestem. I miała w nosie zdanie Kartezjusza, a tym bardziej Jolki, wściekającej się o pomalowanie sufitu.

Ileż miała jej tłumaczyć, że Roberta nie należy dopuszczać do żadnych prac domowych, bo skończy się to nieszczęściem? Delikatny, nienawykły do fizycznej pracy małżonek pracował w firmie ubezpieczeniowej, której jedno z haseł reklamowych brzmiało: „Tworzymy przyszłość polskiej likwidacji”. Tak bardzo wziął sobie do serca tę sentencję, że kiedy brał do ręki jakiekolwiek narzędzie, likwidował albo kawałek własnego ciała, albo naprawiany obiekt. Dobrze więc, że nie zajął się sufitem w łazience. Gdyby cudem nie zleciał z drabiny (łamiąc przy tym kości i dewastując kabinę prysznicową), to przez tydzień kazałby sobie zakraplać oczy, bo farba niechybnie wyżarłaby mu gałki aż po potylicę.

Dominik prześcignął ojca w ewolucji na tyle, iż był świadom, że jest człowiekiem-katastrofą, więc przezornie nawet nie próbował wchodzić na drabinę.

Cóż z tego? I tak ich kochała. Chociaż niemal codziennie wystawiali jej miłość na poważną próbę…

Na początku roku Robert został zmuszony przez pracodawcę do zrobienia badań kontrolnych. Jak na pięćdziesięcioczteroletniego mężczyznę wyniki miał całkiem niezłe. Z wyjątkiem jednego – z takim poziomem cholesterolu mógł się starać o wpis do Księgi rekordów Guinnessa. I chociaż on zupełnie się tym nie przejął, ona natychmiast włączyła program naprawczy i wypowiedziała wojnę złym tłuszczom. Opróżniła lodówkę i szafki ze śmiercionośnych produktów, a ich miejsce zajęły: indyk, chudy nabiał, niskosodowa różowa sól himalajska oraz czarna cypryjska, cukier muscovado z Madagaskaru oraz pachnące polskim sadem ekologiczne warzywa.

Z nostalgią wspominała czasy polowania na socjalistyczny schab. Bo cóż to za filozofia – stanąć na kilka godzin w jednej kolejce do jednego sklepu? System kartkowy – jak właśnie odkryła – posiadał też zalety: wyliczone skrupulatnie kilogramy produktów mieściły się w niewielkiej siatce. No, może górnikom się nie mieściły, ale inteligentna ciężarna szczecinianka mogła je nieść w torebeczce zawieszonej na małym palcu.

A teraz? Nie dość, że zjeździła całe miasto w poszukiwaniu cypryjskich cudeniek, to kręgosłup pękał od dźwigania siat – szyja ledwo utrzymywała głowę, kark pulsował, a lędźwie paliły żywym ogniem. Potrzebowała szybkiej ulgi, więc po wejściu do bloku natychmiast przybierała postawę orangutana: wlokła ręce po posadzce i wsiadała do windy. W tej pozycji wjeżdżała na ósme piętro, a potem ciągnęła za sobą tren z wypchanych toreb prosto do mieszkania.

Pewnego dnia, kiedy człapała z windy, zobaczyła na końcu korytarza Dominika. Ślepy i głuchy na wszystko zamykał drzwi. Ból pleców połączony z dzikim zmęczeniem wywołał wizję: syn odwraca głowę, upuszcza klucze, patrzy na skonaną matkę, a potem biegnie na pomoc – obraz w zwolnionym tempie, jak w czołówce Słonecznego patrolu. Wprawdzie Dominik nie miał na sobie kąpielówek, nie trzymał też pomarańczowej bojki na długim sznurku, ale i tak wyglądał lepiej niż David Hasselhoff. Jaki on przystojny… Z wrażenia aż jęknęła na cały korytarz.

– O, idziesz? To nie zamykam. – Syn odwrócił głowę i dostrzegł matkę, po czym ruszył do niej ospale, patrząc z kpiną na tren z reklamówek. – Więcej nie dało się kupić?

– Dało się, ale rąk mi zabrakło, żeby przynieść!

– Nic dziwnego, skoro każde badziewie pakujesz do oddzielnej reklamówki. Tu jedna papryka, tam dwie cytryny… – Przyglądał się przezroczystym woreczkom, jakie dyndały wokół wielkich toreb. – Zero logistyki, zero ergonomii. Albo się pracuje głową, albo mięśniami.

– Dominik!

– No co? – Grymasem podsumował jej bezmyślność. – Z Mają się umówiłem. Nie dzwoń na policję, jak zniknę do jutra, dobra?

– Może byś mi pomógł, zanim znikniesz?

– Nie przesadzaj. – Cmoknął ją od niechcenia w policzek. – Trzy metry ci zostały. – Obejrzał się, by oszacować odległość. – No, może sześć. Lecę, bo winda mi zwieje. Kocham cię. Pa!

Cóż… Marta miała większe szanse na romantyczne spotkanie z Davidem Hasselhoffem na plaży w południowej Kalifornii niż na pomoc syna lub męża w dźwiganiu zakupów przez kilka metrów korytarza.

Oprócz tego, że antycholesterolowa dieta uświadomiła jej zalety socjalizmu, udowodniła też, że dotychczas w kuchni tylko bąki zbijała. Uwięziona między garami uczyła się przyrządzania potraw, o których wcześniej nie miała pojęcia. Indyk w odtłuszczonym jogurcie. Pianka deserowa na chudym mleku. Biodynamiczne buraczki, oprószone ksylitolem (zamiast cukru), pławiące się w soku z kwaśnych jabłek i cytrynki (zamiast octu). Kotlety mielone z gotowanego kurczaka i warzyw rosołowych. Ciasto bez mąki na otrębach owsianych i siemieniu lnianym. Własna aromatyzowana oliwa z ziołami uprawianymi w korytkach na parapecie…

A wszystko niesłychanie pracochłonne, podawane jak w najlepszej restauracji, żeby efekt wizualny wynagrodził deficyty smakowe.

Raczyła swoimi specjałami nie tylko Roberta. Ona z Dominikiem też przeszli na cudowną dietę. Po pierwsze – zdrowa, a po drugie – w bólu trzeba się jednoczyć.

Czasami miała ochotę wyć z przepracowania, ale natychmiast przypominała sobie o cholesterolu męża – łapała za tarkę i wyżywała się na malutkich ekologicznych burakach, jeżdżąc nimi po ostrych krawędziach oczek z takim zapamiętaniem, że dopiero tryskająca do miski własna krew sprowadzała ją na ziemię. Robiła wtedy na palcach „laleczki” z bandaża i wracała do buraczanej egzekucji.

Z upływem tygodni złość przerodziła się w radość: spodnie, spódnice, sukienki i bluzki zaczęły dyndać luźno wokół pasa i bioder – najwyższa nagroda za kuchenne katusze. Poczuła się młodziej, lżej, pewniej. Jedno ją niepokoiło: dlaczego organizmy Roberta i Dominika nie zareagowały na dietę? Nie dość, że nie schudli, to wręcz przybrali na wadze. Jakim cudem? Przecież cała rodzina przestrzegała spożywania pięciu zdrowych posiłków dziennie.

Na zdrowy rozum, powinni ją prześcignąć, bo kiedy mlaskała nad gotowaną rybą, oni żuli rybie mięso, krzywiąc usta, jakby cierpieli na paradontozę. Jedli połowę tego, co ona, a ich waga, zamiast w dół, szybowała w górę – niepojęte!

– Gdzie dożeracie? – Pewnego dnia nie wytrzymała ich pełnych obrzydzenia min na widok potrawy, która miała zero cholesterolu i wymagała czterech godzin siedzenia w kuchni. – Albo się przyznacie, albo was zabiję! – Wobec zgodnego milczenia popartego głupimi uśmieszkami podniosła do góry nóż.

– Kebab jadłem. Ale drobiowy! – zapewnił Robert głosem świadomego pacjenta. – I jeszcze te… no… dwa hot dogi na CPN-ie.

– Na CPN-ie? – Dominik zmarszczył nos. – Wysoko­cholesterolowe musiały być: dziewięćdziesiąt osiem oktanów. – Zaśmiał się głośno z własnego żartu.

– Nie wierzę. Po prostu nie wierzę! – Marta wpatrywała się w męża, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. – Biegam po sklepach, sterczę godzinami przy garach, nakrywam stół jak dla biskupa! Wyłażę ze skóry, żebyś tylko był zdrowy! A ty robisz ze mnie idiotkę? Niszczysz wszystko śmierdzącymi kebabami i hot dogami?

– Wcale nie były śmierdzące.

– Ale trujące na pewno były!

– Nie były. Przecież żyję.

– O cholesterol chodzi!

– Daj spokój. – Robert odsunął talerz z rozgrzebaną rybą na szpinaku. – Kumpel z pracy powiedział, żebym się nie przejmował. Wiesz, że dzisiaj normy są celowo zaniżane? Kiedyś były znacznie wyższe. Cholesterol też. Specjalnie to robią, żeby nam wciskać różne tabletki.

– A ten kolega to kim jest? Lekarzem czy aptekarzem? – zapytała najspokojniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć.

– Kim ma być? Agentem ubezpieczeniowym. Mówiłem, że z pracy…

– Szlag mnie trafi! U agenta ubezpieczeniowego będziesz się leczył, jak cię miażdżyca zabije?

– Jak mnie zabije, to już u nikogo leczyć się nie będę musiał – odparł, spoglądając na Dominika. – Prawda, synu?

– Nie zabije cię miażdżyca! – Marta ponownie wystawiła nóż ząbkami w górę. – Ja to zrobię, idioto skończony! Nie szanujesz własnego zdrowia, to przynajmniej szanuj mnie!

– Mamo, wyluzuj. Żaden adwokat nie podejmie się obrony, jeśli zabijesz męża za to, że wolał kebab od szpinaku. – Dominik wziął przykład z ojca i odsunął talerz na kraniec stołu. – Jeśli mam dożyć setki na otrębach, to wolę, żeby mnie cholesterol zabił przed trzydziestką. Tego nie da się jeść. Też codziennie wciągam coś na mieście.

– Zabiję was obu! – Bała się, że zaraz wybuchnie płaczem.

Tren z reklamówek, pękający kręgosłup, sól himalajska, cukier z Madagaskaru, zioła w korytkach, krew na tarce…

– Trudno. Dostaniesz podwójne dożywocie.

– Przestrzegaliście przynajmniej pięciu posiłków dziennie? – Szukała pozytywnych efektów medycznej edukacji.

– Oczywiście! W domu jadłem śniadanie i kolację, a na mieście trzy obiady. – Po tym wyznaniu pokój zatrząsł się od chóralnego męskiego rechotu.

 

– Mniejsza o cholesterol… – Odchrząknęła. – Nie zauważyliście, że schudłam o dwa rozmiary na tej diecie?

– Schudłaś. – Robert nie podzielał jej entuzjazmu. – Ale mnie bardziej się podobałaś dwa rozmiary bogatsza. Przynajmniej było za co złapać – zaśmiał się rubasznie.

– Też cię wolałem w poprzednim wydaniu – zawtórował mu Dominik. – Wprawdzie za nic cię nie łapię, ale wtedy dało się z tobą żyć. A teraz? Jesteś sto razy bardziej wściekła niż normalnie.

– Ja?!

– A kto na nas wrzeszczy od pięciu minut? Ja? – syn przedrzeźniał jej podniesiony głos.

– No właśnie. – Robert natychmiast go poparł. – Sama sobie narobiłaś kłopotu, a na nas się wyżywasz. Czy myśmy prosili o to… – z odrazą wskazał na talerze – albo żebyś się odchudzała? Ja bym wolał, żebyś odzyskała stracone kilogramy.

– Popieram! Zbrzydło mi żarcie na mieście. Mamo, strasznie się stęskniłem za żeberkami po amerykańsku…

Dominik objął Martę, a mąż ucałował ją w obie ręce. Prześcigali się w zapewnieniach, do jakich heroicznych czynów się posuną, jeśli daruje im w końcu dietę antycholesterolową.

– Nigdy nie rzucę mokrego ręcznika gdzie popadnie!

– Każdą pustą butelkę po wodzie mineralnej wyniosę z pokoju!

– Naprawię, co każesz! Natychmiast!

– Ja też, jeśli tata nie znajdzie czasu! Albo razem naprawimy!

Złość Marty rosła wprost proporcjonalnie do ich radosnej żarliwości. Wiedziała, że ani jeden, ani drugi nie spełni tych obietnic.

– Róbcie, co chcecie! Jedzcie, gdzie chcecie! Mam was dość! – Wstała od stołu i z furią przeszła do kuchni, gdzie wyrzuciła do śmietnika rozgrzebaną zawartość talerzy. Nie zdawali sobie sprawy, ile pracy ją to kosztowało. Przecież dla nich, a nie dla siebie, się starała.

– Mamo…

– Wynocha!

Nie odzywała się do nich trzy dni, ale w końcu skapitulowała. Cóż mogła poradzić, że ich kochała?

Byli identyczni i od dwudziestu trzech lat tworzyli mocny sojusz. Kiedy Dominik przyszedł na świat, Robert też urodził się na nowo – zamiast dorosnąć do roli ojca, zdziecinniał.

Najpierw razem przechodzili etap niemowlęcy: domagali się bezustannej uwagi, towarzystwa w łóżku i karmienia na żądanie.

Po roku trafili do piaskownicy, gdzie, wchodząc w pierwsze relacje społeczne, zachowywali się podobnie.

– Tato! On mi zablał folemke!

– Walnij go łopatką. Jeśli nie odda, popraw wiaderkiem.

Trzymali sztamę i na etapie przedszkola. Marta kazała synkowi myć ząbki, układała go do snu i godzinę czytała bajki, a kiedy małe oczka zaczynały się zamykać, przechodziła w szept: „Po wielkiej łodydze fasoli Jaś wspinał się coraz wyżej i wyżej…”. Najczęściej w tym momencie drzwi od pokoju otwierały się z hukiem.

– Cześć, mały! A co to? Śpisz już? Tata wrócił z pracy! Chodź do tatusia! Masz ochotę na czekoladę?

– Tata! – Dominik wyskakiwał z łóżka i bawił się z ojcem do północy. Żaden nie pomyślał, że następnego dnia pobudka o siódmej. A wstawać rano obydwaj nie znosili…

W podstawówce oraz w gimnazjum przechodzili etap zafascynowania męskimi sportami, które wspólnie uprawiali: połamane ręce, rozbite głowy, zwichnięcia i drobniejsze, niewarte wspominania kontuzje. Dziecko radziło sobie z nimi zdecydowanie lepiej niż tatuś.

– Marta! Przynieś mi herbatę!

– Marta! Mamy coś przeciwbólowego?

– Marta! Nie mam co czytać!

– Marta! Telefonu potrzebuję!

– Marta! Okład już całkiem wysechł. Zrobisz nowy?

– Marta! Głodny jestem!

– Marta! Pomasuj mi kostkę, bo strasznie mnie rwie!

Nienawidziła wtedy swojego imienia.

Kiedy Robert przechodził po raz drugi podstawówkę i gimnazjum, był permanentnie zabandażowany, a domaganiem się opieki wyćwiczył struny głosowe tak, że gdyby miał talent muzyczny, zatrudniliby go w szczecińskiej operze.

Liceum spędzili, kontynuując sportową pasję, która przeszła z fazy uprawiania w fazę oglądania.

– Ale szmatę puścił! Prawda, tato?

– Jasne! Unikał kontaktu, bo się bał, że w kostkę go kopną. Mięczak!

Dwóch twardzieli, oprócz krytykowania kadry narodowej, siedziało na kanapie i zgłębiało tematy damsko-męskie, zaprzątające ich nastoletnie umysły.

– Synu! Skoro ona ci się podoba i chcesz ją poderwać, pamiętaj: nie zwracaj na nią uwagi. Ignoruj ją. Nie patrz, nie zagaduj. Zobaczysz, po godzinie sama do ciebie podejdzie.

– Co za bzdury wygadujesz? – wtrącała się Marta. – Odwrotnie powinien zrobić: porozmawiać, zaprosić do kina, kupić kwiaty.

– Dobra… – odpowiadali jednogłośnie z intonacją „nie znasz się”.

Po maturze Dominik dostał się na architekturę. Nieźle sobie radził. Nie dość, że jechał na piątkach i czwórkach, to znalazł dziewczynę. Maja była jego koleżanką z roku i spodobała mu się już podczas spotkań adaptacyjnych. Ignorował ją i na szkoleniu BHP, i na zebraniu w sprawie lektoratów, i na imprezie integracyjnej. Wtedy do niego podeszła i zagadała: „Cześć, Maja jestem. Zdaje się, że razem studiujemy. I chyba tylko ciebie jeszcze tu nie bardzo kojarzę…”.

Skojarzyli się na dobre.

Maja pochodziła z Koszalina, więc na czas studiów musiała znaleźć sobie lokum w Szczecinie. Początkowo mieszkała w akademiku, a potem na ciągle zmieniających się stancjach. Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że między jednym a drugim wynajmem nie miała gdzie się podziać, więc pomieszkiwała u swojego chłopaka. A raczej u jego rodziców…

Marta lubiła tę dziewczynę głównie dlatego, że syn przestał łazić po dyskotekach i nie wracał do domu w stanie upojenia alkoholowego, które nieodwracalnie zabija milion szarych komórek. Nie do końca jednak akceptowała rezydowanie Mai w ich domu.

– Czy ona nie czuje się przy nas skrępowana? A co na to jej rodzice? Ciekawe…

– Daj spokój. – Robert wzruszał ramionami. – Przeszkadza ci? Prawie z pokoju nie wychodzą. Naprawdę cię obchodzi, czy jej rodzice o tym wiedzą?

– Ja bym chciała wiedzieć, gdzie Dominik mieszka, co robi, z kim się spotyka…

– Przecież wiesz, gdzie mieszka, co robi i z kim się spotyka. Nie rozumiem, o co ci chodzi.

Nie była w stanie wytłumaczyć, o co jej chodzi, bo Robert rozwijał się w równym tempie z synem i dopiero dotarł do wieku studenckiego, więc – chociaż byli małżeństwem – dzieliła ich pokoleniowa przepaść.

Trudno zatem powiedzieć, czy to Dominik wdał się w ojca, czy może raczej Robert wdał się w syna. Jedno było pewne: im bardziej odkrywała, że mąż jest dziecinny, rozkapryszony lub zbuntowany, tym Dominik goręcej go wielbił. A ich sztama zacieśniała się z każdym dniem.

– Jaka cudna przypowieść! – Pewnego razu przerwała im oglądanie filmu, pokazującego znacznie częściej rozprute serią z karabinu wnętrzności niż twarze. – Posłuchajcie!

Z łaski oderwali na chwilę oczy od telewizora, a ona trzepnęła dłonią w gazetę i czytała ze wzruszeniem:

Bóg, tworząc kobietę, szósty dzień pracował bez wytchnienia i strudził się okropnie.

– Po co poświęcasz jej tyle czasu? – zapytał Go anioł.

– Widziałeś instrukcję? – zdenerwował się Bóg. – Nie może bać się wilgoci, ale nie może być plastikowa. Powinna składać się z tysiąca poruszających się detali, których nie da się wymienić. Musi utrzymać się na kawie i szczątkach bezkalorycznego jedzenia.

– A potrafi myśleć?

– Ha! Nie tylko myśleć! Wciąż musi dyskutować i udowadniać swoje racje. I dopóki istnieje jakiekolwiek wyjście z sytuacji, nie może powiedzieć: „stop, mam dość”.

– Oj, przepraszam, Panie, ale chyba twój model przecieka. – Anioł dotknął kobiecego policzka. – Trzeba ją uszczelnić.

– Nie przecieka. To łzy.

– A po co jej łzy?

– Poprzez łzy będzie wyrażała radość, smutek, gniew, ból, rozczarowanie, samotność, dumę, upokorzenie, namiętność, lęk, miłość, bezradność, wzruszenie…

– Panie! – przerwał mu anioł. – Naprawdę jesteś genialny!

– Co wy na to? – Marta walczyła z „rozszczelnieniem oczu”. – Piękne, prawda?

– Piękne – przytaknął beznamiętnie Dominik. – Przynajmniej masz winnego i nie będziesz się więcej wyżywać na mnie i na tacie. Do Boga zgłaszaj pretensje.

– Właśnie! – Robert natychmiast poparł syna.

– Do mężczyzn nie miał żadnej instrukcji. Zrobił was na oko, za bardzo nie dbał o efekt. Pewnie się nie spodziewał, że kiedyś wyleziecie z lasu.