Talizman złotego smoka

Tekst
Z serii: Albana #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nieznajomy cuchnął okropnie i był tak brudny, że chłopak nie był w stanie rozpoznać rysów twarzy ani wieku. Chrypliwy głos i pełne blizn dłonie kazały się jednak domyślać kogoś starszego, a Cal szanował starszych ludzi. Opanował odruch wstrętu, przyjął naczynie, wypił posłusznie jej całkiem smaczną zawartość i ocierając usta, przedstawił się:

– Jestem Calmin z klanu Fen, Jeździec z Równin Marth. Dzięki ci za posiłek i opiekę.

Nieznajomy popatrzył na niego, ale nie odezwał się. Chłopak poczuł się zakłopotany.

– Jak długo byłem... hę... chory?

– Wczora i dziś – zabrzmiała odpowiedź.

– Aha... Moje drzewka... – przypomniał sobie nagle. Próbował wstać, ale zakręciło mu się w głowie i byłby upadł, gdyby nie podparła go silna dłoń.

– Nic im. Tam som.

Cal odtrącił podtrzymujące go ramię i chwiejnie podszedł do sadzonek. Trzęsącymi się rękami chwycił drzewka i obejrzał je uważnie, sprawdził wilgotność mchu. Na szczęście wszystko było w porządku: mech był mokry, nie złamała się nawet jedna gałązka. Odetchnął z ulgą, a potem, korzystając z okazji, zniknął pomiędzy krzakami. Kiedy wrócił, jego towarzysz siedział przy ognisku i mieszał w misce brudnym paluchem, co jakiś czas spluwając do niej.

Calmin nie mógł pohamować obrzydzenia. Ułożył się na posłaniu, starając się nie patrzyć na obcego i na to, co robił przy ogniu. Próbował obliczyć, czy mimo tego postoju zdąży w wyznaczonym czasie na Równiny, kiedy usłyszał, że nieznajomy zbliża się do niego.

– Trza ci rane opatrzyć – usłyszał. – Obróć sie.

Usiadł ostrożnie, tak by uniknąć zawrotów głowy i napotkał czujne spojrzenie zielonych oczu.

– Dawaj rękę.

Wyciągnął ramię i łzy zakręciły mu się w oczach, kiedy brutalne palce szarpnęły nasiąknięty krwią gałgan. Zacisnął zęby i spojrzał. Kocie pazury rozorały ciało niemal do kości. Rana była rozległa, ale widać goiła się dobrze, bo popłynęła z niej krew, nie ropa, a płytsze zadrapania pokryły się różową błoną. Wolał nie patrzeć, jak jego towarzysz najpierw nakłada na zranienie maź z miski, a potem na powrót obwiązuje ramię tym samym, brudnym strzępem materii. Nie mógł też znieść fetoru bijącego od niemytego ciała i nigdy nie pranych szmat. Odwrócił głowę i zagaił.

– Poranił mnie ryś.

Cisza.

– Zabiłem go i wyciąłem pazury. Zrobię z nich naszyjnik, niewielu Jeźdźców ma taki. Pokażę ci...

– Dobra z nich była zupa.

– ...gdzieś tu były... Co?!

– Ano, zupa. A pazury leżom kajsiś w trawie.

– Aha.... Później ich poszukam. – Cal starał się, żeby jego głos brzmiał obojętnie. – A jutro pora mi ruszać dalej, nie mogę się spóźnić na Równiny... Nie pamiętam, jak się tu znalazłem – rozejrzał się. – Jechałem wzdłuż rzeki...

– Z kunia żeś zlecioł.

– Że co? – nie zrozumiał chłopak.

– Z kunia żeś zlecioł – powtórzył nieznajomy obojętnie. – Na łeb. Tam, o... – Machnął ręką, wskazując kierunek. – A jak znowuż zlecieć nie chcesz, to jechać jutro nie możesz. Za słabyś.

– Pojadę. I nie spadłem, Jeźdźcy nie walą się z konia na łeb. Musiałem przytomność stracić – zaperzył się.

Obcy wzruszył ramionami.

– Pojadę – powtórzył uparcie Cal.

– Woda nie opadła.

Chłopak zasępił się.

– Może do jutra opadnie. Żeby tak choć umyć się dało, pewnie śmierdzę...

Urwał i spojrzał z ukosa na nieznajomego. Zawstydził się, że wyrządził przykrość swemu opiekunowi. Ale ten potraktował jego słowa z całą powagą. Pochylił się i obwąchał go dokładnie.

– Nie śmierdzisz – stwierdził.

Calowi zachciało się śmiać. Pewnie, pomyślał. Twój smród zabija wszystko.

– I tak bym się umył. Pomógłbyś mi i na rzekę moglibyśmy spojrzeć. Ja muszę jechać... – powiedział głośno.

Wziął z juków mydło, czystą koszulę i ruszył nad rozlewisko. Za nim niechętnie podążył nieznajomy. Woda, wciąż wysoka i mętna, płynęła teraz leniwie, a na jej powierzchni unosiły się gałęzie i liście. Tu i ówdzie pojawiały się wiry, lecz widać było, że zaczyna opadać. Ubłocone i przygięte do ziemi trawy pokazywały, jak wysoko wcześniej sięgała. Uważając, by się nie ześliznąć, Cal ruszył wzdłuż brzegu. Gdy ledwie parę kroków dalej wypatrzył małą zatoczkę, rozebrał się szybko i z przyjemnością zanurzył w chłodnej toni. Kąpiel nie była łatwa, bo musiał uważać na opatrunek, a jego towarzysz, zamiast pomóc, przykucnął na brzegu i gapił się z nieskrywaną ciekawością na niezdarne ablucje.

Wieczorem Jeździec położył się wcześnie. Ciągle był słaby. Przed snem dostał kubek mocno gorzkiego naparu, ale wypił, nie krzywiąc się, bo najwyraźniej jego opiekun znał się na leczeniu. Obudził go trzask pękającej gałązki. Otworzył oczy i zobaczył wysoką sylwetkę pospiesznie oddalającą się od jego juków. Wstał cicho i podążył za nią.

Noc była pogodna. Deszcz i chmury przestały nękać ziemię, na niebie świecił księżycowy rogalik. Śledzona postać, przemykająca niczym duch po ścieżce, przystanęła nad sadzawką. Zrzuciła łachmany i zanurzyła się w jeziorku, wydając chrapliwy okrzyk, kiedy zimna woda obmyła nagie ciało.

Calmin schował się w wysokiej trawie i uśmiechając się, patrzył, jak nieznajomy ogląda kawałek mydła zabrany z jego sakwy, obwąchuje go, a potem próbuje ugryźć. Splunął z obrzydzeniem i zaczął się energicznie mydlić, a ze stawu dochodziły prychania, parskania i kichnięcia. Zakończywszy kąpiel, wyszedł na brzeg, ociekając wodą.

Drzemiący w trawie chłopak oprzytomniał, spojrzał i nie potrafił powstrzymać głośnego okrzyku zaskoczenia.

Na brzegu, skąpana w srebrnym księżycowym świetle, stała kobieta. Długie, mokre włosy otulały jej ciało do pasa. Odrzuciła je do tyłu, odsłaniając piersi i zamarła tak, słysząc poruszenie, a potem krzyk. Cal nie zauważył momentu, kiedy ruszyła w jego kierunku. Zaatakowała bez ostrzeżenia jak dziki zwierz, zębami i paznokciami. Złapał ją za ręce i zaczęli się szamotać w zroszonej trawie. Jeździec, mimo że ranny, był silniejszy. Przygniótł ją całym ciałem i spojrzał prosto w rozwścieczone zielone oczy.

– Przestań – wysapał. – Nie chciałem cię podglądać. Nawet nie wiedziałem, że jesteś kobietą. Poszedłem za tobą, bo grzebałaś w moich rzeczach.

– Puść mie – warknęła nieznajoma.

Cal zerwał się i pociągnął ją za sobą. Stali tak naprzeciwko, zadyszani, mierząc się nieprzyjaznymi spojrzeniami. Wreszcie chłopak odwrócił się i odszedł. Im dalej odchodził, tym bardziej przyspieszał kroku. Do obozowiska wpadł niemal biegiem i z impetem usiadł na posłaniu. W rękach trzasnęła mu złamana gałązka. Cisnął ją do ognia, a potem następną i jeszcze jedną. Położył się wreszcie i okrył kocem, odwracając tyłem do ogniska, ale nie spał.

Słyszał, jak po długim czasie kobieta wraca do obozu, jak siada przy ogniu, a potem szarpie się z czymś, jęcząc przy tym głośno. Nie wytrzymał i odwrócił się, żeby spojrzeć. Znów ubrana w te swoje cuchnące szmaty, usiłowała palcami przeczesać mokre włosy. Bezskutecznie, bo tworzyły plątaninę, jakiej Cal nigdy dotąd nie widział. Wstał, wyciągnął swój kościany grzebień i podał jej bez słowa. Wzięła, wetknęła we włosy i pociągnęła mocno.

– Auu – wrzasnęła. Grzebień utknął w splątanych lokach, a ona popatrzyła na niego z wyrzutem.

Chłopak westchnął, stanął za nią i, ostrożnie rozdzielając poszczególne kosmyki, wyciągnął grzebyk, a potem, pasmo po paśmie, zaczął czesać. Kobieta siedziała sztywna jak kołek, od czasu do czasu pojękując z bólu, ale kiedy grzebień przestał wreszcie szarpać, rozluźniła się.

Rozplątane włosy schły w cieple ogniska, nabierając miękkości, połyskując i mieniąc się czerwono na skrętach. Wydawało się, że chłopak czesze płomienie. Gniewne pomruki kobiety zamieniły się w ciche nucenie bez słów.

Grzebień już dawno luźno przesuwał się po pasmach, ale Cal nie przestawał czesać. Nie potrafił przestać. Dłonie mu zwilgotniały i poczuł, że znów ogarnia go napięcie, którego tak się wstydził. Grzebyk wyleciał mu z drżących rąk. Kobieta podniosła go i podała mu, ich palce zetknęły się na chwilę. Cal odskoczył jak oparzony.

– Gotowe – wychrypiał nieswoim głosem.

Spojrzała na niego, unosząc głowę. Dopiero teraz Cal zorientował się, że to nie dorosła kobieta, ale dziewczyna, młodsza od niego. Naelektryzowane podczas czesania włosy uniosły się, tworząc aureolę wokół owalnej twarzy. Wielkie zielone oczy lśniły niepokojąco. Wyglądała jak jeden z egzotycznych motyli, które syn Dalali widział w Crystonie.

Poruszyła się, potrząsając głową i magia chwili przeminęła. Przed nim stała zwykła dziewczyna w cuchnącym, wieśniaczym ubraniu, o skórze ciągle poznaczonej smugami brudu. Niezwykłe pozostały tylko włosy o barwie płomieni.

To przez ten ogień, pomyślał Jeździec. Przecież nikt nie ma czerwonych włosów.

– Zrób mi takie cóś – wskazała na jego warkocz. Znów więc do niej podszedł i niezgrabnie plącząc kosmyki, zaplótł warkocz.

– Potrzymaj – mruknął, podając jej końcówkę.

Podszedł do rozrzuconych bagaży i sięgnął do sakwy, szukając czegoś do związania. Jego ręce natrafiły na zasupłany sznurkiem woreczek, wyciągnął go więc i nagle przypomniał sobie ogrodnika Diaza. Namyślał się chwilę, a potem sięgnął jeszcze po butelkę z winem. Wziął to wszystko ze sobą i przyniósł do ogniska. Związał warkocz, potem odkorkował flaszkę.

– Napijemy się? – spytał. – To prawdziwe crystońskie wino. Dostałem je od... nieważne. Chcesz?

– No. Pić mi sie chce.

Cal spojrzał na miskę, która brudna leżała przy ogniu, a potem drżącą ręką wsypał trochę ziół wprost do butelki.

– To dla... lepszego smaku – wyjaśnił zmieszany. – Masz, pij.

Podał jej naczynie, a ona pociągnęła łyk.

– Dobre – mruknęła. – Na, tera ty...

 

Cal spróbował trochę. Wino smakowało wybornie. Podawali sobie butelkę, popijając powoli. Wzrok mieli coraz bardziej zamglony, zrobiło im się cieplej. Cal poczuł się wreszcie swobodniej. Ręce przestały mu drżeć, zniknęło skrępowanie. Gdzieś trzasnęła gałąź, konie zarżały. Chciał się podnieść i sprawdzić, czy w pobliżu nie przyczaiło się jakieś zwierzę, ale zachwiał się i opadł ciężko wprost na dziewczynę.

Nie odsunęła się. Calmin nieoczekiwanie stwierdził, że jedną ręką obejmuje ją w talii, a drugą błądzi po wypukłości rysującej się pod chłopską bluzą. Zachichotała, ale się nie odsunęła. Jej ciało przylgnęło do niego zapraszająco. Chłopak niezgrabnie pocałował ją w usta.

Nagle wszystko było jasne i proste. Niecierpliwie zrzucali z siebie ubranie. W świetle dogasającego ogniska Cal dostrzegł na jej piersi połyskujące złoto znamię, ale nie pozostawił sobie wiele czasu na podziwianie nagiego ciała. Posiadł ją niezdarnie, szybko. Sprawił jej ból, lecz żądza była silniejsza od współczucia. Może sprawiły to zioła, a może pragnienie dojrzewającego ciała, ale i łzy dziewczyny szybko obeschły. Był już świt, kiedy zmęczenie wzięło wreszcie górę nad uniesieniem wzmocnionym ziołową mieszanką. Zasnęli objęci, nadzy na mokrej trawie.

Cal budził się powoli. Pierwszym, co dotarło do jego świadomości był ogłuszający ból głowy, a potem uczucie wielkiej niewygody. Stopniowo zdawał sobie sprawę, że nie czuje na sobie ciężaru ubrania, ręce ma skrępowane, że okropnie chce mu się pić, a z rozbitej głowy sączy się krew, która zlepia powieki. Poprzez szum w uszach zaczął też rejestrować dźwięki: zgrzyt żwiru tuż przy uchu, trochę dalej gruby męski śmiech, parskanie zaniepokojonych koni i wreszcie stłumiony jęk. Mocno mrugając, udało mu się w końcu otworzyć jedno oko. Pierwsze, co zobaczył, to olbrzymi bucior, którego prawie dotykał nosem, depczący jego opaskę. Próbował unieść głowę i spojrzeć w górę, na właściciela owego buta, ale omal nie zemdlał. Zamknął znów oczy i czekał, aż świat zatrzyma się w miejscu. Kiedy otworzył je ponownie, but zmienił pozycję, a Cal patrzył wprost w kępę krzaków. Coś w niej zamigotało, wytężył więc wzrok.

Puchar Zaślubin, pomyślał zdziwiony. Dlaczego leży w krzakach?

Wtedy sobie przypomniał. Wino, zioła, a potem... Fala krwi uderzyła mu do głowy.

Pamiętam... Piliśmy z Pucharu... Co matka na to powie...

Nagły jęk przywrócił go do rzeczywistości.

Dziewczyna, pomyślał gorączkowo. Co z nią? Spróbował przekręcić głowę.

Tam. Widzę ją...

Jego nowo poślubiona żona leżała naga i związana, w odległości kilku kroków. Na szarej od brudu, gładkiej skórze odcisnęły się źdźbła trawy. Nie poruszała się w więzach, ale Cal przysiągłby, że to ona jęczała. Chłopak, wykręcając sobie niemal kark, odnalazł wzrokiem napastników. Byli utytłani błotem i zarośnięci, ubrani w chłopskie siermięgi, z narzuconymi na wierzch kamizelami z owczych skór. Przeszukiwali ich juki, kłócąc się zawzięcie.

– Mówiłem, że nie warto – dowodził najwyższy. Pod opadającą na czoło krzywo przyciętą grzywką widać było zrośnięte brwi, co nadawało mu groźny, ale i trochę groteskowy wygląd. – To gówniarze, gołodupcy. Tylko ten medalion może być cóś wart.

Drugi, w znanych już Calowi butach, przetrząsał właśnie jego sakwę.

– Nic, kurde, tu nie ma. Parę brudnych szmat i tyła. Ale za konia powinni dobrze zapłacić. To równańczyk...

– To biermy go i uciekajmy. Jeszcze się kto przypląta – odezwał się ktoś trzeci, kogo Calmin ze swego miejsca nie widział. – A tym dać w łeb i do rzeki. Śladów nie będzie...

– Zara, zara. Nie tak prędko... Z dziewczyny, póki żywa, pożytek może być, nie? – zarechotał pierwszy obleśnie. – Tyle naszego...

Ten, który grzebał w ich jukach, odrzucił sakwę Jeźdźca i Cal usłyszał złowieszczy trzask.

Moje drzewka, pomyślał. Złamał moje sadzonki. Wszystko przepadło... Co on gadał? Coś o dziewczynie...

Bandyta przeszukiwał teraz jej bagaż. Widać lubił dokładność i nie chciał niczego przeoczyć. Wziął torbę i odwróciwszy ją do góry dnem, wytrząsnął, wysypując zawartość na trawę. Z sakwy z brzękiem posypały się złote monety. Utworzyły w trawie niemały stosik, połyskujący wesoło w porannym słońcu.

– O, kurde... – wystękał zaskoczony bandzior. – Toż to majątek. Patrz, Wilek...

W polu widzenia Cala pojawił się trzeci napastnik. Ukląkł i zanurzył ręce w kupce monet. Włożył jedną do ust i wypróbował zębami.

– Prawdziwe – sapnął. – Niech mnie Bengh sierpem ogoli, prawdziwe złoto. Będzie ze sto sztuk. A ty mówiłeś, że to gołodupcy...

Sprawdził jeszcze parę krążków, mamrocząc coś pod nosem, a potem szybko zaczął zgarniać monety z powrotem do sakwy.

– Dobra, kończmy i wynośmy się stąd – zarządził.

– Mówię, zara. A jak wy nie macie chęci, to bierta chłopaka i do rzeki z nim. Dziewucha poczeka... – sprzeciwił się pierwszy.

Cal już od dobrej chwili szarpał się w więzach, starając się uwolnić, ale bandyci mocno zadzierzgnęli supły. Jego gwałtowne ruchy przyciągnęły tylko ich uwagę.

– Co, popatrzeć chcesz, jak się z nią zabawiamy? – mlasnął któryś i zaczął ściągać portki. Cal wrzasnął z wściekłości i bezsilności.

– Nie dotykej mnie!

Gardłowo wypowiedziane słowa leżącej dotąd nieruchomo kobiety zaskoczyły wszystkich. Napastnik zamarł w bezruchu.

– Rozwiążcie go!

Zimna furia w jej głosie docierała wprost do umysłu Cala, mrożąc mu krew w żyłach, wywołując gęsią skórkę na ciele. Nie słyszał dotąd, żeby ktoś mówił w taki sposób. Bezmyślnie patrzył, jak dwóch zbirów posłusznie podchodzi do niego i przecina więzy. Chciał się podnieść, ale zmartwiałe członki sprawiły, że kolana się pod nim ugięły i miękko osunął się z powrotem na ziemię. Zaczął się więc czołgać do dziewczyny, a potem niezdarnie rozsupłał jej pęta zdrętwiałymi palcami.

Trzej bandyci trwali nieruchomo niczym głazy. Dziewczyna wstała niezgrabnie, opierając się o Cala. Wyglądała żałośnie. Przeraźliwie chuda, ze sterczącymi żebrami, potarganym warkoczem. Na ciele znać było czerwone pręgi po więzach, a na piersi, odbijając promienie słońca, lśniło znamię. Miało kształt smoka o rozłożonych skrzydłach. Cal patrzył, jak porusza się w rytm oddechu. Drżała i gdyby nie podtrzymujący ją chłopak przewróciłaby się, ale zielone oczy jarzyły się niczym płomienie, a głos brzmiał pewnie.

– Ostawcie to wszytko!

Wypełniona monetami sakwa zabrzęczała przy upadku. Obok spadł medalion.

– Ściągać portki, juże!

Trzech zbirów rozdziało się szybko, błyskając nagimi pośladkami.

– Żadyn już kobity nie tknie, póki żyw bedzie – powiedziała dobitnie dziewczyna. – A tera won w las!

Bandyci, bez słowa protestu, nie oglądając się, popędzili w stronę widocznych za rzeką drzew.

Utopią się, pomyślał Cal, patrząc w osłupieniu za nimi. Dziewczyna osunęła się na niego bezwładnie, na ciele lśniły kropelki potu, a zielone oczy zamgliły się jak przy olbrzymim zmęczeniu. Oddychała krótko, urywanie i dygotała niczym w gorączce. Oprzytomniał. Ułożył ją delikatnie na trawie i okrył leżącym opodal kocem, ubrał się szybko i znalazł bukłak z wodą. Przytknął go do bladych warg leżącej, a potem sam się napił.

– Mosz krew na łbie – usłyszał cichy szept.

Dotknął czoła i natrafił na spory guz. Na rękach poczuł ciepłą wilgoć.

– To nic – mruknął, patrząc na pokrwawione palce. – Leż tu. Sprawdzę, czy naprawdę odeszli.

Ruszył w stronę rzeki przez pobojowisko, którym stał się ich obóz. Ogień wygasł, przewrócony na bok kociołek był pusty. Powyciągane z juków rzeczy i derki z ich posłań walały się dookoła.

Sadzonki... Mój łuk, nóż, pomyślał w panice, rozglądając się dookoła.

Drzewka leżały przygniecione drobiazgami wywalonymi z toreb, odrzucone na bok. Trzęsącymi się rękami Cal wyciągnął je spod stosu ubrań. Jedno złamało się w pół, a gałązki zaczęły już usychać. Łzy zakręciły mu się w oczach. Druga sadzonka ocalała, ułamała się tylko jedna gałązka, ale mech opatulający korzenie był nienaruszony, choć całkiem suchy. Wziął łuk i ruszył nad rzekę. Woda opadła, a w mule wyraźnie odcisnęły się ślady stóp. Kiedy wytężył wzrok, na drugim brzegu dostrzegł niewyraźne sylwetki.

– I dobrze – mruknął do siebie. – Kłopot z głowy...

Napełnił bukłak i przyklęknął nad płynącą teraz leniwie wodą, patrząc na swoje falujące odbicie. Jego twarz przypominała upiorną maskę. Obmył się ostrożnie i zrobił sobie opatrunek z zamoczonego w wodzie kawałka koszuli. Potem wrócił do obozu. Zwilżył drzewko i podszedł do dziewczyny. Wciąż leżała opatulona kocem. Potrząsnął ją za ramię.

– Dobrze się czujesz? Nic ci nie zrobili? – spytał.

Pokręciła głową bez słowa.

– Wezmę łuk i pójdę w stronę tamtych drzew, może uda mi się coś upolować. Nie mamy nic do jedzenia – burknął. – Dasz sobie radę?

– Mhm.

Odwrócił się więc i odszedł.

Słońce stało już wysoko na niebie, a Cal ciągle krążył pośród drzew. Nie udało mu się niczego upolować. Głowa bolała go coraz bardziej, odezwało się także zranione ramię – nie posłużyły mu mocne więzy nałożone przez bandytów. Kiedy wreszcie wypatrzył okazałego dropa, zawiodła go zręczność i zmarnował strzałę, która utkwiła wysoko pomiędzy gałęziami. Powłócząc nogami, zawrócił do obozu. Pobojowisko było już uprzątnięte, ogień płonął raźno, sypiąc iskrami, pachniało przypalone mięso. Zza krzaków wyłoniła się dziewczyna prowadząca konie. Calmin ze wstydem uprzytomnił sobie, że zapomniał o zwierzętach.

– Ryb nałowiłam – mruknęła, nie patrząc na niego. – Zjisz?

Skinął głową, czując, jak narasta w nim złość. Nie tak miała wyglądać jego przygoda. To on miał być obrońcą, bohaterem ratującym bezbronne kobiety z rąk bandziorów, on miał zdobywać pożywienie, zapewniać bezpieczeństwo. Tymczasem najpierw spadł z konia jak małe dziecko, potem się rozchorował, spił siebie i przygodnie poznaną dziewczynę, uwiódł ją, poślubił w pijanym widzie, a potem omal nie zginął, nagi i związany niczym prosię. Nie zdołał nawet trafić w powolnego, tłustego ptaka, który zdawał się naigrywać z jego niezdarności. Na dodatek ciągle czuł mdłości i zawroty głowy, a w brzuchu burczało mu z głodu. Nie umiał odmówić, kiedy jego tylko co poślubiona żona podała mu zawiniętą w liść przypaloną rybę. Zjadł ją szybko, parząc usta i wypluwając ości, ale gorąca woda z dodatkiem ziół podana w pucharze wzbudziła jego nieufność.

– To na wzmocnienie – sarknęła dziewczyna, widząc, jak przygląda się miksturze. – Nie takie jak twoje... – dodała złośliwie.

– Nie powinnaś tego podawać w Pucharze Zaślubin – mruknął. – On służy tylko do ceremonii ślubnych.

– Przecie wczora sam mi go wetkłeś w ręce – zdziwiła się. – Nie pamiętosz?

– Pamiętam. Nie będę się wypierać tego, że wzięliśmy ślub – odpowiedział ostro.

– Jaki ślub? Cóś ty mi zrobił?! – wrzasnęła dziewczyna, a jej zielone oczy zalśniły niebezpiecznie. Dopiero teraz Cal zauważył, że naprawdę jej włosy płoną jaskrawą czerwienią. Nagle przestraszył się tej dziwacznej osoby.

– Czego się tak gapisz? – warknął. – Mnie też każesz biegać goło?

Dziewczyna syknęła jak rozłoszczona kotka. Cal nagle poczuł zimne ciarki wzdłuż kręgosłupa.

– Kim ty jesteś? – wydusił przestraszony. – Każesz trzem osiłkom ganiać po polu bez portek, a oni słuchają cię jak psy... Co im zrobiłaś? Co chcesz zrobić mnie? Przestań, słyszysz, przestań!!! – Cofnął się.

Dziewczyna opanowała się trochę. Odetchnęła głęboko, a jej oczy straciły swój niezwykły blask.

– Odczep sie – mruknęła. – Jużem cie widziała bez portek. Ale jak chcesz trocha goło polotać...

– Nie – odetchnął chłopak. – Tylko chciałbym wiedzieć, co się stało.

Wzruszyła ramionami.

– Posłuchań i już. Nie twój interes – powtórzyła ulubione powiedzonko Worama i nagle znów się zdenerwowała. – Co to za ślub, o którym żeś godoł?

– Nie wiesz, co to ślub? Kobieta i mężczyzna przysięgają sobie miłość i do śmierci już są razem. Mają dom, dzieci – tłumaczył. – Byliśmy trochę, eee... kiedy piliśmy z Pucharu, ale to nieważne. Poślubiłem cię, jesteśmy małżeństwem i nic tego nie zmieni.

– Godej zdrów! – krzyknęła. – Ja żodnego ślubu z tobą nie brała i żadnym małżeństwem nie bede...

– Ale wypiłaś ze mną z Pucharu, tak? – wrzasnął Cal wytrącony z równowagi. – Wedle prawa jesteśmy teraz mężem i żoną do końca życia...

– Gówno mie obchodzi, czy bedziesz mioł żone czy ni... A mnie chłop nie potrzebny, dopiero co ucikłam od takiej gnidy... Zdech jak pies, a ty, jak mie jeszcze raz obłapisz, tyż tak skończysz!

 

Wyrwała mu Puchar z ręki i ze złością cisnęła w krzaki. Cal rzucił się za nim. Gwałtowny ruch sprawił, że zakręciło mu się w głowie i runął jak długi wprost u stóp rozgniewanej dziewczyny.

– Wstawej, czego leżysz jak glista – warknęła.

Jeździec poruszył się i niezgrabnie próbował wstać, upokorzony do ostatecznych granic. Zamiast tego poczuł, jak osuwa się w ciemność. Stracił przytomność.

Ocknął się, czując na czole wilgotny dotyk, a na policzku nieprzyjemne łaskotanie. Poruszył ręką, chcąc odgonić tę natrętną muchę i palce zaplątały mu się w gęstwinę skręconych, rozczochranych włosów.

– Leż spokojnie – usłyszał znajome chrypliwe burknięcie – bo sie na śmierć wykrwawisz. Na, pij...

Tym razem bez protestów przełknął cierpki płyn.

– Dziękuję – wymruczał niechętnie.

Związała mu mocno opatrunek na głowie i przysiadła obok na piętach, wpatrując się w niego uważnie. Najwyraźniej złość jej przeszła. Cal również usiadł. Stojące w zenicie słońce sprawiło, że włosy dziewczyny lśniły niczym ogień. Nie mógł się powstrzymać. Wyciągnął dłoń i dotknął rudego kosmyka.

– Jakie piękne – szepnął mimo woli. – Wyglądają jak płomienie... Nigdy nie widziałem takiego koloru włosów.

Dziewczyna wzdrygnęła się, ale nie odsunęła.

– Mei tyż tak gadała – mruknęła. – I Kagan...

Po jej twarzy przemknął cień.

– Mei to twoja matka? – spytał ostrożnie, żeby jej nie spłoszyć.

Potrząsnęła głową.

– Matkę mi Kerany ubiły, jak dzieckiem byłam. Mei mnie od maleńkości w swojej chacie hodowała. Była znachorką, na ziołach sie rozumiała jak nikt. Tyn parszywiec ją zabił, a przedtem... tfu, niech go zaraza. A przecie umierająca była i stara już... I Kagana tyż zamordował. Ja go w lesie naszła... Gardło mioł poderżnięte i zimny był. – Rozpłakała się nagle, a Cal odruchowo przytulił ją do siebie.

– Cii – szeptał, kołysząc ją w ramionach i gładząc po zmierzwionych włosach. – Już dobrze...

– Mieli my razem wyjechać, Kagan i ja. Mei tak chciała. A on ją zamordował... Ale odpłaciłam mu za to. A potym sama uciekłam z lasu. Ino kunia zabrałam i te piniądze żem z dziupli wyjęła.

– Kochałaś go?

– Kogo? – Nie zrozumiała.

– Tego Kagana. Skoro mieliście razem uciec?

– Dobry był z niego chłop. Żarcie nam przynosił i chate naprawił. O kunie dbał... Ino poważania we wsi ni mioł, przez Worama – chlipnęła.

– A dokąd jechałaś?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– A bo ja wim? Pierw traktem, ale ludzi sie wystraszyłam... Wyglądali, jakby mie ubić chcieli...

Cal wziął jej twarz w swoje ręce i palcami otarł łzy.

– Słuchaj – szepnął. – To nie tak miało być... Ale wypiliśmy z Pucharu i przepadło. Pojedziemy razem na Równiny. Jak uda mi się dowieźć drzewko, może wybiorą mnie wodzem. A jak nie, to i tak zostaniesz ze mną. Nie będzie ci źle, obiecuję. Potwierdzę to małżeństwo przed klanem. Odtąd będziesz się zwać... A niech to, nie wiem nawet jak ci na imię!

Dziewczyna spojrzała na niego swymi zielonymi jak leśny mech oczyma.

– Albana. Mie na imie Albana.

– Więc będziesz Albaną da Fen, żoną Calmina z klanu Fen, Jeźdźca z Równin Marth.

Albana namyślała się chwilę.

– A bić mie bedziesz? – spytała wreszcie.

Calmin odsunął ją od siebie tak, żeby móc jej spojrzeć prosto w oczy.

– Nie – powiedział poważnie. – Nigdy cię nie uderzę. Słowo honoru.

– To i zostanę z tobą. Mie tam wszytko jedno...

Cal zdusił ogarniający go histeryczny śmiech.

Wszystko jej jedno, z kim będzie do końca życia, żeby tylko nie bił, pomyślał. Ja to mam szczęście. Wypuścił ją z objęć i spróbował wstać. Udało mu się to przy pomocy dziewczyny.

– Ciągle jeszcze za słaby jestem, żeby jechać – westchnął. – Ale jeśli ruszymy jutro o świtaniu i pojedziemy przez Loen, to może jeszcze zdążę na czas.

– Loen?

– To stolica Imeskarii. Tam mieszka król i stamtąd zarządza wszystkimi prowincjami...

– Aha – mruknęła bez zrozumienia.

– Wyjaśnię ci, tylko... Strasznie głodny jestem. Można by nałapać jeszcze trochę ryb? Nie były złe.

Całe popołudnie i wieczór Cal spędził na opowiadaniu swej dzikiej żonie o kraju, w którym żyli, o morzu, które ledwo co widział i o ukochanych Równinach. Mówił jak najprościej, tak by Albana zrozumiała jego słowa, ale nie oczekiwał wiele. Jednak dziewczyna miała dobrą pamięć i była bystrzejsza, niż sądził.

Do snu ułożyli się razem. Cal starał się nie myśleć o przytulonym do niego dziewczęcym ciele i nie potrafił. Leżał w ciemnościach wpatrzony w gwiazdy, czując ciężar jej głowy na ramieniu, łaskotanie kosmyków na policzku, bicie serca, ciepło szczupłego ciała. Wreszcie drżącą ręką dotknął włosów, pogładził po twarzy. Skórę miała szorstką, pełną zadrapań, ale jemu wydawała się delikatna jak aksamit. Dziewczyna zamruczała cicho i przywarła do niego mocniej, jej ręka zaczęła błądzić po nagim ramieniu, ominęła opatrunek i rozpoczęła wędrówkę po torsie.

Cal jęknął. Poszukał rozcięcia bluzy, którą miała na sobie i wsunął dłoń, natrafiając na drobne piersi. Palcami wyczuł znamię. Nie potrafił powiedzieć, skąd wie, że jest właśnie w tym miejscu.

– Skąd to masz? – spytał ochryple.

– Mei godała, że to smocze nasienie... – szepnęła mu wprost do ucha. – Zawszeć je miołam, ino nie było takie wyraźne. A bo co?

– Nic, nieważne... – mruknął. – To wszystko nieważne.

Dotykał niezgrabnie delikatnej, jasnej skóry, całował usta, wreszcie zanurzył się w niej, znajdując spełnienie. Czuł, jak smukłe ciało pręży się pod nim, jak dziewczyna jęczy, a jej żrenice rozszerzają się – nie wiedział, czy z bólu, czy pod wpływem emocji. Objął ją więc i przytulił, pogładził po policzku.

– Nie płacz – szeptał. – Nie chciałem zrobić ci krzywdy. Jeśli mnie nie chcesz, to będziemy spać osobno...

– Głupiś – odburknęła po swojemu, ale w jej głosie nie było złości. – Tyś nie taki jak Woram i inne Kerany. A tera śpij, bo świtem mamy ruszyć, nie?

Ułożyła się wygodnie, oplotła go nogami i po chwili Cal usłyszał jej równy, spokojny oddech.

Zasypiał, mając przed oczami jej postać tego pierwszego wieczoru, kiedy stała przy ognisku. Egzotycznie piękna i dumna, a jednak dziwnie bezbronna. Bezbronna? Był zbyt zmęczony, żeby rozważyć tę myśl.

Następne dni spędzili w podróży. Cal spieszył się. Wierzył, że przy odrobinie szczęścia zdąży na Równiny. Pogoda znów była sprzyjająca, ziemia obeschła, a najgorsze bezdroża pozostały za nimi. Gnali więc przed siebie i z każdą chwilą zbliżali się do Loenu, stolicy Królestwa Imeskarii.

Cal odwiedził już Loen w drodze na południe, trudno zresztą było go ominąć, bo tu krzyżowały się wszystkie główne drogi. Choć pierwszy raz oglądał wtedy prawdziwe miasto, był szczęśliwy, kiedy je wreszcie opuścił. Tłumy ludzi nieustannie przemieszczające się wąskimi uliczkami, hałas i smród ścieków były nie do zniesienia dla kochającego otwarte przestrzenie Jeźdźca. Ogrom kamiennego królewskiego zamku i przepych świątyń, mimo których przejeżdżał, budziły bardziej zdumienie niż zachwyt. Nie palił się, aby ponownie je ujrzeć, ale ominięcie miasta zajęło by zbyt dużo czasu. Miał zresztą nadzieję, że w Loenie uda mu się kupić trochę żywności, tak by nie tracić czasu na polowanie, i bardziej odpowiednie stroje dla Albany. Nie chciał, żeby stanęła u jego boku na Równinach ubrana w śmierdzące łachmany. Pieniędzy mieli przecież dosyć.

Ludzka rzeka zatarasowała miejskie bramy. Wieśniacy, mieszczanie i wojownicy kłębili się, popychając, przeklinając i gadając jeden przez drugiego. Piękny poranek zamienił się w upalny dzień. Calmin i Albana zmęczeni po całym dniu jazdy wmieszali się w ciżbę, starając nie stracić się z oczu. Długo trwało, nim wreszcie przekroczyli rogatki.

Dziewczyna, znużona i spocona pod grubym płaszczem, którego kaptur ciągle okrywał jej rude włosy, opierała się o Cala bliska omdlenia. Była oszołomiona i przestraszona widokiem tylu ludzi. Gapiła się bez słowa na piętrowe kamienice, na rażące jaskrawymi kolorami stroje, na kramy. W głowie jej się kręciło od odoru rynsztoków, resztek gnijących na ulicach i pomieszanych z nim zapachów jadła, nieznanych przypraw i pachnideł.