Dzień ofiarnyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dzień ofiarny
Dzień ofiarny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 13,98  11,18 
Dzień ofiarny
Dzień ofiarny
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
7,99  5,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Dzień ofiarny

Saga

Dzień ofiarny

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726918205

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

To była paskudna noc. Gazowe latarnie oświetlały zalane deszczem ulice, w kanałach szumiała woda, wiatr rozwiewał dym z kominów. Koła nielicznych o tej porze dorożek ślizgały się po mokrym bruku, wilgoć przesiąkała do wnętrza brezentowych bud i osadzała się na ubraniach i kapeluszach pasażerów. Trąbił klakson automobilu.

− Paskudna noc − smarknął Bob Telson i poprawił mundur.

Bob bez przerwy poprawiał mundur. Uniform znów zrobił się za ciasny − pił pod pachami i nie dopinał się na brzuchu, a kołnierz uciskał go w szyję. Ale co mógł poradzić? Uwielbiał drożdżowe ciasto swojej Fran, grubo posmarowane masłem i truskawkową konfiturą, pieczeń z sosem, a na śniadanie bekon otoczony warstwą przypalonego tłuszczu.

Był grubasem, chociaż wolał określenie „dobrze zbudowany”.

− Dziś jest dwudziesty trzeci − mruknął George.

Telson wzruszył ramionami. Nie wierzył albo udawał, że nie wierzy w klątwę dwudziestego trzeciego.

− Paskudna noc − powtórzył i wyciągnął z torby kanapki przygotowane przez żonę: cztery pajdy chleba, jajka na twardo i kawałek pachnącej czosnkiem kiełbasy.

Stojący na kozie czajnik zabulgotał. George nalał wrzątku do czterech kubków i jeden nakrył spodkiem. Lubił mocną kawę, niezbełtaną mlekiem i cukrem.

Kiedy kończyli jeść, zegar na wieży zaczął wybijać dziesiątą. Zanim rozległo się ostatnie uderzenie w drzwiach stanęli William i John, jakby czatowali przed progiem. Strzepnęli deszcz z peleryn i wyciągnęli ręce po kubki. Kawa jeszcze nie ostygła, więc siorbali, parząc sobie usta i ogrzewając palce.

− Paskudna noc − mruknął John.

− Dziś jest dwudziesty trzeci…

John ciągnął, jakby nie dosłyszał.

− U Averych znowu awantura. Stary Josh potrzaskał wszystkie garnki, w zamian Maybel dołożyła mu polanem i paskudnie poraniła.

− A Bert Smith prawie się utopił. Zsunął się z nabrzeża i trzeba go było wyławiać − uzupełnił William.

− Pijany? − zapytał Bob, pakując do ust ostatni kawałek kiełbasy.

− Jak bela. Nawet woda nie zmyła jego smrodu − zarechotał John.

William dołączył do tego rechotu z opóźnieniem, jakby musiał się zastanowić, czy słowa Johna można uznać za zabawne, ale Will zawsze wolno myślał. Mimo to był dobrym policjantem − obowiązkowym i silnym − pod warunkiem, że ktoś mówił mu, co ma robić.

George się nie śmiał. Wstąpił do policji, bo chciał rozwiązać zagadkę dwudziestego trzeciego marca, ale nikt poza nim nie wykazywał zainteresowania tą sprawą. Jakby ta noc nie istniała, jakby co roku nie ginęło dziecko. Jakby siostra George’a nigdy się nie urodziła i nie zniknęła dwudziestego trzeciego marca.

Bob wreszcie przełknął kiełbasę, popił kawą, strzepnął i starannie złożył serwetkę w niebieską kratę, w którą Fran zawsze pakowała kanapki. George już ubrał pelerynę i czapkę, poprawił pałkę, naciągnął rękawiczki.

Wyszli na patrol. Na ulicach zrobiło się całkiem pusto, deszcz zmieszał się ze śniegiem, mokre płatki osiadały na twarzy, wciskały się za postawione kołnierze, przenikały przez podeszwy marnych butów. Gdzieś daleko, z centrum miasta, gdzie stały solidne kamienice i murowany kościół z wysoką wieżą, gdzie pyszniły się fasady budynków publicznych, a dla bezpieczeństwa na noc zamykano parki, dochodził turkot powozu. Może jechał nim spóźniony bywalec opery albo dżentelmen, który zasiedział się w klubie? Tam, za dnia, po ulicach przechadzali się panowie w melonikach i ciepłych płaszczach, i eleganckie panie w kapeluszach przystrojonych piórami. Nianie w granatowych okryciach popychały wózki z niemowlakami, sztywne guwernantki pilnowały panienek z kokardami we włosach i młodych paniczów. Wieczorami z jasno oświetlonych domów dochodziły dźwięki fortepianów i skrzypiec, w salonach zbierało się towarzystwo dam i dżentelmenów − dyskutujących, tańczących, śmiejących się, palących cygara i popijających whisky albo cherry z kryształowych kieliszków.

Od tamtej dzielnicy Doki oddzielała ulica Graniczna. Z jednej strony widać było ślepe ściany wysokich domów przypominających średniowieczny mur, z drugiej dawne magazyny. Ten stojący najbliżej posterunku zaadaptowano na sklep, oznajmiał o tym krzywo wiszący, odrapany szyld. Następny był kościół z krzyżem nad drzwiami i zakład pogrzebowy. Pozostałe stały puste. Deski, z których je zbudowano poczerniały ze starości, wypaczyły się i zmurszały, w pomieszczeniach gnieździły się nietoperze.

Mieszkańcy Doków czasami wyprawiali się do city − mężczyźni załatwiali urzędowe sprawy, szwaczki i praczki dźwigały kosze z bielizną, pan Holcomb, właściciel sklepu woził stamtąd towary. Miastowi, prócz pastora, który raz w tygodniu odprawiał mszę i jego żony prowadzącej niedzielną szkółkę, nie odwiedzali Doków nigdy. Nocą, ulicą Graniczną chodzili tylko policjanci.

Wiatr zawodził na wantach starej „Lucy Bell” smętną piosenkę, jęczały deski, z których ułożono pomost. George i sapiący z wysiłku Bob Telson dotarli do dawnego portu, gdzie świeciła ostatnia latarnia, minęli pomost na chwiejących się balach i majaczący na horyzoncie wrak. Mogli z czystym sumieniem zawrócić, mimo to George skręcił w ciemne zaułki.

Tu panowała cisza. Pokrzywione ze starości domy wyglądały jak opuszczone, z zaryglowanymi okiennicami i drzwiami, jednak George’owi zdawało się, że słyszy przyspieszone oddechy i czuje smród strachu ukrytych w środku ludzi. On kiedyś też tak czekał, skulony na łóżku, z mocno bijącym sercem i rękami lepkimi od potu.

George wychował się Dokach. Znał tu każdy kąt i każdego mieszkańca. Wiedział, że starą Beth łamie w krzyżu, najmłodszy dzieciak Josepha już pluje krwią i pewnie niedługo dołączy do swoich braci i sióstr na cmentarzu, a młody Bill Wilkins kręci się koło Peggy Malstrom. Wiedział o miejscu za starym żurawiem, w którym chłopcy opróżniali pierwszą w życiu butelkę samogonu wykradzioną ojcu czy bratu i o kącie w szopie, odgrodzonym od reszty pomieszczenia parawanem z krzywych desek, gdzie dziewczyny traciły dziewictwo. Nie potrzebował światła, aby się zorientować, że właśnie mijają dom Smithów − nawet deszcz nie zmywał smrodu dochodzącego z chlewika i odruchowo ominął błotnistą kałużę wody zmieszanej z gnojówką.

Bob o niej zapomniał i unurzał się po kostki w cuchnącym, rzadkim błocku.

− Szlag by to − pomstował po cichu, tupiąc przemoczonymi butami. − Przez ciebie dostanę kataru! − oskarżył George’a i kichnął jakby na potwierdzenie.

W nocnej ciszy to kichnięcie rozległo się jak wystrzał. Bob wytarł nos rękawem i rozejrzał się niespokojnie. W tej chwili George zrozumiał, że Telson udaje nieświadomego, ale naprawdę jest tak samo przestraszony, jak czający się w domach inni mieszkańcy Doków.

Dlaczego, zamiast hodować swój strach i biernie mu się poddawać, nie staną mu naprzeciw, pomyślał ze złością George. Powinni wyjść na ulice, rozświetlić ciemność pochodniami, przetrząsnąć każdy kąt i wykurzyć tę bestię ze swojej nory! Ale nie, łatwiej jest udawać, że nic się nie dzieje i raz do roku poświęcić jakąś Mary albo Jamesa…

− Na zdrowie − powiedział głośno, na przekór tej ciszy i strachowi.

Skręcił za róg gospody, w ciemność. Bob zerknął w stronę bladej łuny rzucanej przez latarnię, a na jego okrągłym obliczu wyraźnie odbijała się rozterka: wracać samemu jasno oświetloną drogą, czy towarzyszyć George’owi w mrocznym patrolu? Po chwili powlókł się za młodszym kolegą.

Rozłożysta ściana gospody, jedynego murowanego budynku w Dokach osłoniła ich przed deszczem i przenikającym do szpiku kości wiatrem. Kiedy Bob się potknął i dla równowagi położył na niej rękę, okazała się ciepła. Po drugiej stronie był komin i żar ogrzewał mur. W dodatku kamienie zdawały się być przesiąknięte zapachem piwa. Bob oparł się o ścianę, grzejąc plecy i z lubością wdychał kwaśny zapach.

George także przystanął zaniepokojony nagłą ciszą. Wtedy usłyszał zgrzyt, jakby coś drapało po kamieniach. Odwrócił się. Bardziej wiedział, gdzie się znajduje niż odróżniał w ciemności mur gospody, ale po chwili wypatrzył jaśniejszą plamę twarzy Boba.

− Słyszałeś? − zapytał półgłosem.

Może słowa zagłuszył szum deszczu, bo Telson się nie odezwał. George, spięty i czujny, podszedł do kolegi i położył mu rękę na ramieniu.

Ponad głową rozległ się kolejny, tym razem głośniejszy, niemiły dla ucha zgrzyt i posypał się tynk. George odruchowo odskoczył i zadarł głowę.

Zobaczył albo raczej wyobraził sobie nienaturalny, podłużny kształt pełznący w górę po zlanych deszczem kamieniach.

Wystraszony niespodziewanym dotykiem, a potem gwałtownym ruchem George’a Bob stał z wytrzeszczonymi oczami i ustami otwartymi do krzyku.

− Widziałeś? Co to było? − potrząsnął nim George.

− Nnn… − bełkotał Bob.

Młody policjant porzucił kolegę, obiegł gospodę dookoła i zaczął dobijać się do drzwi.

− Panie Dark, proszę otworzyć, proszę natychmiast otworzyć!

A kiedy nic się nie stało, wrzasnął:

 

− Otwórz te cholerne drzwi, tchórzu, bo je wyłamię!!!

Szczęknęła zasuwa i masywne drzwi uchyliły się odrobinę.

− Czego? − zapytał całkiem ubrany Frank Dark.

− Światła i za mną − komenderował podekscytowany George. − Coś widziałem, trzeba to sprawdzić… Rusz się, człowieku, bo cię oskarżę o utrudnianie pracy policji.

Tak naprawdę obaj wiedzieli, że to czcze pogróżki. Oskarżenie wymagałoby mnóstwa papierkowej roboty, ciągania po sądach, a wszystko skończyłoby się, co najwyżej, na symbolicznej grzywnie.

Frank Dark zatrzasnął drzwi, a sfrustrowany George walnął w nie pięścią.

Serce Boba Telsona wciąż waliło w obłąkanym rytmie. Trząsł się cały i mocno zaciskał dłonie na pałce, żeby choć trochę powstrzymać ich drżenie.

− Chodźmy stąd. Po ciemku i tak niczego nie wypatrzymy.

Bob starał się mówić spokojnie i rozsądnie, ale głos brzmiał, jak pisk przerażonej myszy.

Zawstydził się, bo spokój i rozsądek były udawane, a strach nie zmniejszył się ani odrobinę.

− George, wracajmy. − Tym razem Telson błagał.

Niespodziewanie drzwi gospody otworzyły się na całą szerokość i policjantów oślepiło światło.

Bob Telson jęknął, a George wziął lampę z rąk gospodarza i pobiegł za róg. Za nim poszedł trzymający wysoko drugą naftówkę Frank Dark, ubrany w ceratowy płaszcz z postawionym kołnierzem i gumiaki.

− Tam, widzi pan te rysy?

George uniósł lampę jak najwyżej. Na mokrym tynku wyraźnie odznaczały się białe ślady. Trzy głębokie, nierówne rysy, niczym świeże rany na ciele.

Bob uświadomił sobie nagle, że to coś spacerowało dokładnie ponad jego głową. Co to mogło być?

− Ptak. To na pewno duży ptak, który wczepił się w ścianę − powiedział, licząc, że tamci przytakną.

George potrząsnął głową.

− Widziałem… − zaczął z namysłem, bo tak naprawdę nie był pewny, czy widział cokolwiek.

W tej chwili, z przeciwnej strony Doków, tam, gdzie świeciły latarnie rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk. A potem nastała cisza.

George nie zastanawiał się ani chwili. Nie zważał na błoto ani kałuże, tylko gnał, ile sił w nogach w stronę Granicznej. Za nim toczył się Bob i dziwnie zacięty Frank Dark. Między jednym a drugim sapnięciem, Telson uświadomił sobie, że dwa lata wcześniej, dwudziestego trzeciego marca zniknęła Joan, jedyna córka karczmarza.

Domy jakby ożyły. Przez szczeliny w okiennicach błyskało światło, skrzypiały ostrożnie uchylane drzwi. Ktoś pytał:

− Co się stało? − jakby nie czekał na ten straszny krzyk i tupot nóg.

Na ulicy Granicznej leżało ciało. W złudnym świetle latarni skóra wydawała się pomarańczowa, a zbierającą się wokół kałuża miała czekoladowy kolor.

Zwłoki spoczywały na brzuchu. Wielokrotnie cerowana, zbyt lekka jak na marcową szarugę suknia z niebieskiego perkalu była poszarpana i zawinięta. Odsłaniała gołe, pokrwawione nogi i bieliznę z ciemnymi plamami. Lewy rękaw był oderwany i trzymał się na kilku nitkach pod pachą. George odwrócił kobietę. Całkiem spory tłumek gapiów, który nie wiadomo skąd zebrał mu się za plecami wstrzymał oddech.

To była Peggy Malstrom.

Lodowaty wiatr przeczesywał włosy, szarpał ubraniem, odsłonił brzydkie siniaki na szyi. Kręty strumyczek wody spływał za dekolt i zbierał się w zagłębieniu między piersiami. George delikatnie odgarnął mokre pasmo. Zdjął pelerynę i nakrył ciało Peggy. Chciało mu się wyć z żalu i bezsilności. Klątwa dwudziestego trzeciego marca dopełniła się po raz kolejny.

Wyprostował się i dopiero w tej chwili dostrzegł otaczający ich tłum. Zebrali się chyba wszyscy − Wilkinsowie, Andersonowie, Conorsi, rodzina Averych i Darków, Deanowie, Fran Telson z synami, Irwingowie, nawet garbata, stara Beth podparta laską. Dziewczynki kryły się za spódnicami matek, chłopcy trzymali się blisko ojców albo starszych braci.

Matka Peggy miała mocno zaciśnięte usta. Stała sztywno, jak kołek. Nie rozpaczała, nie podeszła do córki, żeby ją pożegnać, nie modliła się. Bill Wilkins, który ostatnio łaził za Peggy stał z dala od niej, wyłamywał palce i umykał spojrzeniem. Reszta patrzyła w milczeniu. Niektóre twarze wyrażały żal, inne ciekawość, a jeszcze inne ulgę, że już jest po wszystkim i można odetchnąć do następnego dwudziestego trzeciego marca.

− To wy ją zabiliście swoim tchórzostwem! − oskarżył gapiów George.

Tylko wdowa Malstrom i Bill Wilkins spuścili oczy. Bill wyłamywał palce tak mocno, że trzaskały stawy, a pani Malstrom przegryzła wargę. Reszta patrzyła na George’a ze zdziwieniem. Nie czuli się winni. Co mogli zrobić? Dwudziestego trzeciego marca zawsze ktoś ginął. Matka Peggy i tak ma szczęście, przynajmniej pochowa swoje dziecko. Niektórym rodzinom nawet taka pociecha nie była dana, bo synowie i córki znikali bez śladu.

Bob Telson czuł w gardle smak wymiocin, ale powstrzymał się przed zwróceniem dwóch jajek na twardo i czosnkowej kiełbasy. W końcu patrzyła na niego żona i synowie. Namacał gwizdek i dmuchnął z całej siły.

− Rozejść się, rozejść się. Wracajcie do domów.

Ludzie odwrócili się i odeszli. Poza policjantami na Granicznej pozostała tylko wdowa Malstrom i Bill Wilkins.

− Pomóżcie nam przenieść Peggy do domu − odezwała się sucha, ubrana na czarno pani Malstrom.

− Zabieramy ją na posterunek − sprzeciwił się George. − Trzeba zawiadomić koronera.

− Chcecie, żeby moją córkę oglądał jakiś… koroner? − Słowo „koroner” zabrzmiało jak obelga.

− Taka jest procedura − wtrącił się pośpiesznie Bob.

− Niepotrzebni nam tu obcy − wpadł mu w słowo Bill Wilkins.

− Taka jest procedura − powtórzył Telson.

George nie słuchał. Poszedł do najbliższego magazynu i rozejrzał się. Oparte o wypaczoną ścianę stały wyjęte z zawiasów drzwi. Ktoś zabrał zasuwę i klamkę, środkowa deska była złamana, ale ciągle trzymały się w kupie. Wytaszczył je na ulicę, z pomocą Boba ułożył na zaimprowizowanych noszach ciało Peggy i zataczając się pod ciężarem, obaj ponieśli je na posterunek.

Deszcz ciągle padał. Zmywał z bruku ślady krwi, rozcieńczył czekoladową barwę kałuży. Wiatr zakręcił pasemkiem jasnych włosów i porwał gdzieś nad morze. Skrzypiały obluzowane deski pomostu, nocny ptak kwilił głosem płaczącego dziecka, pomruk fal wznosił się i opadał niczym monotonna pieśń śpiewana na wiele głosów.

* * *

Spod mokrej peleryny wyglądały zaimprowizowane mary. Na krawędziach desek pozostały strzępki czarnej wełny i ciemniejsze plamki. Detektyw Gordon Halley dostrzegł te szczegóły jakby mimochodem, bo całą uwagę skupił na zwłokach Peggy Malstrom.

Spod oderwanego rękawa wystawało gołe ramię poznaczone siniakami. Detektyw przyłożył dłoń do ciemnych punktów. Tak, z pewnością w tym miejscu napastnik złapał ofiarę. Wielkość śladów wskazuje raczej na mężczyznę, domyślał się. Dziewczyna musiała się szarpać, skoro oderwał jej rękaw. Jasne włosy częściowo zasłaniały twarz i szyję. Halley odgarnął je delikatnie. Peggy była całkiem ładna, miała pełne usta i zadarty nos, który nadawał jej zawadiackiego charakteru. W niebieskich oczach zastygł wyraz zdumienia albo wściekłości, strachu czy bólu?

Być może znała mordercę, ufała mu, a on ją udusił.

Halley spróbował zamknąć dziewczynie oczy, ale otwierały się uparcie. Sięgnął do kieszeni, wygrzebał dwie monety i położył na powiekach. Potem wrócił do oględzin.

Poza zniszczonym rękawem suknia ani halka nie były potargane, a mimo to przesiąknęły krwią. Za dużo jej, jak na comiesięczne kobiece dolegliwości. Pewnie łajdak brutalnie zgwałcił biedną dziewczynę.

Walcząc z niechęcią przed zagłębianiem się w intymne szczegóły, Halley podniósł spódnicę. Peggy miała na sobie pokrwawioną bieliznę, ale bez pończoch. Dokąd młoda kobieta wybrała się w taką paskudną, zimną noc z bosymi nogami? Na sekretną schadzkę z kochankiem?

Detektyw odsunął się, jego miejsce zajął fotograf.

Na krześle przy biurku przycupnął grubas w za ciasnej granatowej kurtce. Nerwowo zaciskał ręce na krawędzi blatu i przebierał nogami. Rozchwiany stołek skrzypiał za każdym razem, kiedy się poruszył. Pod oknem stał młody, chudy mężczyzna w mundurze poplamionym zaschniętym błotem. Dłonie miał czerwone, poranione, z kieszeni wystawały potargane, czarne rękawiczki.

Oni znaleźli Peggy i przynieśli ciało, domyślił się detektyw. To niedaleko, ale z każdym krokiem ciężar wydawał się większy. Ramiona im drżały z wysiłku, palce drętwiały i ślizgały się na deskach. Ale żaden się nie poskarżył ani nie poprosił o odpoczynek. Potem jeden pobiegł nas zawiadomić, a drugi został z martwą kobietą. I chociaż był zmarznięty i zmęczony, z szacunku dla nieboszczki pewnie nie zaparzył kawy.

− Nie rozumiem, jaki związek ze sprawą mają te zadrapania na murze gospody? − zapytał grubasa, bo przeczytany na wstępie raport wydał mu się chaotyczny i niejasny.

Bob Telson milczał. Serdelkowate palce wciąż ugniatały drewniany blat biurka. Kiedy błysnęła magnezja wzdrygnął się, przestraszony. Zakasłał, bo dym podrażnił mu gardło i szybko zasłonił usta, jakby bał się, że zostanie skarcony.

− Wydało mi się to ważne − odezwał się stojący przy oknie chudzielec.

On napisał raport? Tak, kropki to zaschnięta krew z poranionych rąk, a kartka pewnie była wilgotna. Może próbował ją wygładzić rękawem mokrego munduru?

− Posterunkowy, zaprowadzicie nas na miejsce zbrodni − zwrócił się do chudzielca.

− Tak jest, sir.

Młody człowiek włożył czapkę i dociągnął pasek pod brodą, poprawił mundur.

− Pójdziemy tą samą drogą, którą szliście w nocy.

Deszcz ustał. Znad morza snuła się mgła zasłaniająca mury kamienic i odrapane magazyny. Po kilku krokach detektyw i podążający za nim fotograf stracili orientację, jedyną wskazówką, że podążają we właściwym kierunku były kocie łby pod stopami. Młody posterunkowy szedł pewnie. Stawiał długie kroki i niewysoki Halley musiał iść bardzo szybko, żeby za nim nadążyć.

− Ostrożnie, sir, jesteśmy na nabrzeżu.

Mgła była tu jeszcze gęstsza, Halley czuł na wargach smak soli.

Minęli słup latarni i skręcili. Bruk zastąpiła ubita ziemia pełna garbów i niecek wypełnionych wodą. Po ulicy włóczyły się kury, rozgrzebujące kępki wyschniętej, zrudziałej trawy. W kałużach taplały się gęsi.

− Co to za smród?

− Dochodzi z obejścia Smithów.

Kałuża rozlewała się na całą szerokość ulicy. Posterunkowy ominął ją z lewej strony i przeszedł po dwóch kamieniach ułożonych pewnie specjalnie w tym miejscu. Halley naśladował pilnie każdy krok, żeby nie zniszczyć wyglansowanych do połysku, nowiutkich butów. Za nim balansował fotograf z ciężkim pudłem aparatu na ramieniu.

− To gospoda.

George Anderson, tak się nazywa, przypomniał sobie detektyw. A grubas, to Bob Telson.

− Tutaj usłyszałem te dźwięki, jakby coś drapało po murze. Tu widać ślady.

Halley podniósł głowę. Wilgoć sprawiła, że rysy trochę pociemniały. Pewnie za kilka dni nie będą się wcale odróżniać od tła. Na ziemi leżały strzępy papy i odłupany tynk.

− Jak sądzicie, posterunkowy, skąd się wzięły?

George pokręcił głową.

− Nie mam pojęcia. Nie zrobił ich człowiek, nie sięgnąłby. Zresztą Bob, znaczy posterunkowy Telson albo ja na pewno byśmy zauważyli, gdyby ktoś się tu czaił.

Halley z raportu wiedział, że George i właściciel gospody razem szukali źródła tajemniczych zgrzytów.

− Potem usłyszeliście krzyk?

− Tak. Z tamtej strony. I pobiegliśmy.

Poczekali aż fotograf rozstawi trójnóg aparatu i błyśnie magnezją, po czym znowu zagłębili się w mgłę. Tym razem mijali cuchnące obejście Smithów od tyłu, gdzie smród był jeszcze większy. Zamiast ogrodzenia dostępu do rachitycznego chlewika broniła kupa gnoju.

− Tu znaleźliśmy Peggy.

Znów byli na Granicznej. Z daleka dobiegał tupot końskich kopyt i turkot kół. Po chwili do tych odgłosów dołączyło irytujące brzęczenie dzwonka.

To ambulans. Przyjechał po zwłoki, uświadomił sobie detektyw. Rozejrzał się.

Od chwili, kiedy go wezwano Halley myślał, że policjanci z Doków spartolili sprawę. Powinni zostawić ciało, żeby można było sfotografować miejsce zbrodni i uwiecznić wszystkie szczegóły albo chociaż zrobić kredowy obrys na ziemi. Lecz nocny deszcz i tak zatarłby ślady kredy, więc chyba jednak dobrze się stało, że zabezpieczyli zwłoki. Dzięki temu, lekarz zajmujący się anatomią patologiczną, będzie miał większe szanse na znalezienie dowodów zbrodni.

Czekoladowa kałuża rozmyła się, jedynie kobiecy but świadczył, że George się nie pomylił i wskazał właściwe miejsce. Halley poczekał aż fotograf zapracuje na swoje wynagrodzenie i schylił się po bucik. To był zniszczony trzewik ze złamanym obcasem, pękniętym sznurowadłem i dziurą w podeszwie zatkaną kawałkiem tektury. Kiedy policjant włożył rękę do środka poczuł, że palce oblepia mu obrzydliwa maź − mieszanka krwi i błota. Jej ślady pozostawiły brzydkie palmy na chusteczce z czerwonym monogramem, którą wytarł dłoń.

 

Znowu krew.

− Dokąd mogła iść Peggy Malstrom w taką noc? − zapytał.

George zasępił się.

− Nie mam pojęcia − odpowiedział szczerze. − Nikt w Dokach nie wychodzi z domu nocą dwudziestego trzeciego marca.

− Co? Dlaczego? − zdumiał się Halley.

Zanim posterunkowy odpowiedział, z mgły wynurzyła się kobieta. Miała zmęczoną, zbyt wcześnie postarzałą twarz, z niedbale upiętych włosów wymykały się luźne siwe kosmyki. Kiedy się odezwała, detektyw zauważył, że brakowało jej przedniego zęba, a pozostałe były popsute.

− George, nie widziałeś mojej Becky? − zapytała.

− Nie, proszę pani.

− Gdzież ona się włóczy? − sarknęła kobieta i skręciła między magazyny.

− Becky!!!

Przez chwilę słychać ją było wyraźnie, potem pełen irytacji głos stłumiła mgła.

− Chodźmy, trzeba przesłuchać rodzinę denatki i jej znajomych − mruknął detektyw.

* * *

Anderson się uparł. Wziął drabinę i wspiął się na dach gospody. Słońce rozgrzało smołę i ostry zapach drażnił George’a. Posuwał się ostrożnie, żeby się nie ześlizgnąć i nie zawadzić o rynnę. Wreszcie spocony dotarł do komina. To ta ściana, pomyślał i wychylił się dla pewności.

Z tej perspektywy trzy głębokie rysy wydawały się prawie niedostrzegalne, ale kiedy wiedział już na co patrzeć, zauważał więcej szczegółów. Widoczne z dołu ślady były najdłuższe i najgłębsze, jakby tajemnicza istota pośliznęła się na mokrych kamieniach. Wyżej powstało całe mnóstwo mniejszych, ale równie głębokich zadrapań − zapewne broniła się przed upadkiem i rozpaczliwie drapała pazurami.

Kolejne tropy znalazł prawie pod krawędzią dachu i mógł ich dotknąć.

Jakie głębokie, pomyślał ze zgrozą.

Kiedy wstał, na chwilę zakręciło mu się w głowie i musiał oprzeć się o komin. Rozejrzał się. Dach z pewnością nadawał się do remontu. W niektórych miejscach papa była poszarpana, w innych odstawała, odsłaniając drewniane belki i kolejne ślady. George zerwał strzępy i znalazł znajome, świeże rysy. Gapił się, nie potrafiąc powiązać tych tropów ze śmiercią Peggy. Mimo to czuł dreszcz strachu.

Na kolanach zbadał resztę poszycia i obejrzał szczyty murów, szukając, którędy tajemnicza postać zeszła na dół, ale niczego nie znalazł.

− Posterunkowy Anderson! − nawoływał z dołu detektyw Halley, więc George zsunął się po szczeblach.

− Znaleźliście coś? − spytał detektyw.

George pokręcił głową.

− Jeszcze kilka śladów… − zawahał się chwilę, − pazurów. I nic, poza tym. Ani sierści, ani piór.

− Czy to mógł być człowiek? − drążył Halley.

− Nie, panie inspektorze. Raczej duże zwierzę.

− Jeśli zagnieździł się tu jakiś olbrzymi ptak, z pewnością nieraz go zobaczymy. Nie widzę żadnego związku z zabójstwem Peggy Malstrom, więc zostawcie tę sprawę.

− Tak jest, sir.

Halley zerknął spod krzaczastych brwi na policjanta. George miał sińce pod oczami, na ściągniętej zmęczeniem twarzy wyraźniej uwidoczniły się pryszcze, kroki straciły prężność, sylwetka przygarbiła się. Musiał być bardzo zmęczony po pełnej wrażeń, nieprzespanej nocy i poranku spędzonym na przesłuchiwaniu mieszkańców Doków. A jednak wspiął się na dach, żeby zbadać tajemnicze ślady... Gordon Halley pracował z wieloma młodymi policyjnymi adeptami − spostrzegawczymi, skrupulatnymi i sprawnymi. Te cechy wystarczały do patrolowania ulic i pisania raportów, ale żeby zostać naprawdę dobrym policjantem potrzebna była jeszcze umiejętność kojarzenia nieznaczących na pozór faktów i wyciągania wniosków.

− Jak sądzicie posterunkowy, co się wydarzyło tej nocy? − zapytał.

Naprawdę interesowała go opinia George’a.

Anderson milczał przez chwilę, porządkując myśli.

− Wiadomo, że Peggy wyszła po południu. Matka nie wie, gdzie była, tak samo twierdzi Bill Wilkins. Wracała Graniczną, więc chyba poszła do miasta? − George zawiesił głos, ale Halley milczał. − Gdyby to nie był dwudziesty trzeci marca, powiedziałbym, że ktoś na nią czekał. Chwycił za ramię, Peggy szarpała się, stąd oderwany rękaw, może próbowała uciekać, potknęła się, złamała obcas. Morderca ją złapał i udusił.

Detektyw kiwał głową w rytmie wypowiadanych słów.

− Skąd krew na nogach i spódnicy? Zgwałcił ją?

George poczerwieniał z zażenowania.

− Chyba nie… − mruknął wpatrzony we własne buty. − Peggy musiała zjawić się już po naszym przejściu, kiedy skręciliśmy w zaułek. Minęliśmy zagrodę Smithów, zatrzymaliśmy się przy gospodzie, a zaraz potem usłyszeliśmy krzyk. Nie zdążyłby…

Halley też tak uważał.

Po nocnej ulewie i porannej mgle wypogodziło się. Chmury się rozwiały, słońce mocno przygrzewało. Detektyw zdjął melonik i powachlował spoconą łysinę.

− Co takiego szczególnego jest w dwudziestym trzecim marca? − zapytał, bo uświadomił sobie, że posterunkowy Anderson już drugi raz wspomniał tę datę.

George zatrzymał się. Zbyt długie ręce wykonały nieokreślony pląs, policzki płonęły.

− Niektórzy mówią, że to noc ofiarna, a ja mówię, że przeklęta − wybuchnął. − Dwudziestego trzeciego marca zniknęła moja siostra i Joan Dark, córka karczmarza, Micka Deana znalezionego martwego, tak samo Berta Avery’ego i wielu, wielu innych! Niech pan zapyta kogokolwiek, nie znajdzie się ani jedna rodzina, która dwudziestego trzeciego marca nie straciła syna albo córki!!!

George dygotał z emocji, głos nabrał piskliwych tonów, jakby wciąż przechodził mutację, jabłko Adama przesuwało się w górę i w dół.

− Opanujcie się, posterunkowy − próbował go uspokoić zaskoczony wybuchem Halley.

− W zeszłym roku złożyłem raport inspektorowi Waldenowi. Niczego nie zrobił! A ci głupcy tutaj wolą udawać, że nic się nie dzieje!

Detektyw odsunął się, bo George wymachiwał rękami, niczym wiatrak.

− Idźcie do domu, posterunkowy. Prześpijcie się, zjedzcie coś ciepłego…

− Ja nie zwariowałem! To się dzieje, odkąd pamiętam.

Halley westchnął.

− Obiecuję, że spróbuję odnaleźć wasz raport i go przeczytam.

− Naprawdę? Nie zbywa mnie pan?

− Nie zbywam. − Halley poklepał go po ramieniu. − Idź spać, synu.

* * *

Raport posterunkowego Andersona wyglądał nieporządnie. Kartki były trochę pomięte, jakby piszący miał spocone dłonie, słowa zawierały błędy, koślawe litery zachodziły na siebie, linijki opadały w dół, a w niektórych miejscach stalówka przedziurawiła papier. Najwyraźniej posterunkowy nie miał wielkiej wprawy w pisaniu. Może to sprawiło, że inspektor Walden zlekceważył raport?

− To jakieś brednie − skwitował pytanie Halleya. − Strata czasu.

Mimo to detektyw przestudiował zmiętoszone kartki. W większości były to odpisy raportów zaginięć, odnalezienia zwłok i opisy miejsc zbrodni w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Wtedy utworzono posterunek na Granicznej, uświadomił sobie Halley. Cofnął się do najstarszej notatki.

„Rankiem, dwudziestego czwartego marca 1898 roku George Smith zgłosił zniknięcie syna, jedenastoletniego Jacka. Ostatni raz widziano chłopca poprzedniego wieczoru, kiedy karmił świnie. Ciało odnaleziono dwa dni później, dwudziestego szóstego marca, w wodzie, przy starym pomoście. Liczne rany i otarcia mogły powstać już po śmierci, na skutek obijania się o drewniane słupy.”

Jack ze śmierdzącej zagrody Smithów. Halley przypomniał sobie kałużę rozlaną na ulicy i stertę gnojówki. Samo wspomnienie nieznośnego odoru sprawiło, że zmarszczył nos. Wziął następną kartkę.

„Dwudziestego trzeciego marca 1899 roku zaginęła pięcioletnia Rose Anderson. Według zeznań George’a Andersona (lat dziesięć), brata ofiary, ostatni raz widziano ją na terenie trzeciego magazynu, kiedy bawiła się z kotem. Rose Anderson uznano za zaginioną”

To siostra posterunkowego, uświadomił sobie detektyw.

Następna była zaginiona Kate Brown lat dwanaście, potem piętnastoletni Bert Avery, martwy Mick Dean i Emma Bowman, zaginiona Joan Dark lat dziesięć, trzynastolatka Martha Wilson i wreszcie szesnastoletnia zamordowana Peggy Malstrom. Wszystkie te zgony i zaginięcia zdarzyły się około dwudziestego trzeciego marca.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?