Pracuj zdalnie, żyj normalnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pracuj zdalnie, żyj normalnie
Pracuj zdalnie, żyj normalnie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Pracuj zdalnie, żyj normalnie
Pracuj zdalnie, żyj normalnie
Audiobook
Czyta Paweł Orleański
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CZĘŚĆ PIERWSZA

ŚWIAT PRACY ZDALNEJ

PORANNA KAWA: HỘI AN

Wstaję zwykle o piątej rano, by spojrzeć na powoli budzący się dzień – niezależnie od tego, czy jestem na wietnamskiej prowincji, w tętniącym życiem Nowym Jorku, czy w rodzinnym Gdańsku. Od prawie trzech lat w mojej codzienności przeplatają się trzy światy: podróże po Azji, zdalne zarządzanie firmą w USA oraz wirtualne relacje towarzysko-rodzinne z bliskimi w Polsce. Ale kawa o świcie to mój rytuał. Czasami latte, czasami americano albo wietnamska kawa na zimno z dużą ilością słodkiego skondensowanego mleka. Gdy pracujemy w nietypowych warunkach – np. w górskiej chatce gdzieś w Indochinach – zadowalam się neską.

Dzisiaj piję czarną po wietnamsku. Wokół szum skuterów, gwar ulicznego targu i poranny upał. Jest koniec marca, za miesiąc o tej porze będzie duszne 40 stopni. Siedzę w ulubionej 145 Espresso Cafe w wietnamskim Hội An. Sprawdzam, co się działo, gdy spałem, a w innych strefach czasowych praca trwała w najlepsze: mam 68 nowych maili z USA i Europy. Firmy na całym świecie w panice przenoszą się z biur do domów, a praca zdalna wychodzi z niszy i staje się codziennością. Wszystko wskazuje na to, że dla Remote-how, naszej firmy, która od ponad dwóch lat uczy organizacje na całym świecie, jak budować zespoły zdalne i nimi zarządzać, nadchodzą złote czasy.

Pół roku później jesteśmy na granicy bankructwa. A ja na granicy wytrzymałości.

SŁOWO WSTĘPU

Z zamiarem napisania tej książki nosiłem się od 2019 r. Praca zdalna była wówczas zjawiskiem niszowym, a zarazem marzeniem milionów osób. Remote-how rozwijaliśmy już od ponad roku i coraz mocniej czułem, że muszę wyjaśnić nie tylko, jak pracować zdalnie, ale również jak zmiana ta wpłynie na rzeczywistość, wykraczając daleko poza sferę zawodową. Czułem, że wiele obowiązujących dogmatów musi runąć, byśmy mogli na nowo ułożyć nasze życie. Gdy wybuchła pandemia COVID-19, z dnia na dzień cały świat stanął przed unikatową szansą uwolnienia pracy z fizycznych ograniczeń. Nie było na co czekać, należało zabrać się do pisania i wesprzeć pracowników oraz firmy w tej misji.

Do współpracy zaprosiłem najlepszych na świecie ekspertów, od wielu lat przecierających szlaki pracy zdalnej. Swoją wiedzą podzieliły się osoby z doświadczeniem na kierowniczych stanowiskach w gigantach Doliny Krzemowej, np. z Netflixa, oraz pracownicy firm zdalnych wartych miliardy dolarów, funkcjonujących bez fizycznie istniejącego biura, m.in. GitLabu czy InVision. Sama książka też powstała w wirtualnym środowisku. Pisałem ją z Wietnamu, współpracując z osobami na co dzień mieszkającymi w Stanach Zjednoczonych i Europie, z którymi nie raz łączyłem się online o szóstej rano. Podstawą była jednak wiedza i doświadczenie firm zdalnych, które zebraliśmy jako Remote-how od 2017 r., tworząc Remote-how Academy – pierwszy na świecie program edukacyjny pracy zdalnej dla zespołów rozproszonych, który do tej pory wsparł ponad 400 firm – oraz Remote Future Summit, największą na świecie wirtualną konferencję poświęconą wirtualnemu środowisku pracy. W ciągu trzech lat wzięło w niej udział ponad 11 500 osób ze 129 krajów.

CZY TA KSIĄŻKA JEST DLA CIEBIE?

ZDECYDOWANIE TAK, JEŚLI CHCESZ:

1. Samodzielnie decydować o tym, kiedy i jak pracujesz, aby lepiej łączyć życie prywatne z zawodowym.

2. Swobodnie wybierać i zmieniać miejsce zamieszkania, aby łączyć pracę z podróżami.

3. Pracować zdalnie w sposób bardziej produktywny.

4. Dowiedzieć się, jak od kuchni wygląda codzienność najbardziej doświadczonych pracowników oraz zespołów zdalnych.

5. Zrozumieć, jak praca zdalna wpływa na kwestie społeczne i środowiskowe.

Zastrzeżenie: Żadna z osób pojawiających się w książce nie otrzymała za to wynagrodzenia, nie ma w niej także treści sponsorowanych. Wszystko, co przeczytacie, to wiedza, którą dzielimy się bezinteresownie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

ZDALNA REWOLUCJA

.

POZYTYWNA ZMIANA


Praca zdalna może stać się najpotężniejszym katalizatorem pozytywnych zmian w XXI wieku. Z całego serca wierzę, że tak właśnie będzie. Rozwój technologiczny pozwala na zredefiniowanie naszej pracy i naszego życia. Przesiadywanie w biurze od 9.00 do 17.00 przestaje być standardem. To, co jeszcze niedawno wydawało się luksusem dostępnym dla nielicznych, zaczyna być zjawiskiem masowym.

Praca zdalna wywraca obecny porządek.

• Dla jednych to koniec...

• marnowania prawie 30 godzin miesięcznie[1] na codzienne dojazdy do biura

• przywiązania do życia w dużych miastach (bo: „Tylko tam jest praca”)

• lub też początek...

• redefinicji tego, co jest w życiu najważniejsze (praca czy rodzina albo hobby?)

• wolności wyboru tego, gdzie mieszkamy, kiedy podróżujemy, a kiedy pracujemy

• świata, w którym każdy dostaje własne, narożne biuro.

Jest jednak pewien problem: wcale nie musi tak się stać. Możemy nie wykorzystać szansy na transformację i wrócić do znanego wcześniej świata biurowego. Jednak motywacja do zmiany już przed pandemią była ogromna. Z badania przeprowadzonego w USA przez firmę Zapier w listopadzie 2019 r. wynika, że:

Przed pandemią możliwości pracy zdalnej szukali m.in.: młodzi rodzice pragnący pogodzić pracę z opieką nad dziećmi, millenialsi łączący pracę z podróżowaniem albo osoby pracujące dla zagranicznych firm, które nie chciały opuszczać rodzinnych stron. Dla mieszkańców krajów rozwijających się była to szansa na polepszenie swego życia – praca zdalna otwierała przed nimi niedostępne na miejscu ścieżki kariery i możliwości rozwoju zawodowego.

Czy i jak te postawy zmieniły się, gdy z dnia na dzień prawie cały świat zaczął pracować zdalnie? W 2020 r. wiele osób po raz pierwszy zetknęło się z pracą zdalną, a ściśle rzecz biorąc: z pracą poza biurem, co nie jest dokładnie tym samym. Praca zdalna to w założeniu praca z dowolnego miejsca na świecie, w przeciwieństwie do pracy poza biurem, wymuszonej pełzającym kryzysem pandemicznym.

Choć zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, połowa zatrudnionych nadal twierdzi, że w przyszłości wolałaby pracować zdalnie. Według badań Gallupa oraz Adecco od 49% do 59% zatrudnionych w USA chciałoby uzyskać na stałe możliwość pracy zdalnej.

Najwyraźniej nie wszyscy marzą więc o swobodnym wyborze miejsca pracy. Z badania przeprowadzonego przez Adecco wynika, że poziom zainteresowania pracą zdalną różni się w zależności od kraju, wieku czy posiadania dzieci[4]. Wielu z nas wcale nie chce zmian i tylko czeka, by wrócić do ukochanego biura. Nie zamierzam krytykować takich postaw – od zawsze misją moją i Remote-how było umożliwienie wszystkim wyboru, skąd i jak będą pracować.

Ponad połowa pracowników chciałaby utrzymać na stałe większą elastyczność miejsca pracy. Należy stworzyć im taką możliwość.

Tak zwana nowa normalność otwiera firmy na rzeczywistość, w której miejsce wykonywania pracy przestaje być istotne. Nie da się jednak przenieść dotychczasowego modelu biurowego do świata wirtualnego. Większość przedsiębiorstw będzie musiała gruntownie zmienić sposób zarządzania. Będzie to bolesny proces, wymagający przezwyciężenia odwiecznych problemów kultury biurowej, zwłaszcza braku zaufania pracodawców do pracowników czy też tendencji do przychodzenia do biura, by „jakoś przetrwać osiem godzin” (efektywnie pracując przez pięć). Przełożeni będą zaś musieli m.in. pozbyć się nawyku mikrozarządzania, czy też wdrożyć bardziej asynchroniczne formy współpracy. Wyzwania te powinny zostać podjęte w sposób systemowy. Inaczej praca zdalna pozostanie ekstrawagancją albo nieudanym eksperymentem.


POCZĄTEK MOJEJ ZDALNEJ PRZYGODY

Wyobraź sobie, że od lat głęboko wierzysz w coś, co 99% ludzi uważa za utopię. W pewnym momencie stwierdzasz, że wiara nie wystarczy – trzeba zacząć działać. Zaczynasz więc żyć zgodnie ze swymi przekonaniami. Organizujesz międzynarodową społeczność podobnie myślących ludzi, zakładasz firmę, której misją jest promowanie pracy zdalnej – a przy okazji wywracasz do góry nogami życie swoje i swojej rodziny, w trakcie czterech lat mieszkając w 15 krajach na trzech kontynentach. Wszystko po to, aby więcej osób mogło wybrać, jak będą pracować i gdzie mieszkać.

Nagle, dosłownie z dnia na dzień, świat staje na głowie z powodu pandemii. Miliony ludzi na własnej skórze przekonują się, że miejsce wykonywania pracy nie ma znaczenia. I że świat biur w zatłoczonych miastach odejdzie w zapomnienie szybciej, niż spodziewali się najwięksi sceptycy. Nawet mnie, niepoprawnemu optymiście, nie śniło się, że utopijna wizja, kwestionująca nasze status quo, w 2020 r. stanie się rzeczywistością.

 

Jak znalazłem się w awangardzie zdalnej rewolucji? Wyglądam najwyżej na gimnazjum, duszą bliżej mi do licealnego imprezowicza. W sklepach regularnie pytają mnie o dowód osobisty i dziwią się, że mam już trzydziestkę na karku. Lubię sam decydować o swoim życiu, a nie zdawać się na innych. Nie boję się też brać spraw w swoje ręce ani podejmować wyzwań, nawet jeśli inni uważają, że upadłem na głowę.

Mija właśnie rok, odkąd wraz z moją żoną Olą mieszkamy w uroczym wietnamskim mieście Hội An. Planowaliśmy spędzić w nim tylko kilka miesięcy, ale zatrzymała nas pandemia. Życie toczy się tu wolniej: czy to na porannym spacerze po plaży, na przejażdżce skuterem wśród zielonych pól ryżowych, czy na kawie z widokiem na stare miasto. Jest idyllicznie, ale nie tylko z powodu pejzaży. Hội An zaraża pozytywną energią i uśmiechem mieszkańców, mimo że komunikujemy się z nimi głównie na migi i za pomocą Google Translate. Kiedy cztery i pół roku temu opuszczaliśmy Polskę, nie sądziłem, że w naszym życiu nastąpi tyle zwrotów akcji i wydarzeń, które zmienią mój ogląd rzeczywistości.

Często wracam myślami do upalnego lata 2017 r. w teksańskim Austin, mieście naprawdę zakręconych ludzi. Choć sam jestem wiecznie uśmiechnięty – niektórzy przyjaciele śmieją się nawet z mojej „słoneczności” – nigdy wcześniej nie byłem w miejscu pełnym tak pozytywnych wibracji. Nowy dom porwał nas aurą wolności. Trafiliśmy tam dzięki mojemu ówczesnemu pracodawcy, niemieckiemu startupowi Shopgate. Po kilku wizytach służbowych w 2016 r. poczułem, że chciałbym zostać w Austin na dłużej, spróbować czegoś nowego. Miałem już za sobą trzymiesięczny pobyt w Arizonie i początkowo kręciło mnie słońce, ciepło i basen w każdym domu. Na dłuższą metę Phoenix, stolica stanu, nie miało jednak „tego czegoś”: pozostało dla mnie gorącym miastem pośród pustyni, które opuściłem bez żalu.

Teraz było inaczej. Nie zapomnę, gdy wymęczony jet lagiem po kolejnym powrocie z Teksasu leżałem z Olą na kanapie i zagadnąłem: „Wiesz co? Tak sobie myślę...”. Nie zdążyłem dokończyć, Ola zrobiła to za mnie: „Chcesz się przeprowadzić do Austin, prawda?”. Byłem w szoku, bo nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ale może nie powinienem się dziwić – byliśmy razem od siedmiu lat, a Ola znała mnie czasami lepiej niż ja sam.

Jedziemy do Austin – łatwo powiedzieć! Najpierw trzeba było przekonać Shopgate, że to właśnie ja, 26-latek z Polski, pomogę firmie zdobyć status światowego lidera branży zakupów mobilnych. Pracowałem dla nich już prawie cztery lata, ale do poziomu potencjalnych kandydatów na moje stanowisko pod względem merytorycznym było mi jeszcze bardzo daleko. Co więcej, przekonać musiałem nie tylko zarząd, ale także amerykański urząd imigracyjny: udowodnić, że w całych Stanach Zjednoczonych nie ma lepszej kandydatki ani kandydata na oferowane mi stanowisko. Był koniec 2016 r., ostatnia chwila przed objęciem urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa, który wkrótce miał drastycznie zaostrzyć prawo imigracyjne i jeszcze bardziej utrudnić sprowadzanie wykwalifikowanych pracowników z zagranicy. No i co z Olą? Jako moja narzeczona nie mogła wjechać do USA na mojej wizie pracowniczej. Wyjście było tylko jedno: ślub „na ASAP-ie”. Ogarnęliśmy wszystko w dwa tygodnie – uwierzcie, że wyszło lepiej, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałem. Żadnych stresów z wyborem koloru serwetek przy stole weselnym albo projektowaniem idealnego zaproszenia – wszystkich takich atrakcji udało się nam uniknąć.

Gdy przyjechaliśmy do Austin, nie było to jeszcze znane miejsce i sami Amerykanie dopiero odkrywali jego magię. Stolica Teksasu jest przeciwieństwem wszystkiego, z czym kojarzy się ten stan: świata kowbojów, rodeo, pustynnego krajobrazu i konserwatywnej mentalności. To miasto zieleni i wody, food trucków z daniami z całego świata (nigdzie nie ma lepszych breakfast tacos!), trwającego dziesięć miesięcy lata, barów z muzyką na żywo i świetnych festiwali (choćby znanego na całym świecie SXSW, czyli South by Southwest), najdziwniejszych performance’ów i imprez z urodzinami Kłapouchego na czele, które w hipisowskiej atmosferze świętuje co roku kilkanaście tysięcy ludzi – wielu całkiem nago. Krótko mówiąc: to miasto wolności, wierne dewizie „Keep Austin Weird”. Mekka ludzi, którzy wykraczają poza schematy.

W tym niezwykłym miejscu czekało mnie bojowe zadanie – sprawić, by Shopgate stał się liderem technologii zakupów mobilnych w USA. Nie wydawało się to nierealne: byliśmy już liderem w Europie, za oceanem działaliśmy od trzech lat, do naszych klientów należeli m.in. ówcześni mistrzowie NBA, Golden State Warriors. Plany mieliśmy więc ambitne: liczba pracowników w USA miała zwiększyć się trzykrotnie, do ponad 100 osób.

DLACZEGO PRACA ZDALNA?

Przeprowadzka do Austin oznaczała nie tylko przenosiny na inny kontynent. Zmieniła się nasza codzienność, sposób patrzenia na życie i na innych ludzi. Miejscowi, którzy często sami byli przyjezdnymi z innych stanów albo krajów, tworzyli zróżnicowaną i otwartą społeczność. Nie ruszając się z miejsca, poznawaliśmy punkty widzenia ludzi z bardzo różnych środowisk, o różnym kolorze skóry, orientacji seksualnej, wyznaniu. Austin przyjmowało ich wszystkich z otwartymi ramionami.

Wyszliśmy poza dotychczasowe, dość homogeniczne środowisko: krąg przyjaciół i znajomych, z którymi znaliśmy się jeszcze z czasów liceum. Do dziś nasza szkolna paczka jest naszą wielką rodziną, ale zmiana otoczenia skłoniła nas do przemyślenia i przewartościowania priorytetów: w co wierzymy, czego pragniemy, do czego dążymy? Ważniejsza jest podwyżka czy więcej czasu wolnego? Wyjazd na egzotyczną wyspę, kurs didżejski czy nowy samochód? A może sesje jogi w trakcie pracy, a nie premia za wyniki kwartalne?

Żyjemy w czasach, w których dla coraz większej grupy mieszkańców zamożnych krajów pieniądze przestają być główną motywacją. Jesteśmy świadkami redefinicji tego, co w życiu ważne; coraz częstszego i poważniejszego kwestionowania status quo.

W mojej głowie zaczęła się rodzić wizja firmy, dzięki której więcej ludzi będzie mogło wyrwać się z biura i z zaklętego kręgu pracy od 9.00 do 17.00.

Zacząłem o tym myśleć już zarządzając zespołem w Shopgate. Miałem sporo problemów z rekrutacją i ze znalezieniem osób zarówno kompetentnych, jak i pasujących do kultury organizacji. Funkcjonowaliśmy na rynku pracownika, gdzie to kandydaci dyktowali warunki. Coraz częściej słyszałem też od swoich amerykańskich rówieśników, millenialsów (czyli generacji Y), że ich życiowe priorytety są zupełnie inne niż te, do których przywykłem w Polsce. Potwierdzają to badania uniwersytetu Bentley z 2014 r.: aż 77% millenialsów uważa, że dzięki elastycznym godzinom pracy stają się bardziej wydajni. A przecież już w 2025 r. będą oni stanowić aż 75% globalnego rynku pracy[5]! Ich filozofia experience over possession, stawiająca na pierwszym miejscu przeżycia i zdobywanie nowych doświadczeń kosztem nabywania dóbr materialnych, była dla mnie nazwaniem po imieniu moich własnych przeczuć i intuicji.

Taka rewolucyjna zmiana nastawienia może zwiastować też zmierzch konsumpcjonizmu. Z badań prowadzonych w społeczeństwach zachodnich, na grupie wykształconych mieszkańców dużych miast urodzonych w latach 1981–1996 (czyli właśnie millenialsów), których narzędziem pracy jest komputer, wyłania się bardzo ciekawy obraz. Z raportu Harris Group wynika, że troje na czworo amerykańskich millenialsów woli wydać pieniądze na aktywności, które wzbogacą ich o nowe doświadczenia, niż na dobra materialne[6]. Aż 89% respondentów w badaniach Glassdoor (również millenialsów) wybrałoby dodatkowe świadczenia pracownicze, a nie podwyżkę pensji[7]. Wyobrażam sobie wasze niedowierzanie: „Kto by nie chciał podwyżki?”. Kilka lat temu zareagowałbym tak samo. Po setkach rozmów z osobami odpowiedzialnymi za zarządzanie zasobami ludzkimi zrozumiałem jednak, że ta zmiana już następuje. A poza millenialsami na rynek pracy wchodzi właśnie generacja Z, będąca na dobrej drodze do stania się najlepiej wykształconym pokoleniem w historii i jeszcze bardziej krytycznie nastawiona do świata dóbr materialnych. Według badania Wunderman Thompson Intelligence z grudnia 2020 r.:

W Austin wszystko to zobaczyłem nie w tabelkach i wykresach, lecz na własne oczy. Rewolucyjne przesunięcie punktu ciężkości tego, co w życiu ważne – to już się działo i porwało mnie na dobre! Oczywiście proces ten dopiero raczkuje i dotyczy głównie krajów wysoko rozwiniętych, gdzie podstawowe potrzeby są zaspokojone, co pozwala skupić się na kwestiach niematerialnych. Napędza go rzesza ludzi, którzy pragną wyrwać się z obecnego schematu. Narastająca potrzeba wolności wyboru i realnego wpływu na to, jak wygląda nasze życie, jest i będzie priorytetem generacji Y oraz Z. Stereotypy o „buntownikach z Instagrama i Tik Toka”, skupionych na rzeczywistości wirtualnej i obojętnych na świat poza ekranem komputera, wydają mi się krzywdzące. Obcując z igrekami i zetami na co dzień w różnych częściach świata, mam zupełnie inne wrażenie. Nie jest im obojętne, w jakim świecie będą żyć – czy to jeśli chodzi o kryzys klimatyczny, czy o równouprawnienie. Jeśli ktoś ma wywrócić rzeczywistość do góry nogami i wykreować nową, to właśnie oni.

Filozofia experience over possession zmieni to, jak będziemy żyć i pracować. Nasze dotychczasowe motywacje – chęć posiadania większego mieszkania, nowego samochodu albo smartfona – będą ulegać zmianie. Na horyzoncie jest świat, w którym nie pracujemy ponad siły, aby mieć więcej zer na koncie. Tendencję tę zacząłem dostrzegać wśród pracowników zdalnych. To oni zakwestionowali schemat „praca = biuro”, który tak mocno określa nasze życie. Sam zacząłem się zastanawiać: czy to naprawdę ma sens?

ZDALNIE – TO MA SENS


Ośmiogodzinny dzień pracy upowszechnił się w Europie i Stanach Zjednoczonych sto lat temu, po I wojnie światowej. Od tego czasu świat przeszedł najszybszą w dziejach rewolucję technologiczną. Choć jednak żyjemy w rzeczywistości bardzo odległej od realiów lat 20. ubiegłego stulecia, ich relikt – powszechnie obowiązujący sposób świadczenia pracy – trzyma się mocno na całym świecie, wsparty przez eksplozję konsumpcjonizmu w drugiej połowie XX w. Model ten wtłacza nas w ramy wykonywania pracy w sztywno określonym miejscu i czasie, nadając jej przy tym znaczenie egzystencjalne: praca = pieniądze = konsumpcja = szczęście. Trwa to bez większych zmian od kilkunastu dekad i kilku pokoleń.

Nasuwa się pytanie: dlaczego w wyjątkowym dla naszej cywilizacji okresie, gdy mamy do czynienia z niespotykaną do tej pory liczbą innowacji, nie dostosowujemy do tej nowej rzeczywistości sposobu, w jaki pracujemy? Czemu Henry Ford i ustawy z początku XX w. nadal kształtują nasze życie? Czy nie czas przenieść punkt ciężkości z pracy na sferę prywatną? Każdy, dla kogo głównym narzędziem pracy jest komputer, stoi przed wyjątkową szansą przewartościowania swojej codzienności.

Wizja porzucenia biura, a wraz z nim codziennych dojazdów w korkach i sztywnych godzin pracy od 9.00 do 17.00, od dawna wydawała się kusząca, ale odległa. Freelancerzy przecierali co prawda szlaki, nie jest to jednak format pracy dla każdego. Co z osobami pracującymi na etacie – dlaczego nie miałyby zyskać takiego samego przywileju? Niewielka grupa, która dostąpiła takiej szansy, skupiała się w innowacyjnych firmach ze Stanów Zjednoczonych. Właśnie tam ukształtowało się kilka lat temu grono pracodawców obalających dogmat, jakoby do pracy niezbędne było biuro. To był początek zdalnej rewolucji.

Od samego początku pracy nad Remote-how nie mogę się nadziwić, dlaczego świat nadal sceptycznie podchodzi do rozwiązania, na którym zyskują wszyscy: i pracownicy, i pracodawcy. Podkreślmy: nie mówimy o pomysłach, które dla którejkolwiek ze stron byłyby szkodliwe, o ile oczywiście wdroży się je zgodnie z dobrymi praktykami. Błędy się zdarzają, ale zazwyczaj są konsekwencją braku wiedzy albo braku jej zastosowania. Jak zwykle dobry pomysł i najlepsze intencje nie wystarczą. Klucz do sukcesu leży w działaniu, o czym przekonałem się na własnej skórze. To dlatego postanowiłem propagować ten sposób życia i dotrzeć z nim do jak najszerszej grupy. W Remote-how od trzech lat wspieramy firmy w budowaniu organizacji rozproszonych i zarządzaniu nimi. Do wybuchu pandemii była to nisza, rok 2020 dał nam jednak szansę wypłynąć na szerokie wody.

 

Za kluczowe uważam, by nie zmarnować tej okazji i wdrożyć efektywne modele pracy zdalnej na masową skalę. Zmiana taka, wprowadzona z niezbędną rozwagą i wyczuciem, będzie najlepszą wiadomością zarówno dla naszej planety, jak i nas wszystkich. Nie są to puste slogany. W 2018 r. wspólnie z Kantar TNS przeprowadziliśmy ogólnopolskie badanie „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników”. Okazało się, że:


Przygniatająca liczba! Raport pokazał, że pracownicy, którzy korzystają z możliwości pracy zdalnej, są częściej zadowoleni z pracy (94%) niż ci, którzy tej możliwości nie mają (74%). Wyniki te pokrywają się ze statystykami zza oceanu. Firma FYI w swoim badaniu „The Remote Work Report” zauważa, że 96% pracowników zdalnych poleciłoby ten sposób pracy swoim znajomym[9].


Dane te są najlepszym dowodem, że powinniśmy upowszechniać możliwość pracy zdalnej. Z domu, kawiarni, gór, plaży, słowem – skądkolwiek, miejsce nie ma znaczenia! Należy dać pracownikom wolność wyboru. Nie każdy zdecyduje się na taką formę pracy, ale każdy powinien mieć do niej dostęp.

Nie wystarczy jednak powiedzieć: „Pracujmy zdalnie!”. Potrzeba systemowych zmian, które nie nastąpią z dnia na dzień. Będzie to długi i żmudny proces, wymagający od firm, pracowników, a także rządów wytrwałości. Gra jest jednak warta świeczki!