Wichura i trzcinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wichura i trzciny
Wichura i trzciny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Wichura i trzciny
Wichura i trzciny
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przestań zawracać głowę — powiedział z trudem Michał. — Przyjdzie wiosna i polecisz na spacer. Nie ma o czym mówić.

Grześ spojrzał na niego zgasłymi oczyma.

Wiesz, że tak nie będzie, więc nie wygłupiaj się i przestań mnie pocieszać, bo mi tego nie trzeba.

Polańska ukazała się w drzwiach, trzymając tryumfalnie w wyciągniętej ręce malutkiego czarno-rudopłowego kotka o długiej sierści i grubym nastroszonym ogonku. Kotek popiskiwał niespokojnie, był malutki i okrągły jak kulka, ledwo otwierały mu się oczki. Pani Jasia położyła go na kołdrze syna, a kotek natychmiast począł iść przed siebie, niezdarnymi ruchami foki, piąć się w górę, po załomach kołdry i spadł wreszcie, fikając koziołki, w bruzdę między kolanami Grzesia.

Sławny alpinista — powiedział Grzegorz. — Wielka ambicja: iść, iść przed siebie, wszystko jedno dokąd, byle iść.

Kotek doszedł właśnie do kolan siedzącego przy łóżku Michała i przeszedłszy po nich, jak po kładce, przewalając się niebezpiecznie na obie strony, począł wspinać się do góry, po brzuchu i piersiach chłopca.

To już nie alpinista — zawołała pani Jasia — to zdobywca Himalajów!

Hillary i Tenzing w jednej osobie — powiedział Michał.

A na to Grzegorz:

Ping, ping, ping.

To jest Tenzing.

Polańska odpowiedziała:

Ajajaj!

To jest Hilleraj!

I wszyscy troje zaczęli się śmiać, bawiąc się tymi wierszykami jak dzieci. Kotek tymczasem spadł z piersi Michała i usnął na kołdrze.

Wyszłam z pokoju. Zwariowani ludzie, swoją drogą. Jakieś głupie wierszyki, jakieś zabawy z kotkiem, można by pomyśleć, że wszystko u nich cudownie. I to w takiej sytuacji jak ich. Nie bardzo wiem, jak się wobec tak dziwnego sposobu bycia zachować. Zdaje się, że moja współczująca twarz nie robi na nich dobrego wrażenia. Ale w ich pokoju śmiać się nie potrafię.

Mają szczęście, co prawda, że to ja jestem ich sąsiadką, a nie kto inny. Nie wiem, kto by się zgodził na coś podobnego. Co dzień rano albo po południu kuchnia jest zablokowana na parę godzin. W olbrzymim kotle, na parze, gotują się płachty wełniane i kiedy dojdą do stanu wrzenia, przybiega Polańska i przyodziawszy dłonie w grube gumowe rękawice wyjmuje je, buchające żarem, z kotła, nakłada do kubła wyłożonego ceratą, upycha i aż jęczy, bo parzą. Potem ściśle okrywa ceratą i biegnie z kubłem do pokoju, gdzie leży syn, sztywny, wyciągnięty na stole pokrytym kocem i ceratą, nagi, szkieletowaty, tylko w slipkach. Z gorączkowym pośpiechem, aby płachty nie ostygły, owija nimi jego ciało, ręce, nogi, brzuch i piersi, okręca parującego ceratą, potem kocem i pada bez sił na krzesło. Chory leży, poci się tak, że strugi płyną mu po twarzy i już trzeba zerwać się znowu, aby dać mu pić, prosto z butelki, bo na leżąco. I zaraz, po dziesięciu minutach, biec znów do kuchni, ładować następny kubeł płachtami, galopować z kubłem do chorego, rozwijać go pospiesznie, odrzucać wystygłe płachty, owijać w nowe, wrzące, znów w ceratę i w koc, zbierać wystygłe płachty, biec z nimi z powrotem do kuchni, ładować je do kotła, z którego bucha dusząca i oślepiająca para, i znów z powrotem do chorego, ocierać mu twarz z potu, patrzeć w jego omdlewające z gorąca i wycieńczenia oczy i stać nad nim z przechyloną do jego ust butelką. I znowu, i znowu — cztery razy z rzędu — koń by się zamordował. I te jej dłonie, czerwone jak buraki, poparzone, napuchnięte z gorąca, twarz równie spocona jak u syna i pośpiech, pośpiech gorączkowy, żeby szmaty nie ostygły, żeby nie zaziębić chorego, żeby nie omdlał z wyczerpania. Nie podejmuję się jej w tym pomagać, nie na moje siły taka mordęga i to gorączkowe napięcie. A potem, kiedy już zdejmie ostatnie płachty, trzeba go wytrzeć do sucha i zaraz od razu, nim ciało ostygnie, zacząć go gimnastykować wibrującym ruchem od samego ramienia, i to nie jednym ruchem, ale wieloma, bo każdy skierowany jest od innego mięśnia i inny mięsień ma pobudzić do życia. Potem inne jakieś zabiegi. W sumie — całe godziny wytężonego, morderczego wysiłku. Weszłam do nich kiedyś już po skończeniu tego wszystkiego. Na fotelu na pół leżała, ciężko dysząc, Polańska. Z krwistymi wypiekami na policzkach, rozczochrana, spocona, z półprzytomnym wzrokiem. W pokoju panował upał, w powietrzu unosiły się resztki pary. Było jak w szklarni. Grzegorz blady, mimo gorąca, prawie omdlały, nie miał sił, aby powiedzieć choć słowo, tylko wzrokiem pokazał matce, że chce jeszcze pić. Zerwała się natychmiast. To nie ma sensu, to naprawdę nie ma sensu!

Od takich rzeczy jest szpital — powiedziałam kiedyś do Polańskiej, zobaczywszy ją w kuchni.

Widziałam, że jest skrajnie wyczerpana. Siedziała na stołku z bezradnie opuszczonymi rękami. Kąciki ust jej opadły, bruzdy pogłębiły się w twarzy, szczupła postać zdawała się jakaś przetrącona.

Kiedy w tej chorobie każdego chorego trzeba ćwiczyć inaczej, W szpitalu w takim stanie byłby właściwie stracony. Ja muszę... muszę dokonać rzeczy... bardzo trudnej.

Niemożliwej — powiedziałam sucho.

Może i niemożliwej. Ale muszę...

Nie ma rady na tę kobietę.

Co prawda, zyskała w ostatnich czasach wyraźną pomoc. W Michale. Chłopak przychodził codziennie, ale z początku tylko się przyglądał. Nawet czasami mnie to raziło, kiedy widziałam, jak Polańska dźwiga ciężkie wiadra z płachtami, a on nic. Siedział w kącie i patrzał. Ale pewnego dnia wstał swoim ociężałym ruchem, stanowczo odsunął Polańską od komina i powiedział:

Od dziś to jest mój wydział: kocioł, płachty i tak dalej. Pani może zostać przy Grzegorzu. Kąpać też ja go będę, zaniosę go i pani nie będzie go musiała suwać na fotelu tam i z powrotem.

Nie zapomnę spojrzenia, jakie Polańska rzuciła wtedy chłopcu. Kiedy potem wyszła z kuchni, krok jej wydał mi się lżejszy. Ta pomoc to dla niej wielka ulga.

Teraz co dzień, kiedy zbliża się godzina nadejścia Michała, Polańska staje się wyraźnie nerwowa. Wychodzi często do przedpokoju i do kuchni, przygotowuje to i owo, widać, że czeka. Widzę to, bo główny ciężar zabiegów przeniósł się na popołudnie, właśnie ze względu na Michała. Polańska czeka, chodzi po kuchni, wygląda do przedpokoju i co dzień jest niepewna, czy chłopak przyjdzie. Bo rzeczywiście, i zmęczenie, i nuda, i monotonia. Kto mu każę? Czemu on to robi? Bo przychodzi. I co dzień niepewność Polańskiej kończy się szerokim uśmiechem i westchnieniem ulgi.

Jak to się człowiek rozpieszcza — powiedziała kiedyś do mnie. — Już teraz, gdybym musiała grzac te kotły, dźwigać płachty, to bym chyba nie dała rady. To właściwie okropne tak się uzależnić. Czuję, że bez pomocy Michała...

Była już pani u kresu sił.

Niestety. Ale przecież nie można żądać od niego, żeby wytrwał. To się zanosi jeszcze na tak strasznie diugo...

Ale na razie Michał trwa i zdobywa w leczeniu coraz dalsze tereny. Już przejął na siebie część gimnastycznych zabiegów. Zjawia się wysoki, barczysty, mrukliwy.

Mam przy tym chłopaku jakieś poczucie siły i bezpieczeństwa — mówi Polańska.

On przychodzi, rozbiera się metodycznie w przedpokoju, kładzie kapcie i wchodzi do kuchni, jeszcze pachnący świeżością jesiennego wiatru. I od razu bez słowa bierze się do roboty. Jak długo on to wytrzyma? Kiedy mu się to znudzi? Matka to co innego, ale on, obcy...

Jest teraz wieczór, siedzę sama przy oknie. Przez ścianę słyszę głośną rozmowę, czasem śmiech. Dziwnie ciepło jak na październik. Znowu dzień upłynął i co mi z tego? Lat mi przybywa, jestem sama i co mnie czeka? Starość, choroba, śmierć. Smutno mi. A przecież jestem zdrowa, nie mam zmartwień, życie moje płynie spokojnie. Znów słyszę ich głosy. Im jest przecież gorzej niż mnie, a śmieją się. A ja nie...

Rozdział 2

Janina Polańska szła ulicą Wawelską niosąc teczkę z ostatnią swoją pracą — ilustracjami do pewnej książki. Czekali na nią w wydawnictwie, ale ona szła nie spiesząc się, bo zawsze, kiedy odchodziła od Grzegorza, czuła dotkliwie swoje wyczerpanie. Dziś było ono jakieś łagodne i mdławe, trochę jakby senne. Łagodny i senny był też dzień październikowy. Słońce zamglone muskało skórę przelotnym ciepłem, kiedy wychodziła z cienia drzew rosnących wzdłuż ulicy. Powietrze było nieruchome, omdlałe, liście jak maleńkie złote i zielone szybowce lądowały bez szmeru na chodnikach, na ramionach i głowach przechodniów. Polańska poczuła na policzku muśnięcie spływającego listka i uśmiechnęła się bezwiednie, odruchowo, nie pod przymusem, jak w obecności syna. Zdjęła listek, który przylgnął do policzka, i popatrzyła na niego jak na miłe zwierzątko. Był zielony, lipowy, żyłkowany czerwono, ale jakiś mały, miniaturowy, co to ledwo wyjrzał na świat z pączka i musiał odpłynąć w jesiennym powietrzu od rodzinnego drzewa. Zatrzymała listek w palcach i szła dalej, przyspieszając nieco kroku, i nagle minęły wszystkie lata, a ona była małą dziewczynką, zdążającą do szkoły z listkiem pożółkłym lub świeżo wyłuskanym kasztanem w ręku. Na chwilę, wreszcie na chwilę przestała myśleć o synu i właśnie wtedy zobaczyła przed sobą postać męską i usłyszała wypowiedziane półgłosem, niepewnie:

— Dzień dobry pani.

Spojrzała ze zdziwieniem. Nie znała tego niewysokiego, czarnowłosego mężczyzny.

— Nie poznaje mnie pani? Nic dziwnego. To ja miałem... to ja byłem... to ja przyniosłem wtedy pani tę smutną wiadomość.

 

— Ach, tak, naturalnie — wyciągnęła do niego spiesznie rękę. Listek łagodnie spłynął z jej palców i położył się jak zielone, maleńkie serduszko między nimi, na ziemi.

— Może pani niemiło ze mną rozmawiać? — patrzał pytająco. a jego dość grube wargi były półotwarte jak u onieśmielonego chłopca. — Może to nietaktowne z mojej strony, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać...

— Niechże pan da spokój — uśmiechnęła się znów — strasznie mi miło pana widzieć. Pan był wtedy taki dobry. Ja wszystko pamiętam, choć pana nie poznałam, bo widzi pan... ja chyba wcale nie spojrzałam na pana... sam pan rozumie.

— No chyba — teraz i on uśmiechał się uwolniony z niepewności. Oczy miał matowe, pod zbyt ciężkimi powiekami. — Wiedziałem, że mnie pani nie pozna. Pani się pewno spieszy.

— Dosyć. Ale jeżeli ma pan chwilę czasu, może pan podprowadzić mnie trochę. Ja panu właściwie nawet nie podziękowałam.

— O Boże, przecież nie o to chodzi. Ja mniej więcej wiem, co u państwa. Zaszedłem za poprzedniej mojej bytności w Warszawie, wtedy kiedy pani była w szpitalu. Sąsiadka pani mi mówiła... Chciałem wiedzieć... bałem się narzucać... ale sama pani rozumie. Pani nawet nie wie, jak ja się nazywam. Śniegoń. Jestem inżynierem. Ale co to właściwie panią obchodzi. Może mam odejść?

— Dlaczego? — spojrzała na niego z pewnym zdziwieniem; te wahania, niepewność, nieśmiałość u dojrzałego mężczyzny. — To przecież zupełnie naturalne, że chciał się pan dowiedzieć, co dalej. Jak miło z pana strony, że nie zapomniał pan o nas — dodała grzecznie i od razu miała dosyć tej rozmowy. Ludzie ją męczyli, zwłaszcza obcy, zwłaszcza frazesy. Przyspieszyła jeszcze kroku. Ale on, jakby z ulgą, że sprawa jest wyjaśniona, że już nie potrzebuje się tłumaczyć, przyspieszył kroku również.

— Niech pani nie zbywa mnie grzecznościami. Mnie to naprawdę obchodzi, co z pani synem... byłem świadkiem... mieszkam na prowincji, nie mogę się dowiadywać... Ale poza tym wspominałem i panią. Pani była taka opanowaną. Dzielna. To się nieczęsto spotyka. I co z tym kierowcą? Siedzi?

— Syn ma się lepiej. Chyba mówiła panu sąsiadka, że ten szofer nie był taki winny. Że. syn był już chory...

— Słyszałem. Heine-Medina.

— Uparł się, żeby iść do szkoły. Miał gorączkę, potem spadła. Okazuje się, że to typowe. To był pierwszy dzień nauki. Powiedział, że nie jest już dzieckiem, żeby go mama kładła do łóżeczka, kiedy ma trochę temperatury. W takich wypadkach matka jest bezsilna. Pozwoliłam mu pójść...

Umilkła. Liście opadały bezszelestnie. Polańska podniosła głowę, odetchnęła spazmatycznie i dodała:

— Musiał się czuć słabo, ale pan wie, jak to chłopcy. Brawurują. Albo może już nogi mu odmawiały posłuszeństwa. Żal mi tego szofera. Ostatecznie tylko go potrącił. Inna rzecz, że to nie pierwszy wypadek, jaki spowodował.

— Szofer był pijany — powiedział twardo jej towarzysz. — Zwróciłem na jego wóz uwagę jeszcze przed wypadkiem, bo jechał zygzakiem. Dlatego od razu byłem na miejscu i mogłem zająć się chorym. Złożyłem oświadczenie na milicji. Nie mam litości dla pijanych kierowców. Odbierałbym im prawo jazdy bezpowrotnie. Poza tym chciał uciec.

— Mniejsza o niego. Nieszczęście naskoczyło na nas skądinąd, jak zawsze nie stąd, skąd się człowiek spodziewa. Tego mnie nauczyła już wojna. Inna rzecz, że dla tej złamanej nogi syna już nic się zrobić nie da. Może pan sobie wyobrazić, jak to utrudni sytuację.

Szli dłuższy czas obok siebie milcząc. Na prawo był parczek niewielki: krzewy rude, czerwone i gołe już gałązki z perłami białych jagód. Inżynier zerwał jedną z nich i począł się bawić nią jak piłeczką.

— Pani jest malarką... — zaczął.

— Graficzką.

— Właśnie. Mało się na tym znam. Podobno — znaną.

Nie odpowiedziała.

— Czy nie chciałaby pani usiąść trochę na ławeczce? Dzień taki miły, cichy.

Polańska żachnęła się i odpowiedziała niegrzecznie:

— Skądże znowu. Spieszę się, muszę coś załatwić i z powrotem do domu.

— Nie ma pani nikogo bliskiego? To tak jak ja. Niech się pani da przekonać i usiądzie na chwilę. Inaczej musiałbym sam czekać na dworcu.

— Czy pan sobie zdaje sprawę, jak jest u mnie?

— A czy mnie pozwoliłaby pani odwiedzić syna?

Polańska uśmiechnęła się.

— Nas trochę trudno odwiedzać, bo tyle tych zabiegów. Ale proszę, kiedyś wieczorem.

— Ja bym naprawdę pragnął... Więc można?

— Dziś jeszcze?

— Dziś nie. Wyjeżdżam za godzinę. Nie wiem, kiedy znów przyjadę. Ale wtedy, jeżeli pani pozwoli...

— No oczywiście. Mało osób nas odwiedza. Ludzi odstrasza taka sytuacja jak nasza. Tylko jeden jedyny przyjaciel syna nas nie opuścił. Natychmiast po szkole przychodzi i zostaje aż do wieczora. U nas odrabia lekcje i nauczył się pomagać mi we wszystkim. Jeszcze czegoś podobnego nie widziałam w życiu. I to już tak trwa dwa miesiące. Łapię się na tym, że z przerażeniem myślę o chwili, kiedy mu się to znudzi. Ten chłopak to moja jedyna podpora.

Polańska usiadła z roztargnieniem, jakby nie bardzo wiedząc, co robi, zajęta tymi słowami, które nagle popłynęły z niej jak krew ze źle owiązanej rany. Nie narzekała dotąd nigdy, nie zwierzała się przed nikim, odkąd wojna zabrała jej najbliższych. I nagle, nie wiadomo czemu, temu obcemu człowiekowi zaczęła mówić najpierw o Michale, potem o sobie, o zabitym na wojnie mężu, o córce. która zginęła pod gruzami domu, o swoim samotnym życiu starzejącej się kobiety, która pragnęła już tylko spokoju, i o tym ostatnim nieszczęściu, które wydawało jej się najgorsze, bo było najbliższe.

Twarze ich muskał zachodni, wilgotny wiatr, w nogi ciągnęło zimnem od ziemi, pachniało jesienią. Polańska nagle urwała w pół słowa i zawstydziła się.

— Mówię do pana, jak do kogoś spotkanego w pociągu, kogo się już nigdy więcej nie zobaczy. Nie wiem, co mnie naszło. I, proszę pana, niech pan lepiej zapomni o tej serii nieszczęść, którą pana uraczyłam. Niech pan unika na przyszłość nieszczęśliwych ludzi, bo są nudni.

Inżynier rysował coś patykiem na piasku. Nie nosił kapelusza, zachodzące słońce zapaliło nitki siwizny w jego włosach.

— Ja też nie należę do tych najweselszych, proszę pani — powiedział po dłuższym milczeniu. — A co do nudy... Pani nie wie, co to jest nuda, bo pani nie mieszka na prowincji. I mimo wszystko, pani nie jest tak samotna jak ja.

— Jestem samotna, jak każdy człowiek, któremu jest źle. Nie chcę nikomu zawracać głowy moimi zmartwieniami. A przed synem muszę udawać. O Boże, jak późno...

Zerwała się z ławki.

— Zaczynam się rozklejać. Nie wiem, dlaczego pan tak na mnie podziałał. Pierwszy raz mi się zdarza. Niech się pan nie gniewa, ale ja już muszę iść. Będzie pan samotnie czekał na dworcu. Albo niech pan sobie znajdzie weselsze towarzystwo. Do widzenia.

Odeszła szybko, a inżynier Śniegoń pozostał, zamyślony, na ławce.

Michał, zdyszany, wbiegł po schodach szkoły i odetchnął z ulgą, zobaczywszy na zegarze wiszącym na korytarzu, że jest jeszcze pięć minut do rozpoczęcia lekcyj. Myślał, że się spóźnił. Poprzedniego dnia, kiedy wrócił od Grzegorza, było już ciemno i wuj zrzędnym głosem począł jak zwykle narzekać, że chłopak się włóczy, że nic dobrego z niego nie wyrośnie, że węgiel przywieźli i nie ma go komu znieść do piwnicy. Michał tedy począł znosić węgiel kubłami, co nie szło prędko, bo na podwórzu było już ciemno. Znosił tak do jedenastej w nocy, a potem musiał jeszcze posprzątać mieszkanie. Wuj był wdowcem, drobnym urzędnikiem, starszym już człowiekiem, zrzędnym, nudnym, uważającym, że zmarnował życie, że mógł był dojść ho-ho do czegoś wielkiego, ale wojna i w ogóle wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Rodzice Michała zginęli w czasie powstania i wuj wziął chłopca do siebie, ale przerzucił na niego niemal całkowicie troskę o dom. Michał sprzątał, robił śniadanie i kolację, palił w piecach, bo wuj, w chwilach wolnych od pracy, pisał jakieś utwory, których nikt nie chciał drukować, i szkoda mu było czasu na przyziemne zajęcia. Michał spełniał wszystko, co wuj kazał, był grzecznym i potulnym chłopcem aż do lat jedenastu. Wtedy nagle ogarnął go bunt, począł wuja, który był zawsze oschły i nieprzyjemny, nienawidzić, zaniedbał się w nauce, wdał się w przyjaźń z jakimś starszym od siebie drabem, który już trzy lata spędzał w tej samej klasie, począł z nim wagarować, niegrzecznie odpowiadać nauczycielom i na zakończenie roku szkolnego zdobył niesłychane i nie widziane w dziejach szkoły świadectwo złożone z samych dwójek. Ze szkoły go wyrzucili, wuj sprał go, ale wątle, bo nie miał wielkich sił, i po wakacjach oddał do innej szkoły. Z tej drugiej szkoły Michał też wyleciał, bo na jakiejś lekcji zachciało mu się przejść na rękach po klasie, między ławkami, a już poprzednio miał na swoim koncie spacer od okna do okna, na zewnątrz ściany szkolnej, po parocentymerowym występie i na wysokość drugiego piętra. Od nowego roku szkolnego, mając lat trzynaście, znów zmienił szkołę i traf chciał, że siadł na jednej ławce z Grzegorzem Polańskim, który też był w tej klasie nowy, bo od czasu powstania mieszkał wraz z matką w Łodzi. Grzegorz był silny i wysoki, przodował w biegach, a w pierwszej bitce pokonał Michała. To rozgniewało chłopca. Zwłaszcza że Grzegorz od razu wysunął się na czoło w nauce. W pojęciu Michała, mocno mu wszczepionym przez zaprzyjaźnionego draba, z którym stosunki jednak zerwały się po opuszczeniu poprzedniej szkoły, było w tym coś niezrozumiałego. Nienawidził dobrych uczniów, którzy, jak uważał, musieli być zawsze słabiakami i ofermami. Zresztą sprawa nauki mało go interesowała, dobrze się uczyć było poniżej jego honoru. Natomiast postanowił pokonać Grzegorza na polu sportowym. Było to ambitnym zamiarem, bo sam był jako mały chłopiec drobny i wątły. Po roku jednak dużych wysiłków dogonił Grzegorza w gimnastyce, a po półtora roku, choć nie dorównał mu w biegach, to jednak przegonił w pływaniu. Po paru triumfach sportowych, które o dziwo, nie oddaliły go od Grzegorza, a raczej zbliżyły, bo trenowali razem, znów począł doznawać upokorzeń. Bo i nauczyciele, i w ogóle każdy w szkole, przy byle okazji, mówił o Grzegorzu i o nim: „To jedni z najlepszych naszych szkolnych sportowców, no, ale ten Polański w dodatku jak się uczy! Najlepszy dowód, że sport nie przeszkadza w nauce. Tego niestety o Żarskim nie można powiedzieć”. No i tak dalej, wciąż w tym guście, aż w końcu to poczęło wściekać Michała? Nie znosił nigdy, kiedy ktoś powtarzał to samo w kółko i nieustannie. Tak na przykład jednakowe ględzenie wuja sprawiło, że chłopiec już nie mógł tego wytrzymać i zbuntował się. W dziewiątej klasie, kiedy dorównał w sporcie Grzegorzowi i innym krzepkim chłopcom, kiedy sam się wzmocnił, kiedy niektórych nawet dobrze przegonił, pomyślał sobie, że właściwie dlaczego nie miałoby być podobnie z nauką, dlaczego to on ma być zawsze ten gorszy. Zaczął przychodzić do Grzegorza codziennie i choć nigdy razem nie odrabiali lekcji, tylko każdy pracował przy innym końcu stołu, jakoś im było coraz przyjemniej razem. Zwłaszcza że kiedy skończyli lekcje, zawsze zostawało trochę czasu, żeby wybiec na dwór. Zresztą inna jeszcze sprawa wpłynęła na to, że Michał począł jak najbardziej opóźniać swój powrót do domu.

Od pewnego czasu do wuja, po południu, poczęła przychodzić pewna koleżanka biurowa i przesiadywać godzinami. Chłopiec zamykał się z początku w kuchni, ale pani Leokadia wrychle i tam przeniknęła, poczęła robić porządki, biadając nad zaniedbaniem, jakie panuje w domu wdowca, i w najlepszej zresztą intencji zmuszała Michała, żeby się z książkami i zeszytami przenosił to na okno, to na łóżko, to znowu siadał przy stole. Zaczęła przeglądać jego podręczniki, oglądać stopnie i robić na ich temat różne uwagi. Wuj zachwycał się jej dobrocią i zainteresowaniem do wszystkiego, ale Michał, z okrucieństwem właściwym dzieciom, nie mógł znieść, że obca kobieta zagnieżdża się w ich domu, irytowało go, że wuj ma rozanieloną minę, uważał, że to śmieszne w jego wieku, i zaczął unikać domu. Zwłaszcza że jak to rychło spostrzegł, raczej sprawiał tym przyjemność wujowi i pani Leokadii. Nie było mu w domu gorzej niż poprzednio, raczej lepiej, bo i wuj mniej zrzędził, i jedzenia nigdy teraz nie brakowało, ale nie czuł się już u siebie, a często wydawało mu się, że wręcz zawadza. I tak, po trochu, coraz częściej bywał w domu Polańskich, aż weszło w zwyczaj, że wszystkie prawie popołudnia spędzał z Grzegorzem.

W dziesiątej klasie Michał należał już do najlepszych uczniów i miał tylko parę trójek. Ze zdziwieniem przekonał się, że choć niektóre przedmioty są śmiertelnie nudne, to jednak inne sprawiają sporo frajdy, zwłaszcza kiedy się rozszerza zakres szkolny i czyta różne książki. A książek w domu Polańskich było zawsze pod dostatkiem. Interesowała go nade wszystko biologia i w ogóle nauki przyrodnicze, ale powoli wciągał się i w czytanie powieści oraz dzięki pani Polańskiej w to, co zrazu nie obchodziło go ani trochę, w oglądanie reprodukcji różnych obrazów. A jeszcze płyty i adapter! Radia nie lubił, rzadko się trafiało coś zajmującego. Słowem, chwile z przyjacielem upływały mu zupełnie miło, zwłaszcza że Grzegorz był szczęściarzem i miał osobny pokój. Czasami przez parę godzin nie rozmawiali wcale ze sobą, każdy zatopiony w swojej robocie czy książce, czasem gadali, o czym się dało, a po skończonych lekcjach najczęściej lecieli na niedaleki, nie zabudowany teren i szaleli z piłką, tyczką, dyskiem czy drążkiem. Oczywiście, nie sami, zawsze przyłączyło się do nich paru kolegów i bywało bardzo wesoło. I stało się tak, że w dziesiątej klasie przy rozdawaniu cenzur usłyszał dawny chuligan o sobie całkiem przyjemne słowa z ust wychowawcy i dyrektora; okazało się też, że go wymieniają jednym tchem z Grzegorzem. Przestał być tym, którego żałowano, któremu prawiono morały.

 

Wakacje spędzili osobno, bo Michał miał krewnych na wsi, do których jeździł zawsze latem.

Choroba przyjaciela zrazu oszołomiła Michała. Nic nie mógł z tego wszystkiego zrozumieć. Sam z wątłego chłoptasia przemienił się w zdrowego byka i bardzo był dumny ze swoich bicepsów i innych mięśni. W gruncie rzeczy był bardziej zadowolony ze swego zdrowia i siły niż z postępów w nauce. Ludzi chorych i słabych uważał za coś gorszego, pogardzał nimi w głębi ducha, jakby to było w pewnym stopniu ich winą. Zdrowie własne, no i Grzegorza uważał za rzecz pewną, zdobytą i niewzruszalną. Byli przodującymi sportowcami w szkole i rzecz nie podlegała żadnej dyskusji oraz, jego zadaniem, nic nie mogło tego zmienić. Choroba, w jego pojęciu, była czymś wstydliwym i niejako hańbiącym. Kiedy raz miał silną grypę, przechodził ją, nie pokazując po sobie, że w głowie mu się mąci od gorączki. Kiedy go raz rozbolał na lekcji brzuch, wytrzymał mężnie do końca, bo po prostu wstydził się, że jest mu słabo. Kiedy jeden z kolegów zemdlał w klasie, Michał pomógł go odwieźć do domu, ale w gruncie rzeczy nim pogardzał. No bo jak to można zemdleć, w dodatku publicznie? To dobre dla dziewczyn.

I nagle taka historia z Grzegorzem. Póki przyjaciel był w szpitalu, Michał właściwie nie bardzo wierzył w tę całą chorobę, uważał, że na pewno przesadzają. Wszystkie relacje pani Sabiny Żółwińskiej, sąsiadki Grzegorza, przyjmował z niewiarą, no bo taka starsza pani musi przesadzać. Kiedyś spotkał panią Polańską. Pomimo jej zmienionego wyglądu, ponieważ nie narzekała i zapewniała, że jest lepiej, utwierdził się w przekonaniu, iż to nie jest nic wielkiego. Dopiero kiedy Grzegorza przywieźli do domu, musiał się poddać oczywistości.

Tego dnia, kiedy wpadł do szkoły tak pospiesznie, był zły, bo niewyspany. A że w takich dniach wszystko się sprzysięga, więc też chemii nie zdążył odrobić. Jakoś wczorajsze zabiegi przy Grzegorzu zajęły więcej czasu, później to znoszenie węgla do piwnicy, a potem spać mu się chciało strasznie, więc postanowił odrobić lekcje rano. Tymczasem zaspał, no i jeszcze na dodatek zegar stanął. Wpadł więc do klasy pospiesznie, wyciągnął podręcznik chemii z teczki i zaczął łapczywie wchłaniać to wszystko, o co mogą pytać dzisiaj.

Na szczęście koledzy i koleżanki przestali go opadać jak poprzednio, pytając, co z Grzegorzem. Z początku nie mógł się po prostu opędzić. Wiadomo było w szkole, że chodzi do Polańskich co dzień jak poprzednio, i każdy był ciekaw. Bo też szumu narobił ten wypadek samochodowy i potem zaraz choroba. Aż nieprawdopodobne, żeby istniały takie zbiegi okoliczności. Pytania były różne: a czy to zaraźliwe, a czy nie boisz się tam bywać, a po co to robisz, a czy Grzegorz będzie chodził, a czy będzie zdawał maturę? I mnóstwo innych w tym rodzaju.

Michał nie znosił tych pytań, czuł się upokorzony za przyjaciela. W ogóle nie znosił wtrącania się do swego życia, pouczeń, komentarzy i podobnego zawracania głowy. Odpowiadał półgębkiem, sucho, często niegrzecznie. Osiągnął wreszcie to, że przestał być przedmiotem sensacji szkolnej. Pytano go jeszcze, ale nie tak natarczywie i natrętnie.

O tym, jaka jest jego rola przy Grzegorzu, co tam właściwie robi, nawet się nie zająknął i w szkole ani nauczyciele, ani koledzy długo nie mieli pojęcia, że jego czas po południu szczelnie jest wypełniony zabiegami leczniczymi i że mu go niewiele zostaje dla lekcji. Przy tym wujowi trzeba było pomagać we wszystkich cięższych pracach, a właściwie robić je samemu i nic tu nie zmieniły wizyty pani Leokadii. Michał był z natury mrukliwy, a teraz czas szczelnie, zanadto szczelnie wypełniony uczynił go jeszcze mniej skłonnym do rozmów. Odkąd zaczął być dobrym uczniem, polubił szkołę, ale teraz znów się do niej zniechęcił. Pochłaniała ona tyle czasu, który przydałby się Grzegorzowi, a potrafiłby tego wszystkiego, co zawierał sześciogodzinny dzień szkolny, nauczyć się w ciągu godziny. Poznał teraz wielką prawdę, że gdy uważa się na lekcjach, połowa roboty jest odwalona, jeżeli chodzi o odrabianie, i siedział z oczyma wlepionymi w nauczyciela, żeby zaoszczędzić sobie czasu na popołudnie. To irytowało innych, którzy sądzili, że Michał w ten sposób chce się „podlizać”. Kiedy nauczyciel przepytywał kolegów, odrabiał lekcje na dzień następny. Odrabiał je i na pauzach. Doprowadzało to kolegów do wściekłości.

— Coś ty taki pracuś, do cholery? — mówił do niego wysoki, chudy Antek, z którym grywał dawniej chętnie w koszykówkę na podwórzu szkolnym. — Komu chcesz zaimponować, kujonie jeden? Nie wygłupiaj się. Już dawno nie grałeś w kosza, przyjdziesz dziś po obiedzie?

— Nie mogę — odburkiwał w odpowiedzi.

Antek odchodził i szeptał z kolegami:

— Ma jakąś lalkę czy co? Musiała mu zaleźć za skórę, nie wiadomo gdzie się podziewa całe popołudnie.

— Podobno siedzi u Polańskich.

— Coś ty, głupi? Wierzysz w takie gadki?

Wiedziano jednak w klasie, że Michał widuje często Grzegorza. I teraz od czasu do czasu zasypywano go pytaniami:

— Mów. Byłeś tam? I co? Jak on? Czy to prawda, że nawet palcem nie może ruszyć? A czy on w ogóle nie umrze z tego?

Michał nienawidził tych pytań. Nie mógł znieść, że Grzegorz, który dawniej imponował innym, teraz stał się przedmiotem litości! Nie chciał dla niego niczyjego współczucia. Dziwna rzecz, kiedy siedział przy łóżku Grzegorza, nawet kiedy robił różne zabiegi przy jego wynędzniałym, wychudłym ciele, mniej czuł jego nieszczęście, niż kiedy nagle w szkole jakiś zdrowy byk o niego zapytał. Z bliska odnajdował Grzegorza dawnego; rozmawiał z nim, śmiał się, żartował. Chory, bo chory, ale ten sam. Z odległości jednak zostawała sama zgroza: ktoś powalony, może na zawsze, ktoś nieruchomy i nigdy nie mający być takim jak inni. I to właśnie musiał być Grzegorz. We współczuciu ludzkim dostrzegał tylko ciekawość i zadowolenie z własnego zdrowia tych, którzy pytali. Kiedy ktoś zastanawiał się, czy można chorego odwiedzić, Michał odpowiadał przecząco. Bo rzeczywiście, czasu na wizyty pozostawało mało po wszystkich niezbędnych zabiegach, a przy tym Grzegorz był taki słaby, taki zmęczony, że właściwie nie miał sił do wizyt. Michał złowił kiedyś przerażone spojrzenie jednej z koleżanek i nadmierną wesołość paru kolegów, którzy starali się pokryć wrażenie, jakie na nich wywarł chory, i od tej chwili wizyty stały mu się wstrętne. Grzegorz jednak chętnie widział gości: nie miał złudzeń co do tego, jak wygląda, a lubił, aby mu opowiadano, co się dzieje na świecie, bo Michał, choć najbliższy ze wszystkich, był mrukowaty i niezbyt rozmowny.

Ta mrukliwość, która się wzmogła od czasu choroby Grzegorza, sprawiła, że koledzy poczęli się po trochu odsuwać od Michała. Dawniej był popularny w klasie dzięki swojej sile i sprawności fizycznej, a także dzięki uczynności, z jaką pomagał słabszym w nauce kolegom. Był spokojny, opanowany i budził zaufanie samym swoim wyglądem. Teraz zachowanie jego stało się raczej odpychające, zawsze się spieszył, na nic nie miał czasu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?