Gra szklanych paciorków

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Gra szklanych paciorków. Próba przystępnego wprowadzenia w jej dzieje

OPIS ŻYWOTA MAGISTRA LUDI JÓZEFA KNECHTA

Powołanie

Waldzell

Lata studiów

Dwa zakony

Misja

Magister ludi

Urząd

Dwa bieguny

Rozmowa

Przygotowania

Okólnik

Legenda

PISMA POZOSTAWIONE PRZEZ JÓZEFA KNECHTA

Wiersze ucznia i studenta

Trzy życiorysy

Zaklinacz deszczu

Spowiednik

Życiorys hinduski

Volker Michels. Posłowie wydawcy do Gry szklanych paciorków

Przypisy

Tytuł oryginału:

DAS GLASPERLENSPIEL. VERSUCH EINER

LEBENSBESCHREIBUNG DES MAGISTER LUDI JOSEF

KNECHT SAMT KNECHTS HINTERLASSENEN SCHRIFTEN

Copyright © 1943 by Hermann Hesse

Renewal copyright © 1971 by Heiner Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Aleksander Wirpsza

Projekt graficzny serii i układ typograficzny

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

Denis Belyaevskiy/shutterstock, pexels

Redaktor serii oryginalnej

Volker Michels

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Tekst powieści na podstawie wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego, Warszawa 1999

ISBN 978-83-8008-487-2

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wędrowcom Wschodu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


...non entia enim licet quodammodo levibusque hominibus facilius atque incuriosius verbis reddere quam entia, verumtamen pio diligentique rerum scriptori plane aliter res se habet: nihil tantum repugnat ne verbis illustretur, at nihil adeo necesse est ante hominum oculos proponere ut certas quasdam res, quas esse neque demonstrari neque probari potest, quae contra eo ipso, quod pii diligentesque viri illas quasi ut entia tractant, enti nascendique facultati paululum appropinquant.

ALBERTUS SECUNDUS

tract. de cristall, spirit. ed. Clangor et Collof. lib. I, cap. 28

W odręcznym przekładzie Józefa Knechta:

...choć bowiem ludziom lekkomyślnym mniejszą poniekąd odpowiedzialność i trudność oznacza przedstawianie słowami rzeczy nieistniejących niż istniejących, jednak dla pobożnego a sumiennego dziejopisa rzecz ma się zgoła przeciwnie: nic trudniejszego nad ukazanie w słowach, jednocześnie przecie nic też konieczniejszego nad ukazanie ludziom pewnych rzeczy, których istnienie ani daje się udowodnić, ani jest możliwe, które wszelako właśnie wskutek tego, iż ludzie pobożni a sumienni jako istniejące je traktują, przybliżone zostają o krok do bytu i możliwości swych narodzin.

.

W książce tej zamierzamy zawrzeć skąpe materiały biograficzne, jakie zdołaliśmy odnaleźć na temat Józefa Knechta, magistra ludi, Józefa III, jako nazywany jest w archiwach gry szklanych paciorków. Nie zamykamy oczu na fakt, że próba ta stanowi, lub co najmniej wydaje się stanowić sprzeczność z istniejącymi zasadami i obyczajami życia duchowego. Jedna bowiem z kardynalnych reguł duchowego naszego żywota polega przecież na zatarciu indywidualności, na możliwie najdoskonalszym podporządkowaniu jednostki nauce oraz hierarchii urzędu pedagogicznego. A zasada ta została w ciągu wieloletniej tradycji tak dalece urzeczywistniona, że trudno dziś niesłychanie, a w wielu wypadkach okazuje się to wręcz niemożliwe, odnaleźć biograficzne lub psychologiczne szczegóły, dotyczące poszczególnych osób, które wybitne usługi oddały owej hierarchii; w nader licznych przypadkach nie można już nawet ustalić imion tych osób. Do cech życia duchowego naszej prowincji przynależy już po prostu, iż hierarchiczna jego organizacja hołduje ideałowi anonimowości i że bardzo bliska jest urzeczywistnienia owego ideału.

Lecz jeśli mimo to obstawaliśmy przy naszej próbie ustalenia pewnych szczegółów z życia magistra ludi Józefa III i naszkicowania sobie, choćby pobieżnie, obrazu jego osobowości, postępowaliśmy tak – jak mniemamy – nie z racji kultu jednostki ani nieposłuszeństwa względem obyczajów, lecz przeciwnie, powodowani jedynie chęcią oddania przysługi prawdzie i nauce. Myśl to nienowa: im ostrzej i bezwzględniej formułujemy jakąś tezę, tym nieuchronniej domagać się ona będzie antytezy. Uznajemy i szanujemy ideę stanowiącą podstawy anonimowości naszych instytucji i naszego życia duchowego. Wszelako wgląd w prehistorię owego życia, mianowicie w dzieje rozwoju gry paciorków szklanych, wykazuje niezbicie, iż każda faza tego rozwoju, każda jego rozbudowa, każda zmiana, każda istotna cezura, niezależnie od tego, czy będziemy je sobie tłumaczyć w sposób postępowy, czy konserwatywny, nieodmiennie ukaże nam wprawdzie nie jednego i właściwego jej sprawcę, lecz najwyraźniejsze jej oblicze właśnie w postaci tego, kto ową zmianę wprowadził, stając się narzędziem przekształcenia i udoskonalenia.

Wprawdzie to, co dziś rozumiemy jako osobowość, różni się znacznie od pojęć, jakie na ten temat mieli biografowie i historycy w czasach dawniejszych. Dla nich, zwłaszcza zaś dla autorów z owych epok, w których występowały tak wyraźne skłonności biograficzne, istotę osobowości zdawało się tworzyć wszystko, co wyjątkowe, anormalne i niepowtarzalne, częstokroć wręcz patologiczne, podczas gdy my, współcześni, dopiero wówczas mówić zaczynamy o wybitnej osobowości, gdy napotykamy ludzi, którym udało się bez śladu aspiracji do jakiejkolwiek oryginalności czy niezwykłości, w sposób możliwie najdoskonalszy podporządkować się ogólnie obowiązującym zasadom i najdoskonalej służyć temu, co ponadosobowe. Dokładniej rzecz rozpatrując, stwierdzimy, że już starożytni znali ów ideał: postać „mędrca” czy „człeka doskonałego” na przykład u dawnych Chińczyków lub sokratyczny ideał nauki o cnocie ledwo da się odróżnić od dzisiejszego naszego ideału, niejedna zaś wielka organizacja duchowa, choćby Kościół Rzymski w okresach swej największej potęgi, znała podobne zasady, niektóre zaś z najwybitniejszych jej postaci, na przykład Święty Tomasz z Akwinu, wydają się nam, na podobieństwo wczesnych rzeźb greckich, raczej klasycznymi przedstawicielami pewnych typów niż pojedynczymi osobami. Lecz mimo wszystko ów dawny, prawdziwy ideał zaginął niemal całkowicie w czasach poprzedzających reformację życia duchowego, która rozpoczęła się w dwudziestym stuleciu i której jesteśmy spadkobiercami. Zdumiewamy się, odnajdując w ówczesnych biografiach obszerne relacje o liczbie rodzeństwa bohatera lub też o psychicznych urazach czy uszczerbkach, jakich doznał, odrywając się od dzieciństwa wskutek dojrzewania, walki o uznanie lub zalotów miłosnych. Nas dzisiaj nie interesuje ani patologia, ani dzieje rodziny, ani popędy, ani trawienie, ani też sen bohatera; nawet historia jego duchowego rozwoju i wykształcenia przez ulubione studia i ulubioną lekturę etc. wydaje się nam niezbyt ważna. Bohaterem godnym szczególnego zainteresowania jest dla nas jedynie ten, kto z natury i dzięki wychowaniu potrafi zatracić w sposób niemal doskonały własną osobę w jej funkcji hierarchicznej, nie tracąc jednak przy tym silnego, świeżego a godnego podziwu impulsu, decydującego o indywidualnej wartości. Jeśli zaś pomiędzy jednostką i hierarchią powstają konflikty, uważamy je właśnie za kamień probierczy danej osobowości. I choć bynajmniej nie aprobujemy buntownika, którego do naruszenia ładu społecznego nakłaniają żądze i namiętności, czcimy przecież pamięć prawdziwie tragicznych ofiar.

 

Tam właśnie, wobec bohaterów, wobec tych ludzi prawdziwie za przykład służyć mogących, zainteresowanie osobą, imieniem, obliczem i gestem wydaje nam się dozwolone i oczywiste, gdyż nawet w najdoskonalszej hierarchii, najsprawniejszej organizacji bynajmniej nie widzimy maszyny złożonej z martwych, w istocie obojętnych części, lecz żywe, z cząstek złożone, a przez organa swoje ożywione ciało, którego każda cząstka zachowuje swą właściwość i swobodę, współuczestnicząc w cudzie życia. W tym też sensie usiłowaliśmy zebrać wiadomości o życiu mistrza gry szklanych paciorków, Józefa Knechta, zwłaszcza zaś o wszystkim, co sam napisał; zdobyliśmy też sporo rękopisów, które uważamy za godne przeczytania.

To, co mamy do przekazania o życiu i osobie Knechta, znane jest już zapewne w całości lub po części członkom zakonu, a zwłaszcza graczom szklanych paciorków, i choćby z tej już przyczyny książka nasza zwraca się nie tylko do tego grona, lecz spodziewa się uzyskać i poza nim pełnych zrozumienia czytelników.

Dla węższego owego kręgu książka nasza nie potrzebowałaby wstępu ani komentarza. Ponieważ jednak pragniemy pozyskać dla życiorysu i pism naszego bohatera grono czytelników i spoza zakonu, przypadło nam w udziale niełatwe raczej zadanie opatrzenia tej książki – dla owych mniej przygotowanych czytelników – niewielkim, popularnym wprowadzeniem w sens i dzieje gry szklanych paciorków. Podkreślamy, że wstęp ów jest i pragnie być popularny, bynajmniej nie roszcząc sobie pretensji do wyjaśniania dyskutowanych w obrębie samego zakonu problemów gry i jej historii. Nie czas jeszcze na obiektywne ujęcie tego tematu.

Nie należy tedy oczekiwać od nas pełnej historii i teorii gry szklanych paciorków, godniejsi bowiem i zręczniejsi od nas autorzy nie sprostaliby dziś takiemu zadaniu. Jeśli źródła, a także predyspozycje duchowe przedtem nie zaginą – zadanie to przypadnie na czasy późniejsze. A podręcznikiem gry szklanych paciorków praca nasza tym bardziej być nie może; takiego podręcznika nikt zresztą nigdy nie napisze. Reguł tej arcygry nie można przyswoić sobie inaczej niż w zwykły, przepisowy sposób, wielu lat wymagający, a nikt z wtajemniczonych nie byłby zainteresowany jakimkolwiek ułatwianiem nauki owych zasad.

Reguły te, mowa znaków i gramatyka gry, stanowią rodzaj wysoce rozwiniętego, tajemnego języka, w którym udział swój mają przeróżne nauki i sztuki, zwłaszcza jednak matematyka i muzyka (albo teoria muzyki), a który wyraża treść i rezultaty niemal wszelkich nauk, wzajemne mogąc tworzyć pomiędzy nimi związki. Gra szklanych paciorków jest zatem grą wszelkimi treściami i wartościami naszej kultury, igra nimi zapewne tak, jak w okresie rozkwitu sztuk pięknych malarz igrał barwami swojej palety. Cokolwiek ludzkość w twórczych swoich epokach wydała w zakresie wiedzy, szczytnych myśli i dzieł sztuki, co późniejsze czasy uczonej refleksji sprowadziły do pojęć i uczyniły naszym dobrem intelektualnym, cały ów ogromny zasób duchowych wartości służy graczowi szklanych paciorków, który gra na nich tak, jak organista na organach, a instrument ów jest niewiarygodnie doskonały, manuały jego i pedały penetrują cały duchowy kosmos, liczba rejestrów jest niemal niezliczona i teoretycznie można by z pomocą tego instrumentu odtworzyć w grze intelektualną treść całego świata. Lecz owe manuały, pedały i rejestry są już niezmienne, zmiana ich liczby i układu lub próby ich udoskonalenia możliwe są właściwie już tylko w teorii: wzbogacenie języka gry przez włączenie doń nowych treści podlega jak najsurowszej kontroli najwyższego zwierzchnictwa. Natomiast w obrębie tych niezmiennych ram czy też, pozostając przy naszym porównaniu, w zakresie skomplikowanego mechanizmu tych olbrzymich organów, każdy gracz korzystać może z mnóstwa możliwości i kombinacji, a jest rzeczą niemal niemożliwą, by spośród tysiąca ściśle przeprowadzonych gier dwie nawet wykazywały inne niż zaledwie powierzchowne do siebie podobieństwo. Gdyby nawet kiedyś przypadkiem zdarzyć się miało, że dwóch graczy uczyni treścią swej gry dokładnie tę samą, niewielką grupkę tematów, obie te gry mogłyby przedstawiać się i przebiegać zupełnie inaczej, w zależności od sposobu myślenia, charakteru, nastroju i wirtuozerii graczy.

Ostatecznie jest kwestią upodobań historyka, jak daleko zechce przesunąć w czasie początki i prehistorię gry szklanych paciorków. Albowiem, jak każda wielka idea, nie miała ona właściwie początku, lecz w zamyśle istniała zawsze. Zaczątki jej odnajdujemy jako ideę, przeczucie czy marzenie już w wielu dawniejszych epokach, na przykład u Pitagorasa, następnie w późnym okresie kultury antycznej, w kręgu hellenistyczno-gnostycznym, jak również u dawnych Chińczyków, w szczytowych momentach rozwoju arabsko-mauretańskiego życia duchowego, dalej zaś ślady jej prehistorii wiodą poprzez scholastykę i humanizm ku akademiom matematycznym siedemnastego i osiemnastego wieku, aż po filozofie romantyczne i runy magicznych rojeń Novalisa. Ta sama odwieczna idea, która dla nas wcieliła się w grę szklanych paciorków, przyświecała wszelkim dążeniom ducha ku idealnemu celowi jakiejś universitas litterarum, każdej akademii platońskiej, wszelkim igraszkom intelektualnej elity, wszelkiej próbie zbliżenia pomiędzy naukami ścisłymi i wyzwolonymi, wszelkim usiłowaniom pogodzenia nauki ze sztuką czy religii ze sztuką. Umysłom takim jak Abelard, Leibniz, Hegel, niewątpliwie znane były marzenia o ujęciu duchowego uniwersum w koncentryczne systemy i o połączeniu żywego piękna intelektu oraz sztuki z magiczną siłą formułowania nauk ścisłych. W owych czasach, gdy muzyka i matematyka przeżywały niemal jednocześnie okres klasyczny, częste były przyjaźnie i wzajemne zapłodnienia pomiędzy obu tymi dyscyplinami. A dwieście lat wcześniej znajdujemy u Mikołaja z Kuzy zdania przesycone tą samą atmosferą, na przykład takie: „Umysł dostosowuje się do potencjalności, by wszystko na modłę potencjalności zmierzyć, oraz do absolutnej konieczności, by wszystko zmierzyć zdołał na modłę jedności i prostoty, tak, jako Bóg czyni, a także do konieczności powiązań, by wszystko ze względu na właściwości mierzyć, wreszcie też dostosowuje się do zdeterminowanej potencjalności, by mierzyć wszystko ze względu na jej egzystencję. Ponadto jednak umysł mierzy również symbolicznie, przez porównania, wtedy gdy posługuje się liczbą i figurami geometrycznymi, odwołując się do nich jako do symboli”. Nie tylko zresztą ta jedna myśl Kuzańczyka zdaje się już niemal wskazywać na naszą grę szklanych paciorków czy też wywodzi się z wyobrażeń podobnych do jego myślowych igraszek; można by znaleźć u niego sporo, a nawet bardzo wiele takich podobieństw. Również przyjemność, jaką znajdował w matematyce, oraz radość i umiejętność, z jaką potrafił się posługiwać figurami i pewnikami geometrii euklidesowej przy wyjaśnianiu pojęć teologiczno-filozoficznych, wydają się bardzo bliskie mentalności naszej gry; nierzadko zaś nawet rodzaj jego łaciny (której słowa częstokroć zostały przezeń wynalezione, mimo iż zrozumiałe są dla każdego latynisty) przypomina swobodnie rozigraną elastyczność języka gry naszej.

Albertus Secundus, na co wskazuje już motto naszej rozprawy, w nie mniejszym stopniu należy również do prekursorów gry szklanych paciorków. A przypuszczamy, nie mogąc jednak poprzeć tego cytatami, że zamysł owej gry fascynował również owych uczonych muzyków w szesnastym i osiemnastym stuleciu, którzy kompozycje swoje opierali na spekulacjach matematycznych. W dawnym piśmiennictwie natrafiamy tu i ówdzie na legendy o mądrych, magicznych grach, wynajdywanych i uprawianych przez uczonych, mnichów lub na życzliwych umysłowym igraszkom dworach książęcych – na przykład w postaci szachów, których figury i pola miały, oprócz potocznych, także tajemne znaczenia. Ogólnie znane są też relacje, baśnie i klechdy z okresu młodości wszelkich kultur, przypisujące muzyce – w zasięgu znacznie przekraczającym wszelkie dziedziny sztuki – moc ujarzmiania dusz i ludów, czyniące ją tajemnym władcą czy też kodeksem dla państw i ludzi. Od pradawnych Chin aż po podania Greków spełnia swą rolę owa myśl o jakimś idealnym, niebiańskim życiu ludzi pod hegemonią muzyki. I z owym kultem muzyki („wśród wiecznych przemian na tym padole pozdrawia nas tajemna pieśni moc” – Novalis) złączona jest jak najściślej gra szklanych paciorków.

Lecz mimo iż samą ideę owej gry uznajemy za wieczną, i dlatego na długo już przed jej urzeczywistnieniem istniejącą i żywotną, realizacja jej w znanej nam formie ma określoną własną historię, o której najważniejszych etapach postaramy się pokrótce opowiedzieć.

Ruch umysłowy, do którego owoców należy – wśród wielu innych – ustanowienie zakonu i gra szklanych paciorków, wywodzi się z pewnego okresu historycznego, który od czasu zasadniczych badań dokonanych przez historyka literatury, Pliniusa Ziegenhalsa, nosi sformułowaną przezeń nazwę „epoki felietonu”. Nazwy takie są ładne, lecz niebezpieczne, nieustannie bowiem nakłaniają do niesprawiedliwej oceny jakiegoś okresu ludzkiego życia z czasów dawniejszych, a przecież „epoka felietonu” wcale nie była bezduszna ani nawet uboga duchem. Nie potrafiła tylko – jak zdaje się wynikać z wywodów Ziegenhalsa – wykorzystać należycie tego swojego intelektu lub raczej nie umiała wyznaczyć mu właściwego miejsca i funkcji w ekonomii życia i państwa. Prawdę mówiąc, bardzo niewiele wiemy o owej epoce, mimo iż stanowi ona podłoże, z którego wyrosło niemal wszystko, co dzisiaj stanowi cechy naszego życia duchowego. Była to – według Ziegenhalsa – epoka niesłychanie „mieszczańska”, hołdująca wybujałemu indywidualizmowi, a jeśli dzisiaj, chcąc nieco wyraźniej określić jej atmosferę, przytaczamy pewne jej cechy według relacji Ziegenhalsa, wiemy przynajmniej na pewno, iż cechy te nie są wymyślone, nadmiernie przesadzone ani przerysowane, zostały bowiem udokumentowane przez owego wielkiego badacza mnóstwem literackich i innych dokumentów. Przyłączamy się do tego uczonego, który jedyny dotychczas zaszczycił „epokę felietonu” poważnymi badaniami, a pamiętamy przy tym również, że łatwo jest i głupio wydziwiać nad błędami i przywarami odległych czasów.

Rozwój życia duchowego w Europie zdawał się wykazywać od schyłku średniowiecza dwie wielkie tendencje: do oswobodzenia wiary i myśli od wszelkich autorytatywnych wpływów, czyli do walki czującego się już niezależnym i dojrzałym rozumu przeciw władzy Rzymskiego Kościoła, i – z drugiej strony – do tajemnego, lecz namiętnego poszukiwania legalizacji tej swojej swobody, zgodnie z nowym, z niego samego się wywodzącym i adekwatnym mu autorytetem. Uogólniając, rzec chyba można, iż w zasadzie umysł ludzki wygrał ową, częstokroć w osobliwe sprzeczności obfitującą walkę o dwa w zasadzie sprzeczne ze sobą cele. Czy zysk ów równoważy niezliczone ofiary, czy obecny ład naszego życia duchowego jest już absolutnie doskonały i potrwa dostatecznie długo, by wszelkie cierpienia, wynaturzenia i konwulsje – od procesów kacerskich i płonących stosów, aż po losy wielu, obłędem lub samobójstwem kończących „geniuszy” – wydać nam się mogły ofiarą sensowną, pytać nam nie wolno. Działy się dzieje – a czy były dobre, czy też lepiej, aby się nie przydarzyły, czy zdołamy dostrzec ich „sens” – nie ma znaczenia. Tak tedy toczyły się też owe walki o „wolność” ducha i właśnie w owej późnej, felietonowej epoce doprowadziły do tego, iż umysł istotnie cieszył się niesłychaną, trudną już dlań nawet do zniesienia wolnością, przezwyciężywszy całkowicie kuratelę kościelną, a państwową po części, nadal jednak jeszcze nie znajdując prawdziwego, przez siebie sformułowanego i respektowanego prawa, prawdziwego, nowego autorytetu i legalności. Przykłady poniżenia, sprzedajności i przeniewierstwa duchowego w owej epoce, o których opowiada nam Ziegenhals, istotnie są poniekąd zdumiewające.

Wyznać musimy, iż nie jesteśmy w stanie dać jednoznacznej definicji owych produktów, według których nazwaliśmy tę epokę, mianowicie „felietonów”. Wydaje się, że produkowano ich miliony, gdyż stanowiły ulubioną część materiałów codziennej prasy i zasadniczy pokarm żądnych edukacji czytelników, opowiadały, czy raczej „gawędziły”, o tysiącach zagadnień naukowych, a wydaje się też, iż co mądrzejsi spośród owych felietonistów częstokroć naśmiewali się z własnej roboty, Ziegenhals przynajmniej wyznaje, że natrafił na liczne takie prace, które skłonny jest uważać za autorskie autopersyflaże, gdyż inaczej byłyby całkiem niezrozumiałe. Być może, że w tych na przemysłową modłę produkowanych artykułach ukryto mnóstwo ironii i autoironii, dla których zrozumienia należałoby dopiero znaleźć odpowiedni klucz. Producenci owych igraszek należeli po części do redakcji gazet, po części byli „wolnymi” pisarzami; często nawet poetami ich nazywano, lecz bardzo wielu spośród nich należało – zdaje się – także do stanu uczonych, bywali nawet sławnymi profesorami wyższych uczelni. Ulubionymi tematami takich artykułów były anegdoty z życia wybitnych mężczyzn czy kobiet oraz ich korespondencja, a zatytułowane były na przykład: „Fryderyk Nietzsche a moda damska około 1870 roku” lub „Ulubione potrawy kompozytora Rossiniego”, albo „Rola piesków pokojowych w życiu wielkich kurtyzan” – lub podobnie. Ponadto lubowano się w historiozoficznych rozważaniach na aktualne tematy, stanowiące przedmiot konwersacji ludzi zamożnych, na przykład „Marzenia o sztucznym wytwarzaniu złota w ciągu stuleci” albo „Próby chemicznego i fizycznego oddziaływania na stan pogody”, i setki podobnych kwestii. Czytając przytaczane przez Ziegenhalsa tytuły takich gawęd, dziwimy się nie tyle faktowi, że istnieli ludzie, którzy pochłaniali je jako codzienną lekturę, ile raczej temu, że znani, cenieni i należycie wykształceni autorzy pomagali w „obsługiwaniu” owej olbrzymiej konsumpcji błahych ciekawostek, albowiem, co charakterystyczne, zajęcie to nazywano „obsługą”, a określenie to wyraża również ówczesny stosunek człowieka do maszyny. Niekiedy znów lubowano się szczególnie w indagowaniu znanych osobistości na aktualne tematy, każąc na przykład wybitnym chemikom lub pianistom-wirtuozom wypowiadać się na temat polityki, ulubionych aktorów, tancerzy, akrobatów, lotników albo poetów w kwestii wad i zalet stanu kawalerskiego, domniemanych przyczyn kryzysów finansowych i tak dalej. Chodziło przy tym wyłącznie o skojarzenie znanego nazwiska z aktualnym właśnie tematem: wystarczy przeczytać u Ziegenhalsa wręcz zdumiewające niekiedy przykłady, przytacza ich setki. Jak już wspominaliśmy, cała ta krzątanina odbywała się zapewne z przymieszką sporej dawki ironii; być może była to nawet demoniczna, rozpaczliwa ironia, z trudem wielkim potrafimy to sobie wyobrazić, lecz tłumy publiczności, które zdawały się przejawiać wówczas zadziwiający zapał czytelniczy, przyjmowały niewątpliwie wszystkie te groteskowe rzeczy z pełną ufności powagą. I jeśli znany jakiś obraz zmieniał właściciela, zlicytowano jakiś cenny rękopis, spłonął jakiś stary zamek, członek jakiejś starej arystokratycznej rodziny zamieszany został w jakiś skandal – czytelnicy nie tylko dowiadywali się z wielu tysięcy felietonów o samych faktach, lecz otrzymywali ponadto jeszcze tego samego dnia lub nazajutrz mnóstwo anegdotycznych, historycznych, psychologicznych, erotycznych i innych materiałów dotyczących tej, w danej chwili aktualnej, kwestii; w sprawie każdego aktualnego wydarzenia wylewał się istny potop skrzętnej pisaniny, a przekazywanie, klasyfikowanie i formułowanie wszystkich tych informacji miało wszelkie cechy śpiesznie i bez poczucia odpowiedzialności wytwarzanego masowego towaru. Z felietonem zresztą, jak się wydaje, łączyły się także pewne gry, do których zachęcano czytelników, pobudzając przeciążone nadmiarem wiadomości umysły; mówi o tym długi wywód Ziegenhalsa na dziwaczny temat „krzyżówek”. Setki tysięcy ludzi, którzy przeważnie ciężką wykonywali pracę i ciężkie też mieli życie, schylało się podówczas w wolnych chwilach nad złożonymi z liter kwadracikami i krzyżykami, wypełniając według określonych reguł gry istniejące w nich luki. Pragniemy ustrzec się przed dostrzeganiem jedynie śmiesznej lub szaleńczej strony tego zjawiska, wstrzymamy się też od pokpiwania z tego. Ludzie ci bowiem, wraz z dziecinnymi swymi zgadywankami i instruktywnymi artykułami, nie byli wcale naiwnymi dziećmi ani rozbawionymi Feakami, tkwili natomiast, zalęknieni, pośród politycznych, gospodarczych i moralnych wstrząsów tektonicznych i fermentów, wiedli sporo straszliwych wojen i wojen domowych, a ich małe gry dydaktyczne były nie tylko wdzięczną, bezmyślną dziecinadą, lecz odpowiadały głębokiej potrzebie przymknięcia oczu i ucieczki przed nierozwiązanymi problemami i przerażającymi przeczuciami zagłady w na wskroś – o ile możności – nieszkodliwy świat pozorów. Wytrwale uczyli się kierowania samochodami i trudnych gier karcianych i marzycielsko oddawali się rozwiązywaniu krzyżówek – ponieważ niemal bezbronnie stali wobec śmierci, lęku przed bólem i głodem, niepocieszani już przez Kościół ani niewspierani radami rozumu. Oni, którzy czytali tak wiele artykułów i tylu słuchali wykładów, nie umieli zdobyć się na wysiłek i znalezienie czasu, by uodpornić się na lęki, zwalczyć w sobie strach przed śmiercią; żyli z dnia na dzień, wśród drgawek, bez wiary w jakiekolwiek jutro.

 

Wygłaszano bowiem też prelekcje i musimy pokrótce omówić również i tę nieco wytworniejszą odmianę felietonu. Ówczesnym obywatelom, nadal mocno jeszcze przywiązanym do pojęcia edukacji, wyzutego już z dawnego swego znaczenia, zarówno specjaliści, jak i hochsztaplerzy intelektualni oferowali prócz artykułów również liczne wykłady, nie tylko w postaci uroczystych przemówień przy szczególnych okazjach, lecz pośród gwałtownej konkurencji i w niebywałych wręcz ilościach. Obywatel przeciętnego miasta lub żona tegoż obywatela mogli na ogół raz w tygodniu, a w miastach większych prawie co wieczór, słuchać wykładów, w których pouczano ich teoretycznie o dziełach sztuki, pisarzach, uczonych, badaczach i podróżach dookoła świata, wykładów, podczas których słuchacz pozostawał na wskroś bierny, a które na zasadzie milczącej umowy z góry już przewidywały jakieś nastawienie owego słuchacza do ich treści, jakiś poziom jego wykształcenia, jakieś uprzednie przygotowanie i chłonność umysłu, których przeważnie brakowało. Zdarzały się wykłady interesujące, błyskotliwe lub dowcipne, na przykład o Goethem, który wysiadał w błękitnym fraku z dyliżansów i uwodził dziewczęta w Strasburgu lub Wetzlarze, albo o kulturze arabskiej, gdy kilkanaście modnych, intelektualnych terminów mieszano ze sobą niczym kostki do gry, wytrząsane w kubku, a każdy cieszył się niezmiernie, jeśli zdołał choć jeden z nich choćby w przybliżeniu rozpoznać. Słuchano prelekcji o pisarzach, których dzieł nikt nigdy nie czytał ani miał zamiar czytać, i oglądano wyświetlane podczas nich za pomocą projektorów reprodukcje, przedzierając się, zupełnie tak samo jak przy dziennikarskich felietonach, przez istne chaszcze oderwanych, pozbawionych sensu wartości dydaktycznych i okruchów wiedzy. Słowem, znajdowano się już o krok od owej koszmarnej dewaluacji słowa, która początkowo wywołała jedynie potajemnie i w najmniejszych grupkach heroiczno-ascetyczny odruch sprzeciwu, który już wkrótce potem ujawnił się, wzrósł w siłę i dał początek nowym rygorom i nowej godności umysłu.

Niepewność i nieautentyczność życia intelektualnego owych czasów, przejawiających przecież w niejednej dziedzinie aktywność i wielkość, tłumaczymy sobie dzisiaj jako objaw przerażenia, które ogarnęło umysły, gdy pod koniec epoki pozornych sukcesów i rozkwitu stanęły one nagle w obliczu nicości: wielkiej nędzy materialnej, burz politycznych i wojennej zawieruchy oraz niespodzianie kiełkującej nieufności wobec samych siebie, własnej mocy i godności, nawet wobec własnego istnienia. A przecież na ów okres katastroficznych nastrojów przypada jeszcze niejedno wzniosłe osiągnięcie intelektualne; powstały wówczas również zaczątki wiedzy muzycznej, której wdzięcznymi spadkobiercami my właśnie jesteśmy. Lecz choć tak łatwo uporządkować dowolne odcinki przeszłości i rozmieścić je w dziejach świata sensownie i pięknie, żadna teraźniejszość nie potrafi zaszeregować samej siebie, a wówczas – gdy wszelkie intelektualne ambicje i osiągnięcia spadły na nader niski poziom – szerzyć się jęła właśnie wśród intelektualistów straszliwa niepewność i rozpacz. Dokonano bowiem właśnie odkrycia (od czasów Nietzschego odkrycie owo już tu i ówdzie przeczuwano), iż młodzieńczy, twórczy okres naszej kultury przeminął, a rozpoczęła się era starości i zmierzchu, i opierając się na tym, nagle przez wszystkich odczutym, a przez wielu wyraźnie sformułowanym poglądzie, wyjaśniano sobie liczne przerażające cechy czasu: jałową mechanizację życia, głęboki upadek moralności, brak wiary wśród narodów, nieprawdziwość sztuki. Zabrzmiała – jak w owej cudownej baśni chińskiej – „muzyka zagłady”; przez wiele dziesiątków lat dźwięczała niczym długotrwałe dudnienie organowych basów, wdarła się potem w postaci korupcji do szkół, czasopism i akademii, w postaci melancholii i chorób umysłowych dotarła do większości tych artystów i krytyków, których można było jeszcze traktować poważnie, rozhulała się w postaci dzikiej a dyletanckiej nadprodukcji we wszelkich dziedzinach sztuki. Różne przyjmowano postawy wobec tego wroga, który wtargnął oto i nie pozwalał się już przepędzić. Można było w milczeniu uznać i znosić ze stoicyzmem tę gorzką prawdę – co czynili niektórzy spośród najlepszych. Można było próbować przesłaniania jej kłamstwem: tu niektórzy literaccy głosiciele nauki o zagładzie kultury stanowili dogodny cel ataków; wreszcie każdy, kto podejmował walkę z owymi groźnymi prorokami, znajdował uznanie i posłuch u współobywateli, albowiem pogląd, że kultura, której posiadaniem szczycili się jeszcze wczoraj i tak z niej byli dumni, już nie żyje, że tak przez obywateli umiłowane wykształcenie i tak przez nich ukochana sztuka nie są już wcale prawdziwym wykształceniem ani prawdziwą sztuką, wydawał im się równie zuchwały i nieznośny, co nagła inflacja lub zagrożenie ich kapitałów przez rewolucję. A ponadto istniała jeszcze wobec wielkiego, katastroficznego nastroju postawa cyniczna, ludzie szli tańczyć, oświadczając, że wszelka troska o przyszłość to staroświecka głupota; układano nastrojowe felietony na temat bliskiego już kresu sztuki, nauki, języka, z samobójczą niejako rozkoszą stwierdzano w owym własnoręcznie z papieru stworzonym świecie felietonu całkowitą demoralizację intelektu oraz inflację pojęć, udając, że z cyniczną obojętnością lub w bachicznym uniesieniu obserwuje się zagładę nie tylko sztuki, intelektu, moralności i uczciwości, lecz nawet Europy i „świata”. Wśród ludzi dobrych zapanował łagodny i posępny, a wśród złych zjadliwy pesymizm, i trzeba było najpierw usunąć nadmiar przeżyć i wprowadzić polityką i wojną pewien nieład w świecie i w moralności, aby również i kultura zdolna się stała do prawdziwego wniknięcia w siebie i znalezienia dla siebie miejsca w nowym układzie.