Cud Eucharystyczny. ŚwiadectwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nasza kaplica, w której jest przechowywana cząstka Ciała Pańskiego, obrazuje całą troskę Kościoła o odnowę wiary i wytrwanie w wierze – Eucharystia, Matka Boża, modlitwa różańcowa, krucjata [sic! – przyp. H.B.] różańcowa, Ewangelia – Słowo Boże, a Duch Święty ma to umacniać. Bo Pan Jezus najpierw nauczał, czynił cuda, a dopiero potem zesłał Ducha Świętego, żeby to umocnić, żeby utwierdzić to, co On uczynił, umocnić ofiarę krzyża. Trzeba nam powrócić do tego, co najprostsze, do tego, co nam największego Chrystus zostawił: do Eucharystii – mówił ks. Gniedziejko.

***

Swoją drogą – nawiązując do moich „islamskich” rozważań – czyż może być przypadkiem, że cząstka Ciała Pańskiego z Sokółki znalazła swoje stałe miejsce w kaplicy Matki Bożej... Różańcowej? Przecież Jej wspomnienie – obchodzone 7 października – ustanowione zostało przez papieża św. Piusa V na pamiątkę różańcowego cudu: zatrzymania islamskiej inwazji i powstrzymania islamizacji całej Europy dzięki wymodlonemu na różańcu zwycięstwu floty chrześcijańskiej Świętej Ligi nad wojskami tureckimi pod Lepanto w 1571 roku. Co więcej, święto to zostało rozszerzone na cały Kościół przez papieża Klemensa XI w podzięce za rozgromienie Turków pod Belgradem w 1716 roku!

[1] Już od chwili pierwszego najazdu muzułmanów na Europę głównym ich celem był jej podbój, symbolicznie wyrażony w groźbie zdobycia Rzymu (siedziby ich największego wroga – katolickiego papieża) oraz zatknięcia islamskiej flagi i islamskiego półksiężyca na szczycie najważniejszej chrześcijańskiej świątyni – bazyliki św. Piotra. Cel ten do dziś pozostał ten sam. „14 września 1998 roku Magdi Allam przeprowadził w Londynie wywiad z szejkiem Omarem Baktrim, który, przypomniawszy islamizację stolicy chrześcijaństwa, Konstantynopola, dzisiejszego Istambułu, dodał: «Teraz pora na Rzym. Żaden muzułmanin nie wątpi w to, że Włochy ulegną islamizacji i że flaga islamu załopocze nad Rzymem»” (A. Socci, Mroki nienawiści. Męczeństwo chrześcijan XX wieku. Studium nietolerancji, Wyd. Biały Kruk, Kraków 2003, s. 70). „Zwyciężymy, dojdziemy do Rzymu i na Placu Świętego Piotra będziemy urządzać masowe egzekucje niewiernych” – butnie zapowiadał w 2016 roku w rozmowie z Witoldem Gadowskim i Michałem Królem urodzony w Niemczech Adam Al N., który przyjął nazwisko Abu Bakr Al Sham, jedyny Polak, który – jak dotąd – walczył w szeregach Państwa Islamskiego i „znów tam podążył” (www.gadowskiwitold.pl/publicystyka/nauczymy-was-wiary-zdobędziemy-rzym; dostęp: 12 lutego 2016 r.).

[2] Cyt. za: fzs.wroclaw.pl/pisma-franciszkanskie/legenda-o-sw-klarze-br-tomasz-z-celano.

[3] O tym, że „muzułmanów można i trzeba nawracać na chrześcijaństwo”, przekonywał w swoich felietonach publikowanych w 2015 roku w rubryce „Tribune”, na łamach tygodnika „Famille chretienne” francuski filozof i pisarz Fabrice Hadjadj, nawrócony na katolicyzm Żyd, członek Papieskiej Rady ds. Laikatu. Hadjadj uważa, że islamu nie należy się bać, wręcz przeciwnie – pielęgnować... muzułmanofilię – miłość do muzułmanów, która ma objawiać się tym, że nie boimy się głosić im Ewangelii i udzielać braterskiego napomnienia. Ba, postuluje, że w głoszeniu Ewangelii trzeba być bardziej radykalnym niż dżihadyści w szerzeniu Koranu. W innym tekście Hadjadj pisał, że islamiści wygrywają wojnę z Francuzami, bowiem ci ostatni stracili „męskość”, gdyż brak im „chrześcijańskiego męstwa”, a jeśli chce się osiągnąć prawdziwy pokój i sprawiedliwość, trzeba o nie walczyć! Nawrócony na katolicyzm Żyd podkreślał też, że choć w chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość, to jest w nim także obecny – uwypuklany i propagowany niegdyś przez św. Bernarda – ideał bojownika, uzbrojonego wprawdzie głównie w oręż duchowy, lecz gotowego również walczyć ze złem i szerzyć królestwo miłości za pomocą miecza, a jeśli w sobie takiego mężnego wojownika nie odkryjemy, zostaniemy przez islamistów duchowo i materialnie pokonani (za: www.famillechretienne.fr/eglise/aeoecumenisme-et-autres-religions/connaitre-l-islam-dialogue-radical-pour-une-verite-toute-crue; dostęp: 12 lutego 2016 r.; oraz www.famillechretienne.fr/politique-societe/justice/fabrice-hadjadj-il-faut-prendre-le-glaive-pour-etendre-le-royaume-de-l-amour; dostęp: 12 lutego 2016 r.)

[4] „Eucharystia przeżywana w ścisłym związku z Pokutą jest najcenniejszym darem Bożego Miłosierdzia (...). Można powiedzieć, że Eucharystia tak samo potrzebuje Pokuty, jak Pokuta potrzebuje Eucharystii w uświęcaniu duszy ludzkiej” – pisał ks. infułat Stanisław Strzelecki (s. 46) i cytował dokument „Tajemnica i kult Eucharystii. List do kapłanów na Wielki Czwartek 1980” autorstwa św. Jana Pawła II: „Nie tylko Pokuta prowadzi do Eucharystii, ale także Eucharystia do Pokuty. Kiedy bowiem uświadamiamy sobie, kim jest Ten, którego w Komunii Eucharystycznej mamy przyjmować, rodzi się w nas niejako spontaniczne poczucie niegodności, rodzi się żal za nasze grzechy i potrzeba wewnętrznego oczyszczenia” (s. 52).

Rozdział II

Święta Urszula, róża i kwestia wiary

Zanim jednak usłyszałem te dwa znamienne ewangeliczne czytania i zanim skłoniły mnie one do przemyśleń na – zgoła nieoczekiwany – temat wybuchłej w Europie cywilizacyjno-religijnej wojny (ci, którzy twierdzą, że takiej wojny nie ma, celowo albo nieświadomie rozmijają się z rzeczywistością), o której pięć lat temu nikomu się nawet nie śniło, rozmyślałem na zupełnie inne tematy. Jechałem bowiem do Sokółki głównie po to, by zbadać, jakie ten cud wydał owoce, co wydarzyło się w ciągu niemal pięciu lat od mojej nieobecności. Zbierałem kolejne kawałki do mojej „mozaiki”.

Tym razem z Krakowa do Sokółki jechaliśmy przez Warszawę i Białystok i właśnie w stolicy Podlasia zaplanowaliśmy pierwszy przystanek. Umówiłem się tam bowiem na kolejne spotkanie z jedną z najważniejszych osób w naszej historii – prof. Marią Sobaniec-Łotowską.

O przeprowadzanych przez panią profesor badaniach wiedziałem już wszystko, no, może skromniej – niemal wszystko. Teraz poznałem kilka wydarzeń, które rozegrały się niejako za kulisami.

– Po przeprowadzeniu badań obserwowane przez nas pod mikroskopem obrazy włókien mięśnia sercowego wykazujące zmiany morfologiczne, które powstają jedynie we włóknach niemartwiczych w okresie przedśmiertnym, agonalnym, postanowiliśmy skonfrontować z literaturą fachową. Wzięłam wtedy do ręki monografię Patomorfologia serca pod redakcją prof. Stefana Krusia, otworzyłam na chybił trafił i na co natrafiliśmy? Na identyczne opisy odnoszące się do mięśnia sercowego przedśmiertnie zmienionego – opowiadała prof. Sobaniec-Łotowska. – Obrazy przez nas obserwowane odzwierciedlały szybkie skurcze mięśnia sercowego bezpośrednio poprzedzające zgon (zjawisko segmentacji i fragmentacji; dodatkowo obecność tak zwanych węzłów skurczu).

Potem trzeba było w bardziej przystępny, zrozumiały dla laików sposób – unikając zbyt naukowej terminologii – nazwać ocenianą pod mikroskopem tkankę. Określenia „mięsień agonalnie zmieniony” albo „mięsień sercowy przedśmiertny” nie brzmiały zbyt dobrze. Chodziło o analogiczną pod względem treści, a jednocześnie bardziej teologiczną nazwę.

Długo się nad tym zastanawialiśmy, wreszcie rozwiązanie przyszło... z nieba. Dzień lub dwa po przekazaniu protokołu do kurii uczestniczyłam we Mszy Świętej w archikatedrze białostockiej, a następnie adorowałam Przenajświętszy Sakrament. Kiedy wychodziłam, na końcu nawy bocznej, po tej stronie, gdzie umieszczone jest tabernakulum, zauważyłam, że o szybę oparty jest jakiś obrazek. Wzięłam go do ręki. Przedstawiał św. Urszulę Ledóchowską. Odczytałam znajdujące się na obrazku słowa: założycielka Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego. Serca Jezusa Konającego! Prawie padłam z wrażenia. Serce konającego to była właśnie ta tkanka, którą obserwowaliśmy pod naszymi mikroskopami. Pan Bóg w przedziwny sposób upewnił nas, że dobrze to ujęliśmy.

Ale było też coś jeszcze.

– Kiedy kończyłam przeprowadzać wspomniane badania, był styczeń – opowiadała pani profesor. – Znosiłam wtedy zmasowaną nagonkę medialną. Potem zaczęła się kolejna zima, 2009 roku. Gdzieś na początku grudnia wyszłam z rodziną przed dom. I co widzimy? W pełni rozkwitłą... różę. W zimie! W moich oczach to był taki prezent od Matki Bożej, takie zapewnienie, że ma mnie w swojej nieustającej opiece. Od razu pomyślałam o Matce Bożej z Guadalupe, od razu z Nią mi się ta róża skojarzyła. Podczas objawienia Maryi w Guadalupe w Meksyku w zimie na kamienistym wzgórzu Tepeyac również zakwitły przecież piękne kastylijskie róże. Sama zresztą to miejsce widziałam. Realizując swoje marzenia, byłam tam bowiem z pielgrzymką.

Chciałem się dowiedzieć, co zmieniło się w życiu prof. Sobaniec-Łotowskiej od naszego ostatniego spotkania, i dowiedziałem się.

W święto Matki Bożej Gromnicznej 2012 roku wstąpiła ona do Rycerstwa Niepokalanej i nadal codziennie uczestniczy we Mszy Świętej (od czasu wydarzeń w Sokółce wspólnie z córką i mężem), „walcząc” o przyjmowanie Ciała Pańskiego w jak najgodniejszej postawie, czyli na klęcząco.

Pani profesor znalazła się też w bardzo nielicznej grupie białostockich lekarzy, którzy podpisali zredagowaną przez prof. Wandę Półtawską Deklarację Wiary Lekarzy Katolickich i Studentów Medycyny promującą wartości i zasady bioetyki katolickiej (na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku sygnatariuszami deklaracji była wyjątkowo nieliczna grupa lekarzy). Oczywiście prof. Sulkowski też się pod wspomnianą deklaracją podpisał. Do sygnatariuszy należy również córka pani profesor – dr n. med. Joanna Łotowska (także specjalista patomorfolog) i brat – prof. Wojciech Sobaniec (specjalista neurolog dziecięcy). Warto zauważyć, że podpisanie tej deklaracji stanowiło swoisty akt publicznego przyznania się do Jezusa wobec ludzi, co w mieście uniwersyteckim ma szczególne znaczenie.

 

Profesor Sobaniec-Łotowska bardzo dumna jest również z dyplomu Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich, który – „w uznaniu szczególnych zasług dla podtrzymywania i rozwoju chrześcijańskich zasad i idei w życiu osobistym” – otrzymała na Jasnej Górze 15 lutego 2014 roku. Zaangażowała się także w działalność pro-life. Jest też członkiem Ruchu im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz Honorowego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Wchodzi w skład Kapituły Ryngrafu Żołnierzy Wyklętych (przodkowie pani profesor walczyli w Armii Krajowej; jej mama Pelagia Sobaniec-Płuciennik z domu Skrodzka ps. „Rozyna” i ks. kanonik Stanisław Skrodzki, rodzony brat dziadka pani profesor, proboszcz w dekanacie Jedwabne, za działalność w AK i w Polskim Podziemiu Niepodległościowym zostali uhonorowani Ryngrafem Żołnierzy Wyklętych).

Nurtowało mnie jeszcze kilka innych pytań. Zadałem je dwa dni później kanclerzowi ks. Andrzejowi Kakareko, z którym spotkałem się w budynku białostockiej kurii.

– Jaki jest w tej chwili status oficjalny tego wydarzenia, tego cudu? Czy oprócz zatwierdzenia arcybiskupiego konieczne jest zatwierdzenie wyższej instancji, czyli samego papieża? Jak wygląda to od strony formalnej? – pytałem księdza kanclerza.

– Procedur jako takich w tego typu sprawach nie ma – wyjaśnił. – Są bardzo ściśle określone metody postępowania, jeśli chodzi o cuda w procesach beatyfikacyjnych czy kanonizacyjnych, ale w przypadku wydarzeń eucharystycznych takich procedur nie ma. Trudno się zresztą temu dziwić, są to bowiem wydarzenia nieczęste i trudno byłoby tu wypracować jakieś precyzyjne przepisy.

Jeśli chodzi o wydarzenie w Sokółce, niezwykłe wnioski z badań medycznych były dla nas wszystkich wielkim zaskoczeniem. Aby je doprecyzować, została powołana specjalna komisja, zbadała sprawę, sporządzono protokół i wnioski z tego protokołu przedstawiono opinii publicznej. Ksiądz abp Edward Ozorowski poinformował o tym, co się wydarzyło nuncjaturę apostolską (nuncjusz apostolski jest przedstawicielem Ojca Świętego w danym kraju). Wszelkie polecenia nuncjatury zostały przez nas wykonane i tutaj ze strony władz diecezjalnych uczyniliśmy wszystko, co było trzeba. Cała reszta nie należy już do kompetencji władzy diecezjalnej. Jeżeli miałyby być podjęte jakieś kolejne czynności, zależy to już od decyzji Stolicy Apostolskiej, do której została przesłana pełna dokumentacja, wszystkie badania i wnioski komisji diecezjalnej.

W rozmowie z księdzem kanclerzem interesował mnie również problem natury terminologicznej. W materiałach publikowanych i aprobowanych przez białostocką kurię to, co stało się w Sokółce, uparcie nazywano „wydarzeniem eucharystycznym”. Dlaczego nie mówiono wprost i bez ogródek o cudzie? Ksiądz Kakareko odpowiedział mi na to:

– Myślę, że od strony terminologicznej właściwszym słowem jest słowo „wydarzenie”, ponieważ jest ono bardziej pojemne. Ale nie walczyłbym za bardzo z wyrażeniem „cud” w znaczeniu potocznym, szerszym. To jest dla ludzi bardziej wyraziste. i można go potocznie używać. Jeżeli chodzi jednak o jakieś opracowania naukowe czy formalne, to lepiej używać słowa „wydarzenie”, bo przecież każda Eucharystia jest cudem, podczas każdej Mszy Świętej chleb i wino przemieniają się w Ciało i Krew Chrystusa, więc termin „cud” może sugerować, że wcześniej w czasie Mszy Świętej żaden cud się nie wydarzał.

Już w poprzedniej książce (Cud Eucharystyczny) pisałem o mniej lub bardziej poważnych głosach krytycznych, podważających samo badanie, próbujących zmarginalizować rangę i wartość tego cudownego wydarzenia lub też zdezawuować samych badaczy. Teraz dowiedziałem się o pewnym eksperymencie, który przeprowadził patomorfolog z Gdańska dr Leonard Pikiel (nie tak dawno usiłował on wyjaśnić w aspekcie medycznym przyczynę śmierci Chrystusa). Włożył do wody hostię (oczywiście niekonsekrowaną) i czekał... Pojawiły się bakterie, pleśń, ale „nie wyrosła” jakakolwiek tkanka.

– Podejmując inicjatywę i przeprowadzając powyższy pseudonaukowy eksperyment, dr Pikiel wykazał się nie tylko nadgorliwością, lecz także brakiem wyobraźni – uważają zgodnie prof. Sobaniec-Łotowska i prof. Sulkowski. – Już wielu przed nim chciało udowodnić istnienie Boga, a przecież wystarczy tylko rozejrzeć się wokół siebie; większym niedowiarkom polecamy studiowanie fizyki. Równie wielkim zapałem wykazała się dr Iwona Śliwińska, także patolog z Gdańska, która bardzo energicznie propagowała gdzie się da wyniki owego eksperymentu, z którego przecież zupełnie nic nie wynika – dodają białostoccy naukowcy.

Jak to zwykle bywa, prof. Sobaniec-Łotowska i prof. Sulkowski, którzy na oficjalną prośbę kurii metropolitalnej w Białymstoku przeprowadzili badania morfologiczne cudownie przemienionej Hostii Przenajświętszej, byli... ostatnimi osobami, które dowiedziały się o owych odkryciach gdańskiego patomorfologa (notabene z książki dziennikarza „Gazety Wyborczej”).

– Gdyby nie reporter „Gazety Wyborczej”, do dziś mało kto wiedziałby o odkryciach dr. Pikiela, ponieważ nigdzie nie zostały opublikowane ani poddane publicznej dyskusji. Wypada nam również pogratulować pseudonaukowego eksperymentu pomysłodawcom, a tryb postępowania dra Pikiela i dr Śliwińskiej zaliczyć do kanonów etyki badań naukowych – mówią.

Moim zdaniem prawda jest taka, że pod względem naukowym badań podważyć się nie da. Białostoccy profesorowie zbadali wszystko jak należy. Ich odkrycia i wnioski są jednoznaczne.

Do dziś zgłaszają się jednak zespoły badaczy, którzy chcieliby powtórzyć badania materiału z sokólskiej Hostii.

– Niech badają. Pobraliśmy do ekspertyzy z korporału niewielką cząstkę przemienionej Hostii (może 1 procent; 99 procent zostało). Według nas nie odkryją nic innego niż to, co myśmy stwierdzili – mówią prof. Sobaniec-Łotowska i prof. Sulkowski.

– Czy możliwe jest podjęcie jeszcze jakichś dodatkowych badań? – zapytałem ks. Kakareko.

– Teoretycznie niczego nie można wykluczyć. Tylko chodzi o potrzebę – odparł. – Ta sprawa jest w gestii biskupa i Stolicy Apostolskiej. Gdyby władza diecezjalna czy Stolica Święta do takiego wniosku doszła, badanie mogłoby zostać powtórzone. Zawsze musiałby być jednak jakiś słuszny powód, bo cała sprawa dotyczy przecież Eucharystii, najczcigodniejszego Sakramentu, i badania dla zaspokojenia samej ciekawości czy badanie dla samego badania nie wchodzą w rachubę. Konieczne, poważne badania zostały już przeprowadzone przez osoby kompetentne, cieszące się autorytetem zarówno w środowisku naukowym, jak i kościelnym. Nie można zarzucić im braku staranności, a ich wiarygodność tak pod kątem merytorycznym, jak i od strony moralnej jest niepodważalna.

Wśród opinii wypowiadanych na temat cudu w Sokółce znaleźć można także wyznania ludzi (w tym również duchownych), którzy otwarcie deklarują, że nie wierzą w żadne cuda i objawienia, w żadne „Fatimy”, „Lourdesy” i „Sokółki”. Zdarzają się kapłani, którzy twierdzą, że niemożliwe jest, żeby takie coś się zdarzyło (choć się przecież zdarzyło!), albo dopatrują się tam jakichś „szatańskich” ingerencji.

Prawda jest taka, że w to, co wydarzyło się w Sokółce, wierzyć wcale nie muszą. Nie muszą wierzyć nawet w te cuda, które zostały oficjalnie potwierdzone przez Watykan. Objawiania prywatne oraz cuda eucharystyczne nie są bowiem dogmatami wiary. Katolika – aby mógł aspirować do tego miana i nie usytuował się poza Kościołem – obowiązuje jedynie wiara w dogmaty, w prawdy zawarte w Piśmie Świętym i wyjaśnione w Tradycji Kościoła.

– Trudno mi z tym polemizować – stwierdził ks. Andrzej Kakareko. – Każdy chrześcijanin ma prawo do swojej opinii, jeśli jest ona zgodna z dogmatami Kościoła. Kościół wyraźnie odróżnia objawienie publiczne od objawień prywatnych. Mamy wierzyć w to, co nam Kościół do wierzenia podaje, natomiast to, co zostało objawione prywatnie, podlega bardziej indywidualnej ocenie, własnemu sumieniu, doświadczeniu, wiedzy itd. Jeśli ktoś deklaruje, że nie wierzy w objawienia w Fatimie, w Lourdes czy w to, co wydarzyło się w Sokółce, nie bardzo widzę potrzebę podejmowania z nim jakiejkolwiek dyskusji. Jeżeli ktoś ma taką opinię, trzeba ją w jakiś sposób uszanować, ale – z drugiej strony – mam prawo do własnej oceny w tej kwestii. Dla mnie czymś, co weryfikuje prawdziwość tego, co się w Sokółce zdarzyło, jest właśnie obecność ludzi, modlitwa, owoce; zwracam uwagę na sensus fidelium, na owo „wyczucie wierzących”, intuicyjne wyczulenie na sprawy wiary, którym jest obdarzony cały Kościół. Kościół jako wspólnota ma zdolność weryfikacji prawdy i wydaje mi się, że w tym przypadku ta zdolność jakoś się realizuje. Wydarzenie eucharystyczne w Sokółce rodzi wiele dobra i to jest dla mnie takim kryterium, weryfikatorem, że wydarzyło się tu coś ważnego, coś prawdziwego, że stało się to z woli Bożej i było w tym Boże działanie.

Była też inna kwestia, na którą podczas swojej „kwerendy” wśród poświęconych Sokółce tekstów natrafiłem. Chodziło o opinię, że grupa krwi z Hostii z Sokółki odpowiada grupie krwi z Całunu Turyńskiego. Zapytałem o to prof. Sobaniec-Łotowską. Tak jak podejrzewałem, stwierdzenie to okazało się wierutną bzdurą.

– Na Hostii z Sokółki nie było krwi. Krew to całkowicie inny rodzaj tkanki. Badaną przez nas cząstkę Hostii z Sokółki w całości stanowiła tkanka mięśnia sercowego, bez „domieszki” żadnej innej tkanki – wyjaśniła pani profesor.

Rozdział III

Żyć Eucharystią na co dzień

„Do czego wezwał nas w Sokółce sam Jezus? Co mamy czynić?” – pytał ks. abp Edward Ozorowski, metropolita białostocki, podczas pamiętnego kazania wygłoszonego 2 października 2011 roku w czasie przeniesienia cząstki Ciała Pańskiego z plebanii do sokólskiego kościoła. I odpowiadał: „Trzeba wzmocnić wiarę w Eucharystię i według Niej prowadzić życie. Trzeba otoczyć szczególną troską odprawianie Mszy Świętej, przyjmowanie Ciała Pańskiego i adorowanie Go w Najświętszym Sakramencie. (...) W Sokółce od dziś będzie się odbywała całodzienna adoracja Przenajświętszej Hostii. (...) Będzie też możliwość skorzystania z sakramentu pokuty”.

I tak się stało. Adoracja Najświętszego Sakramentu odbywa się dziś w Sokółce codziennie przez cały dzień. Dodatkowo w każdy czwartek pół godziny przed wieczorną Mszą Świętą odprawiane są nieszpory eucharystyczne.

***

Od października 2011 roku Sokółka staje się coraz ważniejszym punktem na pielgrzymkowej mapie Polski.

– Ruch jest dość żywy. W ostatnich latach gościmy rocznie około tysiąca zorganizowanych grup – mówi ks. Stanisław Gniedziejko, proboszcz parafii. – Ludzie przybywają z przeróżnych stron kraju i z zagranicy. Przez pierwsze lata całą Polskę „biło na głowę” Mazowsze – Warszawa. Teraz jest coraz więcej pielgrzymek z zachodu i południa Polski, z Dolnego Śląska, ale i z Pomorza. Regularnie pielgrzymuje ściana wschodnia. Mamy też coraz więcej pielgrzymów indywidualnych i rodzin; ludzi, którzy chcą mieć nieco więcej czasu na indywidualną modlitwę i adorację. Gościliśmy czcicieli Miłosierdzia Bożego z Filipin, pielgrzymów z Wietnamu, Kalifornii, Litwy, Białorusi, Łotwy, z Niemiec i Francji. Kiedyś przyjechało ponad 70 osób, w tym sześciu kapłanów obrządku maronickiego, z Libanu, od św. Charbela. Modlili się bardzo żarliwie. Było to dla nas wszystkich wielkim zbudowaniem. Kto wtedy przyszedł do kościoła, nie wychodził, tylko słuchał i patrzył. Potem nasi parafianie mieli nawet pretensje. „Dlaczego ksiądz nie ogłosił, że taka pielgrzymka będzie?” – pytali. A kto to wiedział, że będzie tak pięknie i budująco.

Do Sokółki zaglądają także ludzie pielgrzymujący do innych miejsc czy sanktuariów: do Wilna, Suchowoli, Studzienicznej, Gietrzwałdu, Białegostoku czy Świętej Wody – mówi ks. Gniedziejko.

Od czterech lat z inicjatywy ks. abp. Edwarda Ozorowskiego corocznie do sanktuarium w Sokółce przybywa również Archidiecezjalna Pielgrzymka Dzieci Pierwszokomunijnych oraz grupy dzieci pierwszokomunijnych z innych diecezji. Samych dzieci z archidiecezji przyjeżdża tu od 1,5 do 2 tysięcy, a łącznie z dziećmi z innych stron Polski, z rodzicami i katechetami liczba ta – jak twierdzi ks. Gniedziejko – sięga nawet 5 tysięcy.

 

Do Sokółki pielgrzymują także celnicy i seniorzy.

– Sokółka jest też znakiem i swoistym punktem odniesienia dla kapłanów, szafarzy Najświętszej Eucharystii – mówi ks. dr Andrzej Kakareko, kanclerz białostockiej kurii. – Dzisiaj również my, kapłani, przeżywamy różne trudności. Chcemy, aby czymś stałym stał się dzień skupienia kapłanów w Sokółce, żeby każdy kapłan mógł tu przyjechać, wyciszyć się, wzmocnić, a także znaleźć pomoc, jeśli będzie jej potrzebował. Życie pokazuje, że księża potrzebują Sokółki, bo coraz więcej ich tam pielgrzymuje nie tylko grupowo, ale i osobiście. Najczęściej są to zwyczajni księża, można rzec „frontowi” – wikariusze, proboszczowie – choć przyjeżdżają też biskupi i kardynałowie spoza granic naszego kraju.

Chcielibyśmy też, żeby Sokółka była miejscem, gdzie można by było rozważać tajemnicę Eucharystii od strony naukowej – poprzez konferencje oraz spotkania teologów – i od strony duchowej – poprzez spotkania grup, ruchów, wiernych. Można by zresztą te dwie rzeczy połączyć, tak jak to się dzieje na mitingach ruchu „Comunione e Liberazione” we Włoszech, na których swoim doświadczeniem wiary dzielą się zarówno autorytety, jak i zwykli wierzący.

Od Wielkiego Czwartku 2009 roku, kiedy ks. abp Edward Ozorowski podniósł kościół św. Antoniego w Sokółce do godności kolegiaty, działa przy nim Kolegiacka Kapituła Najświętszego Sakramentu, której celem jest nie tylko „sprawowanie bardziej uroczystych czynności liturgicznych” w kościele kolegiackim, ale także „szerzenie i pogłębianie kultu Eucharystii” oraz „otaczanie opieką i kultywowanie chrześcijańskich tradycji związanych z Najświętszym Sakramentem”[5] (prepozytem tej kapituły został ks. Stanisław Gniedziejko).

– Pan Bóg niczego nie robi ot tak sobie. Jeżeli mamy do czynienia z wydarzeniami nadzwyczajnymi, z jakąś niezwyczajną ingerencją Boga w nasze życie, to ma ona czemuś służyć. Od początku, od kiedy to się wydarzyło, powtarzałem, że to wydarzenie zweryfikuje czas i owoce – mówił ks. Kakareko. – I kiedy teraz patrzę na Sokółkę z perspektywy owoców, muszę przyznać, że są one bardzo widoczne. Pielgrzymki, które tam przybywają, tysiące ludzi przyjeżdżających z najodleglejszych zakątków świata o czymś świadczą. Ludzie działają przecież w sposób rozumny. Akty wiary osób wierzących nie są bezrozumne. Te akty wiary, pielgrzymowanie do tego miejsca pokazuje, że czegoś tutaj człowiek doświadcza, czegoś rzeczywistego. Łaski, nawrócenia, wiele duchowych przemian to kolejne dobre i bardzo czytelne owoce.

Nic dziwnego nie ma zatem w tym, że z roku na rok coraz bardziej pęcznieje sanktuaryjne archiwum zawierające świadectwa wypraszanych w tym miejscu przez wiernych nadzwyczajnych łask. Proboszcz sokólskiej parafii pw. św. Antoniego opracował już – w wersji książkowej – dwa zbiory ze świadectwami łask otrzymanych w Sokółce, opisanymi przez tych, którzy ich doznali.

Ksiądz Gniedziejko dzieli owoce cudu w Sokółce na te, którymi obrodziła wspólnota parafialna, i na te, których doświadczyli pielgrzymi.

– Jeśli chodzi o życie religijne naszych wiernych, to ono od wielu lat było już usystematyzowane i płynęło tradycyjnym nurtem. Naszymi parafianami są ludzie związani z Kościołem, głęboko zakorzenieni w patriotyzmie, w historii naszej Ojczyzny, w historię walk wyzwoleńczych, powstań. To są ludzie wierzący i praktykujący, wiele osób uczestniczy w codziennych Mszach Świętych, są zaangażowani – należą do wielu grup parafialnych, przychodzą na nabożeństwa, działają w kółkach różańcowych, angażują się w adoracje Najświętszego. Sakramentu. Nas, kapłanów, szczególnie buduje bardzo liczne przystępowanie do Komunii Świętej i uczestnictwo naszych wiernych w życiu sakramentalnym. Mieliśmy niedawno liczenie dominicantes (osób uczestniczących w niedzielnej Mszy Świętej) i communicantes (osób przystępujących do Komunii Świętej). Z tego liczenia wynikało, że nawet więcej niż 50 procent wiernych obecnych na Mszy Świętej przystępuje do Komunii Świętej To piękna religijna postawa. Po tym wydarzeniu ludzie jeszcze bardziej przeżywają Mszę Świętą, widać u nich większy szacunek, rozmodlenie, odczuwalny jest jakiś taki impuls do wewnętrznej odnowy.

***

Inicjatorką niezwykłej, powstałej zupełnie spontanicznie, z potrzeby serca, a będącej również pokłosiem tego, co się w Sokółce wydarzyło, pielgrzymki była s. Julia Dubowska, eucharystka, która jako pierwsza zauważyła ową niezwykłą przemianę rozpuszczającej się Hostii.

– W podziękowaniu za ten sprawiony przez Boga cud postanowiłam podjąć jakiś osobisty trud, złożyć Panu Bogu jakąś osobistą ofiarę – opowiadała w rozmowie ze mną posługująca obecnie w Pruszkowie zakonnica. – Pomyślałam, że pójdę na pielgrzymkę. „No dobrze, ale gdzie?” – zastanawiałam się. I wymyśliłam! Podążę z Sokółki do Mariampola na Litwie, miasta, w którym – w tamtejszej bazylice – pochowany jest związany z nim bł. Jerzy Matulewicz. Uznałam, że będzie to bowiem zarówno podziękowania Panu Bogu za sprawiony w Sokółce cud, za łaskę założenia przez bł. ks. abp. Matulewicza naszego zgromadzenia (a obecnie przez trwającą dziewięć lat nowennę uroczyście przygotowujemy się do obchodów stulecia tego wydarzenia!), a także za moje własne powołanie. Zanim ten swój zamiar zrealizowałam, musiałam poprosić o zgodę matkę generalną. Zgodziła się, ale pod warunkiem, że nie pójdę sama, że znajdę sobie choć jedną towarzyszkę, która podejmie ze mną taki pielgrzymi trud. I znalazłam osobę z Jeleniej Góry. To był lipiec 2011 roku. Poszłyśmy i doszłyśmy. Pan Bóg nad nami czuwał, choć długo można by opowiadać o wszystkich naszych przygodach. Wróciłam do Sokółki i myślałam, że na tym koniec. Najwyraźniej Pan Bóg miał jednak inne plany. O tej mojej drodze opowiedziałam diakonowi, który przybył właśnie do naszej parafii. „Siostro, a czy na drugi rok ja też mógłbym pójść?” – zapytał nieoczekiwanie. Nie planowałam żadnego „drugiego roku”, ale czemu nie? – pomyślałam. No i na drugi rok – łącznie z owym diakonem, który zdążył już przyjąć święcenia kapłańskie – poszło nas pięć osób. W 2013 roku – siedemnaście. I tak to się zaczęło.

W zeszłym roku z Sokółki do Mariampola – trasą liczącą około 200 kilometrów, wiodącą przez Nowy Dwór – Mikaszówkę – Dubowo – przejście graniczne z Litwą w Ogrodnikach – Łoździeje i Krasną – maszerowało już 29 pielgrzymów (choć – jak mówi siostra Julia – zgłosiło się nawet 60 osób, ale z różnych względów musiały z niej zrezygnować). W pielgrzymce uczestniczą obecnie ludzie z całej Polski. Byli już na niej między innymi pątnicy z Radomia, Skarżyska-Kamiennej, Białegostoku, siedmioosobowa rodzina z Wrocławia, wielu duchownych, a najmłodszy uczestnik miał zaledwie rok i dwa miesiące.

– Idziemy wspólnie, aby uwielbić Boga, aby szerzyć eucharystyczną duchowość i uczyć się zaszczepiać ją w swoim sercu i w swoim życiu, by na co dzień nią żyć; żyć płynącym zeń duchem pokoju, miłości i jedności. Idziemy także po to, aby w drodze, a także potem w naszych własnych środowiskach mówić ludziom o cudzie w Sokółce, bo jak się okazało, nawet tu, w naszej najbliższej okolicy, są jeszcze tacy, którzy o nim nie słyszeli. Nadal – tak jak starałam się robić, kiedy szłyśmy tylko we dwie – rozważamy w drodze Słowo Boże, karmimy się wskazaniami, jak żyć Eucharystią, zaczerpniętymi z pism naszego Ojca Założyciela, a od pewnego czasu mamy też konferencje zakończone dialogiem z pielgrzymami – opowiadała siostra Julia. – I muszę dodać, że po powrocie z naszej pielgrzymki wiele osób zaczęło częściej – kilka razy w tygodniu, a nawet codziennie – uczestniczyć w Eucharystii i żarliwiej czcić Pana Jezusa podczas indywidualnej lub grupowej adoracji – cieszyła się eucharystka.

W tym roku pielgrzymi z siostrą Julią („Jak dożyję!” – śmiała się eucharystka) wyruszą w trasę już po raz szósty. Pielgrzymka, która odbywać się będzie od 11 do 17 lipca, a którą zwieńczy uczestnictwo w odbywającym się w Mariampolu niezwykle uroczystym odpuście ku czci bł. Jerzego Matulewicza, przebiegać będzie pod hasłem: „Dziękujemy za cuda Miłosierdzia Bożego”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?