3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Coś

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Piąty brat przeżył wszystkich. I słusznie, bo on przecież miał sądzić o nich, jak sądził wszystko na tym świecie i wypowiadał zawsze wyrok ostateczny. Ludzie podziwiali jego rozum i krytykę i mówili o nim:

– To otwarta głowa!

Lecz i on umarł w końcu – nie mogło być inaczej – i stanął u drzwi raju, do którego dusze ludzkie zbliżają się w porządku, parami. Obok niego stanęła jakaś pokorna duszyczka i nieśmiało, a z tęsknotą spoglądała na wspaniałe, złociste wrota.

– Postawiono ją przy mnie, widać dla kontrastu – szepnął do siebie krytyk – i to mi się należy: cała wartość moja lepiej się uwydatnia obok takiej lichoty. – Któż to jesteście, moja kobiecino? – zwrócił się do sąsiadki. – Widzę, że bardzo wam spieszno do raju? Ale poczekać trzeba.

Duszyczka skłoniła się przed nim do ziemi myśląc, że to sam święty Piotr do niej przemawia.

– Ja jestem stara Małgorzata z grobli, jaśnie wielmożny panie – odrzekła z pokorą. – Z małej chatki na grobli.

– Aha. I cóżeś robiła na ziemi, stara Małgorzato z chatki na grobli? – rzekł krytyk, którego już nudziło długie oczekiwanie.

Staruszka popatrzyła nań z wielką pokorą.

– Nic takiego nie zrobiłam – rzekła smutnie – za co bym się mogła spodziewać, że przede mną te drzwi otworzą, ale Bóg miłosierny, może łaska Jego nie odepchnie ubogiej. Na to tylko liczę.

– A w jakiż sposób rozstałaś się z ziemią, moja kobieto? – pytał znów brat piąty, który lubił rzecz każdą zbadać aż do gruntu.

– Czy ja wiem, w jaki sposób się rozstałam – odpowiedziała stara po namyśle. – W ostatnich czasach chora byłam ciągle… a nędza, jaśnie panie? To wszystko człowieka dobija. Ciężko mi było już podnieść się z łóżka i kiedy przyszło nagle wybiec na chłodne powietrze, na śnieg i mróz, musiałam się pewno zaziębić, choć sama nie wiem, kiedy, bo nie miałam czasu pomyśleć o tym wszystkim. Tyle trwogi użyłam w ostatniej godzinie – ale Bóg łaskaw, łaskaw, wszyscy się uratowali!

– Kto? Cóż to było za zdarzenie?

– Na morzu, jaśnie panie. Myślałam, że pan o tym słyszał. Wiadomo, że mieliśmy ostrą zimę tego roku, morze u brzegu zamarzło wybornie i państwo z miasta umyślili sobie urządzić na lodzie zabawę. Mówiono, że ma być ślizgawka i tańce, z daleka słychać było muzykę i wrzawę, słyszałam je w mojej ubogiej izdebce, chociaż nie miałam siły podnieść się z posłania, aby popatrzyć na nich. Na koniec słońce zaszło, ukazał się księżyc, ale blady, bez blasku. Wyjrzałam przez okno: na lodzie zapalono kolorowe światła, migały cienie, słyszałam śmiech ludzki. Wtem spojrzałam na niebo… Daleko, daleko, gdzie się brzeg nieba na wodzie opiera, płynął biały obłoczek z czarną pośrodku plamą. Nie zaraz uwierzyłam swoim oczom, jaśnie panie, choć stara jestem i nie darmo przecież od lat tylu patrzałam na niebo i morze, ale obłoczek płynął, coraz większy, a czarna plama… Znam ją! Zrozumiałam wszystko! Dwa razy w życiu widziałam ją przecież i wiem, co niesie – burzę i rozbicie, śmierć dla tych, co się tam bawią wesoło.