Idiota

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Idiota
Idiota
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,94  44,75 
Idiota
Idiota
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Książę raz jeszcze powiódł badawczym i poważnym wzrokiem po swoich słuchaczkach.

– Czy panie się na mnie o coś nie gniewają? – spytał nieoczekiwanie i jakby z zakłopotaniem, ale patrząc prosto na nie.

– O co? – krzyknęły ze zdziwieniem wszystkie trzy naraz.

– No, że ja wciąż tak się zachowuję, jakbym pouczał.

Roześmiały się wszystkie trzy.

– Jeśli panie są złe, to niepotrzebnie – rzekł książę – przecież ja sam wiem, że żyłem mniej niż inni i mniej niż inni z życia rozumiem. Być może czasami bardzo dziwacznie się wyrażam…

I tu książę zmieszał się do końca.

– Skoro pan mówi, że był szczęśliwy, to mimo wszystko żył pan właśnie więcej, nie mniej. Po co pan się kryguje i przeprasza? I niech się pan nie boi, że nas pan poucza, bo się pan nie wywyższa. Z takim kwietyzmem, jak pański, można napełnić szczęściem nawet sto lat. Czy się panu pokaże karę śmierci, czy porusza paluszkiem przed oczami, pan z jednego i drugiego wyciągnie chwalebną myśl i w dodatku sam będzie zadowolony. I w ten sposób można przeżyć całe życie.

– Dlaczego ty się ciągle złościsz? – zapytała generałowa, która od dawna obserwowała obecnych. – Nie rozumiem. I o czym właściwie rozmawiacie, też nie mogę pojąć. Co za palec i co za bzdury? Książę mówi bardzo pięknie, tylko trochę smutno; dlaczego go ciągle zbijasz z tropu? Śmiał się, kiedy zaczynał opowiadać, a teraz zupełnie osowiał.

– To nic, maman. A szkoda, książę, że pan nie widział kary śmierci, bo zapytałabym pana o coś.

– Widziałem karę śmierci – odparł książę.

– Widział pan? – krzyknęła Agłaja. – Przecież powinnam się domyśleć. To stawia kropkę nad i. Jeżeli pan widział, to jak pan może mówić, że przez cały ten czas pan był szczęśliwy? No co, nie mam racji?

– Czyżby w pańskiej wsi wykonywano wyroki śmierci? – spytała Adelajda.

– Nie, widziałem w Lyonie, dokąd mnie zabrał Schneider. Trafiłem na egzekucję od razu po wjeździe do miasta.

– I co, podobało się? Bardzo pożyteczne i pouczające? – dopytywała się Agłaja.

– W ogóle mi się nie podobało. Chorowałem nawet potem trochę. Ale przyznaję się, że w chwili samej egzekucji stałem jak wryty i nie mogłem oderwać oczu.

– Ja też bym nie mogła oderwać oczu – powiedziała Agłaja.

– Tam bardzo nie lubią, kiedy kobiety przychodzą na egzekucje i  nawet piszą potem o nich w gazetach.

– A zatem, jeśli uważają, że to nie jest sprawa kobiet, to chcą tym samym powiedzieć, że to rzecz mężczyzn. Ładne usprawiedliwienie. Gratuluję logiki. Pan oczywiście też tak myśli?

– Niech pan opowie o karze śmierci – przerwała Adelajda.

– Teraz wolałbym nie… – zmieszał się i jakby zasmucił książę.

– Szkoda się panu z nami podzielić – ubodła go Agłaja.

– Nie, nie to. Po prostu dopiero co o tym opowiadałem.

– Komu?

– Kamerdynerowi państwa, kiedy czekałem na generała…

– Jakiemu kamerdynerowi? – rozległo się ze wszystkich stron.

– Temu z przedpokoju, takiemu szpakowatemu, z trochę czerwoną twarzą. Czekałem w przedpokoju na Iwana Fiodorowicza.

– To dziwne – rzekła generałowa.

– Książę jest demokratą – ucięła Agłaja – no, jeśli pan opowiedział Aleksejowi, to nam pan tym bardziej nie może odmówić.

– Chcę to koniecznie usłyszeć – powtórzyła Adelajda.

– A wie pani, przed chwilą – zwrócił się książę do Adelajdy, ponownie nieco się ożywiając (przychodziło mu to, jak się zdawało, bardzo łatwo i bez skrępowania) – pomyślałem o tym, gdy mnie pani pytała o temat do obrazu. Chciałem pani podsunąć temat: twarz skazańca na minutę przed uderzeniem gilotyny, kiedy jeszcze stoi na szafocie i za chwilę zostanie położony na desce.

– Jak to twarz? Samą twarz? – pytała Agłaja. – Dziwny temat. Co za obraz z tego wyjdzie?

– Ależ dlaczego nie? – z entuzjazmem nalegał książę. – Widziałem jeden taki obraz niedawno w Bazylei; tak bym chciał o nim opowiedzieć… Kiedyś opowiem… zrobił na mnie ogromne wrażenie.

– O obrazie opowie pan później, koniecznie – rzekła Adelajda. – A teraz niech mi pan wytłumaczy, jak przemienić w obraz tę scenę egzekucji? Czy pan może opisać, jak pan sobie to wyobraża? Jak tę twarz namalować? Tak po prostu pojedynczą twarz? Jaka ona ma być?

– To będzie twarz skazańca dokładnie na minutę przed śmiercią – rozpoczął książę z pełną gotowością, natychmiast dając się wciągnąć wspomnieniom i zapominając o całym świecie – dokładnie w chwili, kiedy wszedł po schodkach na szafot. Spojrzał wtedy w moją stronę i kiedy zobaczyłem jego twarz, wszystko zrozumiałem… zresztą, przecież tego się nie da opowiedzieć! Ja bym tak strasznie, strasznie chciał, żeby pani albo ktokolwiek inny to namalował. Lepiej, żeby to była pani! Ja już wtedy pomyślałem, że to będzie potrzebny, pożyteczny obraz. Wie pani, trzeba na nim pokazać wszystko, co działo się z tym człowiekiem wcześniej, do egzekucji; ten skazaniec żył w więzieniu i spodziewał się wyroku za jakiś tydzień; liczył jeszcze na zwykłe formalności, że jak zazwyczaj się przeciągną – że papier musi iść jeszcze do jakiegoś urzędu, do podpisu i dopiero po tygodniu go stamtąd wydobędą; a tutaj niespodziewanie, z niewiadomych przyczyn sprawę przyspieszono. O piątej rano spał. Był to koniec października, wtedy o piątej rano jest jeszcze zimno i ciemno. Po cichutku wszedł do niego prystaw więzienny ze strażnikami i ostrożnie dotknął jego ramienia. On podniósł się nieco na łokciu – zobaczył światło. „Co jest?” „Egzekucja o dziesiątej”. Był jeszcze w półśnie, nie uwierzył, zaczął się kłócić ze strażnikiem, że przecież ten papier będzie gotowy dopiero za tydzień. Ale gdy się całkiem ocknął, to zamilkł – tak mówili – a potem powiedział: „Mimo wszystko ciężko tak nagle…” – i znowu zamilkł; potem już nic nie chciał mówić. Panie wiedzą, co robi skazaniec przez następne trzy, cztery godziny: ksiądz, śniadanie, na którym podają wino, kawę i wołowinę (czy to nie kpina? Tylko pomyśleć, co za okrucieństwo; a przecież z drugiej strony ci ludzie robią to, na Boga, z czystego serca i są przekonani, że świadczą akt miłosierdzia); potem toaleta (wiedzą panie, na czym polega toaleta przestępcy?) i wreszcie wiozą go na szafot, przez całe miasto… wtedy też ci się chyba zdaje, że masz przed sobą nieskończenie wiele czasu. Sądzę, że on wtedy myślał po drodze tak: „Jeszcze daleko, mam jeszcze trzy ulice życia, przejadę tę i będzie następna, a za nią jeszcze tamta z piekarnią po prawej… gdzie tam jeszcze do piekarni!”. Wokół tłum, krzyk, hałas, tysiące twarzy, tysiące oczu i to wszystko trzeba znieść; ale najważniejsze, że trzeba znieść myśl: „Ich jest dziesięć tysięcy a zetną właśnie mnie, nie żadnego z nich”. Mówię to wszystko tak, jak sobie mniej więcej wyobrażam. Na szafot wchodzi się po schodkach, i tam, właśnie przed tymi schodkami on się nagle rozpłakał – a to był silny i mężny człowiek, mówili, że zatwardziały bandyta. Przez cały czas był przy nim ksiądz, jechał razem z nim na wózku; ale wątpię, czy tamten cokolwiek słyszał z tego, co ksiądz mu mówił. Zaczynał słuchać, ale co trzecie słowo już do niego nie docierało. Tak chyba właśnie było. Wreszcie zaczął powoli wchodzić po schodkach. Nogi miał związane, dlatego stawiał bardzo małe kroki. Ksiądz, pewnie mądry człowiek, zamilkł i tylko co chwilę podsuwał mu krzyż do pocałowania. Jeszcze na dole ten skazaniec był bardzo blady, a jak stanął na szafocie, to zrobił się nagle biały jak papier, dosłownie bielutki jak kartka papieru; na pewno miał coraz słabsze i zdrewniałe nogi i mdliło go – jakby go coś dusiło i łaskotało w gardle. Czy panie kiedyś coś takiego czuły, kiedy panie były przerażone, w najstraszniejszych chwilach? Gdy rozum nas jeszcze nie opuszcza, ale nie ma już nad nami najmniejszej władzy? Wydaje mi się, że w chwili nieuchronnej śmierci, na przykład kiedy na człowieka wali się nagle dom, nachodzi go taka nieodparta chęć, żeby zamknąć oczy i tylko czekać – niech będzie co ma być!.. I właśnie wtedy, kiedy go ta myśl nachodziła, ksiądz szybkim gestem, w milczeniu podsuwał mu krzyż pod same usta. Taki mały, srebrny, czteroramienny krzyż; i tak raz po razie, bardzo często. Jak tylko krzyż dotykał warg skazańca, otwierał na parę sekund oczy, jakby się ożywiał i nogi zaczynały iść. Krzyż całował chciwie, jakby się spieszył, żeby zebrać zapasy, na wszelki wypadek. Ale wątpię, czy doznawał wtedy jakichś przeżyć religijnych. I tak było do samego końca. Dziwne, że w tej ostatniej chwili ludzie tak rzadko mdleją; na odwrót, mózg wtedy intensywniej żyje i pracuje niestrudzenie, mocno, mocno, mocno – jak maszyna w ruchu; wyobrażam sobie, jak myśli stukają w głowie: niedokończone, a może nawet śmieszne, nieważne: „O, ten, co się tak gapi, ma brodawkę na czole, a katu zardzewiał dolny guzik…” a przy tym wszystko się wie i pamięta. Jest taki jeden punkt, o którym za nic nie można zapomnieć, który nie pozwala zemdleć; wszystko wokół niego się kręci, kołuje. I pomyśleć, że tak jest już do końca, do ostatniego ułamka sekundy, kiedy głowa leży na szafocie i czeka, i… „wie”, i nagle słyszy nad sobą ślizg żelaza! To się na pewno słyszy! Gdybym ja tak leżał, to bym specjalnie nasłuchiwał i usłyszał! To może trwać tylko jedną dziesiątą sekundy, ale to się na pewno słyszy! I proszę sobie wyobrazić, że niektórzy do tej pory się spierają, czy odpadająca od tułowia głowa jeszcze sekundę jest świadoma tego, że odpadła – co za wyobrażenia! A co, jeśli przez pięć sekund!… Niech pani namaluje szafot tak, żeby był wyraźnie i z bliska widoczny tylko ostatni stopień. Przestępca wszedł na niego: twarz blada jak papier, ksiądz podaje krzyż, a on chciwie wyciąga do niego posiniałe wargi, patrzy i – wszystko wi e. Krzyż i głowa – to właśnie obraz; obok twarz księdza, kata z dwoma pomocnikami i niżej kilka głów i oczu – to wszystko można namalować na jakby trzecim planie, we mgle, jako dodatki… Taki mógłby być ten obraz.

Książę umilkł i popatrzył na słuchaczki.

– To już oczywiście nie jest kwietyzm – rzekła do siebie Aleksandra.

 

– No, a teraz niech pan opowie, jak pan był zakochany – odezwała się Adelajda.

Książę spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Niech pan posłucha – mówiła Adelajda, jakby się spiesząc – przed panem jeszcze opowieść o bazylejskim obrazie, ale teraz chcę usłyszeć o tym, jak pan był zakochany. Niech się pan nie wypiera, był pan. A poza tym, opowiadając o tym, przestanie pan być filozofem.

– Jak pan tylko skończy mówić, to od razu się pan wstydzi tego, co powiedział – zauważyła Agłaja – dlaczego?

– Jakie to było głupie – ucięła generałowa, z oburzeniam patrząc na Agłaję.

– Rzeczywiście nie za mądre – przytaknęła Aleksandra.

– Niech jej pan nie wierzy, książę – rzekła generałowa – ona to celowo robi, z jakiejś złości, w gruncie rzeczy nie jest tak źle wychowana. Niech pan sobie tylko nie pomyśli, że one tak panu dokuczają. Wprawdzie rzeczywiście coś tam uknuły, ale już pana lubią – ja je znam i  widzę to po ich twarzach.

– Ja też znam ich twarze – powiedział książę ze szczególnym naciskiem.

– Jak to? – zapytała z zaciekawieniem Adelajda.

– Co pan wie o naszych twarzach? – zainteresowały się i dwie pozostałe.

Książę jednak milczał z powagą. Wszyscy czekali, co powie.

– Powiem paniom potem – odparł cicho i poważnie.

– Pan stanowczo chce nas zainteresować – krzyknęła Agłaja – i co za podniosłość!

– No dobrze – znów zniecierpliwiła się Adelajda – jeśli już jest pan takim znawcą twarzy, to na pewno był pan zakochany. Zgadłam, zdaje się? Niech pan opowie.

– Nie byłem zakochany – odparł książę tak samo cicho i poważnie – moje szczęście polegało na czymś innym.

– Na czym?

– Dobrze, opowiem paniom – odezwał się książę jakby w głębokiej zadumie.

VI

– Panie teraz patrzą na mnie – zaczął książę – z takim zainteresowaniem, że jeśli go nie zaspokoję, to się na mnie pewnie rozgniewają. Nie, nie, żartuję – dodał natychmiast z uśmiechem – Tam… tam mieszkały dzieci i cały czas przebywałem tylko z nimi, wyłącznie z dziećmi. To była cała wataha dzieci z okolicznej wsi, uczyły się w miejscowej szkole. Nie to, żebym je uczył, bo od tego miały nauczyciela, Julesa Thibaulta. To znaczy ja również je uczyłem, ale częściej po prostu byłem z nimi. W ten sposób minęły mi całe cztery lata i niczego więcej nie potrzebowałem. Nic przed nimi nie ukrywałem, mówiłem im wszystko. Ich rodzice i krewni zaczęli się w końcu na mnie bardzo złościć, ponieważ doszło do tego, że dzieci nie mogły się beze mnie obejść i chodziły za mną krok w krok, a szkolny nauczyciel został nawet moim największym wrogiem. Zresztą narobiłem tam sobie wielu wrogów – z powodu dzieci. Nawet Schneider mnie beształ. I czego oni się tak bali? Przecież dziecku można powiedzieć wszystko. Zawsze wstrząsająca była dla mnie świadomość, jak mało dorośli znają dzieci, nawet ojcowie i matki. Przed dziećmi niczego nie trzeba ukrywać pod pretekstem, że są za małe i że na coś jest dla nich za wcześnie. Co za żałosne, nieszczęsne przekonanie. I jak znakomicie same dzieci dostrzegają, że rodzice traktują je, jakby były za małe i nic nie rozumieją, podczas gdy one rozumieją wszystko. Dorośli nie wiedzą, że dziecko nawet w najtrudniejszych sprawach może dać najtrafniejszą radę. Mój Boże, przecież gdy ta śliczna ptaszyna patrzy na ciebie z taką ufnością i szczęściem, to ci aż wstyd ją okłamać; nazywam dzieci ptaszkami dlatego, że nie ma na świecie nic cudowniejszego niż ptaszek. Zresztą, największy gniew całej wsi wywołało jedno wydarzenie… a Thibault po prostu mi zazdrościł; najpierw tylko kręcił głową i dziwił się, że dzieci rozumieją mnie prawie zawsze, a jego prawie nigdy, a potem zaczął się ze mnie śmiać, gdy mu powiedziałem, że nie tylko my obaj niczego ich nie nauczymy, ale jeszcze one nas nauczą. W głowie mi się nie mieści, jak mógł mi zazdrościć i oczerniać mnie, kiedy sam obcował z dziećmi. Dzieci leczą duszę… W instytucie Schneidera był jeden chory, bardzo nieszczęśliwy człowiek. Spotkało go nieszczęście tak wielkie, że chyba większe się nie może nikomu przytrafić. Oddano go na leczenie jako obłąkanego, ale według mnie nie był obłąkany, a po prostu straszliwie cierpiał; jego choroba polegała na cierpieniu. I gdyby panie wiedziały, kim w końcu stały się dla niego dzieci… ale o tym później opowiem. Teraz o tym, jak wszystko się zaczęło. Dzieci z początku mnie nie polubiły. Byłem duży i zarazem zawsze ociężały, niezbyt ładny (wiem o tym), no i wreszcie byłem cudzoziemcem. Na początku śmiały się ze mnie, a potem, kiedy podejrzały, jak pocałowałem Marie, zaczęły nawet we mnie rzucać kamieniami. A ja pocałowałem ją tylko raz… Nie, proszę się nie śmiać – uprzedził książę reakcję swoich słuchaczek – to nie była żadna miłość. Gdyby panie wiedziały, co to było za nieszczęśliwe stworzenie, to same by jej żałowały, tak jak ja. Była z naszej wioski; mieszkała razem z matką staruchą w małej rozwalającej się chałupinie z dwoma oknami; jedno z nich, za pozwoleniem władz wiejskich służyło za sklepik do handlu sznurówkami, nićmi, tytoniem, mydłem. Matka zarabiała na tym marne grosze, z których potem żyła. Chorowała na nogi – wciąż VI puchły i nie mogła chodzić. Marie była jej córką; miała dwadzieścia lat, była słaba i chudziutka. Chorowała już dość dawno na gruźlicę, ale mimo to chodziła po domach i najmowała się do ciężkich robót. Myła podłogi, prała bieliznę, zamiatała podwórka, obrządzała bydło. Pewnego dnia znikła ze wsi z jakimś przejezdnym francuskim komiwojażerem, który zabrał ją ze sobą, a po tygodniu porzucił i po kryjomu odjechał. Do domu wróciła za pieniądze wyżebrane po drodze, brudna, w łachmanach, w podartych butach. Szła cały tydzień. Nocowała w polu i mocno się przeziębiła. Miała calutkie nogi w ranach, a ręce popękane i spuchnięte. Zresztą przedtem też nie była ładna, tylko oczy miała takie dobre, ciche, niewinne. Była w ogóle nieprawdopodobnie cicha. Pewnego razu – jeszcze przed tamtym zdarzeniem – zaczęła śpiewać przy pracy; pamiętam, jak to wszystkich zaskoczyło, jak się zaczęli śmiać – „Marie śpiewa! Co? Marie śpiewa!”. Marie strasznie się zawstydziła i już nigdy więcej się nie odezwała; wtedy jeszcze traktowano ją łaskawie, ale kiedy wróciła, chora i udręczona, to nikt, dosłownie nikt nie miał dla niej krzty litości. Jacy okrutni byli wszyscy! Jak surowo ją osądzali. Matka jako pierwsza przywitała ją gniewem i pogardą: „Zhańbiłaś mnie!” i ona pierwsza wydała ją na wstyd i sromotę. Kiedy wieś dowiedziała się o powrocie Marie, to prawie wszyscy się zbiegli, żeby to zobaczyć, i wtłoczyli się do izby – starcy i dzieci, kobiety i dziewczyny. Marie leżała na podłodze u nóg staruchy, głodna, w łachmanach, i płakała. Jak się zeszli wieśniacy, to okryła się swoimi długimi włosami i przywarła do podłogi. Patrzyli na nią jak na jakiegoś gada; starzy oskarżali ją i łajali, młodzi nawet się śmiali, kobiety rzucały oskarżenia, wymyślały i patrzyły z taką odrazą, jakby widziały obrzydliwego pająka. Matka pozwalała na to wszystko. Siedziała na swoim miejscu i tylko potakiwała głową, przyznając im rację. Była już wtedy bardzo chora, prawie umierająca. Rzeczywiście umarła dwa miesiące potem. Wiedziała, że niedługo umrze, ale nie chciała pojednać się z córką, do samej śmierci. Nie odzywała się do niej ani słowem, wyganiała spać do sieni i nie dawała jej prawie nic do jedzenia. Swoje chore nogi musiała często moczyć w ciepłej wodzie. Marie obmywała jej nogi i opiekowała się nią. Matka przyjmowała usługi w milczeniu, nigdy nie darząc córki ciepłym słowem. Marie znosiła to wszystko cierpliwie i potem już, kiedy ją poznałem, przekonałem się, że uważała za słuszne. Uważała samą siebie za najgorszą kreaturę. Kiedy starucha całkowicie zaniemogła i położyła się do łóżka, przychodziły do niej codziennie stare wieśniaczki, na zmianę – tak jest tam przyjęte. Marie już wtedy zupełnie przestano dawać jeść. Cała wieś ją przepędzała i nikt nie chciał jej dać pracy. Dosłownie pluto na nią. Mężczyźni przestali ją nawet traktować jak kobietę i mówili jej najgorsze obrzydliwości. Czasami, bardzo rzadko, kiedy siedzieli w niedzielę pijani w knajpie, to tak, dla śmiechu, rzucali jej grosze prosto na ziemię. Marie zbierała je w milczeniu. Już wtedy zaczynała kasłać krwią. W końcu jej łachmany zamieniły się w takie szmaty, że wstydziła się pokazać we wsi. Od samego powrotu chodziła boso. I wtedy właśnie – zwłaszcza dzieci ze szkoły, całą watahą, a było ich ponad czterdzieścioro – zaczęły ją przezywać, a nawet rzucać w nią błotem. Poszła do pastucha po prośbie, żeby pozwolił jej paść krowy, ale pastuch ją przegonił. Wtedy zaczęła sama, bez pozwolenia wychodzić z domu na cały dzień, żeby pilnować stada. Ponieważ pastuch zauważył, że przynosiła wiele pożytku, przestał ją wyganiać i czasami nawet dawał jej resztki ze swojego obiadu, ser i chleb. Uważał to za wielkie miłosierdzie ze swej strony. Kiedy w końcu umarła matka, pastor na pogrzebie nie powstydził się publicznie potępić Marie. Stała nad trumną w swoich łachmanach i płakała; zeszło się dużo ludzi, żeby zobaczyć, jak idzie za trumną i płacze. Wtedy pastor – to był jeszcze bardzo młody człowiek, miał ambicje zostania wielkim kaznodzieją – zwrócił się do ludzi i wskazał Marie: „Oto ta, która stała się przyczyną śmierci tej czcigodnej kobiety” (co było nieprawdą, bo matka chorowała już dwa lata). „Oto stoi przed wami i nie śmie podnieść oczu, bo napiętnowana jest palcem Bożym. Oto ona – bosa i w łachmanach, dana za przykład tym, którzy tracą cnotę! I kimże ona jest? Jej córką!” i tak dalej, w tym duchu. I proszę sobie wyobrazić, że ta podłość prawie wszystkim się spodobała. Ale wtedy… zaszła nieprawdopodobna rzecz: wmieszały się dzieci – wtedy były już całkiem po mojej stronie i już ją lubiły. A stało się to tak. Bardzo chciałem jakoś pomóc Marie. Były jej bardzo potrzebne pieniądze, ale ja nigdy nie miałem ani grosza. Sprzedałem więc jednemu handlarzowi starymi ubraniami swoją małą brylantową szpilkę. Dał mi za nią dziesięć franków, chociaż warta była bitych czterdzieści. Długo próbowałem spotkać się z Marie sam na sam. Wreszcie udało mi się to za wsią, przy ogrodzeniu, na bocznej ścieżce górskiej, za drzewem. Dałem jej osiem franków i powiedziałem, żeby ich dobrze pilnowała, bo nie będę miał więcej pieniędzy. Potem pocałowałem ją i uspokoiłem, żeby nie myślała, że mam wobec niej jakieś złe zamiary i całuję ją nie dlatego, że jestem w niej zakochany, tylko dlatego, że bardzo mi jej żal i od samego początku ani trochę nie uważałem jej za winną, a jedynie za nieszczęśliwą. Bardzo chciałem ją pocieszyć i przekonać, że nie powinna uważać samej siebie za takie nic, ale wydaje mi się, że nie zrozumiała; zauważyłem to od razu, chociaż ona prawie cały czas milczała i stała ze spuszczonymi oczami, okropnie zawstydzona. Kiedy skończyłem mówić, pocałowała mnie w rękę; chciałem zrobić to samo, ale błyskawicznie ją wyrwała. Ten właśnie moment podejrzały dzieci, cała wataha (potem się dowiedziałem, że już od dawna mnie śledziły). Zaczęły gwizdać, klaskać w ręce i śmiać się, i Marie rzuciła się do ucieczki. Chciałem coś powiedzieć, ale dzieci zaczęły we mnie rzucać kamieniami. Jeszcze tego samego dnia dowiedziała się o wszystkim cała wieś, znów zwalono wszystko na Marie; zaczęto ją jeszcze bardziej nienawidzić; słyszałem nawet, że chciano ją zasądzić, ale chwała Bogu obeszło się bez tego. Za to dzieci po prostu nie dawały jej spokojnie przejść, obrzucały ją błotem i wyzwiskami jeszcze gorzej niż wcześniej. Dzieci gonią ją, ona ucieka, traci oddech, bo płuca ma już bardzo słabe, a one za nią – krzyczą, wymyślają. Raz omal się z nimi nie pobiłem. Potem zacząłem im wszystko tłumaczyć i robiłem to codziennie, jak tylko miałem okazję. Czasami się zatrzymywały i słuchały, chociaż wciąż jeszcze jej wymyślały. Mówiłem im, jaka Marie jest nieszczęśliwa. Szybko przestały jej wymyślać i zaczęły ją mijać w milczeniu. Stopniowo zaczęliśmy rozmawiać; niczego przed nimi nie ukrywałem, opowiedziałem im wszystko. Dzieci słuchały mnie bardzo zaciekawione i w końcu zrobiło im się żal Marie. Niektóre zaczęły ją serdecznie witać przy spotkaniu. Tam jest taki zwyczaj, że gdy się kogoś spotyka – nieważne, znajomego czy nie, to mu się kłania i mówi „dzień dobry”. Wyobrażam sobie, jak się Marie dziwiła. Pewnego razu dwie dziewczynki zdobyły gdzieś jedzenie i zaniosły jej, a potem przyszły mi o tym powiedzieć. Mówiły, że Marie się rozpłakała i że one teraz bardzo ją kochają. Niedługo pokochały ją wszystkie dzieci, a przy tym pokochały i mnie. Zaczęły często mnie odwiedzać i zawsze prosiły, żebym im coś opowiedział. Zdaje mi się, że robiłem to dobrze, bo bardzo często przychodziły mnie słuchać. No więc czytałem różne rzeczy i uczyłem się tylko po to, żeby potem im przekazać. Robiłem to przez całe trzy lata. Kiedy mnie później obwiniano – Schneider też – że rozmawiam z nimi jak z dorosłymi i nic przed nimi nie ukrywam, to odpowiadałem, że wstyd je okłamywać, że i bez tego wszystko wiedzą, a jeśli dowiedzą się same, to jakimiś pokątnymi drogami, ohydnie, a ja im wszystko wytłumaczę normalnie; niech sobie przypomną, jak sami byli dziećmi. Nie zgadzali się ze mną… Marie pocałowałem jeszcze na dwa tygodnie przed śmiercią jej matki. Kiedy więc pastor wygłaszał swoje kazanie, wszystkie dzieci były już po mojej stronie. Natychmiast im opowiedziałem i wytłumaczyłem postępek pastora. Rozgniewały się na niego, niektóre do tego stopnia, że wybiły mu szyby w oknach. Powstrzymałem je, bo to już był zły postępek. We wsi natychmiast o wszystkim się dowiedziano i zaczęto mnie oskarżać, że psuję dzieci. Potem wszyscy się dowiedzieli, że dzieci kochają Marie i okropnie się wystraszyli. Ale Marie była już szczęśliwa. Zabroniono dzieciom nawet spotykać się z nią, ale one i tak po kryjomu biegały na pastwisko, chociaż to było dosyć daleko, prawie pół wiorsty, i nosiły jej jedzenie. A niektóre przybiegały tylko po to, żeby ją objąć, pocałować, powtórzyć: „Je vous aime, Marie13 – i biec z powrotem. Marie niemal oszalała od takiego nieoczekiwanego szczęścia, o niczym podobnym nawet nie marzyła. Wstydziła się i cieszyła jednocześnie. A najważniejsze, że dzieci, zwłaszcza dziewczynki, nie przestawały do niej biegać, aby jej powtarzać, że ją kocham i bardzo dużo o niej mówię. Powiedziały jej, że wszystko wiedzą ode mnie i że teraz kochają ją, współczują i że będzie tak zawsze. A potem wpadały do mnie z radosnymi, przejętymi twarzyczkami i oznajmiały, że właśnie widziały się z Marie i że Marie kazała mi się kłaniać. Wieczorami chodziłem do wodospadu. Było tam takie jedno miejsce, całkowicie osłonięte od wsi, otoczone topolami. Właśnie tam przychodziły do mnie wieczorami dzieci, niektóre nawet po kryjomu. Wydaje mi się, że moja miłość do Marie sprawiała im prawdziwą rozkosz i to była jedyna rzecz, w jakiej je oszukałem w ciągu całego mojego pobytu we wsi. Nie wyprowadziłem ich z błędu, nie powiedziałem, że wcale nie kocham Marie, to znaczy nie jestem w niej zakochany, a jest mi jej tylko bardzo żal. Widziałem wyraźnie, że chcą, aby było tak, jak sobie to same wyobraziły i ustaliły między sobą, dlatego milczałem i dawałem im do zrozumienia, że odgadły. A jakie były dyskretne i delikatne te maleńkie serca! Nie mogło im się na przykład pomieścić w głowach, że ich dobry Léon tak bardzo kocha Marie, a ona jest tak nędznie ubrana i nawet nie ma butów. I proszę sobie wyobrazić, że zdobyły gdzieś dla niej buty, pończochy i bieliznę, a nawet jakąś sukienkę. Jak im się to udało, nie mam pojęcia. Cała gromada się o to starała. A kiedy próbowałem się czegoś na ten temat dowiedzieć, to tylko się radośnie śmiały, a dziewczynki klaskały w ręce i całowały mnie. Niekiedy sam odwiedzałem po kryjomu Marie. Była już bardzo chora i ledwie chodziła. W końcu przestała służyć pasterzowi, ale wychodziła każdego ranka ze stadem. Siadała zawsze na stronie, całkiem na uboczu. Jedna skała, prawie prostopadła do ziemi, miała występ i właśnie w nim siadywała, na brzegu, w kącie zasłoniętym od wszystkich i siedziała tak cały dzień, prawie bez ruchu, od rana, do powrotu stada na wieś. Gruźlica tak już ją osłabiła, że większość czasu drzemała z zamkniętymi oczami i z głową opartą o skałę. Oddychała z trudem. Twarz miała wychudłą jak szkielet. Na czole i na skroniach występowały krople potu. Zawsze tak ją zastawałem. Przychodziłem na chwilę i też nie chciałem, żeby mnie widziano. Jak się tylko pojawiałem, Marie natychmiast się poruszała, otwierała oczy i zaczynała całować mi ręce. Nie zabraniałem jej już, bo dla niej to było szczęście. Przez cały czas drżała i płakała. Kilka razy próbowała coś powiedzieć, ale trudno ją było zrozumieć. Zachowywała się jak obłąkana, jakby w ciągłym wzruszeniu i zachwycie. Niekiedy przychodziły razem ze mną dzieci. Zatrzymywały się wtedy nieopodal i pilnowały, żeby nas nikt nie zobaczył. Sprawiało im to ogromną przyjemność. Kiedy odchodziliśmy, Marie znowu pozostawała sama, nieruchoma, z zamkniętymi oczami i głową opartą o skałę. Możliwe, że marzyła o czymś. Pewnego ranka nie była już w stanie wyjść do stada i została u siebie, w swoim pustym domu. Dzieci od razu się o tym dowiedziały i wszystkie przyszły ją odwiedzić. Leżała w swoim łóżku sama, samiutka. Przez dwa dni opiekowały się nią tylko dzieci, przychodząc do niej na zmianę, ale potem, kiedy się we wsi dowiedziano, że Marie rzeczywiście umiera, zaczęły przy niej dyżurować staruchy. Wieś zaczęła chyba żałować Marie. W każdym razie nikt już nie zabraniał dzieciom przychodzić do niej i nikt ich za to nie łajał. Marie przez cały czas drzemała. Sen miała niespokojny, kasłała strasznie. Staruchy przegoniły dzieci, ale one i tak przychodziły pod okno, czasem tylko po to, żeby powiedzieć: „Bonjour, notre bonne Marie14. A ona, jak tylko je zobaczyła lub usłyszała, próbowała się unosić na łokciu, wbrew zakazom staruch, kiwała im głową i dziękowała. Jak dawniej przynosiły jej poczęstunek, ale Marie już wtedy prawie nic nie jadła. Proszę mi wierzyć, że dzięki dzieciom umierała niemal szczęśliwa. Dzięki nim zapomniała o największej swojej niedoli, jak gdyby przyjęła od nich przebaczenie, bo do końca uważała siebie za największą przestępczynię. A one jak ptaszki każdego ranka biły skrzydełkami w jej okno i krzyczały: „Nous t’aimons, Marie15. Umarła bardzo szybko. Myślałem, że będzie żyła dłużej. Byłem u niej dzień przed śmiercią, przed zachodem słońca. Poznała mnie chyba i ostatni raz uścisnąłem jej wtedy rękę. Jaka wychudzona była ta ręka! A tu raptem następnego dnia rano przychodzą do mnie i mówią, że Marie umarła. Dzieci w żaden sposób nie dało się powstrzymać; przybrały całą trumnę kwiatami i włożyły Marie wianek na głowę. Pastor w kościele już nie powiedział złego słowa o zmarłej. Na pogrzebie było mało ludzi, tylko kilka osób, które przywiodła ciekawość. Kiedy przyszło do niesienia trumny, to wszystkie dzieci do niej się rzuciły, wszystkie naraz. Same nie mogły udźwignąć, więc pomagały tylko, i przez cały czas biegły z płaczem za trumną. Od tej pory opiekowały się mogiłką Marie; ubierały ją co roku w kwiaty, zasadziły naokoło róże. A mnie od pogrzebu Marie zaczęto bardzo prześladować z powodu dzieci; wszystko rozpętał pastor i nauczyciel. Dzieciom stanowczo zabroniono nawet spotykać się ze mną, a Schneider obiecał, że tego dopilnuje. Ale mimo to widywaliśmy się z daleka i porozumiewaliśmy się znakami. Przysyłały mi swoje dziecięce liściki. Potem ten ciężki okres minął, ale wówczas było nam bardzo dobrze; nawet bardziej zbliżyłem się z nimi przez to prześladowanie. A w ostatnim roku prawie się pogodziłem z Thibaultem i z pastorem. Schneider długo potem ze mną rozmawiał i spierał się ze mną na temat mojego szkodliwego „systemu” postępowania z dziećmi. Jaki tam system! W końcu, tuż przed moim wyjazdem, Schneider powiedział mi pewną bardzo dziwną rzecz; powiedział, że się całkowicie przekonał, że jestem absolutnym dzieckiem, to znaczy zupełnym dzieckiem, że tylko z wyglądu przypominam dorosłego, ale w duszy, z charakteru, a może i umysłu, to wcale dorosły nie jestem i tak już zostanie, choćbym dożył sześćdziesięciu lat. Okropnie się śmiałem, no bo jakie ze mnie dziecko? W jednym tylko miał rację – ja rzeczywiście nie lubię być z dorosłymi; już dawno to zauważyłem. Nie lubię dlatego, że nie umiem z nimi być. I o czym by ze mną rozmawiali, jak by się do mnie odnosili, choćby najlepiej, to i tak mi z nimi ciężko i cieszę się, kiedy mogę odejść do moich najlepszych przyjaciół, do dzieci. Ale nie dlatego, że sam jestem dzieckiem, a po prostu dlatego, że mnie zawsze do dzieci ciągnęło. Jeszcze na początku, tam na wsi, kiedy smutek wypędzał mnie samotnie w góry i spotykałem nieraz całą tę watahę (zwłaszcza w południe, po wyjściu ze szkoły), hałaśliwą, biegnącą na łeb na szyję ze swoimi tabliczkami, rozkrzyczaną, roześmianą, rozbawioną, to zaczynałem się do nich wyrywać z całej duszy, ze wszystkich sił. Nie rozumiem czemu, ale zacząłem doznawać uczucia jakiegoś nieopisanego, dojmującego szczęścia przy każdym spotkaniu z nimi. Zatrzymywałem się i śmiałem ze szczęścia, patrząc na rozbiegane, wiecznie ruchliwe nóżki chłopców i dziewczynek, którzy biegli razem obok siebie ze szkoły, na ich śmiech i łzy (bo niektórzy, zanim dotarli do domu, zdążyli się już po drodze pobić, rozpłakać, pogodzić i znów się razem bawić) i zapominałem wtedy o całym swoim smutku. I potem, przez wszystkie pozostałe lata w Szwajcarii nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie się smucą. Całego siebie oddałem dzieciom, z nimi związałem swój los. Myślałem, że nigdy nie opuszczę wioski i nawet do głowy mi nie przyszło, że wyjadę tu, do Rosji. Wydawało mi się, że zostanę tam na zawsze, ale w końcu zauważyłem, że Schneider nie może mnie już utrzymywać, a przy tym wyszła nagle sprawa na tyle ważna, że sam zaczął mnie przynaglać do wyjazdu i sam pisał do Rosji w moim imieniu. Zobaczę, co to za sprawa i poradzę się kogoś, może mój los odmieni się całkowicie; ale to wszystko i tak nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że moje życie zmieniło się nieodwracalnie. Zostawiłem tam wiele, zbyt wiele. Wszystko odeszło. Jechałem w pociągu i myślałem: „Teraz idę do ludzi. Możliwe, że nic nie wiem, ale zaczynam nowe życie”. Postanowiłem załatwić swoją sprawę uczciwie i ze stanowczością. Może będzie mi z ludźmi nudno i ciężko. Na początek postanowiłem być wobec wszystkich uprzejmy i otwarty, przecież nikt nie będzie ode mnie więcej wymagał. Możliwe, że i tutaj uznają mnie za dziecko. Niech tam! Wszyscy ludzie uważają mnie też za idiotę, a ja nie wiem dlaczego. Rzeczywiście, kiedyś byłem tak chory, że przypominałem idiotę. Ale czy mogę nim być teraz, kiedy jestem świadomy, że wokół uważa się mnie za idiotę? Przychodzę do kogoś i myślę: „Mają mnie tutaj za idiotę, a ja jestem rozumnym człowiekiem, i oni się tego nie domyślają…”. Ta myśl często do mnie wraca. Kiedy dostałem w Berlinie kilka liścików od dzieci, to zrozumiałem, jak bardzo je kochałem. Pierwszy list jest bardzo trudny. Jakie one były smutne, kiedy mnie odprowadzały! Jeszcze miesiąc wcześniej zaczęły się ze mną żegnać. „Léon s’en va. Léon s’en va pour toujours!16. Co wieczór spotykaliśmy się pod wodospadem i opowiadaliśmy sobie, jak to będzie, gdy się już rozstaniemy. Nieraz bywało tak wesoło jak dawniej – tylko gdy żegnały się na noc, to obejmowały mnie mocno i gorąco, co się wcześniej nie zdarzało. Niektóre dzieci przybiegały do mnie w tajemnicy przed pozostałymi, tylko po to, żeby mnie objąć i pocałować na osobności. A kiedy już wyjeżdżałem, to całą gromadą odprowadzały mnie na stację; leżała mniej więcej wiorstę od naszej wsi; dzieci ze wszystkich sił próbowały się powstrzymywać od płaczu, ale nie zawsze im się udawało i niektóre płakały głośno, zwłaszcza dziewczynki. Spieszyliśmy się, żeby zdążyć na pociąg, ale co chwilę któreś z nich podbiegało do mnie, obejmowało swoimi drobnymi rączynami i całowało, zatrzymując w ten sposób nasz pochód. I chociaż się spieszyliśmy, tośmy się wszyscy zatrzymywali i czekali na niego, aż się pożegna. Kiedy już pociąg ruszył, to wszystkie krzyknęły mi „hura!” i długo stały na stacji, aż pociąg zniknął im z oczu. Ja też patrzyłem… Proszę teraz posłuchać, kiedy przed chwilą tutaj wszedłem i popatrzyłem na twarze pań, takie miłe (ja teraz bardzo dokładnie przyglądam się twarzom) i gdy usłyszałem pierwsze słowa, to po raz pierwszy od tamtej pory zrobiło mi się lekko na duszy. I pomyślałem, że ja może faktycznie należę do szczęściarzy, bo przecież wiem, że na ogół rzadko się zdarza spotkać kogoś, kogo można od razu polubić, a ja zdążyłem wysiąść z pociągu i spotkałem panie. Doskonale sobie zdaję sprawę, że ludzie wstydzą się mówić o swoich uczuciach, ale ja się nie wstydzę mówić wam o swoich. Jestem samotnikiem i bardzo możliwe, że nieprędko znów się u pań pojawię; tylko proszę tego źle nie rozumieć, nie dlatego to powiedziałem, że mi na paniach nie zależy, albo że się o coś obraziłem. Pytały mnie panie o twarze, o to, co z nich wyczytałem. Z przyjemnością na to odpowiem. Adelajdo Iwanowna, pani ma szczęśliwą twarz, najsympatyczniejszą ze wszystkich. Pani jest bardzo ładna i ma przy tym w sobie coś takiego, że każdy, kto na panią popatrzy, musi powiedzieć: „Ona ma twarz dobrej siostry”. Pani podchodzi do ludzi wesoło i prosto, ale umie też pani szybko poznać ludzkie serce. Tak właśnie widzę pani twarz. Pani, Aleksandro Iwanowna, również ma twarz piękną i bardzo miłą, ale możliwe, że ukrywa pani jakiś smutek. Pani ma bez najmniejszych wątpliwości dobrą, najlepszą duszę, ale nie jest pani wesoła. Pani ma w twarzy taki osobliwy cień, jak Holbeinowska Madonna w Dreźnie. Tak, tyle mogę powiedzieć o pani twarzy. I co, dobry ze mnie zgadywacz? Przecież same mnie panie za takiego uważają. A jeśli chodzi o pani twarz, Lizawieto Prokofiewna – zwrócił się nagle książę do generałowej – to nawet nie to, że mi się wydaje, jestem po prostu pewien, że pani jest absolutnym, całkowitym dzieckiem, ze wszystkimi dobrymi i złymi tego stronami, bez względu na to, ile pani ma lat. Pani się na mnie nie gniewa za to, co mówię? Przecież pani wie, kim są dla mnie dzieci. I proszę nie myśleć, że mówiłem teraz tak otwarcie o waszych twarzach z  prostoty. Bynajmniej! Możliwe, że miałem w tym swój ukryty zamiar.

 
13Je vous aime, Marie (fr.) – Kocham cię, Marie.
14Bonjour, notre bonne Marie (fr.) – Dzień dobry, nasza dobra Marie.
15Nous t’aimons, Marie (fr.) – Kochamy cię, Marie.
16Léon s’en va. Léon s’en va pour toujours! (fr.) – Leon wyjeżdża, Leon wyjeżdża na zawsze!