Biesy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zrozumiałem wreszcie, jaki był główny powód jego udręki. Wiele razy w ciągu tego wieczoru podchodził on do lustra i długo przypatrywał się sobie. Wreszcie odwrócił się od lustra i powiedział z jakąś dziwną rozpaczą:

– Mon cher, je suis un [Mon cher, je suis un... (fr.) – mój drogi, ja jestem...] zaniedbany człowiek, który stał się już zupełnie zgorzkniały.

I rzeczywiście, do tej pory, do tego dnia, jednego był tylko zupełnie pewny, bez względu na wszystko, na „nowe zapatrywania” i „zmianę poglądów” Barbary Pietrowny, że wciąż jest jeszcze niebezpieczny dla jej kobiecego serca i to nie tylko jako zesłaniec i znakomity uczony, ale przede wszystkim jako przystojny mężczyzna. Dwadzieścia lat żył on w tym przekonaniu, jakie schlebiało jego męskiej ambicji i podnosiło go na duchu, i może z tym właśnie przekonaniem najtrudniej mu się było rozstać. Czyżby przeczuwał wtedy, jak bardzo doświadczy go los w najbliższej przyszłości?

VI

Przystąpię teraz do opisania wypadku, po części już zapomnianego, a od którego powinna się zacząć właściwe moja kronika.

W końcu sierpnia przyjechali wreszcie z zagranicy Drozdowie. Niewiele wcześniej przybyła dawno oczekiwana przez całe miasto ich krewna, nasza nowa gubernatorowa. Ale o tych wszystkich ciekawych zdarzeniach opowiem później, na razie ograniczę się tylko do tego, że Praskowia Iwanowna przywiozła niecierpliwie oczekującej jej Barbarze Pietrownie zagadkową wiadomość: Nicolas rozstał się z nimi jeszcze w lipcu i spotkawszy na Renie hrabiego K., udał się z nim i z jego rodziną do Petersburga (notabene wszystkie trzy córki hrabiego były zaręczone).

– Liza jest dumna i krnąbrna, nie mogłam się więc niczego dowiedzieć – kończyła Praskowia Iwanowna. – Ale sama spostrzegłam, że coś zaszło między nią a Mikołajem Wsiewołodowiczem. Nic dokładnego jednak nie wiem, niech się pani zapyta zresztą o to Darię Pawłownę. Wydaje mi się jednak, że Liza jest obrażona. Jestem niezmiernie zadowolona, że przywiozłam pani nareszcie jej faworytkę i oddaję ją pani do rąk własnych: dobrze, że się jej pozbywam.

Zjadliwe te słowa były wypowiedziane z wyraźnym zdenerwowaniem. Było widać, że „rozmiękła baba” wcześniej sobie przygotowała to przemówienie i z góry cieszyła się na efekt, jaki uczyni. Ale Barbara Pietrowna nie dała się zbyć sentymentalnymi efektami i zagadkowymi powiedzeniami. Surowo zażądała dokładnych wyjaśnień. Praskowia Iwanowna natychmiast spuściła z tonu, w końcu się nawet rozpłakała i zaczęła czynić Barbarze Pietrownie przyjacielskie zwierzenia. Tej nerwowej, ale sentymentalnej damie, równie jak i Stiepanowi Trofimowiczowi, była ciągle niezbędna szczera przyjaźń i główna jej uraza do Lizawiety Pietrowny polegała na tym, że „córka nie jest jej przyjaciółką”.

Ale ze wszystkich wyjaśnień i wynurzeń wypływało jasno tylko to jedno, że między Lizą i Nicolas zaszło jakieś nieporozumienie, ale Praskowia Iwanowna nie potrafiła się zorientować, na czym ono polegało. Co się zaś tyczy Darii Pawłowny, to nie tylko, że Praskowia Iwanowna cofnęła całe swoje oskarżenie, ale nawet prosiła, by nie przypisywać żadnego znaczenia temu, co poprzednio mówiła, gdyż powiedziała to wszystko „w zdenerwowaniu”. Słowem, wszystko było w dalszym ciągu niewyraźne i nawet podejrzane. Według jej opowiadania, przyczyną nieporozumienia było „krnąbrne i drwiące” usposobienie Lizy, a „dumny Mikołaj Wsiewołodowicz, chociaż bardzo zakochany, nie chciał tych drwin znosić i sam zaczął pokpiwać”.

– Wkrótce potem poznaliśmy pewnego młodego człowieka, zdaje się bratanka tego pani „profesora”, gdyż nazwisko też ma to samo...

– Syn, a nie bratanek – poprawiła Barbara Pietrowna. Praskowia Iwanowna i dawniej nie mogła zapamiętać nazwiska Stiepana Trofimowicza i zawsze nazywała go „profesorem”.

– Wszystko jedno zresztą, jeżeli syn, to jeszcze lepiej. Zwykły młody człowiek, bardzo żywy, ale nic szczególnego. I tu właśnie Liza postąpiła niedobrze; zbliżyła do siebie młodego człowieka, chcąc wzbudzić w Mikołaju Wsiewołodowiczu zazdrość. Nie oskarżam jej znów tak bardzo: jest to zwykła taktyka dziewczęca i nawet miła. Tylko że Mikołaj Wsiewołodowicz, zamiast wpaść w zazdrość, zaprzyjaźnił się bardzo z młodym człowiekiem, jakby nic nie spostrzegł i jakby mu było wszystko jedno. Lizę to silnie zdenerwowało. Młody człowiek wkrótce wyjechał (spieszył się dokądś), a Liza zaczęła się o byle co do Mikołaja Wsiewołodowicza przyczepiać. A kiedy zauważyła, że on niekiedy z Darią rozmawia, zaczęła się wściekać, przy czym i mnie się porządnie dostało. Doktorzy zabronili mi się denerwować, a to ich zachwalane jezioro sprzykrzyło mi się, zęby mnie tylko rozbolały, takiego się reumatyzmu nabawiłam. Piszą nawet, że od Jeziora Genewskiego zęby bolą; taką już ma właściwość. A tu nagle Mikołaj Wsiewołodowicz otrzymał list od hrabiny i nazajutrz wyjechał. Pożegnali się po przyjacielsku, Liza, odprowadzając go, była bardzo wesoła i bardzo się nim opiekowała. Rozumie się jednak, że udawała. Po jego wyjeździe była wciąż zamyślona, nie wspominała go zupełnie i mnie nie pozwalała. I pani, miła Barbaro Pietrowno, radziłabym nie mówić z nią teraz o tym, bo to tylko może zaszkodzić. Przypuszczam, że sama zacznie mówić, jeżeli się jej nie dopytywać, i wtedy się pani wszystkiego dowie. Według mnie, zejdą się oni znowu, jeżeli tylko Mikołaj Wsiewołodowicz przyjedzie, jak obiecał.

– Natychmiast mu napiszę. Jeżeli rzeczywiście tylko tyle było, to jest to tylko mało znaczące nieporozumienie. Wszystko to głupstwo! Zaś Darię też za dobrze znam; głupstwo!

– Muszę się przyznać, że w stosunku do Darii zawiniłam. Rozmawiali tylko ze sobą i to zawsze głośno. Ale mnie to wszystko wtedy już strasznie rozstroiło. Zresztą widziałam, że i Liza znów się do niej dobrze odnosi...

Barbara Pietrowna tegoż dnia napisała list do Nicolas, błagając go, by chociaż o miesiąc przyśpieszył swój przyjazd. W każdym razie w całej tej sprawie pozostawało wciąż jeszcze coś niejasnego i niewytłumaczonego. Myślała o tym przez cały wieczór i całą noc. Wyjaśnienie Praskowii wydało jej się zbyt naiwne i sentymentalne. „Praskowia zawsze była zbyt uczuciowa, jeszcze na pensji – myślała. – Nicolas nie jest taki, by zląkł się drwin niemądrej dziewczyny. Jeżeli się rzeczywiście poróżnili, to powód musi być całkiem inny. Oficera tego jednak przywiozły ze sobą i traktują jak krewnego. Za prędko też przestała oskarżać Darię, widocznie nie wszystko chciała powiedzieć”.

Rano Barbara Pietrowna miała już gotowy projekt, jak wyjaśnić przynajmniej jedną wątpliwość – projekt zgoła nieoczekiwany. Co się działo w jej sercu, gdy się nań decydowała? – trudno powiedzieć. Zresztą ograniczę się tylko do wyliczenia faktów, tak jak one miały miejsce, i nie ponoszę odpowiedzialności, jeżeli wydadzą się niewiarygodne. Muszę jednak jeszcze zaświadczyć, że rano nie podejrzewała o nic Darię, zresztą i przedtem nie miała żadnych podejrzeń; za bardzo była jej pewna. Prócz tego nie mogło jej się w głowie pomieścić, by jej Nicolas mógł zainteresować się jej... „Darią”. Rano, kiedy Daria Pawłowna rozlewała przy stole herbatę, Barbara Pietrowna długo i uważnie jej się przyglądała i być może już po raz dwudziesty od wczoraj powiedziała sobie z przekonaniem:

–Wszystko brednie, bez większego znaczenia!

Zauważyła tylko, że Daria ma zmęczony wyraz twarzy, jest jeszcze cichsza niż dawniej i jeszcze bardziej apatyczna. Po herbacie zabrały się, jak zwykle, do szycia. Barbara Pietrowna dopytywała się, jakie wrażenie wywarł na niej pobyt za granicą, głównie interesowała się przyrodą, ludnością, miastami, obyczajami, przemysłem – pytała o wszystko, co Daria zdążyła zaobserwować. Ani jednego pytania, dotyczącego Drozdowów i pobytu u nich. Daria, siedząc przy stoliku i pomagając jej haftować, opowiadała już z pół godziny równym, jednolitym, ale trochę słabym głosem.

– Dario – przerwała jej nagle Barbara Pietrowna – czy nie zaszło nic takiego, co byś mi chciała opowiedzieć?

– Nie, nic takiego się nie zdarzyło – Daria chwilę pomyślała i spojrzała swymi jasnymi oczami na Barbarę Pietrownę.

– Na duszy, na sercu, na sumieniu?

– Nic – cicho, lecz z jakąś ponurą stanowczością powtórzyła Daria.

– Byłam tego pewna! Wiesz, Dario, że nigdy nie zwątpię w ciebie. Teraz siedź i słuchaj. Przejdź na to krzesło, siądź naprzeciw mnie, chcę cię całą widzieć. O, tak. Słuchaj – chcesz wyjść za mąż?

Dasza odpowiedziała jej długim pytającym spojrzeniem, nie zdziwiwszy się zresztą za bardzo.

– Czekaj, nic nie mów. Po pierwsze, jest różnica wieku, nawet bardzo znaczna; ale ty wiesz chyba najlepiej, jakie to jest głupstwo. Ty jesteś rozsądna i w życiu twoim nie powinno być błędów. Zresztą on jest jeszcze przystojnym mężczyzną. Jednym słowem, Stiepan Trofimowicz, któregoś zawsze szanowała. No?

Dasza spojrzała jeszcze bardziej pytająco i tym razem nie tylko zdziwiła się, ale i zaczerwieniła się wyraźnie.

– Czekaj jeszcze, nie spiesz się! Chociaż zapisałam ci w testamencie pieniądze, ale co z tobą będzie po mojej śmierci, nawet jeśli będziesz miała pieniądze? Oszukają cię, zabiorą pieniądze i zginiesz. A tak będziesz żoną sławnego człowieka. Teraz popatrz z drugiej strony: gdybym teraz umarła – chociaż i jego zabezpieczę, co z nim będzie? A do ciebie mam zaufanie. Czekaj, jeszcze nie powiedziałam wszystkiego: on jest lekkomyślny, okrutny, egoista, ma złe nawyki, ale ty go ceń, bo są jeszcze znacznie gorsi. Czy aby nie myślisz, że chcę cię wydać za mąż za jakiegoś łotra? A głównie będziesz go szanowała, bo ja cię o to proszę – urwała nagle nerwowo. – Słyszysz?

Dasza cały czas słuchała w milczeniu.

– Czekaj jeszcze. On baba – ale przecież dla ciebie jeszcze lepiej. Opłakana, co prawda baba, nie należałoby kobiecie takiego kochać. Ale trzeba go za jego bezradność kochać i ty go kochaj za tę jego bezradność. Ty mnie przecież rozumiesz? Rozumiesz?

 

Dasza kiwnęła twierdząco głową.

– Wiedziałam, że tak będzie! On będzie ciebie kochał, bo powinien, on powinien cię uwielbiać! – krzyknęła zdziwiona Barbara Pietrowna. – On zresztą i bez obowiązku zakocha się w tobie, przecież ja go znam. Prócz tego ja tu będę. Nie obawiaj się, ja tu zawsze będę. On będzie się na ciebie skarżył, będzie cię oczerniał, pierwszym lepszym będzie mówił o tobie i będzie jęczał, ciągle jęczał. Będzie do ciebie listy pisywał, z jednego pokoju do drugiego, po dwa listy dziennie, lecz żyć bez ciebie nie będzie mógł i to jest najważniejsze. Zmuś go, by cię słuchał; będziesz głupia, jeśli nie potrafisz go do tego zmusić. Będzie się chciał wieszać, grozić ci będzie – nie wierz, to jest tylko gadanie. Nie wierz, a jednak uważaj, bo może przyjść taka chwila, że się naprawdę powiesi, nie będzie to dowodem jego siły, lecz słabości i dlatego nigdy nie przeciągaj struny – to jest pierwsza zasada w małżeństwie. Pamiętaj także, że on jest poetą. Posłuchaj, Dario, nie ma większego szczęścia nad złożenie siebie w ofierze. I do tego zrobisz mi wielką przyjemność, co jest najważniejsze. Nie myśl tylko, że głupstwa plotę, ja wiem, co mówię. Ja jestem egoistką, bądź i ty egoistką. Nie zmuszam cię przecież, jak zechcesz, tak będzie. No, czego siedzisz, powiedzże cokolwiek!

– Mnie jest wszystko jedno, Barbaro Pietrowno, jeżeli już wyjście za mąż jest konieczne – stanowczo powiedziała Daria.

– Konieczne? Co chcesz przez to powiedzieć? – Barbara Pietrowna surowo i uważnie spojrzała na nią.

Daria milczała, obracając igłę na krosienkach.

– Chociaż jesteś mądra, ale głupstwo powiedziałaś. To prawda, że teraz pomyślałam o tym, żeby wydać cię za mąż, ale nie dlatego, żeby to było konieczne, a dlatego, że sobie tak ułożyłam i to jedynie za Stiepana Trofimowicza. Gdyby nie on, nie pomyślałabym o tym, by cię teraz za mąż wydawać, choć masz już dwadzieścia lat... No?

– Jak sobie pani życzy, Barbaro Pietrowno.

– Więc zgadzasz się! Czekaj, dokąd się spieszysz, to jeszcze nie wszystko! Zapisałam ci w testamencie piętnaście tysięcy rubli. Wydam ci je zaraz po ślubie. Z tych piętnastu dasz mu osiem tysięcy, to jest nie jemu, a mnie. Winien jest osiem tysięcy, ja zapłacę, ale trzeba, żeby wiedział, że twoimi pieniędzmi. Zostanie ci siedem tysięcy, ale pamiętaj, byś mu pod żadnym pozorem nie dawała nic z tych pieniędzy. Nigdy też nie płać jego długów. Raz zapłacisz, później nie dasz sobie rady. Zresztą, ja tu zawsze będę. Będziecie otrzymywać ode mnie rocznie tysiąc dwieście rubli, wraz z pieniędzmi na nieprzewidziane wydatki tysiąc pięćset, prócz mieszkania i jedzenia, z których będziecie korzystać jak dotychczas. Tylko służbę musicie mieć swoją własną. Pieniądze za cały rok z góry będę dawała tobie, ale bądź dla niego dobra, daj mu też od czasu do czasu trochę pieniędzy i pozwól, by przyjaciele przychodzili do niego raz na tydzień, lecz nie częściej. Już ja zresztą tego dopilnuję. Gdybym umarła, mieszkanie i utrzymanie dostawać będziecie, aż do jego śmierci, słyszysz? – do jego śmierci, bo to daję jemu, a nie tobie. A tobie prócz tych siedmiu tysięcy, które otrzymasz zaraz, zapiszę jeszcze osiem tysięcy. No i cóż, zgadzasz się? Powiedz coś wreszcie!

– Już powiedziałam, Barbaro Pietrowno.

– Pamiętaj, że to zależy od ciebie, będzie jak zechcesz.

– Więc niech mi pani powie, Barbaro Pietrowno, czyżby Stiepan Trofimowicz mówił już pani coś o tym?

– Nie, on nic nie mówił i o niczym nie wie. Ale zaraz będzie mówił i poprosi mnie o twoją rękę.

Prędko wstała i narzuciła na siebie czarny szal, a następnie ruszyła w kierunku drzwi.

Dasza znowu z lekka się zaczerwieniła i wodziła za nią pytającym wzrokiem. Barbara Pietrowna odwróciła się nagle z czerwoną od gniewu twarzą:

– Głupia jesteś – napadła na nią jak jastrząb – głupia niewdzięcznica! Co ty sobie wyobrażasz? Czyż przypuszczasz, że ja cię czymkolwiek skompromituję chociażby na jotę? On sam będzie na kolanach cię błagał, on powinien umrzeć ze szczęścia, tak to wszystko będzie urządzone. Wiesz przecież, że nie pozwolę cię skrzywdzić. Albo może myślisz, że on ciebie za te osiem tysięcy weźmie, a ja biegnę, żeby cię sprzedać. Ach, głupia, głupia, wszystkie jesteście głupie niewdzięcznice! Daj parasolkę!

I pobiegła piechotą po mokrych od deszczu trotuarach, wysypanych tłuczoną cegłą, do Stiepana Trofimowicza.

VII

To była prawda, że nie dałaby ona Daszy skrzywdzić. Przeciwnie, uważała się teraz za jej dobrodziejkę. Zapałała najbardziej szlachetnym oburzeniem, kiedy zakładając szal, zauważyła skierowane na nią nieufne spojrzenie wychowanicy. Barbara Pietrowna kochała ją szczerze od dzieciństwa. Praskowia Iwanowna słusznie nazwała Darię Pawłownę jej faworytką. Dawno już zadecydowała Barbara Pietrowna, że Daria ma zupełnie inny charakter, niż jej brat Iwan Szatow, że jest cicha i łagodna, zdolna do wielkich poświęceń, odznacza się wielkim przywiązaniem, wielką skromnością, dużym rozsądkiem i, co najważniejsze, jest wdzięczna. Dotychczas Daria nie zawiodła swej opiekunki.

„W tym życiu nie będzie pomyłek” – powiedziała Barbara Pietrowna, kiedy dziewczynka miała dwanaście lat, a że miała zwyczaj uparcie i namiętnie przywiązywać się do każdego nęcącego ją marzenia, do każdej swojej myśli, która wydawała się jej świetna, więc natychmiast postanowiła wychować Darię jak rodzoną córkę. Nie zwlekając, odłożyła dla niej kapitał, przyjęła dla niej guwernantkę, miss Kreegs, którą nie wiadomo dlaczego, gdy Daria ukończyła szesnaście lat, oddalono. Przychodzili też gimnazjalni profesorowie, a wśród nich jeden prawidziwy Francuz, który uczył Daszę francuskiego. Temu też nagle wymówiono, jakby wypędzono. Pewna biedna wdowa wysokiego pochodzenia uczyła ją grać na fortepianie. Lecz głównym jednak nauczycielem był Stiepan Trofimowicz. Prawdę powiedziawszy on pierwszy się na niej poznał: zaczął uczyć ciche dziecko jeszcze wtedy, gdy Barbara Pietrowna nie myślała o niej. Znowu warto powtórzyć: zdumiewające, jak się do niego przywiązywały dzieci; Lizawieta Nikołajewna uczyła się u niego od ósmego do jedenastego roku życia (rozumie się, Stiepan Trofimowicz uczył ją bez pieniędzy, za nic w świecie nie brałby od Drozdowów wynagrodzenia). Ale pokochał piękne dziecko i opowiadał jej całe poematy o powstaniu świata, Ziemi, o historii ludzkości. Wykłady o pierwotnych narodach i pierwotnym człowieku były ciekawsze od arabskich bajek. Liza, która ubóstwiała jego opowiadania, nadzwyczajnie dowcipnie naśladowała Stiepana Trofimowicza u siebie w domu. Dowiedział się o tym i kiedyś przyłapał ją znienacka. Zawstydzona Liza rzuciła mu się w objęcia i rozpłakała się, a Stiepan Trofimowicz, w zachwycie, również się rozpłakał. Lecz Liza wkrótce wyjechała i pozostała mu tylko Dasza.

Kiedy do Daszy zaczęli przychodzić nauczyciele, Stiepan Trofimowicz przestał się nią zajmować i z wolna zupełnie przestał na nią zwracać uwagę. Tak trwało przez długi czas. Pewnego razu, kiedy miała już siedemnaście lat, Stiepan Trofimowicz zauważył nagle jej urodę. Stało się to przy stole u Barbary Pietrowny. Rozmówił się z młodą dziewczyną, podobały mu się jej odpowiedzi i w końcu zaproponował, że gotów jest przejść z nią obszernie i poważnie kurs historii literatury rosyjskiej. Barbara Pietrowna pochwaliła go i podziękowała za doskonały pomysł, a Dasza była zachwycona. Stiepan Trofimowicz zaczął się starannie przygotowywać do wykładów i wreszcie rozpoczęli. Zaczęli od najdawniejszego okresu.

Pierwszy wykład był zachwycający, Barbara Pietrowna była na nim obecna. Kiedy Stiepan Trofimowicz skończył i oznajmił swej uczennicy, że na następnym wykładzie przystąpi do rozbioru poematu Słowo o pułku Igora, nagle Barbara Pietrowna wstała i oznajmiła, że wykładów więcej nie będzie. Stiepanowi Trofimowiczowi zrobiło się przykro, ale nic nie powiedział, Dasza silnie się zaczerwieniła i cała sprawa została w ten sposób zakończona. Od owej chwili, aż do obecnej nieoczekiwanej fantazji Barbary Pietrowny minęły akurat cztery lata.

Biedny Stiepan Trofimowicz siedział sam i nic nie przeczuwał. Smutno zadumany dawno już wyglądał przez okno i pragnął, by go ktoś odwiedził. Ale nikt nie przychodził. Na ulicy mżyło, robiło się zimno. Trzeba było napalić w piecu. Stiepan Trofimowicz westchnął. Nagle ujrzał przed sobą straszne widziadło: Barbara Pietrowna w taką pogodę i o tak dziwnej porze szła do niego. I piechotą! Był do tego stopnia zdumiony, że zapomniał włożyć garnitur i przyjął ją tak jak był: w zwykłym różowym, pikowanym kaftanie.

– Ma bonne amie!... – krzyknął z lekka, idąc jej na spotkanie.

– Jestem zadowolona, że zastałam pana samego, nie znoszę pańskich przyjaciół. Że też pan tyle pali. Boże, co to za powietrze! Dwunasta już godzina, a pan jeszcze herbaty, widzę, nie dopił. Największe dla pana szczęście – nieporządek. Największa rozkosz – śmieci! Co to za porwane papierki na podłodze? Nastazjo! Nastazjo! Co robi pańska Nastazja? Otwórz, matko, okna, lufciki, drzwi, wszystko na oścież. I pozamiataj chociaż raz w życiu!

– Kiedy pan śmieci – żałośnie zapiszczała Nastazja.

– A ty zamiataj, piętnaście razy zamiataj. Obrzydliwy jest ten salon (kiedy już weszli do salonu). Niech pan porządnie zamknie drzwi, bo ona będzie podsłuchiwała. Koniecznie trzeba tapety zmienić. Przecież przysyłałam panu tapeciarza z wzorami, dlaczego pan nic nie wybrał? Niech pan siada i słucha. Proszę pana, niechże pan siada. Dokądże pan? Dokąd?

– Ja z... zaraz – zawołał z drugiego pokoju Stiepan Trofimowicz. – Oto jestem znowu!

– A, pan się przebrał! – drwiąco na niego spojrzała (narzucił marynarkę na kaftan). – Tak, rzeczywiście, będzie pan odpowiednio ubrany do naszej rozmowy. Niechże pan wreszcie siada.

Powiedziała mu od razu, o co chodzi, ostro i przekonująco. Wspomniała mu o ośmiu tysiącach, które mu były tak potrzebne. Szczegółowo opowiedziała o posagu. Stiepan Trofimowicz wytrzeszczał oczy i drżał. Słyszał wszystko, lecz nie mógł zrozumieć. Chciał coś powiedzieć, lecz nic mógł wydobyć głosu. Wiedział tylko, że będzie wszystko tak, jak ona zechce i że oponować i nie zgadzać się nie ma sensu, i że jest on już żonaty bezpowrotnie.

– Mais, ma bonne amie... po raz trzeci w moim wieku i z takim dzieckiem. – wydobył wreszcie z siebie kilka słów. – Mais c’est une enfant! [Mais c’est une enfant! (fr.) – Przecież to jest dziecko!]

– Dziecko, które ma, dzięki Bogu, dwadzieścia lat, niech pan nie przewraca oczami, proszę bardzo, tu nie jest teatr. Pan jest bardzo mądry i wykształcony, ale życia pan zupełnie nie rozumie i potrzebna panu jest ścisła opieka. Co z panem się stanie, kiedy ja umrę? A ona będzie zupełnie odpowiednią dla pana niańką: jest to dziewczyna skromna, energiczna, rozsądna; prócz tego ja też tu będę, nie zaraz przecież umrę. Ona jest domatorką i łagodna, łagodna jak anioł! – krzyknęła zapalczywie. – U pana jest brud, u niej będzie czystość i porządek. E, czyż pan przypuszcza, że mając taki skarb, ja prosić się pana jeszcze powinnam, wyliczać wszystkie korzyści, swatać! Pan powinien na kolanach... O, próżny, próżny, słaby człowieku!

– Ale... ja jestem już starcem.

– Co za znaczenie mają pana pięćdziesiąt trzy lata? Pięćdziesiąt lat to nie koniec, a połowa życia. Pan jest przystojnym mężczyzną, sam pan o tym wie. Wie pan także i to, że ona pana szanuje. Niech ja umrę i co się z nią stanie? A z panem ona będzie spokojna i ja też. Pan ma znaczenie, znane nazwisko i kochające serce; otrzymuje pan mieszkanie i jedzenie, które dawać panu uważam za swój obowiązek. Kto wie, czy pan jej nie uratuje! W każdym razie zaszczyt jej pan robi. Pan ją przygotuje do życia, rozwinie jej serce, nada kierunek jej myślom. Do tego czasu będzie gotowe pana dzieło i pan się od razu wszystkim przypomni.

– Ja właśnie – powiedział połechtamy zręcznym pochlebstwem Barbary Pietrowny – ja właśnie mam zamiar zabrać się do moich Opowiadań z hiszpańskiej historii...

– No, widzi pan, akurat dobrze się składa.

– Ale... ona? Czy pani jej powiedziała?

– O nią niech się pan nie martwi i niech pan nie będzie ciekawy. Rozumie się, musi ją pan sam prosić, błagać, by zechciała panu zrobić ten zaszczyt. Ale niech się pan nie niepokoi, już ja to załatwię. Prócz tego, przecież ona się panu bardzo podoba.

Stiepanowi Trofimowiczowi zakręciło się w głowie, ściany zawirowały. Męczyła go pewna myśl, z którą się nie mógł uporać.

– Excellente amie! – powiedział wreszcie drżącym głosem. – Ja... ja nigdy nie przypuszczałem, że pani zdecyduje się ożenić mnie... z inną... kobietą!

– Pan nie jest dziewicą, Stiepanie Trofimowiczu, tylko dziewice się wydaje, a pan żeni się sam – zjadliwie zasyczała Barbara Pietrowna.

 

– Oui, j’ai pris un mot pour un autre... Mais... c’est égal [Oui, j’ai pris un mot pour un autre... Mais... c’est égal (fr.) – Tak, zamotałem się. Lecz to jest przecież obojętne.] – spojrzał na nią błędnym wzrokiem.

– Widzę, że c’est égal – pogardliwie wycedziła Barbara Pietrowna. – Boże, przecież on zemdlał! Nastazjo, Nastazjo! Wody!

Ale woda już była niepotrzebna. Wrócił sam do przytomności. Barbara Pietrowna wzięła swoją parasolkę.

– Zdaje się, że z panem teraz nie można rozmawiać...

– Oui, oui, je suis incapable. [Oui, oui, je suis incapable (fr.) – Tak, tak, jestem niezdolny.]

– Ale do jutra pan odpocznie i wszystko obmyśli. Niech pan zostanie w domu, jeżeli się coś stanie, niech pan da znać, nawet w nocy. Tylko listów niech pan nie pisze, bo ich czytać wcale nie będę. Jutro o tej samej porze przyjdę tu do pana po ostateczną odpowiedź i mam nadzieję, że będzie zadawalająca. Niech się pan postara, żebyśmy byli sami i żeby nie było śmieci. A to do czego jest podobne? Nastazjo, Nastazjo!

Rozumie się, że nazajutrz się zgodził, nie mógł się nie zgodzić. Bo dochodziła jeszcze jedna, szczególna okoliczność.

VIII

Tak zwana posiadłość Stiepana Trofimowicza, licząca pięćdziesięciu chłopów pańszczyźnianych według starego rachunku i sąsiadująca ze Skworesznikami, nie była wcale jego własnością, a jego pierwszej żony, należała więc teraz do ich syna Piotra Stiepanowicza Wierchowieńskiego. Stiepan Trofimowicz był tylko opiekunem, a gdy syn dorósł, zarządzał majątkiem na mocy formalnego upoważnienia. Taka umowa była dla młodzieńca bardzo wygodna; dostawał od ojca tysiąc rubli rocznego dochodu, podczas gdy w obecnych czasach majątek nie dawał nawet pięciuset (a może jeszcze mniej). Bóg wie, dlaczego stosunki ułożyły się w ten sposób. Zresztą ten tysiąc rubli wysyłała Barbara Pietrowna, a Stiepan Trofimowicz nie dawał ani jednego rubla. Przeciwnie, cały dochód chował do kieszeni, a w dodatku ziemię zrujnował, oddawszy ją w dzierżawę jakiemuś przemysłowcowi i sprzedawszy na drzewo zagajnik, to jest główną jej wartość. Ten zagajnik sprzedawał on już dawno kawałkami. W całości był on wart z osiem tysięcy, a został sprzedany za pięć, jednak czasami zbyt wiele przegrywał w karty, a bał się prosić Barbarę Pietrownę o pieniądze. Zgrzytała ona zębami, gdy się o wszystkim dowiedziała. I nagle syn oznajmił, że przyjedzie sam sprzedawać swój majątek i prosił ojca, by mu w tym pomógł. Zrozumiałe, że szlachetny i bezinteresowny Stiepan Trofimowicz poczuł wyrzuty sumienia przed ce cher enfant [Ce cher enfant (fr.) – swym kochanym dzieckiem.] (którego widział jako studenta dziesięć lat temu).

Początkowo majątek był wart koło trzynastu, czternastu tysięcy rubli, teraz wątpliwe było, czy ktoś by kupił go za pięć. Bez wątpienia Stiepan Trofimowicz, na mocy formalnego upoważnienia, miał prawo sprzedać las, a wysyłając regularnie co rok tysiąc rubli dochodu, którego majątek nie dawał, mógł przy ostatecznym rozrachunku bronić się. Ale Stiepan Trofimowicz był szlachetny i miał wyższe aspiracje. Marzył o tym, by jak przyjedzie Piotruś, mógł położyć przed nim na stół całą sumę, to jest piętnaście tysięcy rubli, nie wspomnieć ani słowa o wysyłanych dotąd pieniądzach, przycisnąć do piersi ce cher fils [Ce cher fils (fr.) – swego kochanego syna.] i tak zakończyć rachunki.

Ostrożnie rozwijał myśl przed Barbarą Pietrowną. Dał jej też do zrozumienia, że taki postępek dałby specjalne, szlachetne zabarwienie ich przyjaźni i... ich ideałom. To pokazałoby, jak bezinteresowni i wspaniałomyślni umieją być dawniejsi ojcowie i dawniejsi ludzie w ogóle, w przeciwieństwie do obecnej lekkomyślnej młodzieży. Mówił jeszcze wiele na ten temat, ale Barbara Pietrowna milczała. Wreszcie sucho oświadczyła, że gotowa jest kupić ten majątek za maksymalną nawet jego cenę, to jest za sześć, siedem tysięcy rubli (można go było kupić i za cztery tysiące). O pozostałych zaś ośmiu tysiącach nie powiedziała ani słowa. Stiepan Trofimowicz był przerażony i zaczął się zastanawiać. Przedtem mogła być jeszcze nadzieja, że synalek nie przyjedzie, a przynajmniej tak mógł sądzić ktoś stojący na uboczu. Stiepan Trofimowicz, jako ojciec, z oburzeniem odrzuciłby samą myśl o takiej nadziei.

Do tej pory o Piotrusiu dochodziły nas dziwne wieści. Z początku ukończywszy uniwersytet sześć lat temu, wałęsał się w Petersburgu bez celu. Nagle otrzymaliśmy wiadomość, że brał udział w napisaniu jakiejś podrzuconej proklamacji i został pociągnięty do odpowiedzialności. Nagle znalazł się on za granicą, w Szwajcarii, w Genewie – uciekł chyba.

– Dziwne mi się to wydaje – mówił zawstydzony Stiepan Trofimowicz. – Piotruś c’est une pauvre tete! [C’est une pauvre tete (fr.) – jest taki niepoważny.] Jest on dobry, szlachetny, bardzo uczuciowy i wtedy w Petersburgu ogromnie się cieszyłem, porównując go ze współczesną młodzieżą, ale c’est un pauvre sire tout de même... […sire tout de même (fr.) – ...i dlatego to człowiek godny litości.] I wszystko to jest skutkiem niedojrzałości i zbytniego sentymentalizmu. Ich czaruje nie rzeczywistość, a uczuciowa, idealna strona socjalizmu, jeżeli można tak powiedzieć, jego religijne zabarwienie, jego poezja... Ale jak to podziała na mój los! Tutaj mam tyle wrogów, tam jeszcze więcej, pomyślą, że to wpływ ojca... Boże, mój Piotruś buntownikiem! W jakich my czasach żyjemy!

Piotruś jednak wkrótce przysłał jeden list, w którym podał dokładny adres w Szwajcarii, by mu wysłano, jak zwykle, pieniądze, niezupełnie więc wyemigrował. I oto teraz, po upływie czterech lat, zjawia się znowu w swojej ojczyźnie i zawiadamia o swoim przyjeździe, okazuje się więc, że nie był wcale oskarżony. Mało tego, wyglądało tak, jakby ktoś się nim interesował i opiekował.

W ostatnim liście, jaki wysłał on teraz z południa Rosji, gdzie załatwiał czyjeś prywatne, lecz bardzo ważne sprawy, pisał do ojca, że wypełnia tam bardzo ważną misję z polecenia pewnej sławnej osoby i jest bardzo zajęty. Wszystko bardzo pięknie, lecz jak zdobyć pozostałe siedem, osiem tysięcy rubli, by otrzymać maksymalną cenę majątku? A jeżeli i zrobi się awantura i zamiast pięknego marzenia dojdzie do procesu? Coś mówiło Stiepanowi Trofimowiczowi, że uczuciowy Piotruś nie zaniedba swej sprawy.

„Dlaczego to, jak zauważyłem – szepnął mi kiedyś w owym czasie Trofimowicz – dlaczego ci wszyscy socjaliści i komuniści są jednocześnie takimi skąpcami i nawet dzieje się tak, że im skrajniejszy socjalista, tym bardziej drży nad swoją własnością. Czyżby też skutkiem uczuciowości?”

Nie wiem, ile prawdy mieści się w tej uwadze Stiepana Trofimowicza, ale wiem, że Piotruś wiedział o sprzedaży zagajnika i o innych sprawach, a Stiepan >Trofimowicz wiedział, że syn jego wie o wszystkim. Czytałem kilka listów Piotrusia do ojca: pisał on niezmiernie rzadko, raz na rok lub jeszcze rzadziej. Teraz jednak, zawiadamiając o swoim przyjeździe, przysłał dwa listy, prawie jeden za drugim. Wszystkie listy były króciutkie, suche, zawierały tylko rozporządzenia, a że ojciec z synem, jak to było w modzie, mówili sobie „ty”, to i listy Piotrusia zupełnie przypominały listy, pisane dawniej ze stolicy przez obywateli ziemskich do swoich administratorów. I oto teraz dzięki propozycji Barbary Pietrowny mógł Stiepan Trofimowicz uzyskać potrzebne osiem tysięcy, przy czym Barbara Pietrowna dała mu wyraźnie do zrozumienia, że w żaden inny sposób nie mógłby ich otrzymać. Rozumie się, że Stiepan Trofimowicz zgodził się.