Biesy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To nic, bo tylko pojedynczy wypadek, to ani trochę nie może zaszkodzić „ogólnej sprawie”.

Przychodzili na nasze zebrania i przypadkowi goście; przychodził Żydek Lamszyn, przychodził kapitan Kartuzow. Przychodził też przez krótki czas miłujący wiedzę staruszek, ale umarł. Liputin przyprowadził kiedyś zesłańca, księdza Słonczewskiego, którego przez pewien czas przyjmowano ze względów zasadniczych, ale później przestano przyjmować.

IX

Przez pewien czas opowiadano w mieście, że koło nasze jest rozsadnikiem wolnomyślicielstwa, rozpusty i ateizmu, zresztą zawsze mówiono tak o nas, a tymczasem myśmy czas spędzali na miłej, prawdziwie rosyjskiej, wesołej, liberalnej gadaninie. „Wzniosły liberalizm’’ i „wzniosły liberał”, to jest bez żadnego określonego celu, możliwe są tylko w Rosji.

Stiepanowi Trofimowiczowi, jak zresztą każdemu dowcipnemu człowiekowi, potrzebny był słuchacz, zresztą potrzebna mu była również świadomość, że spełnia wzniosły obowiązek, szerząc szlachetne idee. A wreszcie, trzeba było przecież z kimś pić szampana i przy winie podzielić się wesolutkimi myślami o Rosji, o Bogu w ogóle i o „rosyjskim Bogu” w szczególności, powtórzyć po raz setny znane wszystkim dokładnie sensacyjne anegdotki. Chętnie przysłuchiwaliśmy się również miejskim ploteczkom i nasza opinia w tych sprawach była surowa i wysoce moralna. Poruszaliśmy też ogólnoludzkie tematy, zastanawialiśmy się nad przyszłym losem Europy i człowieka; uczenie przepowiadaliśmy, że po upadku cesarstwa Francja stanie się od razu drugorzędnym państwem i byliśmy przekonani, że się to może stać bardzo prędko i łatwo. Papieżowi wyznaczyliśmy rolę zwykłego duchownego w zjednoczonych Włoszech i byliśmy najzupełniej przekonani, że cała ta tysiącletnia kwestia jest bagatelką w naszym stuleciu humanizmu, przemysłu i kolei żelaznych. Ale przecież „wzniosły rosyjski liberalizm” nie może mieć do żadnej sprawy innego stosunku.

Stiepan Trofimowicz mówił czasami o sztuce bardzo ciekawie, tylko z lekka oderwanie. Wspominał czasami swoich przyjaciół z młodych lat, byli to wszystko ludzie, którzy odegrali poważną rolę w historii naszego rozwoju – wspominał ich ze wyruszeniem i czcią, ale i z pewną zazdrością. Kiedy się nam przykrzyło, Żydek Lamszyn (trzeciorzędny urzędniczyna pocztowy) grał na fortepianie, a w przerwach naśladował świnię, burzę, poród z pierwszymi krzykiem dziecka i tak dalej; po to zresztą był zapraszany. A gdyśmy byli bardzo podpici, co nam się też zdarzało, chociaż niezbyt często, to wpadaliśmy w zachwyt i nawet raz chórem, przy akompaniamencie Lamszyna, odśpiewaliśmy Marsyliankę, tylko nie wiem, czy dobrze wypadło. W wielki dzień dziewiętnastego lutego spotkaliśmy się i uroczyście, już nawet dużo wcześniej wznosiliśmy z tej okazji toasty. Już bardzo dawno, kiedy nie było jeszcze z nami ani Szatowa, ani Wirgińskiego i Stiepan Trofimiowicz mieszkał w jednym domu z Barbarą Pietrowną, krótko przed tym wielkim dniem, Stiepan Trofimowicz mruczał sobie znane, lecz trochę nienaturalne wiersze, ułożone prawdopodobnie przez jakiegoś liberała:

Idą chłopi i niosą topory, Szykuje się coś strasznego.

Zdaje się, że coś w tym rodzaju, dosłownie nie pamiętam. Barbara Pietrowna usłyszała to kiedyś, krzyknęła „Bzdury, bzdury!” i wyszła ze złością. Obecny przy tym Liputin zjadliwie zauważył:

– A byłoby przykro, gdyby rzeczywiście dawni chłopi pańszczyźniani wyrządzili jakąś nieprzyjemność swoim panom.

I przesunął wskazującym palcem po szyi.

Cher ami [Cher ami (fr.) – drogi przyjacielu.] – jowialnie zauważył Stiepan Trofimowicz – proszę mi wierzyć, że to (powtórzył gest wokół szyi), że to nie przyniesie pożytku ani naszym obywatelom, ani nam wszystkim w ogóle. My i bez głów nic nie potrafimy zrobić, chociaż właśnie nasze głowy najbardziej przeszkadzają nam cokolwiek rozumieć.

Zwrócę uwagę, że wielu z nas przypuszczało, że w dzień ogłoszenia manifestu stanie się u nas coś niezwykłego, coś w tym rodzaju, jak przepowiadał Liputin i wszyscy tak zwani znawcy narodu i państwa. Zdaje się, że i Stiepan Trofimowicz był tego samego zdania, gdyż nagle w przeddzień wielkiego dnia zaczął prosić Barbarę Pietrownę, by mu pozwoliła wyjechać za granicę, słowem, zaniepokoił się. Ale minął wielki dzień, minęło jeszcze trochę czasu i na wargach Stiepana Trofimowicza ukazał się znowu wyniosły uśmiech. Wygłosił przed nami kilka cennych uwag o charakterze rosyjskiego człowieka w ogóle i rosyjskiego chłopa w szczególności.

– Zbytnio pośpieszyliśmy się z naszymi chłopami – kończył jedno ze swoich godnych uwagi przemówień – myśmy uczynili ich modnymi, literatura kilka lat z rzędu obchodziła się z chłopami jak z jajkiem. Nakładaliśmy laurowe wieńce na zawszone głowy. Wieś rosyjska w ciągu całego tysiąclecia dała nam jeden taniec kamaryński. Pewien zdolny rosyjski poeta, niepozbawiony przy tym humoru, zobaczywszy po raz pierwszy na scenie wielką Rachel, krzyknął w zachwycie: „Nie zmienię Rachel na chłopa!”. Ja gotów jestem pójść dalej: wszystkich rosyjskich chłopów oddam za jedną Rachel. Czas zacząć trzeźwo patrzeć i nie mieszać swojskiego dziegcia do bouquet de l’impératrice [Bouquet de l’impératrice (fr.) – bukiet cesarzowej (nazwa perfum).].

Liputin zgodził się z nim natychmiast, ale zauważył, że w tym okresie konieczne było nawet wbrew przekonaniom pochwalić trochę chłopka, że nawet wielkie damy zalewały się łzami, czytając Nieboraka Antoniego, a niektóre z nich pisały nawet z Paryża do Rosji do swoich zarządzających, by jak można najłagodniej traktowali chłopów. Zdarzyło się jednak, że i w naszej guberni w odległości piętnastu wiorst od Skworesznik zaszło jakieś nieporozumienie, tak że nawet w pośpiechu wysłano oddział wojaka. Tym razem Stiepan Trofimowicz tak się przeraził, że i nas nastraszył. Krzyczał w klubie, że wojska trzeba więcej, że należy telegraficznie zawezwać je z sąsiedniego powiatu: pobiegł do gubernatora i zapewniał, że on nic nie wie, prosił, żeby ze względu na stare czasy nie mieszano go w tę sprawę i proponował, by gubernator natychmiast napisał do Petersburga o tym jego oświadczeniu. Dobrze, że cała sprawa została szybko zlikwidowana, ale zdziwiło mnie ogromnie ówczesne postępowanie Stiepana Trofimowicza.

Jak wiadomo, trzy lata później zaczęto mówić o sprawach narodowościowych i zrodziła się nawet w tej sprawie „opinia społeczna” – Stiepan Trofimowicz śmiał się wtedy wiele.

– Przyjaciele moi – pouczał nas – jeżeli rzeczywiście u nas sprawa narodowościowa zaczęła „kiełkować”, jak zapewniają nas pisma, to siedzi ona jeszcze w szkole, w ludowej niemieckiej szkole, uczy się z niemieckiego podręcznika, a nauczyciel-Niemiec karci ją, jeśli na to zasługuje. Uważam to za bardzo dobre, że nauczycielem jest Niemiec, ale za najbardziej prawdopodobne uważam, że się w ogóle nic nie stało, nic nie zaczęło kiełkować i wszystko dzieje się, jak się działo dawniej pod boską opieką. I według mego zdania, dla Rosji jest to zupełnie wystarczające, pour notre sainte Russie [Pour notre sainte Russie (fr.) – dla naszej świętej Rosji.]. Prócz tego te wszystkie panslawizmy i sprawy narodowościowe są zbyt stare, by mogły się wydawać aktualne. Poczucie narodowości nigdy się zresztą u nas inaczej nie przejawiało, jak w formie knowań panów i w dodatku moskiewskich. Rozumie się, że nie mówię o czasach księcia Igora. A wszystko to jest skutkiem próżniactwa. U nas wszystko jest skutkiem próżniactwa. Wszystko jest skutkiem miłego, pańskiego, kulturalnego próżniactwa. I to wszystko, o czym teraz tak wiele mówią, o pojawieniu się opinii społecznej – spadło tak ni stąd ni zowąd z nieba? Czyżby nie rozumieli, że na to, by mieć w jakiejś sprawie wyrobione zdanie, potrzebna jest praca, własna praca i własna praktyka. Za darmo nigdy się nic nie otrzyma. Gdy będziemy pracowali, wtedy i własne przekonania mieć będziemy. A wobec tego, że my nigdy nie będziemy pracowali, to i decydować za nas będą ci, którzy dotychczas pracowali, to jest ciągle ta sama Europa, ci sami Niemcy – nasi nauczyciele od dwustu lat. Prócz tego Rosja jest zbyt wielkim nieporozumieniem, żebyśmy sami bez Niemców i bez pracy mogli je wyjaśnić. Upływa już dwadzieścia lat od czasu, jak biję w dzwony na trwogę i wzywam do pracy. Całe życie temu poświęciłem i, szaleniec, wierzyłem w potrzebę tego. Teraz już nie wierzę, lecz biję w dzwony i bić będę aż do śmierci, aż uderzą w dzwony kościelne nad moją trumną!

Niestety, myśmy tylko mu potakiwali. Biliśmy mu brawo i to z wielkim zapałem. A cóż, czy i dzisiaj na każdym kroku nie można usłyszeć takich „miłych”, „mądrych” i „liberalnych” starych rosyjskich bredni?

Mistrz nasz wierzył w Boga.

„Nie rozumiem, dlaczego ze mnie robią bezbożnika? – mówił czasami. – W Boga wierzę, mais distinguons [Mais distinguons (fr.) – trzeba oddzielić.] wiarę od wiary, wierzę w Niego jako Istotę uświadamiającą Siebie wyłącznie we mnie. Nie mogę przecież, jak moja Nastazja (służąca) lub jakiś pan, wierzący «na wszelki wypadek», lub jak nasz miły Szatow – zresztą nie, Szatow się nie liczy, on wierzy pod przymusem, jako słowianofil moskiewski. Co się zaś tyczy chrześcijaństwa, to chociaż je szczerze szanuję, to nie uważam siebie za chrześcijanina. Prędzej jestem poganinem, jak wielki Goethe lub starożytny Grek. I chociażby tylko dlatego, że chrześcijaństwo nie zrozumiało kobiety, o czym tak świetnie mówi George Sand w jednej ze swoich genialnych powieści – zniechęca mnie. A że nie spełniam praktyk religijnych, to kogo to może obchodzić? Bez względu na to, co będą mówili, nie stanę się jezuitą. W czterdziestym siódmym roku Bieliński, będąc za granicą, posłał Gogolowi list, w którym ostro mu wyrzucał, że wierzy „w jakiegoś tam Boga”. Entre nous soit dit [Entre nous soit dit (fr.) – Przypuśćmy tak.], nie mogę sobie wyobrazić nic bardziej komicznego od tej chwili, kiedy Gogol (oczywiście ówczesny Gogol) przeczytał to zdanie i... cały list!

 

Ale pominąwszy śmieszną stronę tego wszystkiego, wobec tego, że z istotą sprawy tej się godzę, to wam powiem: to byli ludzie! Umieli oni kochać swój naród, umieli wszystko dla niego poświęcić, ale w pewnych sprawach umieli się mu przeciwstawić. Nie mógł przecież Bieliński szukać zbawienia w oleju i rzodkwi z grochem”.

Następnie zabierał głos Szatow.

– Nigdy ci ludzie nie kochali swego narodu i nic dla niego nie poświęcili, jak to sobie wyobrażali, samym sobie ma pociechę – ponuro mruczał, wiercąc się na krześle.

– Oni narodu swego nie kochali! – lamentował Stiepan Trofimowicz. – Ach, jak oni kochali Rosję!

– Ani Rosji, ani swego narodu! – krzyczał Szatow z iskrzącymi się oczami. – Nie można kochać tego, czego się wcale nie zna, a oni o narodzie rosyjskim nic nie wiedzieli. Wszyscy oni, i pan wraz z nimi, a Bieliński najbardziej, na naród rosyjski spoglądali przez palce, nie dostrzegając go, co wyraźnie widać z listu do Gogola. Bieliński zupełnie tak samo jak bohater bajki Kryłowa, nie zauważył słonia, a całą swoją uwagę skierował na drobne francuskie sprawy społeczne i na tym skończył. Mało tego, żeście narodu nie spostrzegli, wyście się do niego odnosili z obrzydliwą pogardą, gdyż uważaliście, że jedynym narodem są Francuzi i to tylko paryżanie, i wstydziliście się, że naród rosyjski jest inny. I to jest zupełna prawda. A dla kogo nie istnieje naród, dla tego też nie istnieje Bóg! Możecie być pewni, że wszyscy ci, którzy przestają rozumieć swój własny naród, tracą wiarę swych ojców i stają się albo ateistami, albo obojętnymi. Dobrze mówię! To są fakty, które znajdują potwierdzenie. Oto dlaczego wy wszyscy i my wszyscy teraz jesteśmy albo obrzydliwymi ateistami, albo rozpustną, obojętną hołotą i nic więcej. I pana, Stiepanie Trofimowiczu, zupełnie nie wykluczam, przeciwnie, głównie do pana wszystko to kierowałem, wiedz pan o tym!

Zwykle po wygłoszeniu takiego monologu (a zdarzało mu się to dość często) Szatow chwytał swoją czapkę i pędził do drzwi, będąc przekonanym, że teraz już się wszystko skończyło, że już na zawsze zerwał przyjacielskie stosunki ze Stiepanem Trofimowiczem, ale ten ostatni zdążył go zawsze w porę zatrzymać.

– Czyż nie lepiej pogodzić się, Szatow, po tym miłym przemówieniu? – mówił Stiepan Trofimowicz, wyciągając do niego rękę.

Niezgrabny i nieśmiały Szatow nie lubił czułości. Był to człowiek z pozoru tylko ostry i gwałtowny, a w istocie było to najdelikatniejsze stworzenie na świecie. Chociaż tracił czasami w swoich przemówieniach miarę, to sam jednak bardziej od innych nad tym cierpiał. Pomrukując więc coś w odpowiedzi i podreptawszy w miejscu jak niedźwiedź, nagle zupełnie nieoczekiwanie uśmiechał się, odkładał czapkę i siadał na poprzednim miejscu, uporczywie patrząc na podłogę.

Rozumie się, że przynoszono zaraz wino i Stiepan Trofimowicz wygłaszał jakiś odpowiedni toast, poświęcony, na przykład, pamięci jednego z byłych działaczy.

KSIĄŻĘ HARRY. SWATY

I

Istniała na świecie jeszcze jedna osoba, do której Barbara Pietrowna była przywiązana równie silnie, jak do Stiepana Trofimowicza – był to jej jedyny syn, Mikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin. Jego wychowawcą był w swoim czasie Stiepan Trofimowicz. Chłopiec miał osiem lat, a lekkomyślny generał Stawrogin, jego ojciec, nie mieszkał już wtedy razem z żoną, wobec czego cała troska o syna spadła na Barbarę Pietrownę. Trzeba przyznać Stiepanowi Trofimowiczowi, że umiał przywiązać do siebie swego pupila. Tajemnica tego polegała na tym, że i Stiepan Trofimowicz był właściwie także dzieckiem. Mnie wtedy jeszcze nie było, a szczery przyjaciel był mu zawsze niezbędny. Toteż nie zawahał się uczynić sobie przyjaciela z chłopca, gdy ten trochę tylko podrósł. Samo przez się tak się jakoś ułożyło, że nie było między nimi żadnej widocznej różnicy. Niejednokrotnie budził Stiepan Trofimowicz swego dziesięcio- czy jedenastoletniego przyjaciela tylko po to, by ze łzami w oczach skarżyć mu się na swój los lub wyjaśnić mu jakąś tajemnicę domową, nie dostrzegając, jakie to było niewłaściwe. Obaj padali sobie w ramiona i płakali. Chłopak wiedział, że matka bardzo go kocha, ale wątpliwe jest, czy odpłacał jej tym samym uczuciem. Barbara Pietrowna mało z nim rozmawiała, rzadko w czymkolwiek krępowała, ale jej baczne spojrzenie, śledzące każdy jego krok, odczuwał dotkliwie. Zresztą sprawę jego wychowania powierzyła Stiepanowi Trofimowiczowi. Wtedy jeszcze wierzyła temu ostatniemu całkowicie.

Należy przypuszczać, że wychowawca rozstroił nieco nerwy swemu pupilowi. Kiedy go jako szesnastolatka odwoził do liceum, chłopak był wątły, blady, dziwnie cichy i zadumany (później odznaczał się ogromną siłą). Należy przypuszczać również, że przyjaciele, płacząc i padając sobie w ramiona, mówili nie tylko o mało ważnych sprawach domowych. Stiepan Trofimowicz umiał dotrzeć do najtajniejszych strun serca swego przyjaciela i wywołać w nim pierwsze, jeszcze nieokreślone uczucie wiecznej świętej tęsknoty, którą raz poznawszy, natura wybrana nie zmieni później nigdy na tamte przyjemnostki. Są i tacy miłośnicy, którzy uczucie to bardziej cenią, niż najpełniejsze zadowolenie (gdyby nawet takie było możliwe). W każdym razie dobrze się jednak stało, że ucznia i wychowawcę rozłączono ze sobą.

Przez pierwsze dwa lata młody człowiek przyjeżdżał na wakacje do domu. Podczas pobytu Barbary Pietrowny i Stiepana Trofimowicza w Petersburgu, przychodził czasami na literackie wieczory do swojej matki, słuchał i obserwował. Mówił mało i był jak dawniej cichy i wstydliwy. Stosunek jego do Stiepana Trofimowicza był tak jak dawniej serdeczny, ale bardziej wstrzemięźliwy; wyraźnie nie lubił wspominać dawniejszych czasów. Po ukończeniu liceum, zgodnie z życzeniem matki, obrał karierę wojskową i wstąpił do jednego z najbardziej znanych pułków kawalerii gwardyjskiej. Nie przyjechał jednak pokazać się matce w mundurze i rzadko pisywał. Barbara Pietrowna wysyłała mu dużo pieniędzy, chociaż po reformie rolnej dochody z jej majątku zmalały do tego stopnia, że z początku nie miała nawet połowy poprzednich zysków. Ale dzięki długoletnim oszczędnościom zdołała sobie uzbierać dosyć duży kapitalik.

Towarzyskie powodzenie syna interesowało ją ogromnie. Co się jej nie powiodło, powiodło się doskonale młodemu oficerowi, bogatemu i z przyszłością. Odnowił on takie znajomości, o których ona nawet marzyć nie mogła, i wszędzie był chętnie przyjmowany. Ale wkrótce zaczęły dochodzić do Barbary Pietrowny niepokojące ją wieści: młody człowiek zaczął nagle prowadzić szalony tryb życia. Nie grał w karty, ani nie upijał się, opowiadano tylko o jakimś dzikim rozpasaniu, o tym, że tratował końmi ludzi na ulicach, o tym, że w zwierzęcy sposób postąpił z pewną panią z towarzystwa, z którą miał stosunek intymny, a później publicznie ją obraził. Wszystko to już było zbyt obrzydliwe. Do tego dodawano, że jest to jakiś awanturnik, przyczepia się i obraża dla samej przyjemności obrażania. Barbara Pietrowna denerwowała się i martwiła. Stiepan Trofimowicz zapewniał ją, że są to pierwsze bujne porywy jego bogatej natury i powoływał się na szekspirowskiego bohatera księcia Harrego, hulającego z Falstaffem i panią Quickly. Barbara Pietrowna tym razem nie rozgniewała się na niego, jak jej się to ostatnio często zdarzało, przeciwnie, uważnie wysłuchała, prosiła, żeby jej wszystko szczegółowo wyjaśnił, sama pilnie zabrała się do studiowania nieśmiertelnych utworów Szekspira, ale to jej nie uspokoiło, gdyż nie znalazła żadnej podobnej sytuacji. Zaczęła więc nerwowo oczekiwać odpowiedzi na kilka wysłanych listów. Nadeszły one wkrótce, nadeszła też fatalna wiadomość, że książę Harry miał dwa pojedynki prawie jednocześnie, przy czym w obu wypadkach sam był wszystkiemu winien. Jednego ze swych przeciwników zabił, a drugiego pokaleczył. Za tego rodzaju postępowanie został oddany pod sąd i wyrok wyjątkowo dla niego łagodny skazywał go na degradację z pozbawieniem praw i zesłaniem na służbę do jednego z pułków piechoty.

W sześćdziesiątym trzecim roku udało mu się jakoś wyróżnić; dostał krzyżyk, mianowano go podoficerem, a wkrótce później został oficerem. W ciągu całego tego czasu Barbara Pietrowna wysłała może ze sto listów, poniżając się w tej niezwykłej sprawie, aż do próśb i błagań.

Po ostatnim awansie młody człowiek wystąpił z wojska, do Skworesznik jednak nie przyjechał i do matki przestał zupełnie pisywać. Drogą okrężną dowiedziała się, że mieszka on znowu w Petersburgu, u dawnych swoich przyjaciół nie bywa wcale i nie wiadomo, gdzie się ukrywa. Odnaleziono go jednak później w dziwnym towarzystwie; zszedł się z mętami ludności petersburskiej, jakimiś urzędnikami bez butów, żebrzącymi byłymi wojskowymi, pijakami. Odwiedza ich rodziny, dnie i noce spędza w Bóg wie jakich spelunkach, chodzi obdarty i opuszczony, i to mu się podoba. Pieniędzy od matki nie brał, miał swój własny, po ojcu odziedziczony mająteczek, który mu dawał pewne dochody i który, jak mówiono, oddał w dzierżawę Niemcowi z Saksonii. Wreszcie udało się matce ubłagać go i „książę Harry” przybył do naszego miasta. Wtedy go też po raz pierwszy w życiu zobaczyłem.

Był to bardzo przystojny młody człowiek, w wieku dwudziestu pięciu lat i, muszę przyznać, zdumiałem się na jego widok. Myślałem, że zobaczę brudnego oberwańca, którego będzie czuć wódką, zniszczonego przez rozpustę. Tymczasem był to najbardziej elegancki dżentelmen ze wszystkich, których kiedykolwiek widziałem, bardzo dobrze ubrany i zachowujący się jak człowiek, który obraca się w najwytworniejszym towarzystwie.

I nie tylko ja się zdziwiłem: dziwiło się całe miasto, które, rozumie się, wiedziało wszystko o panu Stawroginie i znało nawet takie szczegóły, że zupełnie niemożliwe było, aby zrozumieć, w jaki sposób one tu dotarły, a co najdziwniejsze, co najmniej połowa z nich była prawdziwa. Wszystkie nasze panny straciły głowę... Podzieliły się natychmiast na dwa obozy – w jednym był ubóstwiany, w drugim nienawidzono go. Jedne pociągała jego tajemniczość, inne były zachwycone, że jest zabójcą. Okazało się później, że posiada on też dostateczne wykształcenie. Nie potrzeba było co prawda wiele wiadomości, żeby nam zaimponować, ale umiał on zabierać głos w sprawach aktualnych, dla nas bardzo ciekawych i co ważniejsze, mówił bardzo rozsądnie. Warto zauważyć, że zaraz, prawie pierwszego dnia, zaczęto uważać go za bardzo rozsądnego człowieka. Był on małomówny, w miarę elegancki, zadziwiająco skromny, a jednocześnie śmiały i pewny siebie, jak nikt inny u nas. Nasi eleganci patrzyli na niego z zazdrością i zostali odsunięci przez niego zupełnie w cień. Dziwną też wydawała mi się jego twarz, włosy miał jakby zbyt czarne, oczy zbyt jasne i spokojne, cerę zbyt delikatną i białą, rumieniec zbyt czerwony i czysty, zęby jak perły, usta koralowe – zdawałoby się, że jest nieskończenie piękny, a jednak jakby jednocześnie wstrętny. Mówiono, że twarz jego przypomina maskę, zresztą wielu jeszcze mówiło między innymi o jego nadzwyczajnej sile fizycznej. Wzrostu był prawie wysokiego. Barbara Pietrowna spoglądała na niego z dumą, ale i z ciągłym niepokojem. Mieszkał w naszym mieście z pół roku – żył ospale, spokojnie i dosyć ponuro, bywał w towarzystwie i zachowywał się nienagannie. Był krewnym gubernatora ze strony ojca i przyjmowano go tam jak bliskiego krewnego. Ale minęło kilka miesięcy i zwierz wysunął pazury.

Warto zauważyć, że nasz miły Iwan Osipowicz, były gubernator, z charakteru przypominał babę, ale ustosunkowaną i z dobrej rodziny, co tłumaczy, dlaczego był u nas przez tyle lat, chociaż stale wymawiał się od wszelkiej pracy. Właściwie powinien był on raczej przewodniczyć szlachcie w starych dobrych czasach, a nie być gubernatorem w naszych niespokojnych. W mieście stale mówiono, że rządzi nie on, a Barbara Pietrowna. Było to powiedzenie złośliwe i najzupełniej niezgodne z prawdą. Zresztą na ten temat krążyło dużo dowcipów.

Zaś Barbara Pietrowna, wprost na odwrót, w ostatnich czasach świadomie przestała się do ważniejszych spraw mieszać i mimo wielkiego szacunku, jaki dla niej wszyscy mieli, zamiast sprawami guberni zajęła się gospodarstwem i w ciągu dwóch, trzech lat doprowadziła swe posiadłości do dawniejszego stanu. W przeciwieństwie do dawniejszych romantycznych porywów (wyjazd do Petersburga, zamiar wydawania pisma i inne) zaczęła ciułać pieniądze. Nawet Stiepana Trofimowicza oddaliła od siebie i pozwoliła wynająć mu mieszkanie w innym domu (o co on sam prosił od dawna pod różnymi pretekstami). Z wolna Stiepan Trofimowicz zaczął ją nazywać prozaiczną kobietą lub bardziej żartobliwie: „swoim prozaicznym przyjacielem”. Rozumie się, że na żarty takie pozwalał sobie tylko w formie pełnej szacunku i w odpowiednich momentach.

 

My, wszyscy bliscy – a Stiepan Trofimowicz bardziej od nas – rozumieliśmy, że syn stał jej się teraz czymś w rodzaju nowego marzenia. Silna miłość do syna zbudziła się w niej w okresie jego powodzeń w towarzystwie petersburskim, a zwiększyła się jeszcze, gdy przyszła wiadomość o jego degradacji. A jednak widoczne było, że go się bała i była jego niewolnicą. Bała się ona czegoś nieokreślonego, tajemniczego, czego by sama nie umiała wypowiedzieć i wiele razy nieznacznie a uważnie przyglądała się swemu Nicolas i... oto nagle zwierz wysunął pazury.

II

Nasz książę nagle ni z tego, ni z owego zachował się impertynencko w stosunku do dwóch, trzech osób, w sposób zupełnie niesłychany, niepodobny do niczego, co kiedykolwiek miało u nas miejsce i diabli wiedzą po co, zupełnie bez żadnego powodu. Jeden z najbardziej szanowanych członków naszego miejskiego klubu, Paweł Pawłowicz Gaganow, człowiek starszy i nawet zasłużony, miał niewinne przyzwyczajenie często mówić zapalczywie: „Nie, mnie za nos nikt wodzić nie będzie!”. I niechby sobie. Aż pewnego razu w klubie, gdy wypowiedział ten aforyzm zebranym wokoło siebie zwykłym bywalcom klubu (a wszystko byli to znani obywatele), Mikołaj Wsiewołodowicz, stojący dotąd na uboczu sam, podszedł nieoczekiwanie do Pawła Pawłowicza, silnie chwycił go za nos i pociągnął za sobą jakieś dwadzieścia kroków. Żalu do pana Gaganowa nie mógł mieć żadnego. Można by pomyśleć, że był to wybryk, rozumie się karygodny, ale opowiadano później, że w momencie czynu Mikołaj Wsiewołodowicz był prawie zadumany i jakby „niespełna rozumu”, ale o tym sobie przypomniano znacznie później. Z początku wszyscy pamiętali tylko drugi moment, kiedy on sobie już zdawał ze wszystkiego sprawę i nie tylko nie był zmieszany, ale przeciwnie, złośliwie się uśmiechał „bez wyrzutów sumienia”. Zrobiła się straszna awantura i winowajcę otoczyli. On zaś oglądał się wokoło, ciekawie przyglądając się wszystkim. Wreszcie, jakby nagle zamyślił się znowu, tak przynajmniej opowiadano, nachmurzył się, podszedł do obrażonego Pawła Pawłowicza i z widoczną niechęcią powiedział:

– Pan, rozumie się, mi wybaczy... Doprawdy nie wiem, co mi się nagle stało... głupstwo...

Niedbałe tłumaczenie równało się nowej obrazie. Oburzenie było coraz większe. Mikołaj Wsiewołodowicz wzruszył ramionami i wyszedł. Wszystko to było głupie i szkaradne, z pierwszego wrażenia wydawało się, że zrobił to umyślnie i z wyrachowaniem, i tym samym w szkaradny sposób ubliżył całemu naszemu towarzystwu. Tak też wszyscy to zrozumieli. Zaczęli więc od tego, że jednogłośnie wykluczyli pana Stawrogina z listy członków klubu. Następnie postanowiono zwrócić się do gubernatora i prosić go, by natychmiast (nie czekając, aż sprawa trafi do sądu) ukrócił wybryki zawadiaki i awanturnika w stolicy, powierzonego mu przez władzę administracyjną, i w ten sposób zapewnił spokój wszystkim przyzwoitym obywatelom naszego miasta. Złośliwie dodano do tego, że „może się przecież i na pana Stawrogina prawo znajdzie”. To właśnie zdanie przygotowali dla gubernatora, by mu dokuczyć za Barbarę Pietrownę. Całą sprawę rozdmuchiwano z przyjemnością.

Akurat jednak gubernatora nie było w mieście; pojechał niedaleko na chrzciny do pewnej młodej wdówki, ale wiedziano, że wkrótce wróci. Tymczasem urządzano szanownemu i obrażonemu Pawłowi Pawłowiczowi ciągłe owacje: obejmowano go i całowano, całe miasto składało mu wizyty. Chciano nawet na jego cześć urządzić składkowy obiad, ale zaniechano tego na wyraźną prośbę Pawła Pawłowicza, zrozumiawszy może w końcu, że ciągnięto jednak człowieka za nos i nie ma powodu do radości.

Cóż się jednak stało? Jak się to mogło stać? Ciekawe jednak, że nikt w całym mieście nie przypuszczał, by tego dzikiego czynu dopuścił się obłąkany. To znaczy, że i od normalnego Mikołaja Wsiewołodowicza można się było takiego postępowania spodziewać. Ja zaś dotychczas nie umiem sobie tego wszystkiego wyjaśnić, chociaż wkrótce nastąpił wypadek, zdawałoby się, wszystko tłumaczący. Dodam jeszcze, że po upływie czterech lat, kiedy go ostrożnie zapytałem o to zdarzenie, odpowiedział normalnie: „Tak, byłem wtedy niezupełnie zdrów”. Ale nie należy uprzedzać faktów.

Ciekawy był dla mnie również ten nagły wybuch nienawiści przeciwko zawadiace i awanturnikowi. Koniecznie chciano widzieć w jego postępowaniu zuchwały zamiar obrażenia całego towarzystwa. Dosłownie nikt człowieka tego nie lubił, wprost przeciwnie, wszystkich źle usposobił przeciwko sobie – ale czym? Do tej pory przecież z nikim się nie kłócił, nikogo nie obraził, a uprzejmy był tak, jak tylko mógłby być kawaler z modnego obrazka, gdyby mógł przemówić. Myślę, że nienawidzono go za jego dumę. Nawet nasze panie, które się nim z początku zachwycały, były przeciwko niemu teraz bardziej jeszcze niż mężczyźni.

Barbara Pietrowna była okropnie tą historią przygnębiona. Przyznała się ona później Stiepanowi Trofimowiczowi, że już dawno wiedziała, że coś nastąpi i właśnie „w tym rodzaju” – ciekawa uwaga ze strony rodzonej matki.

„Zaczęło się” – pomyślała, wzdrygając się. Nazajutrz po fatalnym wieczorze w klubie, zdecydowała rozmówić się ostatecznie z synem, a mimo to trzęsła się biedna ze strachu. Całą noc nie spała, rano poszła się poradzić Stiepana Trofimowicza i nawet płakała u niego, co jej się nigdy przedtem nie zdarzało. Pragnęła, by Nicolas choć cokolwiek jej powiedział, wytłumaczył.

Nicolas, zawsze uprzejmy i pełen szacunku w stosunku do matki, słuchał jej jakiś czas nasępiony, lecz bardzo poważnie. Nagle wstał, nie odpowiedział ani słowem, pocałował w rękę i wyszedł. A tego samego dnia wieczorem, jakby umyślnie, wydarzył się drugi skandal, znacznie słabszy i pospolitszy od pierwszego, ale dzięki ogólnemu nastrojowi, wzmógł jeszcze bardziej narzekania.

Właśnie podsunął się nasz Liputin. Przybył on do Mikołaja Wsiewołodowicza bezpośrednio po rozmowie tegoż z matką i gorąco go zapraszał do siebie na wieczorek, urządzany z okazji urodzin jego żony. Barbara Pietrowna dawno już zauważyła, że jej syn obraca się w niewłaściwym towarzystwie, ale nie śmiała robić mu uwag. Już i przedtem poczynił kilka trzeciorzędnych znajomości, ale już taką miał skłonność. U Liputina w domu nigdy jeszcze nie był, chociaż się z nim już spotykał. Zrozumiał, że Liputin zaprasza go wskutek wczorajszego skandalu w klubie i że, jako miejscowy liberał, szczerze myśli, że właśnie tak należy postępować z wybitniejszymi członkami klubu, i że to jest bardzo słuszne. Mikołaj Wsiewołodowicz roześmiał się i obiecał przyjechać.

Gości nazbierało się mnóstwo. Byli to ludzie nie okazali, lecz obrotni. Egoista i zazdrośnik Liputin tylko dwa razy do roku zapraszał gości, ale wtedy nie żałował już pieniędzy. Najbardziej oczekiwany gość, Stiepan Trofimowicz, wskutek choroby nie przyjechał. Podano herbatę, stała wódka i zakąski. Grano w karty na trzech stołach, a młodzież, czekając na kolację, urządziła tańce. Mikołaj Wsiewołodowicz poprosił do tańca panią Liputin, bardzo ładną kobietę, która się go okropnie bała. Obrócił się z nią dwa razy, usiadł obok niej i różnymi opowiadaniami rozśmieszał. Kiedy wreszcie zauważył, jaka jest ładniutka, gdy się śmieje, nagle wobec wszystkich gości objął ją i trzy razy z rzędu mocno pocałował w usta. Biedna kobieta z przestrachu zemdlała. Mikołaj Wsiewołodowicz wziął kapelusz, podszedł do struchlałego wśród ogólnego zamieszania męża, zawstydził się i bąknął: „Niech się pan nie gniewa”, po czym wyszedł. Liputin pobiegł za nim do przedpokoju, sam podał mu futro i odprowadził aż na schody.