Mówili, że jestem zbyt wrażliwaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mówili, że jestem zbyt wrażliwa
Mówili, że jestem zbyt wrażliwa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,80 59,84
Mówili, że jestem zbyt wrażliwa
Mówili, że jestem zbyt wrażliwa
Mówili, że jestem zbyt wrażliwa
Audiobook
39,90 25,94
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  BYŁA SOBIE RAZ HIPERWRAŻLIWA DZIEWCZYNKA Zanim zaczniemy, mały test… Pragnienie, by być jak wszyscy inni Jak pracuje mózg osoby hiperwrażliwej Hiperwrażliwe dzieci Kwestia genów Niezrozumiani i źle zrozumiani Na ziemi jednorożców Wróg numer jeden: nadpobudliwość Problem z ciałem Problem zbyt szybkich połączeń Dysocjacja jako obrona Problem braku granic Inni

2  PRZEWODNIK PRZETRWANIA DLA OSÓB HIPERWRAŻLIWYCH Nie każde zło jest szkodliwe My tylko w inny sposób organizujemy nasze myśli Przestań się dostosowywać Bądź sobą! Tak, ale którym? Problem fałszywej tożsamości Porzuć perfekcjonizm Parszywa trójka: strach, gniew i poczucie winy Szczególna pamięć i język Czym jest zdrowe poczucie własnej wartości Samotność: niebezpieczeństwo i konieczność Zrób przerwę dla nadwydajnego mózgu To także kwestia serotoniny Dlaczego popadamy w uzależnienia Ulepszaj relacje Wieczne dzieci, które nie znoszą społecznych norm Nasze wyjątkowe poczucie humoru Nuda i niecierpliwość: wrogowie do opanowania Karm mózg tak, by pracował jak najlepiej Nasza cienka skóra (problem z drażliwością) Nieustannie niezsynchronizowani Przytłoczeni Kiedy nadchodzi przypływ Czemu przyciągamy dupków Nasz (wielki) problem ze związkami miłosnymi. Manipulacja i gaslighting Niewiniątko, Wewnętrzny Krytyk i Obrońca-Prześladowca Akceptacja bez rezygnacji Mieszczańscy superbohaterowie Nieprzyjemności klasyfikacji (ranking and linking) Naucz się, jak odkrywać i chronić swoje granice i ograniczenia Przyjaciele: nieliczni, lecz dobrzy Czasami lepiej nie ufać (naszemu umysłowi) Zaufajmy naszej kreatywności Jak radzić sobie z impulsem autodestrukcji Traktuj niepokój jak wścibską i szurniętą ciotkę Stwórz oazę spokoju i harmonii Wysoko wrażliwi i miłość Przyciągasz to, czym jesteś, a nie to, czego pragniesz Aktywne słuchanie pozwala załagodzić konflikty Jak nie zatracić się w drugiej osobie Stowarzyszenie umarłych poetów (kiedy świat nie współpracuje) Góra lodowa komunikacji Walcz z niechęcią do zmiany Jak się leczy ranę? Hiperwrażliwość: instrukcja obsługi Pierwsze przykazanie: zdrowe i spokojne życie Zdrowe odżywianie i unikanie cukru Unikanie stymulantów Spoć się i praktykuj jogę Znaczenie snu Znaczenie rytuałów Wewnętrzny dialog Medytacja i mindfulness Uważne jedzenie Odnajdowanie równowagi Bądź spokojem w chaosie Wyjdź z wiru myśli dzięki „Raz, dwa, trzy, STOP” Zawsze wierz, nigdy się nie poddawaj! Na koniec… Pomoc z zewnątrz, by lepiej się poczuć Psychoterapia EMDR (terapia odwrażliwiania za pomocą ruchu gałek ocznych) Leki psychotropowe Suplementy Akupunktura Masaże Śmiech Reasumując… Zestaw przetrwania dla hiperwrażliwych Na koniec obalmy kilka mitów Stereotypy na temat hiperwrażliwców

3  Na koniec…

4  Podziękowania

5  Książki do przeczytania

6  Źródła cytatów

Tytuł oryginału: Mi dicevano che ero troppo sensibile

Przekład: Natalia Mętrak-Ruda

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska

Korekta: Anna Strożek

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska/Katakanasta

Copyright © 2018 Antonio Vallardi Editore

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-36-3

Wydanie I, Łódź 2019

JK Wydawnictwo sp. z o.o. s.k. ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

 

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

BYŁA SOBIE RAZ HIPERWRAŻLIWA DZIEWCZYNKA


BYŁA SOBIE RAZ

HIPERWRAŻLIWA

DZIEWCZYNKA


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Nie można być na tym świecie głęboko wrażliwym, nie będąc głęboko smutnym.

Erich Fromm

Zawsze wiedziałam, że jestem zbyt wrażliwa.

Już kiedy byłam mała, dostrzegałam, że nie odbieram różnych rzeczy jak inne dzieci, ale czuję je w sposób o wiele głębszy, intensywny, przenikliwy, a moje odczucia umiejscawiają się gdzieś między sercem a brzuchem.

Jednak w żaden sposób nie byłam w stanie ich wyrazić.

Jedno z moich pierwszych wspomnień sięga czasów przedszkola.

Miałam około czterech lat i przeprowadziliśmy się właśnie do Florencji z Mediolanu, gdzie moi rodzice się poznali i pobrali kilka lat wcześniej.

Siedziałam całkiem sama na korytarzu na zielonym krzesełku, dyndając nóżkami i trzymając w ręku kupioną przez ojca focaccię. On pobiegł do biura, a ja nie miałam pojęcia, gdzie jest moja grupa.

Siedziałam cichutko, dopóki nie przyszła po mnie siostra zakonna. Nie poprosiłam nikogo o pomoc, bo się bałam.

Bałam się wszystkiego i wszystkich: ludzi, nieznanego, ciemnej piwnicy, śmierci i opuszczenia. Nie bardzo ufałam nawet Świętemu Mikołajowi. Pora pójścia do łóżka przerażała mnie, a gdy nie mogłam usnąć, leżałam z oczami utkwionymi w ciemności, przekonana, że zostałam sama na ziemi.

Jak Mały Książę.

Kiedy rodzice wyjeżdżali na trzy dni i zostawiali mnie u dziadków, płakałam, jakby mnie porzucali.

Jako jedyna w klasie zadawałam sobie pewne pytania i na pewno nie żyłam z taką lekkością i pogodą ducha jak inne dzieci.

Wchodząc do klasy, nie widziałam flamastrów, gier i kolegów, ale wyczuwałam na przykład, że nauczycielka jest w złym humorze; widziałam pustą ławkę i zastanawiałam się, dlaczego ktoś jest nieobecny, albo dostrzegałam czyjeś dziwne spojrzenie.

Zauważałam „inne” rzeczy, jakiś równoległy wymiar poza rzeczywistością. Nierealny, nienamacalny i niebezpieczny świat, w którym byłam sama.

Czułam, że jestem inna, że jestem pomyłką.

Nie, inaczej, byłam inna i byłam pomyłką.

Żyłam w bańce, z której patrzyłam, jak inni wykonują codzienne czynności, komunikują się i porozumiewają dzięki wrodzonemu instynktowi, jakiemuś niezrozumiałemu, tajemnemu kodowi, do którego nie miałam dostępu, bowiem pozostawał wciąż wielkim znakiem zapytania.

Jak to się działo, że inni byli zawsze ze wszystkim na bieżąco, tacy bystrzy i poinformowani? Dlaczego dla mnie uczenie się na pamięć było torturą, a liczby nie miały żadnego logicznego sensu?

Żyłam w strachu, że czegoś nie zrozumiem, i wstydziłam się, że to wyjdzie na jaw.

Zauważałam, że jestem zawsze trochę z tyłu za grupą, zawsze brakowało mi jakiegoś połączenia, gubiłam się na wycieczce, zapominałam o zadaniach domowych, a czasem, kiedy nauczycielka czytała w klasie tekst do streszczenia, pogrążałam się we własnych myślach i nie miałam pojęcia, co napisać.

Zawsze gdzieś po drodze zostawałam sama.

Bo życie jako takie to było dla mnie za wiele.

Byłam jakby pozbawiona skóry, słowa innych dotykały mnie szczególnie mocno, ich zachowania mnie zdumiewały, przeszkadzało mi wszystko, co nie było linearne, harmonijne, logiczne.

Brutalne obrazy, które widziałam w telewizji, umierające zwierzęta, osierocone dzieci: to wszystko wnikało i zagnieżdżało się we mnie na zawsze.

Nie bez znaczenia jest fakt, że moi rodzice odznaczali się bardzo silnym poczuciem dramatyzmu, dlatego wszystko to, czego nigdy nie należałoby opowiadać dziecku, by nadmiernie go nie wystraszyć (powojenna bieda, śmierć rodziców i przyjaciół, choroba, historie o duchach, porzucenie, wszelkie nieszczęścia i tragedie), powtarzali mi systematycznie na wieczną pamiątkę, z bogactwem szczegółów, przy którym zbladłyby nawet powieści Dickensa.

Szczegółów, które wraz z tym, co sama sobie wyobrażałam, pokrywały i tak już skomplikowaną dla mnie rzeczywistość, czyniąc moje życie trudnym, ciężkim i niezrozumiałym.

Jest takie zdjęcie, na którym jako malutka dziewczynka siedzę w ogrodzie nad morzem z wyrazem twarzy, który, przysięgam, mówi wszystko: mam minę, którą mogę określić tylko jednym słowem: „rozproszona”. Moja twarz wyraża coś pomiędzy zamyśleniem i zakłopotaniem, a oczy przesłania jakiś nieuchwytny smutek, jakbym znajdowała się w innym świecie i zadawała sobie fundamentalne pytania.

Przede wszystkim: co ja tutaj robię?

Jeśli mam być szczera, zastanawiałam się nad tym przez całe życie.

Inne dzieci, czując, że jestem tak bardzo inna i osobliwa, niechętnie ze mną przebywały.

A dzieci, jak wiadomo, specjalnie się nie cackają, gdy chodzi o wykluczenie kogoś, kogo nie rozumieją i uważają za innego.

Wtedy naprawdę zaczęłam się potykać na stromej i śliskiej drodze w górę, która prowadziła mnie donikąd.

I dużo płakałam.

Płakałam ze strachu, gdy dostrzegałam pustkę i samotność, gdy brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, przynależności do czegokolwiek, gdy miałam wrażenie, że jestem ciągle gdzieś pomiędzy i inna niż wszyscy.

Nie, prawdę mówiąc, w tym ostatnim przypadku nawet nie płakałam.

Trwałam skamieniała i tyle, bez słów, bez głosu, zawsze z boku albo chorobliwie uwieszona na tych bardzo nielicznych rówieśnikach, którzy okazywali mi sympatię.

W rezultacie izolowano mnie i byłam obiektem kpin; dziś nazwano by to znęcaniem się, wtedy oznaczało popychanie na korytarzu, zabieranie drugiego śniadania albo upokarzające podciąganie do góry spódnicy na oczach wszystkich. Rzeczy, z którymi nie można nic zrobić, bo następnym razem będzie jeszcze gorzej!

Jeśli dla innych dzień spędzony w klasie oznaczał przede wszystkim zabawę i nawiązywanie kontaktów, dla mnie był to nieustanny wysiłek, by jak najmniej rzucać się w oczy.

A długie warkocze i musztardowy golf, który matka uporczywie kazała mi nosić w szóstej klasie, niczego nie ułatwiały…

Problem nie dotyczył tylko sali lekcyjnej albo przerw w szkole, to samo działo się na wszystkich zajęciach, na jakie uczęszczałam: byłam izolowana na lekcjach tańca, siatkówki, pływania.

Nie było rady, rówieśnicy nie chcieli mnie, nie rozmawiali ze mną, nie zapraszali na imprezy, byłam niemile widziana, koniec kropka.

Dzisiaj mogę to nawet zrozumieć: byłam dziewczynką anemiczną, milczącą i nieśmiałą, na pewno nie byłam duszą towarzystwa i przez to okazywałam się wdzięcznym obiektem żartów, to naturalna kolej rzeczy. Niestety bycie ofiarą jest niezwykle bolesne.

Dorastając, odkryłam, że najbardziej znienawidzonym przeze mnie dniem tygodnia jest niedziela: podczas tych pustych, milczących, ciągnących się w nieskończoność godzin, ja, jedynaczka, przy rodzicach, w których małżeństwie właśnie zaczynał się kryzys, naprawdę zrozumiałam znaczenie słowa „lęk”.

To pełzające i niewytłumaczalne wrażenie, że coś, nie wiadomo co, jest nie tak. Nie jest to ból ani zmęczenie, nie ma konkretnej przyczyny, ale jest odbierającą ci oddech mieszanką skrępowania i złego samopoczucia.

Mówię o tym ze znajomością rzeczy, bo odnalazłam mój tajemny pamiętnik ośmiolatki, w którym pisałam: „Czuję coś dziwnego w żołądku, ciągle się boję i nie wiem, co to jest”.

Trwało to do czasu, aż związek moich rodziców, dwóch najbardziej niepasujących do siebie osób na świecie, definitywnie się rozpadł.

Pobrali się młodo, bez pieniędzy i doświadczenia, za to z wielkim pragnieniem, by jak najszybciej wyrwać się z nieszczęśliwych domów, gdzie panowały ciężkie warunki, w nadziei, że odmieni to ich los i że uwolnią się w ten sposób od przeszłości naznaczonej nędzą, depresją i wojną, że zrekompensują sobie to wszystko, a nam, dzieciom, zapewnią lepsze życie.

Kiedy się urodziłam, matka miała dwadzieścia cztery lata i, jak sama twierdziła, była jeszcze dziewczynką, ale pełną entuzjazmu i marzeń; ojciec znalazł posadę w banku i wszystko zaczęło się układać, miało się udać, musiało się udać.

Były to lata, które wszystkim stwarzały możliwość nowego startu, zbudowania pełnego i satysfakcjonującego życia.

Rodzice nie wzięli jednak pod uwagę ciężaru przeszłości, która niosła ze sobą w wielu przypadkach „średniowieczne”, surowe i despotyczne wychowanie, ukryte gdzieś głęboko podejrzenie, że wszelki dobrobyt jest niezasłużony, jak również dziedzictwo ideologiczne niedające się łatwo pogodzić z wolnomyślnym duchem lat siedemdziesiątych.

Myślę, że właśnie to leżało u podstaw konfliktów między nimi. Chcę wierzyć, że się kochali, ale towarzyszyły im też ogromna presja, niepewność i dziedzictwo kulturowe, które trudno było zmienić. Tak jakby ciężar problemów ich przeszłości, a także przeszłości ich rodziców, w pewnym momencie stanął między nimi niczym ostrzeżenie i kazał im się ugiąć.

Przez kilka lat było nam naprawdę dobrze, śmialiśmy się, śpiewaliśmy piosenki Abby, chodziliśmy na huśtawki, puszczaliśmy latawce.

Było poczucie bezpieczeństwa, słodkie obwarzanki i rowerki na czterech kółkach.

W tamtych latach tworzyliśmy szczęśliwą rodzinę. Były to lata długich wakacji nad morzem w Tirreni z dziadkami ze strony mamy, sobót, kiedy ojciec przygotowywał dla wszystkich cudowne zapiekane mozzarelle, a matka wciąż na nowo urządzała nasz dom dzięki swoim nadzwyczajnym talentom manualnym. Pamiętam drzwi ozdobione drzewem cytrynowym z owocami z kolorowych taśm klejących albo zagłówek łóżka obszyty kwiatami wydzierganymi na szydełku. I wciąż uśmiechniętą mamę, szczęśliwą i ufną.

Ale potem przyszły pierwsze kłótnie, oschłe słowa cedzone z gniewem i złośliwością, łzy, strach i moje przemykanie się pod ścianami, żeby się w to nie mieszać, oraz wymyślanie jakiegokolwiek sposobu, by przestali. Udawałam, że wszystko jest dobrze, choć wiedziałam, że już nic nigdy dobrze nie będzie.

Syreny nieustającego alarmu przeciwbombowego szczególnie głośno brzmiały przy stole.

Z tego powodu jeszcze dziś jadam na stojąco oparta o lodówkę.

Doskonale pamiętam tamte wszystkie niekończące się dni, to panujące w domu, namacalne wręcz napięcie, od którego wolałam najuciążliwszy tydzień w szkole.

Ponure, milczące popołudnia spędzane w pokoju albo w towarzystwie dzieci przyjaciół moich rodziców. Musiałam się z nimi grzecznie bawić, nawet jeśli ich nie lubiłam.

Przechwycone w locie strzępy rozmów, chodzenie na paluszkach, żeby nie przeszkadzać, nie stwarzać dodatkowych problemów, i moje próby wymyślenia czegoś, by rozśmieszyć mamę i tatę.

Tak zachowują się bardzo wrażliwe dzieci, gdy ich rodzice się kłócą i zagrażają ich spokojowi: starają się zniknąć, zmienić w cokolwiek, byle tylko przetrwać.

Ponieważ same nie dają sobie rady.

Ja zrobiłabym wszystko, żeby przestali, byśmy znów byli szczęśliwą rodziną, bo oni kazali mi wierzyć, że nasza taka jest.

Potrzebowałam harmonii, świadomości, że mogę ufać rodzicom, że zawsze będą przy mnie, że nie wystarczy jedno niewłaściwe słowo, by wywołać apokalipsę, że mój ojciec nie odejdzie, zostawiając nas same.

Mój i tak już kruchy świat zawalił się nieodwołalnie wraz z ich separacją, gdy miałam niespełna dziesięć lat.

Tak właśnie wyobrażam sobie piekło.

Trwałam nieporuszenie na ruchomych piaskach, nie oddychając, by nie utonąć.

Matka była w zagrożonej ciąży z drugim dzieckiem, ojciec zamieszkał w innym domu.

A ja musiałam być dzielnym żołnierzykiem, choć tak niewiele wiedziałam.

Ale w głębi duszy zrozumiałam już, że jestem sama, że w pewnym sensie wszyscy umarli, że nie mogę się do nikogo przywiązywać.

Była to jedna z tych niszczących, dotkliwych, wytrącających z równowagi i niesprawiedliwych form odseparowania, które naznaczyły koniec mojego i tak już niestabilnego świata.

Nie będzie już śmiechów, huśtawek, latawców i piosenek Abby, nie będzie już podrzucania do góry, wirowania na rękach rodziców, bajek na dobranoc.

Wszystko się skończyło.

Dzieciństwo, beztroska, naiwność, ten doskonały świat, w którym łudzisz się, że stanowisz jego centrum, rozpieszczana i przez wszystkich chroniona, ten świat z dnia na dzień zniknął, a w jego miejscu pojawiła się niepewność, nieznana, wroga i przerażająca rzeczywistość.

 

Pojawili się inni.

Były to dla wszystkich bardzo trudne lata.

Lata, które nieodwracalnie ukształtowały mój sposób bycia, przynosząc mi chroniczny niepokój i niszczącą niepewność, z którymi próbowałam walczyć każdego dnia.

Lata, które zdeterminowały moje trudności w obdarzaniu innych ludzi zaufaniem i brak wiary, że zostaną oni w moim życiu; spodziewałam się zawsze najgorszego, otulona płaszczem smutku i melancholii, która stała się moją podstawową cechą.

Nie winię za to moich rodziców, już nie.

Robiłam to przez wiele lat, ale teraz myślę, że po prostu nie wiedzieli, jak ze mną postępować, że byli już zanadto zanurzeni w swoich kłopotach, by panować jeszcze nad moimi wątpliwościami i lękami.

Ja sama nie wiedziałabym, jak sobą pokierować.

Hiperwrażliwe dziecko jest istotą wyjątkowo delikatną; stwarza rodzicowi wielkie trudności, bo zadaje dziwne pytania, wyczuwa niedopowiedzenia, dostosowuje się do nastroju dorosłych na granicy niewidzialności, potrzebuje dużo więcej zapewnień i wymaga, by jego niezwykle intensywne emocje zostały zaakceptowane.

A przede wszystkim potrzebuje, by je przytulono i wytłumaczono mu, że wszystko w porządku, że nie ma nic złego w odczuwaniu strachu, bólu, smutku i złości.

Były to lata siedemdziesiąte, ale moi rodzice zupełnie nie szli z duchem czasu: nie wiedzieli nic o psychologii, nie znali doktora Spocka i nowych teorii na temat wychowywania dzieci. Powtarzali mi więc nieustannie, że przesadzam, robię za dużo scen, że powinnam zachowywać się jak inni i muszę przestać płakać.

A ja płakałam ze strachu, bo wiedziałam, że w szkole będą mnie izolować, że ktoś będzie ze mnie kpił, a ja nie będę w stanie się obronić.

W ten sposób szybko nauczyłam się nie dostrzegać wszystkich uczuć, doznań i emocji, których doświadczałam, bo stało się dla mnie oczywiste, że to, co czuję w środku, jest pomyłką, to, co myślę, jest pomyłką.

A co za tym idzie, ja też jestem pomyłką.

Gdy dorastałam, wszystko zastąpiła bardzo wyraźna emocja, którą zaczęłam odczuwać nieustannie: wstyd.

Wstyd z powodu tego, kim jestem, wstyd z powodu mojej niezdolności do przystosowania się i niezrozumienia, w jaki sposób funkcjonuje świat.

Żyłam tak, jakby życie mnie przerastało, było czymś nieznanym, niewygodnym i przerażającym, czymś, przed czym trzeba uciekać, gdzie pieprz rośnie, zamiast oddać się ufnie w jego ramiona. Łudziłam się, że z czasem to się zmieni, że pewnego dnia w magiczny sposób stanę się taka jak inni i wszystko będzie dobrze.

Ale czekałam na próżno.

I w ten sposób zamknęłam się w swoim świecie, w świecie specyficznej i dziwnej dziewczynki.

Małej, obcej istoty, patrzącej na rzeczywistość wielkimi, niebieskimi oczami, próbującej się dostosować i zrozumieć, i mającej jedną tylko pewność: że mówi językiem innym niż wszyscy, odczuwając nieustające napięcie, strach i nigdy nierozproszone wątpliwości.

Tak jakbym miała na głowie świecący znak, wywołujący wrogość także wśród nieznajomych.

Moje wejście w okres dojrzewania było jeszcze bardziej traumatyczne.

„Drżąca jak struna skrzypcowa”, zawyrokowała nauczycielka włoskiego, pani Baldi, w pierwszej klasie gimnazjum.

Gdyby to zdanie zapisano w książce, brzmiałoby delikatnie i czule, ale w rzeczywistym świecie tak nie było.

Dojrzewanie pukało już do drzwi, zaczynaliśmy się buntować, pisać na dżinsach i przekłuwać uszy; były to czasy, kiedy chłopcy i dziewczyny zaczynali się obwąchiwać, a bycie „wrażliwą” zamykało mnie w swoistej gablocie z hartowanego szkła, ponieważ wrażliwość to pakiet niosący ze sobą całą serię dodatków, takich jak drażliwość, obrażalskość i życie w ciągłym pogotowiu.

Znalazłam się w potrzasku między zakazami rodziców, którzy – przerażeni wizją mojego dorastania i pogrążeni w kryzysie małżeńskim – trzymali mnie na smyczy, chroniąc przed „zagrożeniami świata”, a nieufnością, jaką wzbudzałam u rówieśników, nieustannie odmawiając przyłączenia się do nich. Nie to, że tego nie chciałam – chciałam rozpaczliwie – ale dla mojego ojca każda niewinna prywatka w domu, każde piżama party, które miało się skończyć o dziewiątej wieczorem „nieprzyzwoitym” oglądaniem odcinka Róży Wersalu, było równoznaczne z rave’em na Woodstocku, twardymi narkotykami i dzikim seksem.

Więc znowu tkwię na uboczu, uznawana za nietowarzyską dziwaczkę.

„Jest abuliczna”, powiedział wręcz do mojej matki w trzeciej klasie gimnazjum nauczyciel prac technicznych, którego bardzo chciałabym dzisiaj spotkać, by spytać, co dokładnie miał na myśli!

Ale matka nie odpowiedziała mu: „Przepraszam, ale co ma pan dokładnie na myśli? Znam swoją córkę i wcale taka nie jest!”. Nie, wróciła do domu upokorzona i wściekła, grożąc mi, że powie o tym ojcu, co zresztą uczyniła tego samego wieczoru.

Możecie sobie wyobrazić moje zagubienie. Co ja takiego zrobiłam i co mogłam zrobić, by to naprawić?

Nikt nawet nie wiedział, co znaczy to słowo, którego do dziś nienawidzę i nigdy w życiu nie użyłam.

Abuliczny [od: abulia] (l. mn. -ni). – przym. [ktoś dotknięty abulią] (dosł.) ociężały, apatyczny, słaby, chwiejny, znużony, gnuśny, niepewny, niezdecydowany, obojętny, bierny, leniwy, ospały, pasywny.

Ale to mocne i nietrafne określenie użyte przez nauczyciela, który dziś przez grupę matek stworzoną na WhatsAppie zostałby nazwany „tym sukinsynem od techniki”, nie zostało odrzucone ani podane w wątpliwość, tylko było bez końca powtarzane, także przez krewnych i przyjaciół, do tego stopnia, że stało się dla mnie stygmatem, wyrokiem.

A potem, bez zapowiedzi, nadeszło pokwitanie; przymusowa eksmisja z mojego chudego i niedojrzałego ciałka, w którym udawało mi się maskować, i zastąpienie go z dnia na dzień przez niewygodne i nieznane ciało, wysokie i złożone z aż nadto obfitych kształtów, niesfornych włosków i cyklu menstruacyjnego, z bonusem w postaci naśmiewających się chłopaków z klasy.

Wtedy naprawdę poczułam, że jeśli wcześniej mogłam się ukrywać, teraz nie ma już żadnej nadziei.

Wciąż nadąsana, chudziutka dziewczynka z warkoczami ustąpiła miejsca niezgrabnej nastolatce z nadwagą, odrzucanej i nierozumianej, której w szkole szło źle, która wciąż się zakochiwała w kolejnych kretynach i marzyła, by być wolna i zbuntowana jak Madonna, a tymczasem systematycznie przyczepiano jej łatkę niedojdy.

Teraz już oficjalnie byłam dla rodziców ogromnym rozczarowaniem i nie omieszkiwali wypominać mi tego przy każdej publicznej okazji, co w tamtym czasie było „metodą Montessori” par excellence: upokorzę cię w taki sposób, by pobudzić cię do większej aktywności.

A jeśli rodzina raz ustali, że jesteś „jakaś”, będziesz napiętnowana na zawsze.

W jednym muszę im przyznać rację: nie przypominałam żadnej z moich rówieśniczek, inaczej się ubierałam (w głębi serca naprawdę uważałam się za Madonnę!), moje zachowanie było odpychające, mina posępna, nienawidziłam wszystkich i odmawiałam współpracy.

Chodziłam więc z walkmanem przyklejonym do uszu i marzyłam o ucieczce.

Chciałam uciec do Nowego Jorku i trafić do szkoły z serialu Sława.

A tymczasem rzeczywistość była taka, że nie wolno mi było nawet wyjść po południu na lody, bo kto wie, co mogłoby się zdarzyć.

Nigdy nie byłam „w porządku” i nikt nie wiedział, co ze mną robić, więc jeszcze szczelniej zamknęłam się w świecie marzeń, w którym mogłam być wolna, szczęśliwa i kochana.

Bardzo kochana.

Problem leży w tym, że dopóki jesteś dzieckiem, wszyscy są mniej więcej gotowi ci wybaczać i akceptować twój charakter, ale gdy dorastasz, nie możesz się już ukrywać.

Gdy dorastasz, nikogo nie interesuje, dlaczego zachowujesz się w określony sposób, ważne jest tylko to, że stwarzasz problemy, jesteś nieprzystosowany i powinieneś próbować się dopasować.

By uszczęśliwić rodziców, rozpoczęłam więc próby upodabniania się do tego, co chcieliby we mnie widzieć.

Był to całkowicie nieokreślony wizerunek, miał jednak spełniać bardzo wysokie standardy, którym nie byłam oczywiście w stanie w najmniejszym stopniu sprostać.

Nikt by nie był!

Miałam być pierwsza w szkole, najlepsza ze wszystkich przedmiotów; nie wystarczało robić czegoś dla samej przyjemności, by wejść w kontakt z innymi, nie – zawsze był do przeskoczenia płotek rywalizacji; a ja nie tylko nie miałam w sobie ducha współzawodnictwa, ale nie czułam też żadnej potrzeby przewodzenia w czymkolwiek, zaś nauka w szkole sprawiała mi już wystarczająco dużo trudności, by zdać sobie sprawę, że nie, nigdy nie będę w czołówce.

Ale, co było wówczas bardzo modne, albo byłeś świetny, albo byłeś osłem.

Jeśli więc tego, co robiłam dobrze, nie robiłam „wystarczająco” dobrze, nie pozostawało mi nic innego, jak przodować w tym, co wychodziło mi najlepiej: w porażce.

Miałam celować w przynoszeniu rodzicom rozczarowań, bo uszczęśliwienie ich było po ludzku niemożliwe.

Ja nie wystarczałam.

Nigdy.

Chciałabym coś wyjaśnić. Moi rodzice nie byli złymi ludźmi, ale na pewno nie byli też dostatecznie przenikliwi.

Bardziej niż uzasadnione jest pragnienie, by dać swoim dzieciom to, co najlepsze, widzieć je „zwycięskimi”, patrzeć, jak awansują na społecznej drabinie, ale dziecko potrzebuje przede wszystkim miłości niezależnie od wszystkiego; ma ono w nosie możliwości i karierę, chce być tylko kochane za to, jakie jest.

Potrzebuje szacunku, opieki i stałości.

Tymczasem był to niekończący się konflikt, niekończące się karanie, niekończące się upokorzenie.

Dlatego gdy słyszę: „Chciałabym znów mieć szesnaście lat”, dostaję gęsiej skórki.

Ironia losu polega na tym, że w świetle tego, co później studiowałam i przeczytałam na temat bardzo wrażliwych osób, dopiero dziś okazuje się, że również moi rodzice tacy byli.

Nie bez przyczyny jest to cecha dziedziczna.

A hiperwrażliwy rodzic pod wpływem stresu wyrządza więcej szkody niż grad.

Staje się agresywny, przerażony, przeczy sam sobie, jest zagubiony, nie chroni, zamyka się w sobie i nie wysyła jasnych komunikatów.

Dla dziecka, a potem dla nastolatka, życie staje się koszmarem, jeśli pozbawione jest przewodnika, któremu może zaufać.

Nie miałam spójnego i prostego życia, moja nauka odbywała się w sposób chaotyczny i nieuporządkowany, a ja uważałam się za niezdolną, bo nie byłam w stanie skupić się tak jak inni. Wszyscy moi nauczyciele podtrzymywali więc tezę, że „nie jest głupia, ale się nie przykłada”, upokarzając mnie przed całym otoczeniem.

Rodzice wychodzili ze skóry, wymierzając mi kary i zabraniając wychodzenia z domu, jeżdżenia na skuterze i prowadzenia normalnego życia nastolatki.

W ten sposób, zamurowana żywcem w domu, odkryłam autentyczne i wierne pocieszenie w nutelli. Stała się ona moją niezastąpioną przyjaciółką. Taką, która nigdy nie zdradzi i jest zawsze obecna, zamieniając mnie jednocześnie w niezdarną i niepewną nastolatkę, toczącą nieustanną walkę z własnym ciałem.

Mój brak poczucia własnej wartości upoważniał przyjaciół i kolegów do traktowania mnie jako osoby przegranej i faktycznie szybko zaczęłam przegrywać na całej linii.

Wtedy przestałam się ubierać jak Madonna i oficjalnie przywdziałam mój czarny mundurek, którego już nigdy potem nie porzuciłam.

Ten kolor najlepiej pasował do mojej duszy.

Byłam smutna, melancholijna, zdołowana, źle się uczyłam i wciąż zakochiwałam się w kolejnych draniach.

Ale dlaczego taka się stałam? I przede wszystkim, czy takie miało być całe moje życie?

Bo jeśli właśnie tak miało ono wyglądać, to nie, dziękuję, wysiadam na następnym przystanku…

Napiętnowana jako głupia, tłusta, ociężała, niezdolna, ta o „okrągłych ramionach”, traktowana tak zarówno w domu, jak i poza nim, co ja tu właściwie robiłam?

Dlatego, kiedy dziś patrzę wstecz, nie wiem, jak zdołałam dobrnąć do wieku czterdziestu sześciu lat, i zbudować bez kompromisów karierę zawodową, z której mogę być dumna, oraz życie uczuciowe godne tej nazwy.

Nie sądziłam, że dotrwam do osiemnastki.

Nie wydawało mi się to możliwe.

Jak wyglądałoby moje życie w hipotetycznej wersji Przypadkowej dziewczyny?

Gdyby tylko rozpoznano we mnie hiperwrażliwą, bardzo przestraszoną dziewczynkę o intensywnej emocjonalności, gdyby pielęgnowano we mnie ciekawość, dobroć i inteligencję, moje życie byłoby o wiele szczęśliwsze.

Prawdopodobnie dobre 70 procent moich późniejszych trudności pokonałabym z dużo większą łatwością.

Wystarczyło rozpoznać, że miałam bardzo rozwiniętą inteligencję emocjonalną, a moja zdolność do nauki była jak najbardziej normalna, ale uaktywniała się w sposób twórczy, i potrzebowałam mniej liczb, a więcej obrazów, cierpliwości, uśmiechów, uścisków i wielu, bardzo wielu słów otuchy.

Gdybym była chroniona i ośmielana, dorastałabym jak normalna dziewczynka, ale nie miałam szczęścia, by spotkać jakiegoś światłego nauczyciela.

Kogoś, kto by mi powiedział, że idzie mi nie najgorzej.

Tymczasem, odkąd sięgam pamięcią, osaczała mnie cała masa pogardliwych min, wyrzutów, kar i nieuzasadnionych zniewag.

To przekonało mnie ostatecznie, by być niemiłą, nieprzystosowaną, nieinteligentną i obnosić się z antypatyczną miną.

Tak, dlatego zawsze przyciągałam ludzi gotowych mnie prowokować i nikt nigdy nie wziął mnie w obronę.

Pierwszy taki epizod musiał mieć miejsce, gdy miałam jakieś dziesięć lat, w autobusie. Byłam chuda, nosiłam długie warkocze i, jakby tego było mało, matka ubierała mnie w szkocką spódnicę i białe podkolanówki (które w tamtym czasie były istną zmorą). Pewnego dnia jakaś zupełnie mi nieznana dziewczynka z lekceważącą miną zwymyślała mnie na czym świat stoi, ot tak, bez powodu.