Rak duszyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Początek

Hazelden po latach

Jenny

Moi nauczyciele

Frank

G-O

Brenda

Donald

Meandry terapii uzależnień w Polsce

Jak zmotywować do leczenia?

List do J.

Ratować całą rodzinę

Al-Anon: sposób na życie

Koalkoholizm – choroba nas wszystkich

Pętla uzależnienia i współuzależnienia

Wybaczyć

Interwencja

Ocalić najbliższych

O krzywdzie, wybaczeniu i niewybaczeniu

Żony alkoholików

Co trzeba wiedzieć o uzależnieniach, żeby nie zwariować

O nawrotach choroby

Perspektywa poznawczo-behawioralna

Perspektywa psychoanalityczna

Perspektywa osobowościowa

Perspektywa AA

Alkoholowa destrukcja psychiki

Deficyt emocjonalny

Osobowość „psychopatyczna”

Trzeźwienie zmienia

Rola alkoholu

AA w oczach psychologa

AA jako system wsparcia

Identyfikacja

Osobowość alkoholika według AA

Utrata kontroli i samowola

Dojrzałość według AA

Uzdrowić myślenie

Duchowość w AA

Humor w AA

Skapitulować, żeby zwyciężyć

Zasady trzeźwego życia

Duchowość bezsilności

Powierzyć siebie

Spokój akceptacji a system wartości

Maski i przeszkody

Na alkoholizm nigdy nie jest za wcześnie

Nieśliśmy posłanie

Dwanaście Kroków AA

Dwanaście Tradycji AA

Baltimorski test alkoholowy

Objaśnienia skrótów i terminów psychologicznych

Zalecane lektury

Przypisy

Redaktor serii: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: LUCYNA KOWALIK, BLANKA SZYWALSKA

Objaśnienia WOJCIECH SOWA

Adiustacja: ANNA RUDNICKA

Korekta: SYLWIA FROŁOW, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK

Projekt okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Kroki i Tradycje, Copyright © AA World Services, Inc.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05698-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wieczorem w dniu przyjazdu zapisał:

„Skoro nie jestem z detoksu i prawie pięć miesięcy nie piłem, to dlaczego tu w ogóle przyjechałem? Alkoholizm to rak duszy”. (Potem to zdanie skreślił). „Nie igrać z emocjami”. Dziś już nie pamięta, czy od razu zasnął.

Wiktor Osiatyński, Rehab

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Początek

W Hazelden nie ma bramy wjazdowej ani płotu. Jak wszędzie w Ameryce, pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy jest parking. O siódmej piętnaście rano nietrudno znaleźć miejsce, więc zostawiam samochód i idę w kierunku Cork Center.

U wejścia hostessa bierze ode mnie potwierdzenie wniesionej opłaty i wręcza kopertę z kluczem do pokoju, kuponami na posiłki i programem zajęć. No i, jak wszyscy w Ameryce, zaraz się uśmiecha i zwraca do mnie po imieniu. Niepokój znika jak ręką odjął. Zostaje tylko podniecenie i ciekawość.

Mam jeszcze prawie godzinę, więc zostawiam plecak w pokoju i schodzę do kafeterii już prawie pełnej ludzi. Myślę o tym, co mnie tu spotka. Po dwóch latach życia w Kalifornii, po kilku podróżach samochodem tam i z powrotem w poprzek Ameryki, Hazelden było od pewnego czasu miejscem, w którym najbardziej pragnęłam się znaleźć.

A oto jak zapamiętałam opowiadaną tu historię Hazelden.

Dawno temu pewien mieszkaniec Minneapolis miał bardzo neurotyczną żonę o imieniu Hazel, która się rozpiła. Przez wiele lat pogrążała się w nałogu, aż pewnego dnia ktoś wziął ją na mityng Anonimowych Alkoholików. Hazel była pewna, że to nie dla niej, bo nie jest wcale alkoholiczką, ale będąc świeżo po odtruciu, nie miała siły wstać i wyjść z sali. Więc została. Kiedy głos zabrała jedna z trzech obecnych kobiet i powiedziała: Na imię mam Peg, jestem alkoholiczką, Hazel zaczęły płynąć z oczu łzy – to było niezwykłe: nagle w historii Peg zobaczyła siebie. Najbardziej niesamowite okazało się jednak to, że Peg była od półtora roku trzeźwa. Wszystko w życiu obu kobiet było niemal identyczne, z tym jednym wyjątkiem: Hazel nie mogła przestać pić, a Peg uwolniła się od alkoholu. Jak ona to zrobiła? J a k?

Niedługo potem Hazel „przyznała, że była bezsilna wobec alkoholu i przestała kierować własnym życiem”[1]. Wtedy po raz pierwszy od siedemnastu lat wytrzymała miesiąc bez picia. Chodziła codziennie na mityngi, po kilka razy dziennie dzwoniła do Peg, o której mówiła moja sponsorka, a w wolnych chwilach ciągle pisała albo czytała książki i broszury o programie Anonimowych Alkoholików. I w dalszym ciągu nie piła.

Po pewnym czasie wyznała, że „uwierzyła, iż Siła Większa od niej samej może przywrócić jej zdrowie”.

 

„Siła Większa od niej samej”, dziwił się jej mąż, ale nic nie mówił, bo był szczęśliwy, że już tyle czasu Hazel nie była w szpitalu na odtruciu. Zdumiał się jeszcze bardziej, gdy któregoś wieczoru zobaczył, jak Hazel stała w ogrodzie oparta o drzewo i wyglądała, jakby się modliła.

Hazel wytłumaczyła mu, że „postanowiła powierzyć swoją wolę i swoje życie opiece Boga”, którego każdy w AA rozumie po swojemu. Na przykład Peg jest ateistką i życie powierzyła Wspólnocie AA.

– Znajduję Boga w przyrodzie, w gwiazdach, w kamieniach. Niedawno poczułam, że moje życie pochodzi właśnie stamtąd – z wszechświata. Gdy stoję oparta o pień starego drzewa, czuję, że nic nie kontroluję – siebie też nie – moja modlitwa jest oddawaniem się opiece tego, co naprawdę Wielkie i Potężne.

Potem przyszedł trudny miesiąc. Hazel jeszcze więcej pisała, płakała i spotykała się z Peg trochę rzadziej niż przedtem.

– Wiesz, pracuję teraz nad „gruntownym i odważnym obrachunkiem moralnym” i zobaczyłam, jak przez całe życie się okłamywałam – powiedziała.

Wreszcie którejś niedzieli wzięła ze sobą pudełko ligninowych chusteczek i poszła do Peg. Wróciła z czerwonymi oczami, ale promieniejąca wewnętrznym spokojem.

– „Wyznałam Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę swoich błędów” – powiedziała do męża – poczułam się tak, jakbym nagle swoje życie poddała magicznej kąpieli. Wiesz, że nie wierzę w cuda, a jednak nastąpił cud – „stałam się całkowicie gotowa, aby Bóg uwolnił mnie od wszystkich wad charakteru. Teraz muszę zwrócić się do Niego, aby usunął moje braki”. Strasznie mi ciężko zdobyć się na taką pokorę, bo tyle lat upierałam się przy tym, by ze swoimi słabościami radzić sobie bez niczyjej pomocy. Sam wiesz, z jakim skutkiem...

Potem Hazel przebywała dużo czasu w ogrodzie, gdzie najłatwiej nawiązywała kontakt ze swoim Bogiem („jakkolwiek go pojmowała”).

Mniej więcej po miesiącu Hazel poprosiła męża o rozmowę. Strasznie się zaniepokoił, rozmawiali przecież codziennie; o co chodzi, zastanawiał się. Ale dobrze, mogą nikogo nie zapraszać na tę sobotę, spędzą ten wieczór w domu.

Nadszedł weekend, Hazel od wczesnego ranka pracowała w ogrodzie, nie dała się nawet namówić na wyjście do restauracji w porze obiadowej; zjadła kanapkę i dalej przycinała żywopłot.

Wieczorem zwierzyła się, że nigdy przedtem nie włożyła tyle pracy w przycinanie krzewów, a dziś robiła to głównie po to, by odwlec rozmowę.

Zaczęła od wyjaśnienia, iż „zrobiła listę osób, które skrzywdziła, i stała się gotowa zadośćuczynić im wszystkim”.

– Moi rodzice już nie żyją, a zresztą w ich domu spędziłam dwadzieścia dwa lata, podczas gdy nasze małżeństwo trwa dwadzieścia sześć lat. Więc i tak należy ci się pierwsze miejsce na mojej liście – zaczęła, a następnie przeszła do zasadniczej kwestii.

Na początku mąż próbował się wtrącać, starym zwyczajem łagodząc wagę faktów, żeby Hazel znowu się nie zdenerwowała. Lecz Hazel stanowczo poprosiła go o cierpliwe wysłuchanie wszystkiego, co ma do powiedzenia. Monolog brzmiał inaczej niż zwykłe przeprosiny; Hazel nie tłumaczyła się, nie szukała usprawiedliwień, ale też nie zadawała nowych ciosów. Mówiła o swoim lęku, o lenistwie i kłamstwach, o potajemnym piciu na długo przedtem, nim ktokolwiek dostrzegł jej uzależnienie. Na końcu powiedziała:

– Kocham cię. Dziękuję za wysłuchanie mnie. Jestem gotowa ponieść konsekwencje za swą przeszłość – spuściła głowę i czekała w milczeniu.

Przez cały czas, gdy mąż słuchał Hazel, działy się z nim dziwne rzeczy. Pod koniec jedno uczucie wzięło górę nad innymi: wzruszenie, które po chwili przeszło w zawstydzenie pomieszane z podziwem. Zdołał tylko wyszeptać: Kochanie... Kochanie moje.

Przez najbliższe tygodnie Hazel pisała listy, telefonowała i umawiała się z ludźmi, spośród których wielu nie widziała od lat.

– „Zadośćuczyniłam osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych” – wyjaśniła mężowi.

W tym czasie nastąpiła największa zmiana w zachowaniu Hazel. Dawniej skryta, popadająca w długie, milczące depresje, i tak zamknięta w sobie, że nic z niej nie można było wydobyć nawet wówczas, gdy wyraźnie jej coś dolegało, teraz wprowadziła codzienny zwyczaj podsumowywania dnia – swojego dnia, nie dnia męża. Przysiadała na poręczy fotela, w którym on siedział, i mówiła:

– Wiesz, to był dobry dzień, tylko żałuję, że nie poszłam z tobą do banku. Powinnam była pójść, przecież załatwiałeś moją sprawę. Widać wciąż siedzi we mnie stare lenistwo i wygodnictwo.

On zwykle odpowiadał:

– Owszem, w tamtym momencie zezłościłem się, ale już mi przeszło. – I zaraz dodawał: – Myślę, że możesz być zmęczona, mało ostatnio sypiasz.

I nagle nie było już między nimi niedomówień, wzajemnych podejrzeń i niewypowiedzianych uraz. Nie tylko zresztą między nimi, bo Hazel „prowadziła nadal obrachunek moralny”, z miejsca przyznając się do popełnionych błędów również wobec innych osób.

Hazel była trzeźwa już prawie rok. W dalszym ciągu często spotykała się z Peg, nadal też uczęszczała na mityngi pobliskiej grupy AA. W kobiecie zaszła wielka zmiana – w jej wyglądzie, samopoczuciu, w stosunkach z bliższą i dalszą rodziną, również w tym, co podobno zmienia się najtrudniej: w charakterze i usposobieniu. Dawniej drażliwa, nerwowa, nieskoncentrowana, niepewna siebie i uległa, najczęściej nieprzyjazna światu i niezadowolona z siebie, obecnie z wolna nabierała takich cech, jak życzliwość wobec innych i umiejętność patrzenia na siebie z dystansem, wewnętrzny spokój, pogoda ducha, zrównoważenie, cierpliwość i wytrwałość.

Pewnego dnia Hazel powiedziała mężowi, że zmienia się, ponieważ „dąży poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmuje, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec niej oraz o siłę do jej spełnienia”.

– To jest Jedenasty Krok – wyjaśniła – po którym następuje Dwunasty: „Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”.

Hazel niosła więc posłanie, wyciągając pomocną dłoń do innych alkoholików, którzy jeszcze cierpieli. Wzięła dyżury w punkcie kontaktowym AA i chodziła do szpitala, by opowiadać o swojej drodze do trzeźwości tym ludziom, którzy – jak jeszcze niedawno ona sama – niechybnie zapiliby się na śmierć, gdyby ktoś w porę nie wezwał karetki pogotowia.

Wielką radość przeżyła tego dnia, gdy pewna młoda kobieta poprosiła ją, by została jej sponsorką. Hazel zgodziła się. Czuła, że pomagając tej dziewczynie, zdoła odpłacić za to, co otrzymuje od Peg. Prawdę mówiąc, pomagała każdemu, kto ją o to poprosił, ponieważ jej nigdy nie odmówił żaden alkoholik, do którego się zwróciła z prośbą o ratunek.

Przez ten rok mąż Hazel zmienił się również. Był szczęśliwy. Kiedyś pomyślał, że Hazel ucieszy się, gdy będzie mogła weekendy spędzać bliżej swego Boga, ucieleśnionego w Naturze – w prawdziwym lesie, z dala od miejskiego rozproszenia. Wybudował dom nad niewielkim jeziorem w mało uczęszczanej okolicy, trzydzieści mil od miasta. Hazel od razu całym sercem pokochała to miejsce w lesie, które żartobliwie nazwali „jaskinią Hazel” – „Hazelden”.

Samotnia ta idealnie nadawała się do wypoczynku, do odnajdywania siebie w medytacjach i skupieniu. Wkrótce okazało się, że Hazelden jest nieocenionym miejscem nie tylko dla samej Hazel, ale również dla innych alkoholików – jej nowych przyjaciół – których pragnieniem było wytrwanie w trzeźwości z dala od pokus.

I wkrótce Hazelden nigdy nie stało puste – jeśli nie sama Hazel, to Peg lub inni członkowie grupy, a potem także AAowcy z bliźniaczych miast Minneapolis-St. Paul jeździli tam w pojedynkę lub w kilka osób, znajdując w nim idealne miejsce na ucieczkę od świata w głąb siebie. W Hazelden udawało im się – bez lekarza, psychiatry i psychologa – odzyskiwać równowagę psychiczną i pogodę ducha, no i trzeźwieć.

Właśnie tam zrozumieli, że samo niepicie to jeszcze nie trzeźwość, lecz zaledwie abstynencja. Trzeźwość to w ogóle nie jest jakiś określony stan, lecz proces – zwykle długotrwały, polegający na zmianie siebie, zmianie systemu wartości i sposobu życia. Ta idea stała się hasłem przewodnim twórców pierwszego na świecie programu leczenia odwykowego dla alkoholików, opartego na filozofii ruchu AA, który narodził się w 1949 roku w pobielanej chacie o nazwie Hazelden, ukrytej w lasach Minnesoty.

Hazelden po latach

Latem 1987 roku, zaraz po uzyskaniu magisterium z psychologii klinicznej ze specjalizacją terapeuty uzależnień, przyjechałam do Hazelden, by zobaczyć, jak tam leczą alkoholików. Przydzielono mnie do oddziału dla kobiet o nazwie „Lilly Hall”. Między pozostałe pięć oddziałów – cztery męskie i jeszcze jeden żeński – rozdzielono resztę praktykantów, którzy przybyli szkolić się razem ze mną. Należeli do nich: psychiatra z Johannesburga, dwaj doradcy służby pracowniczej z zakładów Forda w Kanadzie, psychoterapeuta z prywatnej kliniki w Malmö, Indianin – dyrektor internatu dla trzystu pięćdziesięciu chłopców w Nowym Meksyku, i nauczycielka szkoły podstawowej z Minneapolis.

Hazelden to prawie dwustułóżkowy zakład odwykowy, przy którym powstały ośrodek terapii rodzin z hotelem, centrum „odnowy” dla byłych pacjentów, ośrodek badawczo-naukowy z biblioteką; dział wydawnictw książkowych i audiowizualnych; dział szkolenia dla profesjonalistów i osobny wydział kształcenia specjalistów w dziedzinie oświaty i profilaktyki. Ośrodek zajmuje się przede wszystkim alkoholizmem, ale mniej więcej od połowy lat siedemdziesiątych używa się w Hazelden określeń chemical dependency lub substance abuse – oznaczających uzależnienie chemiczne, obejmujące także uzależnienie od narkotyków i leków psychotropowych.

Od swych początków Hazelden rozrosło się w cieszący się sławą w USA i na świecie ośrodek leczenia uzależnień. Rozwój Hazelden polegał nie tylko na utworzeniu fundacji i wzniesieniu wokół białego domku kolejnych pawilonów. Metodą prób i błędów, w drodze odważnych eksperymentów i studiów, wypracowano w Hazelden interdyscyplinarny model leczenia uzależnień – tej ciężkiej przypadłości, która ma wysoką cenę pod względem ekonomicznym, społecznym i osobistym.

Alkoholizm – a także, jak się z czasem okazało, również narkomania, lekomania i inne uzależnienia – jest chroniczną chorobą, która rujnuje zdrowie, doprowadza do zaburzeń psychicznych, niszczy charakter, degraduje moralnie i izoluje człowieka od innych ludzi. Schorzenie to jest tak skomplikowane, że nie udaje się go wyleczyć, wykorzystując jedynie wiedzę medyczną.

W Hazelden służba medyczna tylko przyjmuje pacjentów, z których każdy najpierw przebywa na oddziale detoksykacyjno-obserwacyjnym. Następnie, aż do końca pobytu, pacjent trafia do lekarza lub pielęgniarki jedynie w nagłych wypadkach, ponieważ reszta leczenia ma charakter psychoterapeutyczny, a nie medyczny.

Do psychiatry należy rozpoznanie ewentualnych zaburzeń lub zmian organicznych u nowo przybyłego chorego. Z reguły jednak w Hazelden nie stosuje się farmakoterapii i wszystkie oddziały są „strefą czystą”. O tym właśnie poinformowano nas na wstępie: „Proszę nie zabierać ze sobą na oddział żadnych środków chemicznych. Żadnych. Nawet witamin ani perfum”. Jeśli z uzasadnionych powodów medycznych jakiś pacjent musi stosować leki w czasie kuracji odwykowej, wydaje mu je pielęgniarka w ambulatorium.

Psycholog przeprowadza testy, prowadzi minigrupy, konsultuje indywidualnie, uczestniczy w zebraniach społeczności pacjentów. Niektóre testy, na przykład badanie poziomu lęku, przeprowadza się dwukrotnie – na początku i na końcu pobytu; dostrzegając różnicę, jaka zaszła w ciągu miesiąca, chory zaczyna wierzyć, że potrafi się zmienić.

Terapeuta rodzinny pomaga pacjentom uporządkować w niezbędnym zakresie stosunki z bliskimi tak, by problemy domowe nie wpływały na postępy w terapii.

Doradca duchowy – najczęściej świecki lub duchowny absolwent teologii – pracuje z pacjentami indywidualnie i w grupie nad uzdrowieniem antyspołecznego stosunku do świata, a także pomaga w odżałowaniu strat, wybaczeniu sobie i innym oraz wzbudzeniu ufności.

Każdy alkoholik upiera się, że panuje nad swoją słabością. Chociaż to nieprawda, chce w to wierzyć. Za pomocą racjonalizacji, minimalizacji, intelektualizacji i zaprzeczania faktom wmawia sobie, że jednak kontroluje swoje picie. Stąd alkoholizm często nazywa się „chorobą kontroli”.

W swym uporczywym, choć beznadziejnym dążeniu do kontroli alkoholik zatraca realistyczny obraz siebie i świata. Im bardziej chce mieć kontrolę, tym bardziej wierzy w swą omnipotencję. Pod wpływem tej pychy alkoholik odrzuca wszystko, co zagraża przekłuciem nadymającego się jak balon coraz większego JA.

 

Czasem w takim momencie alkoholik przychodzi na leczenie, bo już dłużej nie może wytrzymać jego wątroba albo jego żona, albo szef w pracy. Duchowy counselor pomaga alkoholikowi zobaczyć, że kontrola nad piciem jest iluzją i wskazuje drogę do odzyskania zdrowia duchowego.

Addiction counselor (terapeuta uzależnień), którym jest osoba trzeźwiejąca, nie da się wyprowadzić w pole manipulacjom chorego. Niepijący alkoholik stanowi sam przez się rękojmię nadziei, której w czasie leczenia potrzeba najbardziej; nadziei, że „mnie się też może udać przestać pić, skoro udaje się komuś innemu”. Ważnym aspektem pracy trzeźwiejących terapeutów jest dzielenie się z pacjentami osobistymi doświadczeniami z własnej drogi do trzeźwości.

Grupa współpacjentów stanowi czynnik równie ważny, jak udział specjalistów prowadzących terapię. Grupa ma charakter otwarty i ciągły, pracuje na zebraniach społeczności, podczas wspólnych zajęć, w tym rekreacyjnych i edukacyjnych, w jadalni, sypialni i w świetlicy. Częstą praktyką jest łączenie pacjentów w „dwójki robocze” dobierane w taki sposób, by temu, kto nie może sobie poradzić z jakąś sprawą, pomógł ten, kto podobny problem rozwiązał.

Istota zapoczątkowanego w Hazelden modelu interdyscyplinarnego polega na tym, że zespół terapeutów wspólnie planuje kolejne zadania terapeutyczne dla każdego pacjenta. Plan ten podlega ciągłej aktualizacji aż do ostatniego dnia pobytu chorego w ośrodku. Członkowie zespołu terapeutycznego nie tylko „leczą” pacjentów, lecz są dla nich przewodnikami i wzorami. W Hazelden większość personelu stanowią osoby uczęszczające na mityngi AA lub Al-Anon.

„Wymagać od kogoś można tylko tego, czego najpierw wymagamy od siebie” – powiedziała Elsa, terapeutka na oddziale „Lilly Hall”. Również od Elsy usłyszałam, że „drugiemu człowiekowi nie można dać niczego, czego się samemu nie ma”.

W terapii „dawanie” polega na stworzeniu dobrego klimatu oraz wzorców postępowania sprzyjających pozytywnym zmianom. W Hazelden wszyscy dawno zrozumieli, że trzeźwość to coś więcej niż abstynencja. Aby życie bez alkoholu nie było pasmem udręki i cierpień, trzeba uleczyć umysł i duszę alkoholika, tam bowiem kryją się demony, jakie alkohol uciszał.

W połowie lat pięćdziesiątych Amerykańskie Towarzystwo Medyczne oficjalnie zdjęło z alkoholizmu piętno grzechu, uznając uzależnienie od alkoholu za chorobę, którą trzeba leczyć, a nie karać dotkniętych nią ludzi.

Zauważono też analogię między alkoholizmem a uzależnieniem od innych substancji zmieniających świadomość, a więc od narkotyków i niektórych środków farmakologicznych. Dość prędko stwierdzono, że bez względu na rodzaj substancji uzależniającej dynamika uzależnienia jest bardzo podobna. Każdy nałóg rozwija się wskutek zażywania przynoszących doraźną ulgę lub przyjemność substancji zmieniających nastrój i świadomość. Do uzależnienia prowadzi powtarzające się z dużą częstotliwością uśmierzanie dyskomfortu emocjonalnego, nie bacząc na szkodliwe konsekwencje ani na fakt, że sama poprawa nastroju i zapomnienie nie przyczyniają się do rozwiązania tego problemu.

W trakcie nałogowego regulowania emocji toczą się równolegle dwa procesy.

Jeden dotyczy pogłębiającego się fizjologicznego „przyzwyczajenia” organizmu do substancji zażywanej jako lekarstwo na złe samopoczucie; dodajmy, lekarstwo oszukańcze, choć sprawiające wrażenie, że pomaga. Zwłaszcza w początkowej fazie nałogu używka faktycznie przynosi natychmiastową poprawę nastroju.

Drugi, równoległy proces, to fałszywa ocena pogłębiającego się przyzwyczajenia. Ponieważ substancja tak szybko „pomaga”, osoba może nie dostrzegać szkodliwych skutków zażywania. Nawet wtedy, gdy stają się one ewidentne, nałogowiec przypisuje je innym przyczynom. Tak rozwija się u osoby uzależnionej system zaprzeczeń i racjonalizacji, który stanie się najmocniejszym bastionem podtrzymującym trwanie w nałogu nawet wtedy, gdy pierwotnie zbawienne „lekarstwo” przestanie działać, przynosząc coraz większe szkody.

Istota uzależnienia tkwi w nierozerwalnym splocie tych dwóch procesów: z jednej strony coraz silniejszego, fizjologicznego i psychologicznego przywiązania do „lekarstwa”; z drugiej – zaprzeczania i upierania się, że dane „lekarstwo” nadal leczy, a nie kaleczy.

Jedynie przełamanie zaprzeczania i przedostanie się przez bastion zakłamania do rozumnego myślenia i realistycznej, a nie nałogowej, oceny faktów, może zapoczątkować wyzdrowienie z uzależnienia. Zaledwie zapoczątkować, bo droga do odzyskania zdrowia psychicznego, fizycznego, duchowego, emocjonalnego i społecznego jest długa i najeżona trudnościami.

Największym problemem bywa powracająca tęsknota do tamtego „lekarstwa”, po którym pozostają, niestety, raczej dobre wspomnienia. Te złe wykasowują skutecznie mechanizmy obronne, które w chorobie uzależnienia działają na rzecz nałogu, a nie na rzecz zdrowia. Terapia, jakiej specjaliści uzależnień nauczyli się od Anonimowych Alkoholików, jest czymś w rodzaju przewodnictwa po tej wyboistej i krętej drodze.

Jenny

Jenny poznałam pierwszego dnia pobytu w Hazelden, gdy poszłam obejrzeć izbę przyjęć. Właśnie wypisywała czek za kurację. Drżały jej ręce. Recepcjonistka poprosiła o otwarcie walizki i zatrzymała w depozycie kilka przedmiotów, na które wydała pokwitowanie. Były to: woda kolońska w rozpylaczu, opakowanie multiwitaminy, kilka motków kolorowej włóczki i szydełko, dwa czasopisma i jakaś powieść.

Po wprowadzeniu Jenny na detoks recepcjonistka wyjaśniła mi: „Wody kolońskiej ani witamin nie pozwalamy używać w czasie leczenia. Szydełkowanie i rozrywkowa lektura odwracają uwagę od terapii, która wymaga przede wszystkim skupienia. Z tego samego powodu nie ma u nas odbiorników radiowych ani telewizyjnych. Nic się nie stanie, jeżeli ktoś przez miesiąc nie będzie miał rozrywek. U nas jest najwięcej nauki, a po nauce najlepszy odpoczynek zapewnia medytacja, joga, pływanie w basenie, spacery lub bieganie po lesie i nad jeziorem”.

Regulamin Hazelden konsekwentnie chroni skupienie pacjentów będących w leczeniu, polegającym głównie na edukacji. Czas wypełniony jest od rana do wieczora wykładami, pogadankami i filmami o alkoholizmie, po których zawsze odbywają się obowiązkowe dyskusje, nazwane tutaj process, czyli w luźnym tłumaczeniu coś w rodzaju „trawienia”. Jest też spora porcja terapii grupowej i indywidualnej, oraz bardzo dużo pracy własnej, na którą składa się między innymi pisemne przerobienie Dwunastu Kroków AA: Pierwszego, Drugiego, Trzeciego i Czwartego. Każdy pacjent musi też w ciągu miesiąca przestudiować średnio około czterystu stron różnych lektur – właśnie przestudiować, nie tylko przeczytać. Obowiązują tu również dyżury przy posiłkach, sprzątanie, pranie rzeczy osobistych, codzienna rekreacja ruchowa oraz grupowe wyjazdy na odbywające się w sąsiednim miasteczku mityngi AA. Pobyt w Hazelden to lekcja samodyscypliny.

Pacjentom z jednych oddziałów nie wolno przyjaźnić się z pacjentami z innych oddziałów, przy czym dotyczy to zarówno kontaktów męsko-damskich, jak i zacieśniania więzi z przedstawicielami tej samej płci.

„Hazelden to nie salon towarzyski – powiedziała opiekunka praktykantów, z którą o tym rozmawiałam – chronimy pacjentów przed wszystkim, co mogłoby odwrócić uwagę od leczenia”. W duchu tej zasady odradza się im też zbyt częste kontakty z domem; i rzeczywiście, automat telefoniczny na oddziale „Lilly Hall” był raczej mało używany.

W Hazelden nie ma tradycyjnych odwiedzin chorych, chociaż każdego dnia co najmniej do kilkorga spośród blisko dwustu pacjentów ktoś przyjeżdża. Odwiedziny muszą być wcześniej zaplanowane i odpowiednio przygotowane we współpracy z terapeutą rodzinnym. Krewni nie wchodzą na oddział, pacjent może natomiast w dniu ich przybycia jadać posiłki z rodziną w części hotelowej Hazelden.

Czas spędzony z bliskimi jest zorganizowany co do minuty, bez względu na to, czy wizyta jest kilkugodzinna, czy kilkudniowa. Wykorzystuje się go na uświadomienie bliskim, iż obcowanie z alkoholizmem zostawia ślad na współmałżonkach, na dzieciach i innych domownikach, na całym otoczeniu osoby uzależnionej.

Ośrodek Rodzinny – Family Center – prowadzi program edukacyjno-terapeutyczny, na który składają się pogadanki, dyskusje, filmy oraz indywidualne i grupowe poradnictwo dla małżeństw, rodzin i dzieci. Leczenie uzależnień oparte jest w Hazelden na programie Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików, podobnie, pomagając rodzinom pacjentów, bierze się za podstawę również program Dwunastu Stopni wspólnoty Al-Anon.

Wszyscy odwiedzający wywożą z Hazelden pakiet literatury o Al-Anon oraz zachętę do uczestnictwa we wspólnocie, a także w otwartych mityngach AA w miejscu zamieszkania. W Ameryce jest to możliwe, ponieważ w promieniu półgodzinnego dojazdu samochodem zawsze można znaleźć grupy AA i Al-Anon.

Przypominam sobie, że Jenny była bardzo zdenerwowana w dniu, kiedy miał przyjechać jej mąż. Za namową swojej lekarki przybyła do Hazelden w tajemnicy przed wszystkimi. Mąż dowiedział się jednak, że Jenny jest w Hazelden i pewnego wieczoru zadzwonił. Przypadkiem odebrałam telefon i kiedy wręczyłam słuchawkę Jenny, poprosiła: „Zostań, nie odchodź”. Przez całą rozmowę nie puszczała mojej ręki. Dygotała. Gdy odłożyła słuchawkę, miała łzy w oczach i zagryzała wargi. „Przeklęty Mr. Perfect. Ale zgodził się przyjechać”, powiedziała.

Kilka dni później, po całej sobocie spędzonej z mężem w Family Center, Jenny zaprosiła mnie o zmierzchu na spacer nad jeziorem. Szła, paląc papierosa za papierosem. „Wiesz, to jest tragiczne, gdy w pewnym momencie okazuje się, że tyle lat przeżyło się z obcym człowiekiem. Dziś po raz pierwszy w życiu nie udało mu się wmówić mi, że jestem wariatką, na dodatek podłą i głupią. Smutno mi, chce mi się płakać, ale nareszcie coś pojęłam, zarówno podczas rozmowy w trójkę z psychologiem, jak i na spotkaniu z dwoma innymi małżeństwami. Ja mam wziąć odpowiedzialność za swoje życie, nie za nasze. Ciężko mi, ale chyba zaświtała nadzieja. Przede wszystkim na razie muszę nauczyć się żyć bez tej protezy, jaką było dla mnie piwo, valium i spędzanie czasu przy automatach do gier hazardowych”.

Słuchałam i nie mogłam wyjść ze zdumienia. To była zupełnie inna Jenny niż ta, która w dniu wyznaczonym na wygłoszenie przed grupą swego życiorysu zaparła się i oświadczyła: „Nie powiem. Nigdy nie powiem”.

Siedziałyśmy wtedy przy stole w oddziałowej świetlicy i piłyśmy poobiednią kawę z jednakowych kubków o barwie kobaltowej, jakie każdy wywozi do domu z Hazelden.

– No to nie powiesz. Chodźmy się teraz przejść – zaproponowałam.

Las pachniał igliwiem rozgrzanym w lipcowym słońcu.

– Ja mam dwie córki, a ty masz dzieci? – zagadnęłam, bo Jenny szła wolno, coraz bardziej przygarbiona, jakby jakiś ciężar przygniatał ją do ziemi.

Pomogło. Jenny zaczęła najpierw automatycznie odpowiadać na moje pytania, a po chwili, już nie czekając na następne, opowiadała o swoim życiu. Spojrzałam na zegarek:

– Wracajmy, o trzeciej grupa.

Odruchowo zatrzymała się i powtórzyła:

– Nie mogę, nie powiem.

– Jenny, przecież powiedziałaś przed chwilą mnie, czemu więc nie podzielisz się tym w grupie – spytałam.

– Coś ty? – przez jej twarz przemknęło najpierw przerażenie, a potem nagle zatrzymała się, objęła mnie i rozpłakała w moich ramionach.

– No dobrze – powiedziałam jak do dziecka i wyjęłam z kieszeni kawałek ligniny. – Cóż za dziwne leczenie w tym Hazelden? Najczęstszym lekarstwem są tutaj chusteczki do nosa.

Jenny na głos się roześmiała, otarła oczy i szybkim marszem ruszyła z powrotem.