Bo jesteś człowiekiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Gdy bliska osoba jest w depresji

Depresja, ale jaka?

TEST: Jesteś odporny na depresję?

Nałóg depresji

TEST: Jak sobie radzisz z problemami?

Zdrowie psychiczne jako umiejętność

TEST: Jaki prowadzisz tryb życia?

Leczenie depresji sposobami niemedycznymi

Program wyzdrowienia z depresji według Jacka O.

Vitriol: Fundacja na rzecz Życia bez Depresji i Uzależnień

Avatar

Salwatoriańskie Centrum Formacji Duchowej w Krakowie

Anonimowi Depresanci

Dwanaście Kroków z komentarzem

Psychoterapie profesjonalne

Autoterapia rozumowa

Psychoterapia interpersonalna

Demografia depresji

Kobiety

Mężczyźni

Małe dzieci

Nastolatki

TEST: Sprawdź relacje ze swoim nastolatkiem

Pacjenci geriatryczni

Inni

Bezrobotni

Emigranci

Artyści

Geje i lesbijki

Księża

TEST: Jak sobie radzisz z rozstaniami i rozczarowaniami?

Zdrowie duchowe

TEST: Oddalić depresję

Problem jest w nas

Przypisy

Redaktor prowadzący: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, ANETA TKACZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Fotografia na okładce: NATALIA OSIATYŃSKA

Projekt okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2012

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05693-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Gdy bliska osoba jest w depresji

Czy depresja to potwór, śmiercionośny pocisk, pustka, grób za życia, grząskie bagno bez wyjścia? Czy jest to wszystkim znana, choć nie przez wszystkich jednakowo przyjmowana przejściowa kondycja psychiczna zmuszająca do zmiany myślenia i odczuwania? A może, jak ostatnio często się mówi, to ciężka choroba, w niektórych przypadkach nieuleczalna? Nie sposób opisać depresji lepiej niż poeci, którzy lubią odsłaniać zakamarki swych dusz. Melancholia – jak niegdyś nazywano depresję – zagnieżdżała się w duszach artystów podobno częściej niż w duszach drwali, piekarzy, żołnierzy czy urzędników. Dziś wiemy, że to nieprawda, bo drwalom też przytrafia się depresja, tylko nie umieją tak pięknie jak poeci o niej opowiadać.

W Pieśni abo trenie XXXVIII do wiosny[1] Wacław Potocki pisze:

Czego się nie dotknę, najmniej mi nielubo;

Nigdzież mi miękko, wszędzie ostro, twardo, grubo,

Wszystko mi wrzody czyni na sercu i krosty,

Wszystko, czego pomacam, ciernie, głogi, osty.

Wszystko mnie w serce kole:

I lipy, i topole.

Poetka rosyjska Anna Achmatowa skarży się trochę podobnie:

Wszystko odjęte: i miłość, i siła.

W niemiłe miasto przeniesione ciało

Nierade słońcu. Czuję, że mi w żyłach

Krew wolniej płynie, jakby zastygała[2].

Niedościgniony w łkaniu Kazimierz Przerwa-Tetmajer w wierszu ***O melancholio... daje taki opis:

O melancholio, ty, co wszystkie rzeczy

pod kątem śmierci ukazujesz oku;

ty, co na smętny, błędny wzrok człowieczy,

ze styksowego rzucasz mgłę potoku:

ty jesteś matką owych widzeń duszy,

gdzieś się u nieba zradzających stoku[3].

W innym utworze ten sam poeta maluje słowami obraz chyba najbardziej depresyjnej duchowej rozpaczy:

W wieczornym mroku, we mgle szarej,

idzie przez łąki i moczary,

po trzęsawiskach i rozłogach,

po zapomnianych dawno drogach,

zaduma polna, osmętnica...

Idzie po polach, smutek sieje,

jako szron biały do księżyca...

Na wód topiele i rozchwieje,

na omroczone, śpiące gaje,

cień, zasępienie od niej wieje,

włóczą się za nią żal, tęsknica...

Hen, na cmentarzu ciemnym staje,

na grób dziewczyny młodej siada,

w świat się od grobu patrzy blada...[4]

Z kolei w wierszu Z bólu Stanisław Ryszard Dobrowolski pisze:

Świat był jak czarna trumna,

niebo – jak wieko trumny.

Krzyczał na całe gardło.

Ciemną krwią się zakrztusił.

I przez okno się rzucił

w pustkę srebrną i czarną[5].

Kilka z przytoczonych tu przykładów znalazłam w książce psychiatry i psychologa Janusza Krzyżowskiego pt. Depresja. Z gabinetu prywatnego[6]. Książkę polecam. Na bardziej wyczerpujące kompendium przystępnie podanej wiedzy o depresji w jej wszelkich odmianach nie natrafiłam. Do tych poetyckich opisów dodam jeszcze kilka innych strof z literatury pięknej.

Brytyjski pisarz i filozof Clive S. Lewis tak opisuje swoją żałobną depresję po śmierci żony: „Nikt mi nigdy nie mówił, że smutek wywołuje podobne reakcje jak strach. Niby nie boję się, ale moje doznania są takie, jakby mnie strach ogarnął. Czuję ściskanie w żołądku, nie mogę sobie znaleźć miejsca, ziewam. I ciągle dławię w sobie łzy. Kiedy indziej znów czuję się, jak po lekkim przepiciu lub wstrząsie. Niewidzialna zasłona odgradza mnie od świata. Z trudem rozumiem, co ktoś do mnie mówi”[7]. „Dziś wieczorem otworzyło się znów całe piekło rozpaczy: szalone słowa, gorycz i uraza, ściskanie w żołądku, koszmarne uczucie nierzeczywistości, potop łez. Bo w smutku nie stoi się w miejscu. Człowiek stara się wyjść z jakiejś fazy, ale ona wciąż powraca. W kółko i w kółko” (s. 93). „Wyobraźmy sobie człowieka w kompletnej ciemności. Myśli on, że znajduje się w piwnicy lub lochu” (s. 103).

Przejmująco opowiada o swojej depresji William Styron w książce Dotyk ciemności. Kronika obłędu[8]. Pisze na przykład: „Tej jesieni, gdy zaburzenie stopniowo zawładnęło mną całkowicie, zaczęło mi się wydawać, jakby mój umysł był czymś w rodzaju staroświeckiej wiejskiej centrali telefonicznej zalewanej przez wzbierającą powódź: normalne połączenia, jedno po drugim, zostawały zatopione, powodując stopniowe ustanie funkcji organizmu i powolny zanik niemal całej aktywności instynktów i intelektu” (s. 48). „Mój mózg w spazmach nieprawidłowych hormonów stał się mniej organem służącym myśleniu, a bardziej przyrządem rejestrującym, minuta po minucie, zmieniające się rozmiary własnego cierpienia” (s. 58). „Odtąd depresja powodowała, że ten pozbawiony soków życiowych i zrujnowany półinwalida, szurający nogami przy chodzeniu i dyszący jak starzec, budził się teraz co rano z syntetycznego snu” (s. 60).

 

Ta straszliwa niemoc psychiczna spadła na pisarza nagle, niemal z dnia na dzień, w kilka miesięcy po odstawieniu alkoholu, którego wcześniej, latami, Styron nadużywał. Fakt ten zapewne miał wpływ na wybuch depresji, ale psychiatrzy, którzy go leczyli, najwyraźniej nie zdawali sobie z tego sprawy. Gdy autobiograficzny zapis przebiegu choroby czyta obecnie specjalista w dziedzinie alkoholizmu, nie ma wątpliwości, jak mądra jest terapia uzależnień, opierająca się na zasadzie, że zaprzestanie picia to dopiero początek drogi do wyzdrowienia. Bez duchowej przemiany, rozwoju osobistego i przewartościowania wielu spraw w swoim życiu niepijący alkoholik ani nie jest trzeźwy, ani zdrowy, lecz co najwyżej „suchy” i, niestety, bardzo podatny na depresję, która może się wiązać z niedokończonymi urazami z dawnej przeszłości lub nawet „tylko” z nieuleczonym żalem po stracie... alkoholu i porzuconego gwałtownie alkoholowego stylu życia. William Styron zapłacił ciężką depresją za swój bohaterski akt „niepicia w zaparte”. Z depresji w końcu psychiatrzy go wyleczyli, choć z początku przez długie miesiące nie pomagały mu żadne leki ani pobyty w szpitalu. Aż pewnego dnia, niemal cudem, jakby ktoś zdjął czarny całun, depresja minęła. Kto wie, co mu naprawdę pomogło? Żona pisarza, Rose, w jednym z wywiadów już po wyzdrowieniu męża, mówiła: „Bill niemal każdego dnia kontaktuje się przez telefon lub e-mail z innymi chorymi na depresję (fellow depression sufferers)”. Cień choroby towarzyszył mu jednak do końca. Styron nie napisał już żadnej powieści aż do śmierci w 2006 roku.

Katarzyna Herbertowa, żona Zbigniewa Herberta, użyła kiedyś określenia „psychiczny wirus depresji”, opowiadając o okresach depresyjnej niemocy, jakich poeta wielokrotnie doświadczał. On sam jednak nie zwierzał się nigdy ze swych najciemniejszych stanów psychicznych, w każdym razie brak ich w antologii jego poezji.

Z mieszanymi uczuciami czytałam książeczkę dla dzieci pt. Włosy mamy norweskiej pary autorów Gro Dahle i Sveina Nyhusa[9]. Ta poetycka opowieść o depresji matki wzbudza taką rozpacz i beznadzieję, że chociaż książka należy do biblioteczki mego wnuka, wcale nie chciałabym mu jej czytać.

Natrafiłam na jeszcze jeden przejmująco mroczny opis mieszaniny uczuć i obrazów mogących ilustrować depresję:

„Co to jest życie? Tysiąc, a może miliard odpowiedzi – jedna z trywialniejszych: forma obecności na powierzchni planety. Nie jestem pewien własnej obecności. Nie żebym był pewien nieobecności, ale pomieszało się wszystko: wegetacja z ruchem, świadomość z bólem, praca z odpoczynkiem (wiecznym), biologia z myślą, kogel z moglem, apetyt z głodem, krew z wodą, zwierzęcość (wilcza) z polszczyzną Kochanowskiego. Wbrew oczekiwaniom sen z jawą, przynajmniej na razie, się nie miesza, ale to marna, a może żadna pociecha...”[10].

Rzadko takimi słowami cierpiący niepisarze i niepoeci opowiadają o swojej depresji. Gdy szepczą: „Mam wszystkiego dość. Nie chce mi się już żyć. Mam depresję”, niełatwo zorientować się, co to naprawdę znaczy. W codziennych rozmowach ludzie używają słowa „depresja” kolokwialnie, nie oddając całej złożoności, powagi i chroniczności tej psychicznej przypadłości. Pod wpływem rozpowszechnienia przez popularne media wiedzy o depresji słowo to zadomowiło się w potocznym nazewnictwie obejmującym szeroką gamę mniej lub bardziej dolegliwych stanów emocjonalnych. Funkcjonuje jako bliskoznaczne określenie smutku, zmartwienia, rozpaczy, braku nadziei, żałoby, bezradności, niepokoju, lęku, a nawet zmęczenia i wyczerpania. Niemal każdy zaznał jakiejś odmiany niby-depresji, przemijającej pod wpływem miłego zdarzenia lub po prostu solidnego odpoczynku. Depresja, która mija nazajutrz rano, albo którą dość prędko „leczy” sam czas, to w gruncie rzeczy nie depresja, tylko coś w rodzaju wybojów na drodze życia duchowego i emocjonalnego. A więc nie choroba psychiczna, lecz reakcja emocjonalna na przykre bodźce (np. złe wiadomości, fakty, zdarzenia, przeżycia czyjeś lub własne itp.) oraz przejaw adekwatnej oceny niesprzyjających faktów czy zdarzeń. To normalne i zrozumiałe, że gdy sytuacja wydaje się dokuczliwa lub niepożądana, reagujemy jakąś przykrą emocją. Jednych ogarnia smutek, drudzy wściekają się i stają się agresywni, inni odczuwają rozpacz, żal, urazę, i właśnie wszystkie te przykre uczucia zlewają się w mieszaninę mrocznych doznań, które nazywamy „depresją”.

Pisząc tę książkę, chciałabym ułatwić odróżnienie choroby psychicznej, która moim zdaniem należy do rzadkości, od stanów „chorobopodobnych”, występujących powszechnie i będących częścią normalnej sinusoidy zmieniających się – przyjemnych na przemian z nieprzyjemnymi – stanów emocjonalnych. Gdy dotyczy to własnej osoby, może to być niezbyt trudne. W końcu własne uczucia umiemy sami nazwać i ocenić ich intensywność oraz czas trwania, chociaż wymaga to również pewnego treningu, a jeszcze bardziej – stoickiej, realistycznej i cierpliwej filozofii życiowej.

Znacznie trudniej zrobić to wobec kogoś innego. Nikomu, kogo ogarnął smutek czy przygnębienie, nie można powiedzieć: „Twój smutek nie jest na tyle głęboki, byś nie mógł zająć się ważniejszymi sprawami” albo: „Nie cierp lub nie martw się tak bardzo, bo to nic nie pomoże”. Natomiast z każdym można rozmawiać, zaczynając od wysłuchania skarg, żalów, zmartwień. Każdego można zachęcić do wyrażenia lęków i niepokojów po to, by przygnębiona osoba nie czuła się odtrącona, niepotrzebna i niewarta zainteresowania. Najbliższe otoczenie odgrywa tu niesłychanie ważną rolę, kto wie, czy nie ważniejszą niż późniejsza ewentualna interwencja profesjonalna. Najlepszą pomocą dla osoby dotkniętej jakimkolwiek cierpieniem jest okazanie zainteresowania i poświęcenie jej czasu. Ktoś zbliżający się z jakiegoś powodu (lub bez widocznego powodu) do granicy wytrzymałości psychicznej musi mieć możliwość bezpiecznego wyrażenia przeżywanych niepokojów. Dopiero w następnej kolejności, gdy życzliwe rozmowy i próby włączenia tego kogoś w nurt normalnego życia nie polepszą jego nastroju, należy skierować tę osobę do psychologa, psychiatry, lekarza, licząc zarówno na ich profesjonalny autorytet, jak i fachowe umiejętności, które pozwolą zdiagnozować stan fizyczny i psychiczny pacjenta i pomóc znaleźć najodpowiedniejszy dla niego sposób wyjścia z emocjonalnego impasu. Gdy źródło obniżonego nastroju tkwi w niedobrych stosunkach z otoczeniem, konieczne jest jak najszybsze namówienie cierpiącej osoby, nie mającej zaufania do najbliższych, aby udała się po pomoc profesjonalną lub skontaktowanie jej z kimś nie związanym zbyt blisko z jej życiem osobistym.

Objawy pogorszenia funkcjonowania widoczne są w wielu sferach: człowiek traci energię, pogrąża się w bezczynności lub nerwowo i nieskładnie próbuje robić wiele rzeczy naraz, często płacze, nie potrafi cieszyć się codziennymi przyjemnościami, zaczyna częściej sięgać po alkohol, izoluje się, zaniedbuje obowiązki, pojawiają się zaburzenia jedzenia, snu, uczestnictwa we wspólnym życiu. Zmiany te łatwo zauważyć. Nie trzeba nawet pytać o to, czy ten ktoś jest w depresji, czy nie. Widząc u kogoś takie zachowania, trzeba postarać się zrozumieć – albo osobiście, albo z fachową pomocą – co tej osobie odbiera spokój i energię.

Depresja na ogół zaburza funkcjonowanie w czterech sferach:

• NASTRÓJ staje się smutny, płaczliwy, apatyczny, przygnębiony, rozżalony, pozbawiony nadziei, zdominowany przez lęki, niepokoje, użalanie się;

• MYŚLENIE staje się negatywne, pełne złych przeczuć, ponure, niespokojne, beznadziejne, pozbawione wiary w siebie;

• ZACHOWANIA są coraz bardziej samotnicze, przypominające bierność i rozleniwienie, i powodują, że człowiek nie jest w stanie wypełniać swoich obowiązków;

• ZMIANY FIZYCZNE przejawiają się w powolności, utracie energii i sił, płaczliwości, określonych lub nieokreślonych bólach, zamykaniu się w sobie, nerwowości, kłótliwości, agresji lub autoagresji; polegają także na pogorszeniu wyglądu z powodu zaniedbania higieny osobistej lub zaburzeń snu (bezsenność lub nadmierna senność), braku apetytu (lub objadania się), abnegacji i nieporządku w swoim otoczeniu.

Wymienione objawy są sygnałami, które dostrzeże każdy znajdujący się dostatecznie blisko kogoś takiego w domu, w pracy lub podczas kontaktów towarzyskich. Stany te mogą zdarzyć się każdemu, a właściwie lepiej powiedzieć: każdemu zdarzają się początki depresji, i to nieraz w życiu. Tylko niektórzy pogrążają się w niej coraz bardziej, większość potrafi dość szybko z niej wyjść. Łatwiej się to udaje z pomocą innych ludzi, trudniej w samotności.

Żeby komuś pomóc, trzeba wiedzieć jak. Gdy sytuacja wydaje się groźna, trzeba przekonać przygnębioną osobę do skorzystania z fachowej pomocy, co bywa niekiedy dość trudne. Wielu ludzi przed pójściem do lekarza czy psychologa powstrzymuje wstyd, obawa przed upublicznieniem problemu, brak pieniędzy albo mylne przekonanie, że wszystkie leki uzależniają, a depresja i tak nigdy nie minie. Pomoc otoczenia powinna polegać wtedy na usunięciu przeszkód i podważeniu fałszywych mitów. Zapewnienie o dyskrecji specjalistów, podanie pozytywnych przykładów ludzi, którzy uniknęli depresji lub ją pokonali, propozycja towarzyszenia podczas konsultacji specjalistycznej – oto kilka możliwych sposobów pomocy ze strony otoczenia. Gdy zauważymy u kogoś przedłużające się powyżej kilkunastu dni pogorszenie funkcjonowania, trzeba reagować. Właśnie po to, by ta osoba nie osunęła się w głąb tego „dołu”, jakim niekiedy określa się stan depresyjny. Im szybciej podamy rękę, tym łatwiej można będzie zatrzymać proces osuwania się, pogrążania, zagłębiania w niedobry nastrój i coraz gorsze samopoczucie.

Chcąc pomóc komukolwiek, nie wolno kwestionować jego uczuć. Można starać się pokazać fakty i zdarzenia z innej perspektywy, można, a nawet trzeba ocenić sytuację pod kątem różnych rozwiązań, ale niczyim uczuciom zaprzeczać nie wolno. Warto natomiast wiedzieć, że uczucia powstają w wyniku określonych przekonań i wyobrażeń. Jeżeli więc uda się negatywne przekonania i wyobrażenia u przygnębionej osoby nieco poprawić i ukazać mniej ponure aspekty związane z jej problemami, to z pewnością poczuje się ona lepiej. Na tej zasadzie opiera się psychoterapia – pomaga zdystansować się wobec problemów i dzięki temu uwolnić się od czarnych myśli i beznadziejnych uczuć.

Jak więc pomagać? Jak rozmawiać? Co mówić? Czego nie mówić? Co można zrobić, by osobie w depresji ułatwić poprawę samopoczucia?

P o m o c n e z a p e w n i e n i a:

• „Zawsze możesz do mnie przyjść”.

• „Mogę ci pomóc uporządkować twoje sprawy”.

• „Mogę cię wysłuchać i razem zastanowimy się, co robić”.

• „Chodź do nas, razem coś wymyślimy na twoje zmartwienia”.

• Mów o mocnych stronach tej osoby.

• Pomóż zmniejszyć nadmierne wymagania.

• Zapewnij o swojej przyjaźni, miłości, przywiązaniu, uznaniu itp.

• Wciągnij w miłe zajęcia, nie wymagające wielkiego wysiłku (sport, wakacje, zajęcia twórcze, pomoc komuś potrzebującemu itp.).

T r z e b a u n i k a ć:

• Udawania, że się rozumie.

• Podsuwania nieproszonych rad i wskazówek.

• Powtarzania: „Nie jest tak źle” lub: „Mogłoby być gorzej”.

• Opowiadania bez przerwy o sobie (nawet o swojej depresji).

• Oceniania zachowań, wyglądu, stanu psychicznego.

• Niecierpliwości, irytacji, złości.

• Wprawiania w zakłopotanie lub zawstydzania.

• Żartowania, ośmieszania, ironizowania.

C o n a j b a r d z i e j p r z e s z k a d z a:

• Gdy ktoś mówi: „Weź się w garść!”.

• Gdy depresję uważa się za lenistwo.

• Gdy ktoś traktuje osobę w depresji jak uparte dziecko.

• Gdy otoczenie wstydzi się osoby w depresji, która podejmuje leczenie.

• Gdy nie respektuje się potrzeby prywatności i dyskrecji.

• Gdy ludzie odwracają się i zapominają.

• Gdy ludzie mówią o czyjejś depresji jak o fanaberii lub słabości.

• Gdy ludzie ustawicznie mówią o czyjejś depresji i nie zmieniają tematu na prośbę tej osoby.

C o m ó w i ć o s o b o m, k t ó r e u s i ł u j ą b e z s k u t e c z n i e p o m a g a ć b l i s k i m w d e p r e s j i:

 

• „To nie jest wasza wina”.

• „Możecie tylko okazywać gotowość – do rozmowy, bycia razem, wspierania, towarzyszenia w leczeniu – nic więcej”.

• „Możecie przypominać o systematycznym braniu leków czy uczęszczaniu na psychoterapię, ale nie zrobicie tego za osobę chorą”.

• „Możecie dbać o dobrą jakość własnego życia mimo depresji bliskiej osoby”.

• „Pomaganie osobie chorej nie powinno wpływać na inne obowiązki, których nie macie z kim dzielić (np. opieka nad dziećmi, praca zawodowa itp.)”.

• „Macie prawo do dbania o siebie i szukania wsparcia dla samych siebie, aby pomaganie osobie w depresji nie doprowadziło do waszego psychicznego lub fizycznego wyczerpania”.

P o m o c n e g e s t y i p r a k t y c z n e s p o s o b y o k a z y w a n i a w s p a r c i a:

• Objęcie ramieniem, przytulenie, pogłaskanie.

• Uśmiech na powitanie i na pożegnanie.

• Kontakt wzrokowy podczas rozmowy.

• Cierpliwość i neutralność podczas słuchania, nieukrywanie łez w chwilach wzruszeń.

• Zaproponowanie wspólnej modlitwy, pójście razem do kościoła.

• Załatwienie sprawunków, zakupy, podanie herbaty, przygotowanie prostego posiłku.

• Pomoc w posprzątaniu mieszkania, wyniesieniu śmieci, zmianie pościeli, ręczników.

• Pomoc w kąpieli, umyciu włosów, uczesaniu.

• Pomoc w ułożeniu planu dnia, tygodnia.

• Wsparcie w szukaniu pomocy do opieki nad dziećmi lub zwierzętami.

• Głośne czytanie ciekawej książki, wspólne słuchanie muzyki, wyjście do kina.

• Jeżeli to ma być podarunek, to niech to będzie coś, czego się nie kupuje: ciasto własnej roboty, laurka, list, kwiat, ulubiona książka z twoich zbiorów, jedna z rzeczy z twego ubrania, znaleziony kamyk o ciekawym kształcie albo rysunek twojego dziecka.

Pewnego razu zostałam zaalarmowana przez znajomą, że jej siostra znajduje się w depresji po niedawnej śmierci męża i niemal jednoczesnej utracie pracy. Pomoc tamtej kobiecie była utrudniona, ponieważ mieszkała w odległym mieście. Nie dawała się namówić na wyjazd z domu, o pójściu do psychiatry czy psychologa nie chciała słyszeć, w rozmowach telefonicznych powtarzała, że jej życie nie ma żadnego sensu i żeby wszyscy dali jej spokój, bo ona chce tylko jednego: umrzeć. Przyszedł nam do głowy pomysł, do którego wciągnęłyśmy kilkanaście osób: dawne koleżanki szkolne oraz bliższych i dalszych krewnych. Wszyscy wzięli na siebie zadanie wysyłania kartek i listów do nieszczęśliwej kobiety. Postanowiono, że nikt nie będzie udawać, iż kontaktuje się przypadkowo, lecz odwrotnie – umówiono się specjalnie, aby jej pomóc. Ważne było, aby wiedziała, jak wielu ludziom zależy na niej i znajomi nie chcą jej pozwolić zamknąć się w swoim nieszczęściu. Kobieta, nazwijmy ją Teresa, zaczęła otrzymywać od każdego uczestnika tego „łańcucha przyjaźni” jedną wiadomość określonego dnia miesiąca. Grupa ratunkowa umówiła się wstępnie, że będą to robić przez pół roku. W efekcie nie było to potrzebne aż tak długo. Po kilku tygodniach (i kilkudziesięciu otrzymanych kartkach i listach) Teresa zaczęła odpisywać, telefonować do paru osób, a siostrę poprosiła, aby ta przyjechała. Niedługo potem w życiu Teresy zaczęły zachodzić dobre zmiany i tak, dość prędko, skończyła się jej depresja.

O to właśnie chodzi. Prawdopodobnie nikt nie przejdzie przez życie, nie doznając choćby raz załamania lub udręki psychicznej. Chodzi jednak o to, by przejść przez trudny okres, nie wpadając w ciężką depresję. Gdy pozwolimy człowiekowi osunąć się w głęboki dół i pozostawimy go w nim zbyt długo, energia witalna może ujść bezpowrotnie. Wtedy nie pomoże żaden łańcuch dobrej woli. Z głębokiego dołu można nie mieć już siły wydostać się, żeby dojść do skrzynki pocztowej, by sprawdzić, czy nie ma w niej jakiejś pocztówki od życia...

Najbardziej wstrząsające są historie ludzi, których depresja doprowadza do targnięcia się na własne życie. Większość chorych zwalcza w sobie towarzyszący depresji popęd samounicestwienia, niektórym jednak nie wystarcza duchowej mocy, by się mu skutecznie przeciwstawić. Wtedy oczywiście pozostałym przy życiu bliskim długo towarzyszyć może przeświadczenie, że coś zaniedbali, ktoś powinien był przewidzieć najgorsze, kogoś trzeba obwinić za tragedię. Niekiedy oskarża się konkretnego lekarza lub szpital za wypisanie do domu pacjenta czy pacjentki po leczeniu, ocenionym na podstawie określonych klinicznych kryteriów jako zadowalające. Osoba tymczasem opuszcza szpital, często zresztą na własne żądanie, i pozostając nawet przez krótki czas bez opieki, popełnia samobójstwo. Z jednej strony to prawda, że gdyby nie wyrwanie się spod fachowego nadzoru, mogłoby nie dojść do samobójstwa; z drugiej – wiadomo jednak, że nikt nie jest w stanie w stu procentach kontrolować zamiarów i zachowań drugiego człowieka. Rzadko stosuje się w przypadku depresji prawne ubezwłasnowolnienie po to, by z obawy przed ewentualnością samobójstwa chora osoba znajdowała się stale pod kluczem. I chyba słusznie, choć z tego powodu mogą zdarzać się przypadki tragiczne. Według szacunkowych danych Światowej Organizacji Zdrowia na świecie rocznie popełnia samobójstwo kilkaset tysięcy osób. W Polsce wskaźnik ten wynosi 15 osób na sto tysięcy i jest porównywalny z innymi krajami europejskimi. Za najczęstszą przyczynę uważa się właśnie depresję. Nie znaczy to bynajmniej, że choroba ta zawsze prowadzi do tragicznego końca. Mimo że około 90 procent chorych rozmyśla o śmierci jako jedynym wybawieniu z depresyjnego koszmaru, to jednak na samobójczy krok decyduje się względnie niewielki procent cierpiących.

William Styron w cytowanej już autobiograficznej książce opowiadającej historię jego depresji (Dotyk ciemności. Kronika obłędu) tak opisał swą obsesję samobójczą: „Wiele przedmiotów w moim domu stało się nagle potencjalnymi sprzymierzeńcami mojej samozagłady: na belce u powały strychu (oraz na wysokim klonie za domem) mogłem się powiesić; w garażu mogłem otruć się spalinami; w wannie mogłem podciąć sobie żyły; noże w kuchennej szufladzie zaczęły mieć tylko jedno przeznaczenie... Szczególnie by mnie ucieszył śmiertelny atak serca, zwalniając mnie całkowicie z odpowiedzialności. Igrałem też z myślą o zapaleniu płuc, którego mógłbym się nabawić, spędzając zimną noc w lesie w samym podkoszulku. Nie pomijałem możliwości utraty życia w wypadku à la Randall Jarrell, rzucając się pod koła ciężarówki na pobliskiej autostradzie. Myśli te mogą komuś wydawać się makabrą nie z tej ziemi, niestosownym żartem, a na pewno są szczególnie przerażające dla zdrowych Amerykanów z ich wiarą w ciągłe doskonalenie siebie. (...) W rzeczywistości te upiorne fantazje, wstrząsające dla innych, są dla ludzi w głębokiej depresji tym, czym lubieżne obsesje dla osób o żarłocznej seksualności” (s. 52–53).

Na decyzję o odebraniu sobie życia ma wpływ nie tylko subiektywne poczucie bezsensu, braku nadziei i duchowe oraz fizyczne wyczerpanie, lecz także życiowe kłopoty, z którymi człowiek nie jest w stanie sobie poradzić. Najbardziej jednak przyczynia się do nieodwracalnych decyzji najciemniejsza strona depresji, czyli poczucie kompletnego osamotnienia, niezrozumienia i odrzucenia przez otoczenie, zwłaszcza przez najważniejsze osoby. Wiele nieudanych prób samobójczych stanowi dowód na to, że gdy ludzie znajdują się na krawędzi przepaści i postanawiają się zabić, to tak naprawdę pragną tego, by ktoś ich powstrzymał, podał im rękę, otoczył miłością, wybaczył wszystko, czego sami sobie nie mogą wybaczyć, i przyjął z powrotem do życia. Gdy nikt taki w porę się nie pojawi, rzeczywiście niektórym udaje się przerwać udrękę w ostateczny i nieodwracalny sposób.

To dlatego tak ważne jest stworzenie wokół cierpiących osób kręgu zainteresowania i wsparcia nie po to, by je kontrolować czy pilnować, lecz by nie czuły się tak bardzo samotne i niepotrzebne. Nie osądzając ich i nie kwestionując prawa do przeżywania problemów i zmartwień po swojemu, nawet bardzo boleśnie i głęboko, osobom dotkniętym cierpieniem, żałobą czy rozpaczą potrzebna jest akceptacja otoczenia. Nie chodzi o litość, obojętność czy lekceważenie wobec czyjegoś cierpienia. Akceptacja polega na przyjęciu czyjejś trudnej sytuacji z empatią i współczuciem, choć nie z litością czy nadopiekuńczością. Ważną częścią pomocy powinno być wspólne szukanie rozwiązań tych trudności, z których jest wyjście, oraz ułatwienie pogodzenia się z tymi, których nie sposób zmienić. Człowiek cierpiący miewa na ogół tendencję do dramatyzowania swego położenia, natomiast osoby stojące obok nie powinny wpadać w panikę, załamywać się ani tracić głowy. Kiedyś, gdy nie było jeszcze psychiatrów i psychologów, ludzie pomagali sobie wzajemnie. I ludzkość przetrwała. Warto dziś o tym pamiętać i szukać wokół siebie życzliwości ułatwiającej przejście przez życie, jakkolwiek by się ono toczyło.

Gdy w pobliżu osoby cierpiącej na załamanie psychiczne czy depresję znajdują się małe dzieci, ktoś dorosły powinien zająć się nimi. Nie rozumiejąc jeszcze wielu problemów, z reguły biorą one na siebie winę za smutek ważnych w ich życiu osób. Łatwo zarażają się depresją mamy albo taty, co potwierdzają badania, o których będzie mowa w osobnym rozdziale. Mówiąc o „bliskiej osobie przeżywającej depresję”, podkreślmy, że każdemu, kto jest obok, a tym bardziej dziecku, udziela się smutny nastrój, tłumiąc automatycznie naturalną dziecięcą radość życia. Oczywiście dużo zależy od wieku dziecka dotkniętego depresją rodzica. Niemowlęciu nic wyjaśniać ani tłumaczyć nie trzeba, wystarczy stworzyć bezpieczne warunki oraz okazywać tyle zainteresowania, by wynagradzało ono brak czułego kontaktu z chorym rodzicem. Dziecku pytającemu trzeba odpowiedzieć, starając się nie pogłębiać lęku i poczucia winy; najważniejsze jest zapewnienie o tym, że mama czy tata wyzdrowieje i smutek czy przygnębienie nie oznaczają, że dziecko przestało być kochane. Nieco starsze dziecko mające już zainteresowania, ulubione zabawy, własne rówieśnicze znajomości nie powinno z nich rezygnować. Niepokojącym sygnałem przeniesienia depresji rodzica na dziecko jest wyrzekanie się przez nie potrzeb i przyjemności. Trzeba wtedy postarać się pomóc dziecku zrozumieć, że od jego zasmucenia nie poprawi się nastrój cierpiącej osoby, a wręcz przeciwnie, może się pogorszyć (co jest prawdą).

W domu, w którym zagnieżdża się depresja, zaczyna panować milczenie lub słychać głównie skargi; całe otoczenie przeżywa wtedy lęk, stres, bezradność, nierzadko złość. Mało zostaje dobrych uczuć dla uczestniczącego w tym wszystkim dziecka – i ono z pewnością to odczuje. Co gorsza, zinterpretuje to w najgorszy dla siebie sposób: że ono jest wszystkiemu winne, że przez nie ktoś cierpi, i również z jego powodu wszyscy są sfrustrowani i niezadowoleni. Tak może się zacząć dziecięca depresja. Nie wolno do tego dopuścić. Dziecku do dobrego rozwoju potrzebna jest zawsze pogodna atmosfera w domu, a dla dziecka, które jest świadkiem depresji rodzica – jest ona absolutnie niezbędna również jako ochrona przed „zarażeniem się” depresją matki czy ojca. Nie oznacza to jednak, że trzeba dzieci izolować od nieszczęśliwej mamy. Nawet bardzo małe dzieci zdolne są do empatii. Swoją bliskością i możliwością okazywania współczucia mogą wręcz pomóc chorej osobie w złagodzeniu jej poczucia winy, będącego z reguły bardzo dotkliwą częścią rodzicielskiej depresji. Przebywając z taką mamą, dziecko nie tylko będzie miało szansę dodać jej ufności, może czasem rozweselić i pomóc trochę lepiej się poczuć, ale samo nie będzie się czuło odepchnięte, odtrącone i niepotrzebne. A gdy zdarzy się, że wprost od mamy usłyszy: „to nie twoja wina”, z pewnością będzie mu łatwiej znosić ten przerastający możliwości dziecka dramat.