RezerwuarTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rezerwuar
Rezerwuar
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,98 8,78
Rezerwuar
Rezerwuar
Rezerwuar
Audiobook
Czyta Kaja Walden
5,99
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ewa Siarkiewicz

Rezerwuar

Saga

RezerwuarZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020, 2020 Ewa Siarkiewicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726524420

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Ciemność olbrzymiej jaskini z rzadka rozświetlały rozbłyski aur. Powietrze było tak niezwyczajnie suche, że właściwie było nieobecnością wszelkiej wilgoci. Jakby każdą jej kroplę pochłaniały rzędy postaci, siedzące nieruchomo pod kamiennymi ścianami.

Rozbłysk aur przeleciał ponad głowami istot, w psychicznej reakcji łańcuchowej. Energia skupiła się w jednym miejscu, tworząc zarys postaci siedzącej w pozycji lotosu. Obraz był niewyraźny, migotliwy, błyskający czerwienią i złotem. Siedzący najbliżej wejścia do groty Thym patrzył oczami duszy na fantom stworzony z auralnej energii Strażników.

Nadchodzi czas

Czas

Czas

Thym wsłuchiwał się w szelest myśli Strażników, w to unisono woli. Wkrótce w grocie zasiądzie do samadhi kolejny Strażnik. A przynajmniej powinien…

***

Przeciągnął neurony jak leniwy kot grzbiet i otworzył oczy. Za oknem śpiewały ptaki, a wsuwające się do pokoju gałęzie kwitnącego bzu napełniały przestrzeń aromatem. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się. Życie jest piękne.

Powoli podniósł się z pozycji lotosu. Ciało było nieco zdrętwiałe długą medytacją.

- Przyda mi się forma Ojca – mruknął. Spojrzał przez okno, na trawę wokół stawu, po którym majestatycznie pływały dwa białe jak śnieg łabędzie. To było idealne miejsce na tai chi. Zsunął z ramion płaszcz i wyszedł na korytarz.

Było cicho. Pusto. Białe ściany bungalowu zbudowanego jak stare japońskie domy lekko prześwitywały. Zza drzwi Opiekuna dobiegał świergotliwy odgłos telefonu.

Damian zatrzymał się.

- Germaine? – zawołał. – Germaine!

Najwyraźniej gdzieś sobie poszedł. Damian rozsunął drzwi i wszedł do gabinetu. Dźwięk dobiegał zza szklanego biurka. Zaszedł od tyłu i ujrzał uchylone drzwiczki. Zajrzał do środka. Na półce stał telefon. Damian podniósł słuchawkę

- Halo, Linder, Linder, odezwij się…- głos wydawał się należeć do dziecka, dziewczynki. Był pełen łez i rozpaczy.

- Słucham?

- Kto tam? Jest Linder? O Boże, niech mi ktoś pomoże. Sand zabił Ilzę, zabije i mnie. Niech mi ktoś pomoże. Ulica Zwycięzców 65. Mam na imię Tanya, proszę… Idzie..

Połączenie zostało przerwane.

Damian spojrzał na słuchawkę… Linder. Kim jest Linder?

Kim jest Sand i co znaczy „zabił Ilzę”. I dlaczego Tanya tak bardzo się boi?

Wyszedł przed bungalow. Kilkadziesiąt metrów od domu, za drzewami, kwiatami i domkami dla pawi stał mur. Za murem w oddali majaczyły ośnieżone szczyty gór. Za nimi było miasto. Podobno. Nigdy tam nie był. Prawdę mówiąc, nigdy nie opuszczał świątyni. Ale mała Tanya, kimkolwiek jest, potrzebowała pomocy, a Germaina znów nie było. Spojrzał na bramę. Dobrze, tylko weźmie parę rzeczy ze swego pokoju. Czeka go dość długi, ale przyjemny spacer. Prawdę mówiąc, był ciekaw miasta i innych ludzi.

***

Vera potarła palcami zmęczone oczy. Jeszcze jedna kawa, a oczy jej eksplodują. Marzyła o śnie, ale do końca dyżuru zostało jeszcze sześć godzin. Sześć długich godzin w piekle.

- Pani doktor, przywieźli ofiarę z wypadku – pielęgniarka z izby przyjęć wsunęła głowę do pokoiku, w którym Vera skryła się kwadrans temu, by odciąć się na chwilę od potępieńczego hałasu szpitala na ostrym dyżurze.

- Już idę – szepnęła.

Ostre światło jarzeniówek i gwar uderzyły w nią jak obuchem. Niedobrze się jej robiło na widok chorych, rannych, pobitych. Miasto oszalało. Od miesięcy nie było spokojnego wieczoru.

W izbie przyjęć jakiś chudy facecik w kombinezonie firmy oczyszczania skakał wokół zwalistego policjanta z drogówki, który beznamiętnie spisywał raport.

- Jezu, to nie była moja wina – piskliwy głos podszyty był paniką. - Ulica była pusta, tam zawsze jest pusto. I nagle był. Trzy metry przed moją ciężarówką. Jakby go kto wypluł. I buch! Jakby czekał, bym go walnął. Nie dało rady go wyminąć! Jezu, na głowę moich dzieci przysięgam, pojawił się znikąd.

- Tak. Pewnie. Poczekamy na wyniki badania krwi – mruknął zmęczonym głosem policjant. – Lepiej od razu się przyznaj, jaki drag niuchasz.

- Jestem czysty, przysięgam! – zawył kierowca.

Vera nie słuchała dalej. Pochyliła się nad łóżkiem, na którym leżał zakrwawiony mężczyzna w białym ubraniu. No, już nie takim białym.

- Obrażenia? - spytała rudego stażystę. Nie znała go, zmieniali się jak w kalejdoskopie. Tak było, od kiedy miasto oszalało. Szaleństwo jest zaraźliwe.

- Rana cięta na czole, złamane trzy żebra, przebite płuco, wewnętrzny krwotok – nerwowo czytał z karty rudzielec.

Pochyliła się nad twarzą rannego i uniosła powiekę. Wstrząs mózgu.

- Na chirurgię. Wezwij zespół.

- Będzie musiał poczekać – Koordynator stanął za nią. - Wszyscy są zajęci.

Nie miała nawet siły się zdenerwować.

- Umrze, jeśli mu natychmiast nie pomożemy.

Koordynator wzruszył ramionami.

- Nie urodzę ci wolnych chirurgów. Mamy ofiary strzelaniny i by-passy. Za dwie godziny weźmiemy tego. Musisz go utrzymać.

Dwie godziny cudów. Co to dla niej!

Wydała stażyście polecenia. Pochyliła się jeszcze raz nad rannym i wtedy otworzył oczy. Drgnęła. Z brudnej, zakrwawionej twarzy spojrzały na nią oczy szafirowe jak najczystszy klejnot.

- Kim jesteś? – wyszeptał.

- Lekarzem – powiedziała łagodnie. – Doktor Vera Steinway. Miałeś wypadek, wpadłeś pod ciężarówkę. Jesteś w szpitalu. Zajmiemy się tobą. Jak się nazywasz? Jesteś ubezpieczony?

Gdzieś z głębi izby przyjęć dobiegł krzyk cierpiącego. Mężczyzna drgnął.

- Idź tam – wyszeptał. – Ja się wyleczę.

- Oczywiście – mruknęła. Majaczy, biedak. – Nie martw się, ktoś się nim zaopiekuje.

Zmęczenie nagle niemal ją ścięło. Chwyciła się łóżka, by nie upaść. Chyba jednak będzie musiała wziąć kolejny dopalacz. Nienawidziła tych leków, niszczyły jej wątrobę i komórki mózgowe, ale bez nich żaden z lekarzy nie był w stanie przetrzymać 64-godzinnego dyżuru. Nie w ciągu ostatnich miesięcy, gdy nie było czasu nawet na drzemkę.

- Podaj mi dłoń – wyszeptał szafirooki.

Potrzebuje pociechy, pomyślała, i wzięła w rękę jego brudne palce. Były długie, szczupłe. Uścisnął jej dłoń. Zdążyła jeszcze odruchowo pomyśleć, że ma silny uścisk, co dobrze rokuje, gdy nagle zalała ją fala ożywczej energii. Wyprostowała się. Zmęczenie ulatniało się z niej jak brud spłukiwany przez źródlaną wodę. Tak się właśnie czuła – jakby napiła się wody życia z cudownego źródełka. Ze zdumieniem popatrzyła na pacjenta. Uśmiechał się leciutko. Wypuścił jej dłoń.

- Kim jesteś?

- Mam na imię Damian. Idę na ulicę Zwycięstwa 65, bo Sand chce zabić Tanyę. Odejdź, muszę się wyleczyć.

Patrzyła na niego z osłupieniem. Stażysta pociągnął ją za ramię.

- Pani doktor, mamy ofiarę podpalenia. Jest pani teraz jedynym w miarę wolnym lekarzem…

Wycie nabierało siły. On sobie da radę, pomyślała z nagłą pewnością i pobiegła ratować poparzonego.

***

Germaine zapłacił za kawę i usiadł w kącie baru, w pobliżu telewizora. Niewiele słyszał w panującym tu hałasie, ale nie musiał słyszeć – wystarczyły mu obrazy. Kanały informacyjne były monotematyczne. Nieustająco pokazywały szalejące huragany, tajfuny i trzęsienia ziemi na zmianę z zamieszkami, rewoltami i zamachami. Ogień, woda i krew. Konwulsje odradzającej się Gai. Ale to była jego opinia. Cały świat twierdził, że ginie. Czy zawsze większość ma rację?

W przerwach informacji o hekatombach ekran brały w posiadanie prężące się młode ciała reklamujące specyfiki, które oferowały spokój duszy, poczucie szczęścia i wyjątkowości. Albo wyjazd na nieskażone wyspy. Germaine wiedział, że nie ma już nieskażonych wysp i że wszystko, co pokazują w telewizji – z wyjątkiem informacji o katastrofach – jest kłamstwem. Czuł strach. Wiedział, że kiedyś tego dożyje, ale nic nie przygotowało go na te czasy. Co prawda zawsze były wojny, było okrucieństwo i bezmyślność, ale też więcej było miejsc pełnych spokoju, mądrości i nadziei, w których mógł się zaszyć i zebrać siły. Teraz proporcje się odwróciły. Szaleństwo pochłaniało świat. Poczucie klęski było przemożne, wyczuwali to nawet zwykli ludzie i dostawali od tego świra. Jak ci prorocy stojący na każdym rogu ulic wszystkich miast i wieszczący nadejście końca. I nikt ich już nie słuchał, bo każdy znał to na pamięć i wiedział, że to prawda. Równie dobrze mogli oglądać programy informacyjne.

Czas się zbliżał. Damian był już właściwie gotowy. Nie było na co czekać.

W kieszeni zadrgała komórka. Nacisnął guzik i w słuchawce w uchu usłyszał zdenerwowany głos Nauczyciela.

- Damiana nie ma w świątyni. Wiesz coś o tym?

Lodowe palce strachu ścisnęły mu żołądek. To jakaś pomyłka, spokojnie.

- Jak to, nie ma go – powiedział. – Przecież zawsze jest.

- Szukaliśmy wszędzie. Nawet wykrywaczem. W końcu obejrzałem taśmy z kamery. Wyszedł na zewnątrz. I przepadł.

 

- Rozumiem – powiedział. – Sprawdźcie szpitale, posterunki policyjne i tak dalej. Oby tylko nie podpadł jakimś zbirom…

Coś się stało. Coś wyciągnęło Damiana z azylu. Na bogów, tego nie było w planach!

Germaine poczuł ostry ból w żołądku. Odetchnął parę razy, spróbował siłą woli rozluźnić spięte mięśnie, ale panika sprawiła, że nie był zdolny do koncentracji nawet na tym poziomie. Westchnął. Chyba będzie musiał odwiedzić aptekę. Damian zapłaci mu za to upokorzenie, oj zapłaci…

***

Za oknem w dole przesuwała się rzeka samochodów. Światła lamp ulicznych odbijały się od karoserii, wyły syreny. Tłumy ludzi przemykały milcząco chodnikami, albo karnie czekały na zmianę świateł. W górze niebo zasnuwała gruba pokrywa brudnych chmur, po których przesuwały się kolorowe plamy laserowych świateł.

Gdzie się podziały drzewa bzu i kwitnącej wiśni? Ośnieżone, milczące, majestatyczne szczyty gór. Błyszcząca wstęga rzeki… I błękitne, czyste niebo.

Damian oparł czoło o szybę. Jeszcze trochę bolały go żebra, ale za chwilę i to minie. Wyleczenie ciała było proste, organizm jest tworem uporządkowanym, materia łatwo dawała się kształtować. Wystarczyło tylko przypomnieć ciału, jakie powinno być.

Bardziej niepokoił go zamęt w myślach. Czuł się… oszukany. Nauczyciele nie mówili mu prawdy. I był skonfundowany. Nie rozumiał tego co widzi. To nie było logiczne. Na przykład ta lekarka, Vera Steinway. Nie spała od wielu godzin, ze zmęczenia niemal zemdlała przy jego łóżku, a nie pobrała energii, sam musiał ją podłączyć. Albo ci chorzy. Tyle cierpienia. I tyle obojętności.

Obojętność. Musi zrobić to, po co opuścił świątynię. Odnaleźć Tanyę. Ulica Zwycięstwa 65.

W korytarzu szpitala ludzie biegali tam i z powrotem, nawoływali się, dzwoniły dzwonki, przez megafon ktoś wołał chirurgów na salę numer sześć.

- Nie powinieneś wstawać z łóżka – znajomy głos oderwał Damiana od wpatrywania się ze zdumieniem w ekran telewizora, na którym kilka osób sprawiało sobie zdrowe lanie za pomocą długich noży. Na krzesłach pod ścianami siedzieli pacjenci, bezmyślnie patrzący w ekran.

Doktor Steinway miała żywe oczy i zaróżowione policzki. Po śmiertelnym zmęczeniu nie było śladu. Patrzyła na niego z mieszaniną fascynacji, zakłopotania i czegoś, czego niezupełnie rozumiał.

- Już jestem zdrowy – wyjaśnił. – Muszę pójść na ulicę Zwycięstwa 65. Czy wiesz, gdzie to jest?

Chwilę trwało, zanim sens pytania do niej dotarł. Facet był nieprawdopodobny. Pielęgniarz nieco starł mu krew z twarzy, odsłaniając przyjemne rysy twarzy trzydziestolatka. Nie potrafiła go rozgryźć. Z jednej strony miał pewność siebie i siłę dorosłego, a z drugiej coś w nim kazało porównywać go do dziecka. Nie bardzo rozumiała, co to było, ale podobało się jej. Sprawiało, że był absolutnie wyjątkowy. Jak z innych czasów, z innej planety.

Mówi, że jest zdrowy.

- No cóż – odezwała się z udawanym zastanowieniem. - Właściwie czemu nie. Człowiek, którego uderzyła wielka ciężarówka, który miał połamane żebra, krwotok wewnętrzny i wstrząs mózgu, może po czterech godzinach być zdrowy, prawda? Podręczniki medycyny zapchane są takimi przypadkami. - Ironia aż ściekała z jej słów, ale on patrzył na nią, kiwając potakująco głową. - Na twojej planecie to rzecz normalna – zaryzykowała.

Uniósł brwi ze zdziwieniem. A potem w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia.

- Wybacz, że nie zrozumiałem od razu, ale… - bezradnie rozłożył ramiona. - Myślałem, że moja zdolność regeneracji nie jest wyjątkowa. Jak mogę dostać się na ulicę Zwycięstwa? To sprawa życia i śmierci.

Patrzył błagalnie tymi swoimi szafirowymi oczyma i Vera poczuła, jak jej umysł robi woltę.

Jej cudowny, szalony brat nie zastanawiałby się. Nawet przez moment nie wyobrażałby siebie odbierającego Nobla za odkrycie mechanizmu regeneracji ludzkiego organizmu, ani przez chwilę nie zastanawiałby się, do kogo powinien zadzwonić – do Departamentu Obrony czy do Instytutu Genetyki Eksperymentalnej. Kola po prostu zawiózłby Obcego tam, gdzie by ten chciał i pomógł mu wrócić do domu, gdyby takie było jego życzenie. Poczuła wstyd. Wstrętne uczucie.

- Poczekaj chwilę, zawiozę cię - mruknęła.

Podpisała się na liście, wydała parę zaleceń dotyczących jej pacjentów i zdała dyżur. Mogła iść do domu. Damian czekał cierpliwie, wpatrując się w telewizor, na którym akurat leciał jakiś kopany serial. Mortal Combat, o ile rozpoznawała stroje.

- Chodź, to po drugiej stronie miasta. Zejdzie nam z godzinę.

Wsiedli do samochodu, czarnej toyoty. Sprawnie lawirowała po przyszpitalnym parkingu. Wyjechali na ulicę i wsunęli się w sznur samochodów. Patrzył na nią – jeszcze była młoda, choć już było widać oznaki starzenia się organizmu. Szczupła, o wydatnych piersiach. Nie wiedział dlaczego jego oczy przyciągał ich widok. Gdy miała na sobie szpitalny fartuch, były ukryte, teraz, w obcisłej, czerwonej bluzce z dużym dekoltem natrętnie dopominały się o uwagę.

- To nieuprzejme tak wpatrywać się w kobiecy biust – powiedziała, nie odwracając oczu od drogi.

W jej głosie wyczuł nutki śmiechu, co tylko pogłębiło jego zmieszanie. Postanowił nawet nie przepraszać. Odwrócił głowę i skoncentrował się na mijanych ulicach. Po chwili zamknął oczy i oparł głowę o fotel. Jego zdolność percepcji załamała się. Zbyt wiele nowych obrazów, których nie potrafił uporządkować, nazwać, ustosunkować się do nich. Jakby rzeczywiście był na innej planecie. Co innego wiedzieć, a co innego ujrzeć na własne oczy, powąchać, posmakować. Porozmawiać z ludźmi, którzy tu żyją na co dzień. Zaczynał podejrzewać, że może Germaine miał rację, trzymając go z dala od tego tygla.

Pytanie, czy te parę godzin poza azylem świątyni mu zaszkodzi…

- Jesteśmy na miejscu – Vera zatrzymała samochód przed ponuro wyglądającym budynkiem – był wielki, sześciopiętrowy, z czerwonej cegły, z zakratowanymi oknami. Na wielkich drzwiach widniał szyld Państwowego Domu Dziecka im. Mary Poppins. Wysiedli i podeszli do drzwi.

- Ktoś miał chore poczucie humoru – mruknęła. – I co teraz?

- Musimy znaleźć Tanyę i Sanda.

Kiwnęła głową i nacisnęła przycisk domofonu.

***

Za oknem zapadał zmierzch. Ostatnie promienie słońca oblewały szkarłatem ośnieżony szczyt Fidżi. Ostatni łabędź spłynął majestatycznie w szuwary stawu. Germaine niechętnie odwrócił wzrok od tego promieniującego nieziemskim spokojem widoczku. Znów pomyślał, że się starzeje. I to w sposób, na który nie ma ratunku. Tak łatwo jest przecież przywrócić młodość komórkom organizmu, nawet jasność myślenia mózgowi. Ale kiedy dusza zaczyna być zmęczona, szuka ukojenia, odpoczynku, snu – to znak, że zbliża się koniec.

Tylko Bóg może istnieć wiecznie. Człowiek tego po prostu nie wytrzyma.

- Nadszedł czas – powiedział. Nauczyciele siedzący na poduszkach wokół niskiego stolika, popatrzyli na niego jak jeden mąż.

Tiru, mistrz zapomnienia.

Vanga, ta, która wie wszystko o nieśmiertelności ciała.

Demos, mistrz wiedzy.

Kato, mistrz energii.

Milczeli.

Przed Demosem leżał dysk z nagraniem rozmowy telefonicznej, jaką Damian przeprowadził przed opuszczeniem świątyni. Zwykła pomyłka telefoniczna. A konsekwencje mogą być trudne do przecenienia. Jeśli Damian nie jest wystarczająco twardy.

I Nauczyciele, i Germaine – Opiekun, wiedzieli o tym doskonale. Nie musieli strzępić języka.

- Wysłałem Noya, by obserwował ten Dom. Będzie chronił Damiana, gdyby coś miało się stać.

- Damian nie potrzebuje ochrony Noya – Kato uniósł nieznacznie brew. – Pokonałby trzech takich jak Noy. To Tiru jest mu potrzebny.

Cisza po słowach Kato była potwierdzeniem.

Po co mówić, skoro wszystko jest wiadome.

Germaine znów poczuł na sobie ich wzrok. No tak, najważniejsze jak zwykle spada na niego.

- Trzeba pozwolić mu zrobić to, co musi – powiedział powoli. – Zaprzeczenie może jeszcze bardziej naruszyć jego stabilność. Ale będę w pobliżu. I gdy nadejdzie czas, przypomnę mu, po co żyje.

Nauczyciele ledwie dostrzegalnie kiwnęli głowami. Tylko Vanga uniosła dłoń.

- Nie sądzę, by było to takie proste. Jest z kobietą. Młodą kobietą. On nigdy nie był z młodą kobietą, która nie wie, kim on jest. Damian oprócz umysłu i duszy ma także i ciało.

Germaine ciężkim wzrokiem przyjrzał się jedynej kobiecie w tym męskim świecie świątyni Genesis. Jak zwykle, patrzyła na problem z odmiennego punktu widzenia. Brała pod uwagę sprawy, które pozostałym Nauczycielom nie przychodziły do głowy. Ale Germaine zbyt dużo czasu spędzał poza świątynią, by zapomnieć.

- Damian jest buntownikiem z natury – powiedział cicho. – Nie muszę nikomu przypominać, jak wiele wysiłku kosztowało nas utemperowanie go. Dlatego nadal twierdzę, że musimy mu pozwolić zrobić to, co będzie uważał za konieczne. Nawet jeśli dojdzie i do tego. Nasycenie jest lepsze od głodu.

Tym razem wszyscy Nauczyciele zgodzili się. Narada była skończona. Germaine patrzył, jak wstają, zbierając fałdy białych szat, i rozchodzą się do swoich zajęć. Nawet Vanga nie pomyślała, że jeśli chodzi o seks, lepiej jest nie próbować, bo potem chce się jeszcze, i jeszcze…On, Antoine de Saint Germaine, były hrabia, kochanek tysięcy kobiet, wiedział o tym najlepiej.

***

Na widok skulonego dziecka w brudnej pościeli, Damianowi wyleciało z głowy wspomnienie piersi doktor Very. Za nim, w otwartych drzwiach, nocny stróż domu dziecka cicho pochrząkiwał. Po tym, jak lekarka położyła na brudnym blacie dyżurki tysiąc euro, nie tylko wpuścił ich do środka, ale zrobił się nawet dość gadatliwy.

- Mała Tanya… tego… jakaś… jedna jest Tanya… tego. Tam w… prawym skrzydle… w pokoju.

- A Sand? Kim jest Sand? – spytał.

Strażnik obrzydliwie chrząknął z głębi nosa, i przełknął, jakby żywił się wydzieliną spływającą mu do gardła. I udał, że nie słyszał pytania. Vera bezradnie wzruszyła ramionami. Nie miała więcej gotówki. Więc Damian ścisnął lekko łokieć strażnika, trafiając na nerw. Po krótkim, acz przejmującym okrzyku, w którym strażnik zawarł cały swój ból i zaskoczenie, dowiedzieli się, że Sand jest tutejszym lekarzem. A Ilza spadła z szóstego piętra. Zawsze była niezgrabna.

Mówił to, pochrząkując, kiedy prowadził ich do pokoju Tanyi. Stali teraz, patrząc na skulone w brudnej pościeli drobne ciało. Strażnik chrząknął jeszcze obrzydliwiej i bezceremonialnie zapalił światło. Vera podeszła do łóżka i odkryła kołdrę. Pod spodem był kłąb starych gazet.

- U…uciekła! – zaskoczył strażnik i sięgnął po gwizdek. Damian lewą dłonią chwycił go za rękę, a prawą wyszukał węzeł nerwowy przy jego obojczyku. Mężczyzna znieruchomiał. Tylko oczy poruszające się z narastającą paniką zdradzały, że jedynie ciało zostało unieruchomione paraliżem nerwów.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?