JadącTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Nie mam wątpliwości. Jesteśmy przypisani obrazom, dźwiękom, frazom, wersom i pejzażom w zasadzie do śmierci. Łagodzą złości, powściągają prostactwo, jakie wymusza na nas życie, przepędzają chandrę, od czasu do czasu przybierają postać niegroźnego opętania, a z dobrych chwil, jakich nie brak, czynią coś intymnego, osobistego, czego nie dzielimy nawet z najbliższymi. Bo to jest niepodzielne. Na tym polega urok tych wzruszeń lub, jak kto woli, tęsknot. Muzyka samochodowa, wchodząca w skład porywającej mnie jeszcze do niedawna triady złożonej z pejzażu, jazdy i dźwięku, jest tego przykładem. Setki utworów wielkich, dobrych, takich sobie, przypadkowych lub ewidentnie byle jakich – towarzyszących mi w podróżach przez kilkadziesiąt lat – których odtwarzanie z przyczyn technicznych nigdy nie było koncertowe, odcisnęło ślad na moich próbach literackich w nie mniejszym stopniu niż lektury, przyjaźnie, przygody, niepowodzenia lub sukcesy. Nie wykluczam, że niektóre z nich odpowiadają za moje chybione zamiary, literackie mielizny, błędy, dekonstrukcje, ale też za to, czym mogę się pochwalić. Co z tego pozostało? To, co pamiętam. Co pamiętam? To, co przedstawiam. Dlaczego przedstawiam? Wyjaśnienie w załączeniu. Fakt, że od kilku lat w podróżach, i nie tylko, starość podpowiada mi ciszę i że tym podpowiedziom ulegam, jest drugorzędny.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

INNE TONY

.

1

Słuchałem Cyganów. Z taśm magnetofonowych, płyt, radia, na koncertach, we wnętrzach i w plenerze, raz nawet przy ognisku, gdy, zaprosiwszy ich, czciliśmy dwudzieste piąte urodziny jednego z moich kompanów z klanu Hemingwaya. Zdarzyło się to pół wieku temu wczesną jesienią, w czasach gdy nie stroniłem od kumpli, gdy dyspozycja fizyczna i psychiczna pozwalały mi beztrosko cieszyć się ich towarzystwem, gdy pogląd, że dobrze jest mieć mnie po swojej stronie, jeszcze nie przeminął. Słuchałem Cyganów, nawet gdy się nie odzywali, nawet gdy nie było ich w zasięgu wzroku. A najczęściej nie było. Słuchałem Cyganów, by zaspokoić niższą część mej natury, domagającą się dwuznaczności, a czasami wręcz grafomanii, trzymanych jednak przy pysku przez stronę wyższą. W ryzach jakiejś formy.

Może dlatego nie płakałem nigdy przy Białym misiu, nie porywała mnie do tańca Karin Stanek, nie tuliłem nigdy dziewczyny przy strofach Małego Księcia, szeptanych przez Kasię Sobczyk, i nie wyginałem się na wszystkie strony przy Lucilli Michaja Burano, choć to Cygan. A moja umiarkowana egzaltacja bigbitem przerwana została brutalnie, gdy na koncercie Niebiesko-Czarnych w J. G. wyrwano rękaw w mojej jedynej marynarce. Panosząca się we mnie natura niższa, której do końca nie ujarzmiła starość, kontrolowana była nieustannie przez dystynkcję, na jaką zapracowały pokolenia. Otrzymałem ją w darze wraz z prezentami, o jakie w najczarniejszych snach bym nie zabiegał. Ale dar dystynkcji sobie cenię. Tym więcej, że opuszczając kurtynę między mną a fascynacjami muzycznymi moich rówieśników w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, dla Cyganów ją nieco podniosła. Nie zachęcała mnie do nich, ale też mi ich nie broniła. Jej komunikat brzmiał: byle nie za długo, byle nie za często, byle nie za głęboko.

Czy słuchałem Cyganów w aucie? Czy weszli do spisu mej muzyki samochodowej? Obligatoryjnie, choć już nie pamiętam dokładnie, o jakich Cyganów chodziło i gdzie. Tak czy inaczej musieli zabierać się ze mną w podróże krótkie, jednodniowe, i w te niezmierzone, za jakie w początkach lat siedemdziesiątych uchodziła jazda z Wiednia na południe Grecji przez Jugosławię wzdłuż. Ale tym razem ze sobą ich nie zabrałem z przyczyn, że tak powiem, technicznych. W rzeczy samej, dołączyli do mnie nie przypadkiem, bo w moich relacjach z muzyką przypadków nie ma. Nawet dziki parking przed Bitolą, już bardzo na południu kontynentu, w skwarze sierpniowego dnia, nie był przypadkiem.

Zobaczyliśmy ich z kilkuset metrów podczas prostego zjazdu, co w jugosłowiańskiej Macedonii, na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą z Grecją, było ewenementem, gdyż niezłe asfaltowe drogi prowadziły w górę i w dół niekończącymi się zakosami. Szukaliśmy przygód. Nie wypowiadam się za moją pięćdziesięcioletnią wtedy dzielną matkę, ale my troje: moja przyrodnia siostra, jej niemiecki przyjaciel i ja, głodni byliśmy wrażeń. Nawet byle jakich. Trzech Cyganów piekło mięso na przenośnym grillu. Obok stał ich sfatygowany mercedes cały w kurzu, z kontrabasem na dachu. Parking był wąski, zaśmiecony, bezludny, uczepiony stromego stoku, a Cyganie niechętni do kontaktów. Nasze dwa poczciwe autka, toporny volkswagen garbus i rozkoszny citroën 2CV z otwieranym dachem z dermy, kupione na austriackim szrocie za sześćset dolarów, ustawiliśmy nieco dalej, sugerując, że zatrzymaliśmy się dla widoków. Po kwadransie wzajemnego obserwowania się na rozpalonym słońcem pustkowiu zapytałem Cyganów, czyby nam zagrali, skoro skończyli już swoje mięso. Odpowiedzieli, że na parkingach nie grają. Na pytanie, gdzie w takim razie, wskazali góry. Na to ja, że góry omijamy, więc nie będzie okazji posłuchać i że tego żałuję. Najmłodszy z nich – rozebrany do pasa, spalony słońcem – niepytany o to poinformował, że jest Albańczykiem z Kosowa i że mogą zagrać kilka kawałków, skoro nam na tym zależy, za dwadzieścia marek, ale bez kontrabasu, bo ciężko się go wiąże na dachu merca i nie mają do tego głowy. Stanęło na piętnastu markach. Skrzypek był biegły, akordeonista coś tam imitował, gubili rytm, melodie były nie do odgadnięcia. Ani to Rosja, ani Bałkany, ani standardy cygańskie. Zgiełk, co zawisł w upalnym powietrzu i kurzu, mimo że ruch na szosie był znikomy. Kontrabas by ich jakoś organizował, ale, faktycznie, wyplątywanie go z taśm, jakimi do dachu auta został przymocowany, nie było warte tych piętnastu niemieckich marek. Najmłodszy z trójki, który miał się za Albańczyka, nie nadążając za skrzypkiem, usprawiedliwił się, że gdyby grali w górach, ich muzyka byłaby lepsza. A teraz jest taka, jaka jest. Dlatego nie grają na parkingach czy gdzie bądź.

Z dzieciństwa pamiętam Cyganów, którzy grali gdzie bądź. Niewielki tabor pojawiał się w naszych stronach co roku w połowie chłodnej na ogół i deszczowej wiosny ze względu na niezamieszkane, płaskie i nic niewarte łąki między zapuszczonymi stawami. Stanowiły pejzażową uwerturę do zalesionych gór, zapowiadających się nagle i pięknie. Na wspomnianym kilkusethektarowym ugorze dobrze się miały opary, mgły, dymy i to musiało taborowi odpowiadać. Nie rzucali się w oczy. Ale przed pozostawionymi samym sobie wszędobylskimi dziećmi nic się nie ukryje i tabor pogodził się niechętnie z naszą asystą. Mam wrażenie, że grali lepiej niż ci sprzed Bitoli, a jeżeli nie lepiej, to chętniej. Czas spędzali pracowicie przy kotłach i garnkach, które bielili i łatali. Ich muzyka i śpiew odzywały się rzadko, z nieznanych nam okazji, ale mieliśmy czas i cierpliwość, by na nie czyhać. Wszystkiego nam brakowało poza czasem. Byliśmy szczęśliwym stadkiem, w jakimś stopniu zjednoczonym z taborowymi Cyganami swobodą. Skończyło się to w połowie lat pięćdziesiątych. Po prostu nastała wiosna, a Cyganie się nie pokazali. Następnej wiosny również. Nikt ich nie wyglądał. Byli żywiołem obcym, upartym w swych zwyczajach, oddanym niezrozumiałym rytuałom, nieprzystosowanym do społeczności niechętnej wszystkiemu, co nie mieściło się w prostackiej normie. Nie sądzę, by poza mną ktoś ich wspominał.

*

Cyganów słuchałem też w drodze do włoskiego Fano, gdzie lata temu wynajęliśmy apartament na dwa tygodnie czerwca. Były to fantastycznie zaaranżowane pieśni rosyjskiego rodzeństwa Dżałakariewych, choć mogli się nazywać trochę inaczej i być małżeństwem. Moja żona i ja słuchaliśmy ich z oddaniem, moja pasierbica z narastającym zniecierpliwieniem i gdy gdzieś na wysokości Udine zmieniliśmy ich na Raya Charlesa, zgodziliśmy się, że jest różnica, biorąca się nie tylko ze zmiany muzycznego gatunku, która czarnemu pieśniarzowi powinna schlebić.

Na górnej drodze z Malagi do Rondy, jednej z najpiękniejszych w Hiszpanii, słuchałem andaluzyjskich Cyganów z płyty kupionej godzinę przed wycieczką. Psuła mi widoki uzależnieniem od miłości daremnej, tragicznej, krwawej, bo innej w tych obsesyjnych pieśniach nie było. Ciszę przyjąłem z ulgą.

A kilkanaście lat wcześniej przysłuchiwałem się ze wzruszeniem młodziutkiej Cygance, dziecku prawie, która w radzieckim filmie Zmartwychwstanie według powieści Lwa Tołstoja skarżyła się bohaterowi tej historii na jego nieczułość. Film był staranny, upozowany, a Cyganka wzięta wprost z rosyjskiego życia, z przelotnych romansów, jakie młodzi ziemianie włączali do katalogu obowiązkowych przygód. Wrocławskie kino Klub, w najładniejszej części miasta, specjalizowało się w repertuarze radzieckim, w związku z czym omijane było solidarnie przez naród. Wraz z kilkoma innymi kolaborantami oddawałem się artystycznym wrażeniom w pustej, komfortowej sali, do której z czasem wchodziłem bez biletu.

Nie miałem natomiast okazji wysłuchać kilkunastu nieźle przymulonych Cyganów na nadbrzeżu w Syzraniu, Chwałyńsku, Nikołajewsku, a może w Saratowie, w każdym razie w jednym z tych zamkniętych mimo pierestrojki sowieckich miast, bo Cyganów przepędziła milicja, nim zdążyli się zestroić. Matka Wołga ich nie uchroniła. Za to nikt nie przepędzał Cyganów z krakowskiego rynku, gdy wędrowali od kawiarni do kawiarni, wymuszając opłaty, mimo że nikt ich nie zamówił, i miałem wrażenie, że płacono im nie tyle za muzykę, ile za to, by nie grali.

 

Słuchałem Cyganów na dwóch kolejnych festiwalach romskich w Ciechocinku, gdy jako delegat Zaiksu wręczałem nagrodę Don Vasylowi. Obok wymuszonego przez publiczność cygańskiego lub, trzymając się poprawności, romskiego disco zdarzały się tam wirtuozerskie popisy skrzypcowe, gitarowe, akordeonowe romskich mistrzów z Węgier, Mołdawii, Serbii, Czarnogóry, przyjmowane przez kilka tysięcy widzów niechętnie, z nieukrywanym zniecierpliwieniem, gdy koncert się przedłużał, a publiczność chciała znów się pokiwać w rytm muzycznego zgiełku. Do dziś słyszę wysmakowane akordeonowe frazy z Bałkanów, grane przez starszego pana o smutnym spojrzeniu i ciemnej, zniszczonej twarzy, który zniechęcił do siebie publiczność rezerwą wobec jej rozdokazywania. Na tym festiwalu był kimś z nierozpoznanego, więc wrogiego świata.

Słuchałem zatem Cyganów lepszych lub gorszych, w aucie i nie tylko, ale ani pierwsi, ani tym bardziej drudzy nie mogli przypominać tych, których wysłuchał bohater mojej debiutanckiej powieści Powrót Maks Rogoyski w Odessie jesienią tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku, żegnając białą Rosję. Tych Cyganów nie słuchałem.

2

Ale słuchali ich ci, których zdążyłem wysłuchać. Jakim cudem? Ano cud nic nie ma tu do rzeczy, jeżeli już, to metryka. Życie stworzyło mi okazję poznania kombatantów najokrutniejszej wojny w dziejach ludzkiej lub raczej nieludzkiej cywilizacji: rosyjskiej wojny domowej. Po stronie czerwonych – po stokroć jebał ich pies – stanęło ponad milion mężczyzn, białych wyróżniał kunszt bitewny wraz z poczuciem nieredukowalnej straty, przeświadczenie o daremności wojennych poświęceń, o jałowości statusu żołnierza bez wiary, które obezwładniają lub dopingują do straceńczej odwagi. U białych jedno konkurowało z drugim. Byłem więc kilkuletnim niemym świadkiem wzajemności półczerwonego z dwoma białymi. Starość lub późne lata męskie wytłumiły w nich wrogie myśli i w ich zażyłości, bo nie sądzę, że przyjaźni, była przyjemność bezpiecznego przebywania ze śmiertelnym jeszcze niedawno wrogiem, zdolnym do niewyobrażalnych bestialstw, a teraz skrępowanym wspólnym marnym losem na peryferiach życia w obcej im ludowej ojczyźnie. Co do ojczyzny, to rzec można, że nie narażała ich na prześladowania, gdyż, podobnie jak w Sowietach, białogwardyjcy nie byli jej pierwszymi wrogami, a pamięć o ich zdumiewających przewagach, gdy siłami korpusu rozgramiali stutysięczny bolszewicki front, przywoływała jeżeli nie szacunek, to respekt. I choć nieprzejednany w swych poglądach eser Anzelm Tomkiewicz przygniatał dwóch pozostałych tubalnym głosem i gigantyczną sylwetką, to mój dziadek i pan Poniński, Piniński, Biniński, a może wręcz Bniński – tego już nie sprawdzę – były sztabowiec wojska dońskiego atamana Kaledina, znajdowali sposób, by Tomkiewiczowi wskazać jego miejsce przy stole i w historii. A stół naszego rozległego poniemieckiego domu w porze recepcyjnej oferował nieodmiennie kawę zbożową, chałkę i marmoladę buraczaną, za którą przepadały dzieci. Skromność popołudniowego posiłku rekompensował rytuał. Czysty obrus, srebrne sztućce z herbami galicyjskich Skrzyńskich, piąta po południu i rozmowa z żołnierskimi wspomnieniami w tle. Mogłem się jej wraz ze swym młodszym o dwa lata bratem ciotecznym przysłuchiwać pod warunkiem zachowania ciszy. Zajmowaliśmy miejsce pod stołem lub na wielkiej ciemnozielonej kanapie, z której lubiły wychodzić myszy oswojone przez dziadka, i zamienialiśmy się w słuch. Dzieci w żadnym ze znanych nam domów nie były partnerami do wymiany poglądów, nasz dom szedł w tym reżimie dalej i zasada, że dzieci w obecności dorosłych miały być, jakby ich nie było, obowiązywała. Chyba że ktoś z dorosłych o coś zapytał, wtedy należało odpowiedzieć bez ociągania i dąsów. I krótko, o ile to możliwe.

Ale pytania zdarzały się rzadko, a w przypadku dziadka nie było ich nigdy. Nie zauważał nas. To zastanawiające, że przez blisko dekadę zamieszkiwania pod jednym dachem nie zamieniłem z dziadkiem jednego zdania. W swych dobrych męskich latach przypominający Marlona Brando, na starość wysechł i wyszlachetniał. W domu nie rozstawał się ze szlafrokiem, lecz gdy codziennie około południa wychodził do jedynej w naszej wypoczynkowej wsi restauracji Pod Minogą, mistrzowsko prowadzonej przez nieodżałowanego pana Brolika, byłego kucharza z lwowskiego George’a, to ubierał się starannie i wsparty na lasce był znakiem, najoględniej mówiąc, obcym w S., więc lżono go na potęgę.

Wtedy, naturalnie, tak tego nie interpretowałem, ale teraz, z perspektywy siedemdziesięciu blisko lat, jakie minęły, milczenie dziadka odbieram jako niezgodę na degradację rodziny, nieporównanie dotkliwszą niż naszych bliższych i dalszych krewnych z Wrocławia, Krakowa, Warszawy, Wybrzeża, którzy mieli się lepiej. Nikt z nich przed wojną nie wiódł tak wystawnego, na kredyt ma się rozumieć, życia, jak w zachodniowołyńskiej Dibrowce, a wtedy w Uhrynowie. U nikogo nie było takich kilkudziesięcioosobowych wielkanocnych śniadań, równie licznych wigilii, hucznych imienin i, przede wszystkim, polowań, którym dziadek poza wojną poświęcił dorosłe życie. Ostatni Rylski – dwaj pod każdym względem udani synowie dziadka byli ofiarami obydwu totalitaryzmów, a równie udana córka miała okazję skorzystać z dziesięcioletniej gościny w jednym z sowieckich łagrów nie bez uszczerbku na swoich siłach – jaki pozostał, to klęska wizerunkowa na całej linii, kompatybilna z upadkiem reszty. Nadzieja, że jak dorosnę, to się losowi odwiniemy, nie przeszła ani na moment w pokrzepiającą iluzję, że fortuna kołem się toczy, że to, co źle się zapowiada, czasami dobrze się kończy, że nie należy sądzić po pozorach. Trzy stare postaci, z którymi upływało moje dzieciństwo, solidaryzował pesymizm co do mojej przyszłości. Wspomniana w impresji Swietka Izabela Rylska, zwana w rodzinie Idą, manifestowała to irytacją – jej wyrazem były: sarkazm, ironia, kpina, nierzadko szyderstwo; dziadek zamknął się w dyskrecji, co, jeżeli przesadna, staje się obojętnością; babka obdarzała mnie uczuciami, które miały mi wystarczyć na lata, kiedy już ich nie zaznam. Jej mądrość, dobroć, prawie świętość nie gasiły we mnie jednak wrażenia, że jestem chwastem w ogrodzie Pana. O ile w stosunku dwóch starych kobiet do mnie nie było nic, czego nie potrafiłem zrozumieć, o tyle moja relacja z dziadkiem – dzieci lubią sobie czasami coś uroić – wydawała mi się tajemnicza. Na przykład pewnej mroźnej zimy nieprzejednany w milczeniu przy mnie, skądinąd rozmowny dziadek zapytał przez moją babkę, czy mógłby zatrzymać do wiosny pożyczoną ode mnie Szarą wilczycę, gdyż chciałby do niej wracać. Zgodziłem się z entuzjazmem i postanowiłem w tej sprawie pójść do niego, do części domu przez dzieci nieodwiedzanej, ale babka mnie zatrzymała, mówiąc, że sama mu to powtórzy, że dziadkowi nie chodzi o mnie, tylko o opowiadanie. Pomyślałem wtedy lub powinienem pomyśleć, że zapobiega się moim z nim kontaktom z powodów, które zrozumiem, jak dorosnę, że tajemniczość jego rezerwy ma służyć czemuś ważniejszemu niż banalna rodzinna zażyłość. Dzieci, jak już wspomniałem, lubią sobie czasami coś uroić. Całe moje dzieciństwo to był spis najprzedziwniejszych urojeń. Ale akurat mój związek z dziadkiem, a ściślej kompletny jego brak, służyć mógł, przy pozorach tajemnicy, czemuś tak nietajemniczemu jak przeznaczenie. Bo wracamy do Cyganów, a przez Cyganów do bohatera Powrotu, Maksa Rogoyskiego, a przez niego do dziadka, jakim mógł być w młodości i jakim w poważnym stopniu najpewniej był. Jeżeli nawet dziadek nie miał ambicji bycia wierzycielem Maksa Rogoyskiego, to ten był dziadka dłużnikiem. Bez dwóch zdań. Pożyczył od niego powierzchowność, wojenną młodość, fascynację pięknem i seksowny męski tragizm. Toteż nie mógł nie dostać gorączki, słuchając późną jesienią tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku w Odessie kilkudziesięcioosobowego chóru cygańskiego żegnającego białą Rosję. Nie mógł nie poczuć dreszczy, gdy burzą oklasków powitano smutną, rozdygotaną od gitar pieśń. Nie mógł nie poczuć napięcia wywołanego frazą, niesamowitą modulacją głosów, rytmem i barwą. Opuszczając salę, otumaniony wrażeniami, trącił szukającego zaczepki oficera kawalerii Erdelego. Oficer nie mógłby lepiej trafić, gdyby nie szlachetność koncertu. Po jego wysłuchaniu Rogoyski nie był w nastroju do zwady. Nawet malowniczej. To było szlachetne – powiedział kilkadziesiąt lat potem pan Poniński, Pniński lub Biniński. – To, co zaśpiewali nam wtedy Cyganie, było szlachetne. Dziadek potwierdził to skinieniem głowy. Przysłuchując się wspomnieniom starców w naszym wielkim, nigdy niedogrzanym domu z zapachem stęchlizny i myszy, z krzątaniną mojej babki, z kojącym dźwiękiem imbryka na maszynce spirytusowej, kilkakrotnie to powtórzyłem, by zapamiętać. Za wszelką cenę zapamiętać. I tak też się stało.

3

Słuchałem Cyganów lepszych lub gorszych. W aucie i poza autem. Ale ani ci pierwsi, ani tym bardziej drudzy nie brzmieli szlachetnie. Nic tej muzyce nie brakowało poza szlachetnością. Nawet brawurowa i brawurowo przysposobiona na potrzeby kina, estrady, biesiady, mniej czy bardziej pijanych wesel muzyka Gorana Bregovicia, przy całym powabie, energii, egzotyce, fenomenalnych wykonań nie wspominając, cierpi na deficyt szlachetności. Czy szlachetność wspiera muzykę? Czy powinna mieć z nią związek? Czy to nie jest kategoria z innego porządku? Czy szlachetność nie przebywa w tym samym domu co anachronizm, w związku z czym omijać ją lepiej jak najszerszym łukiem? Znam zwolenników takiego poglądu, sam do nich nie należę. Uważam, że szlachetność, która w sztuce rzadko ma związek z afirmacją świata i istnienia, jest warunkiem wielkości. Możemy zachłysnąć się sztuką dobrą, bardzo dobrą, wybitną, ale jeśli postanowimy przydać jej wielkości, ten komponent staje się niezbędny. Talenty niczego w tej kwestii nie przesądzają, bo na szlachetność ich nie wystarcza. Czym szlachetność jest w życiu, mniej więcej wiemy, jeżeli nie władają nami złe moce; na pytanie, czym jest w sztuce, prosta odpowiedź nie jest możliwa. Bo to sprawa intuicji. A co podpowiada intuicja? Zależy komu. Co do mnie, to jej odpowiedź nie zmienia się od lat i brzmi: Jak najdalej od hymnu dziękczynnego za życie, jakie nam zaprojektowano w świecie, na który nie mamy wpływu. I jak najbliżej mrocznych smug splatających się w przestrzeń, z której wyrasta wszystko, co wyrafinowane, co nieustannie przywołuje piękno, tę siostrę miłosierdzia, by znieczuliła ból istnienia. Ona rozpacz potrafi zmienić w smutek, a z nim już da się żyć.

W porywającej tak często muzyce cygańskiej żaden z tonów tego nie potwierdza. Jakby do tej dystynkcji jeszcze nie dorosła. Czy dorośnie? Nie uważam, by sama z siebie, nawet wsparta o Django Reinhardta, Markovicia, Rodrigueza, flamenco, lecz użyta przez twórcę wyrafinowanego, który zechce potraktować ją poważnie, otrzymuje taką możliwość. I bywa, że z niej korzysta. Tak stało się w przypadku muzyki do filmu małżeństwa Krauzów Papusza, komplementowanego oględniej, niż na to zasłużył. Jan Kanty Pawluśkiewicz, korzystając z cygańskich motywów, nadał tej muzyce wymiar uniwersalny, przenosząc ją w przestrzeń, jaką folklor miałby prawo uznać za nierozpoznaną, nieoswojoną, obcą. Nie wykluczam, że tak też się stało. Skorelowana z obrazami leśnych duktów, kruchych brzezin, taborów wśród mgieł, traw, wód, koni puszczonych samopas, zadymionych wnętrz, zmierzwionych barłogów, obskurnych zaułków, a więc miejsc pięknych, neutralnych i szpetnych, odrywa się od swojego źródła, nie na tyle jednak, by stracić je z oczu. To przez nią i dzięki niej osiągnąłem stan wykluczający przygodę z archetypiczną muzyką cygańską nawet w najdoskonalszych wykonaniach. Jeżeli te tony mogą być tak wyrafinowane, szlachetne, zintegrowane z kadrami filmowymi, a jednocześnie autonomiczne, to muzyka cygańska w zgodzie ze sobą lub wbrew sobie została nobilitowana.

Co powiedziałby o niej Maks Rogoyski, bohater Powrotu? Dostałby na przemian dreszczy i gorączki w gromadzie junkrów, kadetów, bałtyckich baronów, kozackich atamanów, chanów i półchanów z północnego Kaukazu, dam z wielkiego świata i półświatka, których za kilka tygodni miała połączyć bieda i depresja na obczyźnie? Czy biała Rosja lub po prostu Rosja chciałaby być pożegnana taką muzyką? Nie sądzę. Nawet ja bym nie chciał, gdybym jakimś cudem wśród nich się znalazł. Przeszliśmy jednak od tego czasu długą drogę. Dojrzeliśmy. Otworzyliśmy się na wyższe stany tych samych w końcu egzaltacji, nie przestając być sobą.

4

Nocą czerwcową wracaliśmy z Mielnika nad Bugiem przez Drohiczyn do siebie pod Warszawę. Nie jesteśmy już w wieku do nocnych podróży, ale nocna podróż czerwcowa jest w istocie podróżą dzienną. W podróży wolę noce czerwcowe od grudniowych dni. A co dopiero na południowym Podlasiu, gdzie noc czerwcowa osiąga apogeum przyjaznej tajemniczości. Światło bywa kojące, widoki odleglejsze niż w rzeczywistości, drzewa odcinają się wyraźniej od tła niż w najjaśniejszych dniach, a w rozpadlinach, wąwozach, dolinach rzek opary są dyskretne, zwiewne, jakby przepraszały za swą obecność, zapewniając, że przed świtem czmychną. Łąki po południowej stronie rzeki, na których już nikt nie wypasał bydła, wsparte o Korczew, Hruszew, Platerów, oświetlał, miało się wrażenie, dzień, który na nich pozostał. Jakby doszedł do przekonania, że noc czerwcowa jest zbyt iluzoryczna, by się z nią liczyć. Przed Drohiczynem, gdzie lśniący stalowym blaskiem Bug na kilku kilometrach towarzyszy drodze, płynąc w obniżeniu, ale takim, że nie traci się go z oczu, włączyliśmy Jana Kantego z jego Cyganami. Zabrzmiał najpiękniej, jak to możliwe, potwierdzając prawdę, że są pejzaże dokładające się do muzyki i jest muzyka dekorująca pejzaż. Na widoki, które mijaliśmy, nakładały się te, jakich nie zobaczymy, jeszcze piękniejsze niż rzeczywiste, stworzone pod wpływem muzyki. Są wymyślone lub, co prawdziwsze, podpowiedziane przez frazy, bywa, że i takie sobie, lecz mające zdolność zaspokajania trudnego do zaspokojenia apetytu na wrażenia. W tym korowodzie nieodłączającym się nigdy od materii – bo widoki wymyślone nie nałożą się na pustkę – niezbędna jest droga i auto. Choćby dlatego, że nie muzyka towarzyszy drodze, tylko droga muzyce.

 

– Czy słuchasz tego, co wokół? – zapytała żona.

Odpowiedziałem, że nic innego nie robię, przejęty wzajemnym przenikaniem się trasy z dźwiękami, tej niepowtarzalnej sygnatury muzyki samochodowej, fascynującej triady złożonej z dźwięków, obrazów i jazdy. Wokalizy Elżbiety Towarnickiej i Kayah z Orkiestrą i Chórem Polskiego Radia w Krakowie brzmiały jak z innego, intrygującego świata. Szlachetność zrobiła swoje. W Węgrowie wyłączyliśmy odtwarzacz, bo tuż za miastem zaczynało się płaskie, monotonne, pyskate Mazowsze, które na Jana Kantego i jego Papuszę nie zasługuje. A poza tym zaczęło świtać.