Wigilia szatana

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wigilia szatana
Wigilia szatana
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 8,98  7,18 
Wigilia szatana
Wigilia szatana
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
4,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Wigilia szatana

Saga

Wigilia szatanaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726599756

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wigilia szatana

Trzech mędrców rozmawiało w progu niewielkiej stajni. Tau trzymaną w ręku słomką narysował trójkąt w plewach na ziemi. Po chwili wahania dorysował pod trójkątem kwadrat i podzielił go pionową linią na dwa pola. Zamyślił się i drapiąc się słomką we włosach, usiłował coś sobie przypomnieć.

- Wydaje mi się, że to powinien być stożek – powiedział stanowczo Zeta.

Stał oparty o framugę, lecz mimo niedbałej pozy, jego zdanie było wyrażone tonem definitywnym.

- Czuję, widzę - westchnęła Psi – jasne punkciki na tym stożku. Jak pięknie!

- Zadaniem naszym jest odgadnąć, czym to było – powiedział Zeta. – Potrafisz to wyczuć? – zwrócił się do Psi.

Psi rozpraszała się i rzedła, by po chwili konsolidować się i koncentrować. Wnikała w głąb, łączyła sobą odległe kwanty myśli. Na tle mgły, jaką się stała, pojawiły się wreszcie jej oczy, ciemne i wilgotne, patrzące z góry.

- To służyło do ozdoby i przyjemności. Jest obciążone poważną energią. Ach, jakże jest stara. Istniała na początku, przed pierwszą przemianą umysłów, zanim symbole scaliły się w jeden, obarczony cierpieniem, ale i nadzieją – wyszeptała.

- Mówisz, że symbole pochodziły z czasów, kiedy jeszcze nie było Saytana? – ustalał Zeta.

- Tak! On jeszcze nie został powołany do niesienia ciężaru.

- A ten rozdzielony prostokąt? – dopytywała się Tau.

- To przedmiot nazywamy drzwiami. I symbol. On się jeszcze powtórzy.

- Kiedy? – zapytał poważnie Zeta.

- Niedługo, już się staje.

- Drzwi? - zdziwiła się Tau. – Do czego, co za nimi?

Zwróciła się do Psi, zadając jej kolejne zadanie.

- To trudne – szepnęła Psi. – Ma związek z okręgiem czasu.

Mówienie i ogląd wewnętrzny wydarzeń szybko ją wyczerpywały. Przerwała relację, by nabrać sił.

Ogromny wysiłek potrzebny do przebycia drogi czasu po średnicy okręgu, zabrał jej również gęstość materialną. Rozproszyła się, znikła.

Niewidoczna, przebiegła długą drogę i powróciła, szybciej oczywiście niż się myślało. Na tle otwartych drzwiczek do stajni zmaterializowały się jej usta.

- Tak- potwierdziła. – Tak na końcu jak i na początku.

- Nowy początek – zdefiniował Zeta.

- Za tymi drzwiczkami? – powątpiewał Tau.

Chociaż mówił o rysunku, jaki wykonali słomką w warstwie plew pokrywających ziemię, spoglądał na żłób, widoczny z progu. Za żerdkami tkwił snop siana dla koni.

Z domu dobiegł brzęk naczyń przestawianych na płycie kuchennej. Matka przygotowywała kolację. Mędrcy zobaczyli wylatujący z komina czarny tuman sadzy. Ktoś energicznie czyścił wlot od dołu.

- Saytan! – krzyknęła na syna matka. – Cały jesteś czarny po tym czyszczeniu komina. Wyglądasz jak diabeł. Umyj się w tej chwili!

Jednakże jej ruchliwy synek, wyszedłszy z komina z uczernioną twarzą i rękami, tylko się wykrzywił w stronę jej pleców pochylonych nad stołem. Mając ręce po łokcie zanurzone w cieście, nie mogła się odwrócić. Obok na stolnicy zasypanej mąką stała miseczka z grzybami z kapustą.

- Co dostanę na prezent?

- A co napisałeś w liście?

- A po co? Przecież tu nie ma poczty!

- Dzieci tak zawsze robią.

- To głupie! I nie jestem dzieckiem.

- A kim jesteś? – roześmiała się, wciąż odwrócona plecami i zajęta wałkowaniem ciasta.

Mały Saytan stanął na środku kuchni, twarzą do okna. Patrzył na niebo, gdzie się poruszał mały srebrny punkcik. Punkt, nie większy od srebrnej monety, obracał się wokół swojej osi i emitował sygnały. Wydawał je regularnie od początku świata. Ich świata. Tyle pamiętali. Co było wcześniej i czy jakieś „przedtem” istniało, nie wiedzieli.

Mały Saytan przeszył wzrokiem niebo. Wyprostował się i zacisnął pięści. Nabierał w płuca powietrza i rósł w głąb. Widział całe niebo i wszystkie metalowe przedmioty, które na nim pozostawiono i które poniewierały się od tamtych wydarzeń.

- Jestem władcą nieba – rzekł z wielką pewnością siebie.

- Uważaj, by cię z niego nie strącono – rzekła matka ze śmiechem.

Traktowała rozmowę z synkiem, jako przekomarzanie się i dziecinne przechwałki.

Mały Saytan przeniósł swój wzrok na ląd stały. Widział niewielkie skupiska biologii, ot, plamy na zestalonych popiołach. Wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.

- Jestem panem świata.

- Już nie jesteś dzieckiem czekającym na prezenty?

- Po co mi prezenty, skoro mam wszystko!

- A ja widzę przez okno, że ktoś do nas jedzie – powiedziała matka.

- To do mnie! Wiezie prezenty! – chłopiec bardzo się ucieszył.

- Dla ciebie zostaną wrzucone przez komin – przypomniała mu matka.

- Sprawdzę!

Wybiegł z domu i stanąwszy przed drzwiami przyglądał się jadącemu. Czarny koń, czarny jeździec. Zbliżali się szybko. Chłopiec biegał przed drzwiami raz w jedną, to znów w drugą stronę. Bardzo pragnął dostać prezenty. Jeszcze nigdy niczego mu nie podarowano. Za to na pewno w tym roku otrzyma coś nadzwyczajnego. Przecież się nie zdarzyło, by zdążał do ich domu taki ognisty koń, którego dosiadał jeździec o tak dumnej postawie.

Chłopiec marzył i tęsknił. Krążył, stawiając coraz bardziej niecierpliwe kroki. Jeździec na koniu wyglądał wspaniale.

Już się zbliżył na tyle, by chłopiec mógł zobaczyć broń optyczną wiszącą w poprzek piersi, a nad czołem niby gwiazdę świecący celownik. Czarne ubranie jeźdźca było utkane z włókien, wewnątrz których ukrywały się inteligentne urządzenia. Dzięki nim poruszał się pewnie w każdym terenie, nie zważając na terytoria pokryte ciemnością. Odnajdowały również drogę w odwróconej przestrzeni.

Teraz wzrok chłopca przyciągnął świecący na głowie strażnika namiernik. Zaciekawiły go potem liczniki doczepione do pasów skrzyżowanych na piersi. Jakże piękne były rękawice ze strzałkami. Szukał jednak ukrytego prezentu. Nie mógł odgadnąć, który z tych przedmiotów jest dla niego. Może wszystkie! Wyobrażał sobie, jak strażnik podjeżdża i zatrzymuje konia w miejscu, a ten unosi przednie wysięgniki. Pewnie twarz jeźdźca promienieje radością. Odczuwa zadowolenie z powodu spotkania z chłopcem. Czuje żywą radość z możliwości obdarowania go cennymi rzeczami. Podjeżdżał coraz bliżej. Podciągał uprząż i nawijał ją na rękę, powodując, że koń zwalniał kroku. Zwierzę nagle się zatrzymało, jakby uderzyło łbem w ścianę. Została tu postawiona zapora otaczająca obrzeże przestrzeni wewnętrznej.

Strażnik wstrzymał konia. Wbił wzrok w chłopca, a drugą rękę podnosił i strzałki na rękawicy już się kierowały wprost na chłopca. Ten jednak tylko się uśmiechnął z zadowoleniem i zatoczył dłonią koło. Przestrzeń zaczęła się rozszerzać i pętla jej granicy zawęźliła się poza plecami strażnika, który znalazł się w środku terytorium.

Koń opuścił łeb i postąpił krok do przodu. Strażnik się zorientował, że zapora została opuszczona, co oznaczało, że nie wzbudza strachu. Gospodarz interioru, mały chłopak z uczernioną twarzą wcale się nie obawiał stanąć z nim twarz w twarz. Koń podszedł jeszcze bliżej i stanął na wprost chłopca.

- Hej ty, diablątko! – wrzasnął strażnik. – Podejdź no tu!

Strażnik potężnych rozmiarów siedział dumnie na wysokim koniu i spoglądał z góry na chłopca. W czerwonej twarzy żarzyły się czarne oczy. Zrobiły się małe ze złości i wyrzucały z siebie pogardę, gdy wołał na chłopca. Ten jednakże wciąż szukał oczami prezentu.

- Co mi przywiozłeś? – zapytał, nie ruszając się z miejsca.

- Zaraz ci dam, to się nie pozbierasz! Co ty myślisz? Jestem twoim dostawcą? Jestem posłańcem królewskim.

- Co mi król przesyła przez ciebie? – zapytał chłopiec, ciesząc się jeszcze bardziej.

Wściekłość widoczna na twarzy strażnika była dla chłopca niezrozumiała. Strażnik się zastanawiał, jak postąpić. Czy stanąć do walki z dzieciakiem? Byłoby to poniżej godności jego, który wiózł ważną wiadomość i roznosił ją po całym terytorium. Możliwe, że zmiótłby dzieciaka jednym ciosem. Postawienie zapory świadczyło o tym, że chłopak miał potężnych opiekunów. Jeżeli należały do formacji półmaterialnych, walka z nimi nie zakończyłaby się zwycięstwem strażnika. Pokonanie ich części materialnej nie nastręczałoby oczywiście trudności. Obciąłby głowy czy odrąbałby na odległość ramiona. Taka siekanina nie zapewniłaby mu zwycięstwa. Byty opiekuńcze przelałyby się do swojej formacji niematerialnej. Strażnik nie przechodził treningu. Nie umiał sobie radzić z takimi formacjami. Mówiono, że pozostały po dawnych cywilizacjach. Strażnik w to nie wierzył. Nauka udowodniła, że nie było żadnych poprzednich cywilizacji i świat rozpoczął się od nich. Strażnik ufał nauce. Nie wiedział, jak wyjaśnić stawianie zapory czy istnienie formacji półmaterialnych.

Zanim wyruszył ze stolicy, postrzegał świat jako formę uporządkowaną i spójną. Uznawał ją za całkowicie wyjaśnialną. Rzeczywistość, w której żył, nie stawiała pytań. Były same odpowiedzi. Im dalej odjeżdżał od stolicy, tym bardziej zaczynał sądzić, że są kłamstwami. Nie chciał, aby tak było. Każde spotkanie, choćby takie jak to, z chłopakiem o czarnej twarzy strzeżonym przez niepokonanych opiekunów, było zburzeniem kolejnego gmachu, w którym mogli się bezpiecznie schować przed innym i nieznanym. Miał ochotę zetrzeć z powierzchni ziemi każdego, kto burzył ulica za ulicą jego solidny i słuszny świat. Właśnie stał przed dzieciakiem, który, choć się uśmiechał i tylko poruszył ramieniem, wołał, że strażnik żył w świecie ułudy i wszystkie odpowiedzi i wyjaśnienia były kłamstwem. Tylko on, ten mały okazywał się prawdą.

 

Wielką miał ochotę zabić tego chłopaka z czarną twarzą. Śmiał się tak bezczelnie i okazywał wielką pewność siebie, jakby to on był panem świata, a nie jego cesarz. Tak, zabije go, bo mały wzbudzał jego agresję. Uświadomił sobie w tej chwili, że jeszcze nigdy nie czuł tak dzikiej wściekłości. Nigdy nie miał ochoty zabijać. Czynił to tylko zmuszony do obrony. Nie zabił nigdy dziecka. Cóż, że cesarz wydał taki rozkaz. W aneksie do rozkazu cesarz podał warunki, które muszą spełniać dzieci likwidowane. Mają być płci męskiej i właśnie narodzone. Ten chłopak nie podlegał tym warunkom. Czemuż więc wzbudzał taką żądzę zabijania?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?