Najpiękniejszy dzień na śmierć

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Najpiękniejszy dzień na śmierć
Najpiękniejszy dzień na śmierć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 8,98  7,18 
Najpiękniejszy dzień na śmierć
Najpiękniejszy dzień na śmierć
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
4,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Najpiękniejszy dzień na śmierć

Saga

Najpiękniejszy dzień na śmierćZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726599770

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Przeszli przez wysoki mur. Zsunęli się z niego po pnączach, gdyż byli chudzi i wagę mieli niewielką. Uchwyciwszy się ramionami winorośli, zawiśli tuż ponad ziemią, nie dotykając jej jeszcze stopami. Chłopiec podniósł głowę i popatrzył po raz ostatni na szeroki mur i dach budynku, w którym spędzili tyle lat. Przywieziono ich niemal tuż po urodzeniu, kiedy tylko białe automaty medyczne stwierdziły, kim są. Wkładały je do tuneli, by zobaczyć wnętrze mózgu. One same siedziały na zewnątrz, przyglądając się na ekranach mapie neuronów. Sieci były w wielu miejscach przerwane. Stwierdziły, że nie można ich będzie odbudować.

Pokiwały więc swymi małym końcówkami, przypominającymi diody, uznane przez nich za głowy. Odwróciły się ku sobie, główki zapaliły się lekceważącym seledynowym światełkiem i zgodnie zgasły. Wyrok został wydany jednym kiwnięciem główki po lewej stronie i główki po stronie przeciwnej. Potem postąpiły zgodnie z procedurą.

Pojemniki zostały zapieczętowane i postawione do wysyłki. We wnętrzu każdego z nich panowały odpowiednie warunki, by ludzkie odpadki dotarły na miejsce przeznaczenia w niezmienionym stanie. Transport przebiegał sprawnie, oczywiście zdarzały się opóźnienia jak w każdym systemie, choćby i obsługiwanym przez program, ale starano się, naprawdę, by termin został dotrzymywany, głównie z powodu gromadzenia się nadmiernych zanieczyszczeń biologicznych.

Pojemniki przywożono tu codziennie. I choć ich bezwartościowa treść pozostawała na zawsze, to nawet przyrastała, o ile nie została wywieziona tylnymi drzwiami. Tam wlewano je wprost mieszarek i odjeżdżały. Nie powracały nigdy. Nikt też nie wychodził przez główną bramę, ukrytą w pnączach porastających ceglany mur. Może z tego powodu zaniechano pilnowania, a może raczej rozluźnienie wynikło z całkowitej pogardy i niewiary w jakąkolwiek przydatność tych istot.

Chłopiec trzymający się liści, przeniósł wzrok na dziewczynkę, która niezdarnie siedziała okrakiem na szczycie muru. Była widoczna zewsząd. W każdej chwili strażnicy patrolujący teren mogli ją zarejestrować. Wystarczyła ta chwila niepewności na szczycie muru, by ucieczka się nie udała. Zaraz się zacznie akcja, przyskoczą grubi strażnicy. Nie będą chcieli fatygować się zbytnio ani spieszyć. I tak ją ściągną z góry. Wystarczy, że pochwycą za szarą sukienkę, a mała spadnie im pod nogi jak kupa szmat.

Chłopiec mógł oczywiście otworzyć dłonie i zeskoczyć na ziemię. Byłby wolny i bezpieczny. Samotna ucieczka nie wchodziła oczywiście w rachubę. Nie mógłby istnieć bez tej małej, tłustej dziewczynki w szarej sukience. Zawsze, od początku świata był z nią i nie znał innych ludzi. Ona była wszystkim, co miał.

Wielkim wysiłkiem podciągnął się na rękach. Brakowało mu sił, ale się zdobył na jeszcze jeden ruch, dłoń podsunął powyżej dłoni. Ale teraz nie może się podciągnąć już ani o dziesięć centymetrów. Trzymał się rękami liści, patrzył w górę, jego nogi się obsunęły, ześlizgiwał się, spadał. Tylko jego oczy wciąż się wpatrywały w dziewczynkę, a ta przechyliła się w jego stronę. Jej duża głowa przeważyła, pociągnęła za sobą ciało. Dziewczynka spadła. I już razem, jeden na drugim, nie mając czasu, by się pochwycić, runęli na ziemię.

Dziewczynka się roześmiała, tak się jej spodobała przygoda. Chłopiec się podniósł i poczekał chwilę, aż dziewczynka się podniesie. Stanęła na grube nóżki obute w poszarpane buciki odlewane z formy. Zagadała ze śmiechem – „Gaga”, patrząc na chłopca. Tylko tyle umiała powiedzieć, więcej jej w Ośrodku nie nauczono, mimo programów logopedycznych.

Zobaczywszy, że dziewczynka jest bezpieczna, Jac odwrócił się plecami do muru i teraz odwrócił się w stronę świata. Popatrzył na niebieskie szczyty gór. Na ocienioną dolinkę, o zielonych zboczach. Na czerwone dachy białych domków miasteczka i szosę leżącą jak uśpiony wąż. Jego oczy poruszały się od przedmiotu do koloru, od kształtu do barwy. Usta się rozchyliły i tak pozostały.

Jeszcze nigdy nie widział tylu rzeczy, jego mózg nie poznał tak wielu kolorów, które się odbijały w lśniących gałkach oczu jak wielki wachlarz.

Dziewczynka zagadała swoje gaga i biegła przed siebie z wyciągniętymi rączkami, by pochwycić tą kolorową zabawkę. Już zbiegała z pagórka, pędząc jak szalona wśród wysokich traw, które ją ukrywały, aż wreszcie chłopiec się ocknął i zrobił kilka długich kroków, by pochwycić dziewczynkę. Złapał ją mocno za rękę, mówiąc – „Ja - cc”, bo to było wszystko, co potrafił.

- Gaga – odpowiedziała Gaga.

I w taki sposób się porozumieli, jak zwykle. Odtąd Gaga szła spokojnie, z ręką wsuniętą w dłoń Jaca, nie wyprzedzając go nawet o krok, jak posłuszny pies na smyczy. Schodzili z pagórka i zbliżali się do szosy. Wciąż zasłaniały ich trawy rosnące kępami i rozgałęzione krzewy. Usłyszeli nagle głosy ludzi. To znali. Niebezpieczeństwo! Jac ścisnął rękę dziewczynki i natychmiast przykucnęli za krzewem. Głosy rozmawiały. Strach. Dziewczynka upadła na brzuszek i przycisnęła się do ziemi jak suczka, obawiająca się smagnięcia smyczą.

Chłopiec, rzuciwszy się na ziemię obok niej, osłonił głowę ramionami i nasłuchiwał. Były to głowy o tonacji zupełnie innej, niż kiedykolwiek słyszał. Odzywały się do siebie spokojnie, a nie wrzaskiem, jak zawsze, kiedy do nich mówili strażnicy i pielęgniarze. Jeden z rozmawiających przypominał głos dziewczynki. Jac nigdy nie słyszał, aby ktoś oprócz dziewczynki mówił takim głosem. Głosy strażników były ostre, a pielęgniarzy ochrypłe, szczególnie wtedy, gdy opróżnili butelkę z cuchnącą cieczą. Chłopiec nawet spojrzał na dziewczynkę, by sprawdzić, czy to nie ona tam rozmawia, ale Gaga leżała przyciśnięta do ziemi, mając usta wtulone w trawę. Była zajęta dotykaniem wargami pojedynczych źdźbeł trawy. Przesuwała językiem wzdłuż łodyżki, chwytała ustami listki. Były takie delikatne. Odgryzła listki, przeżuła je i połknęła. Jakże jej smakowały! Oblizała się i ustami pochwyciła płatki czerwonego kwiatku stojącego tuż obok na łodyżce. Rozpoznała smak gorzki, również dla niej nowy. Rośliny dostarczyły jej wargom i językowi nieznanych i ciekawych smaków. Jakże się różniły od pożywienia, które rzucali im pielęgniarze! W jej mózgu połączyły się dwie białe ścieżki, dotąd rozerwane i zaczęły pędzić po nich szalone sygnały.

Głosy się przybliżały. Usłyszeli szuranie nóg idących po trawie. Głos podobny do głosy Jaca, lecz grubszy, mówił coś cicho, a głos podobny do głosu Gagi odpowiadał, robiąc przerwy, w których odzywały się dźwięki – „Ha, ha, ha”. Dzieci nigdy ich nie słyszały. Nie wiedziały więc, czy wróżą niebezpieczeństwo. Jac przylgnął jeszcze bardziej do ziemi i wyciągnąwszy rękę, przygiął głowę Gagi. Dziewczynka leżała przyciśnięta policzkiem do trawy. Ufna w mądrość chłopca, patrzyła na niego znad ziemi spokojnymi oczami.

Właśnie za rzędem krzewów ukazały się dwie postacie. Młody mężczyzna wciąż się pochylał i zrywał czerwone kwiaty, wkładając je do jednej ręki. Mówił szeptem i namiętnie do dziewczyny, która biegła o kilka kroków przed nim. Niebieska sukienka tańczyła wokół kolan i fruwały jej włosy, wciąż się śmiała odmownie. Zobaczywszy jednak polankę zarośniętą gęstą trawą, rzuciła się na ziemię, śmiejąc się radośnie. Leżała na wznak z rozrzuconymi ramionami, patrząc w szczęśliwe oczy chłopaka, który się nad nią pochylił, obejmując. Bukiet czerwonych kwiatów porzucił tuż obok jej twarzy, zajęty dziewczyną.

W tej chwili zawyła syrena na dachu budynku na wzgórzu. Młody mężczyzna niemal nie zwrócił na to uwagi, lecz dziewczyna go strąciła ramieniem. Usiadł niedbale i wziął do ust łodyżkę kwiatu, gryząc ją, milczał niechętnie.

Zerwała się z trawy i odwróciła twarzą w stronę budynku.

- Coś się stało!

- Ktoś uciekł. Pewnie jeden z tych idiotów – odpowiedział powoli.

- Może kilku?

- Kto wie?

- To potwory! Może gdzieś się tu czają!

- Aga, nie bój się – uspokajał ją chłopak. – Nie są groźni.

- Moja matka oddała tu dziecko, chłopca.

- Dlaczego?

- Tuż po narodzeniu stwierdzili deficyty. Powiedzieli, że nieodwracalne. Nawet jej go nie pokazali.

- Połowa rodzin z miasteczka pozbyła się wybrakowanego towaru.

- Wy też?

- Podobno była jakaś dziewczynka – rzekł niechętnie. – Nie mówiła, tylko się śliniła, powtarzając – „Gaga”.

- Dlaczego tyle ich się rodzi?

- Świat jest zatruty. Wszystko – wypluł łodyżkę kwiatu – począwszy od roślin, na naszych mózgach skończywszy.

- Jack, chodźmy stąd!

- W razie czego, jestem przy tobie – odpowiedział, wstając powoli.

Szuranie traw oddalało się. Teraz dwie osoby szły blisko siebie, nieomal jak jedna. Potem odezwały się kroki na asfalcie i warkot silnika. Po chwili dźwięk się oddalił i przepadł. Syrena przestała wyć. Jac leżał chwilę przy ziemi, nasłuchując. Powoli odsunął ramię, uwalniając głowę dziewczynki. Gaga od razu zaczęła ssać płatki rosnących wokoło kwiatów.

Bukiet czerwonych maków leżał porzucony w trawie. Chłopiec zmierzył oczami odległość. Potem przez chwilę myślał o tym, że się przesuwa w prawo. Usiłował sobie wyobrazić, ile długości jego ciała przemieści się, by ręka mogła pochwycić bukiet. Uznał, że wystarczy przesunąć się dwa razy, może nawet mniej.

 

Nakazał dziewczynce ruchem dłoni leżeć i się nie poruszać i zastanawiał się jeszcze, jak dotrzeć do bukietu. Wiedział, że nie powinien stanąć na nogi. Usiłował całe ciało przesunąć do przodu, lecz nie było to możliwe. Natężył się znowu, lecz bez skutku. Myślał i wytężał umysł, wreszcie wysunął łokieć do przodu i się na nim oparł. Równie dużo czasu zajęło mu skojarzenie następnego łokcia z przesuwaniem się do przodu. Pełznął do przodu z wysiłkiem opierając się łokciami. Nogi sunęły za jego ciałem niby dwie spowalniające kłody. Nagle stopa oparła się o kamień, noga się przygięła i pełznął do przodu, opierając się również na kolanach. Używając tej trudnej metody posuwania się, szybko dotarł do bukietu. Pochwycił go od razu ustami, bo miał ręce wparte w ziemię. Odczuł radość z powodu odgadnięcia tak trudnej sztuki poruszania się przy pomocy zgiętych rąk i nóg. Szybko przeczołgał się w prawo, potem powrócił i jeszcze raz, ciesząc z nabytej umiejętności, szybko powrócił za krzak, gdzie leżała dziewczynka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?