Demon zagładyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demon zagłady
Demon zagłady
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 9,98  7,98 
Demon zagłady
Demon zagłady
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
5,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Demon zagłady

Saga

Demon zagładyZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726599787

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

DEMON ZAGŁADY

Szedł coraz szybciej, z rękami wbitymi w kieszenie spodni. Pochylił głowę, aby się nie obejrzeć. Mimo to na drodze przed sobą widział odblaski tańczących płomieni. Pożar szalał jednakże już dość daleko poza jego plecami. Płonęło miasteczko, zbudowane z białych domków, stojących wśród ogródków, zamykanych na furtkę. Mieszkali w nim mili, zwyczajni ludzie, którzy w ciepłe popołudnia jak to, rozmawiali o codziennych sprawach, opierając rękę na klamce przed powrotem do domu na kolację. Teraz jednak skakali sobie do gardeł i mordowali się szybko i okrutnie. Kiedy upadali, pokrwawione dłonie rozmazywały krew na białych ścianach. Z rynku dobiegały jeszcze dzikie wrzaski. Kłócili się i szarpali, wyrywali sobie z rąk przedmioty, wykrzykiwali wyzwiska i stare urazy.

Co spowodowało to straszne zamieszanie? Jaka była pierwsza przyczyna awantury? O co poszło? I kto był demonem zagłady? Czyżby ten człowiek, który oddalał się od płonących ulic i wrzeszczącego rynku? Nie oglądając się i nie czując w sobie żadnej winy?

Rozmawiali przyciszonymi głosami na zapleczu restauracji, gdzie zawsze ubijali interesy. Dzisiejszego wieczoru inny temat pochylał ku sobie ich głowy. Musieli ustalić wspólne stanowisko w sprawie potraktowania przybysza. I zanim podadzą ludziom oficjalne przyczyny wydarzenia, uzgodnią je między sobą i będą się potem trzymać przyjętej wersji.

- Chciałem go zatrzymać – powiedział sklepikarz. – Przecież widzieliście, pierwszy zareagowałem i podjąłem zdecydowane działania.

- To przecież ja zorganizowałem mu godne powitanie. – Właściciel komunikacji miejskiej przebił ofertę. – Pierwszy zorientowałem się, z kim mamy do czynienia.

Nawet nie chciało im się żachnąć na tak bezczelne kłamstwo. Rozumieli, że się bronił od oskarżenia o poważną zbrodnię. Zresztą, jak każdy z nich. Tylko restaurator milczał, powalony żałobą. Stracił najwięcej. Właściwie wszystko, co było napędem do gromadzenia majątku. Dla niego złote pieniądze były dotychczas najważniejsze. Po co ma teraz je gromadzić?

Każdy z nich chciał własną winę zrzucić na przeciwnika. Zresztą nie przyznawali się do żadnej winy, po prostu trzeba było się dogadać, jak zawsze.

Mimo wspólnego interesu, grali jednak przeciwko sobie. Żaden z nich zresztą nie wiedział, w jaki sposób przybysz wdarł się do samego serca wydarzeń. Każdy sądził, że taką informację posiada przeciwnik. Ostrożnie usiłowali tę wiedzę wzajemnie z siebie wydobyć.

Najważniejsze było ustalenie, w jakim celu w ogóle wszedł do miasteczka. Czy po prostu podróżował od jednej miejscowości do drugiej?

- To absurd – zaprzeczył właściciel komunikacji miejskiej. – W jakim celu miałby tak łazić? Taka osoba nie chodzi sobie po prostu.

- Właśnie! – podchwycił sklepikarz. – A jak się tu dostał? Białą szosą, pieszo w tym morderczym słońcu?

- Na pewno wylądował wprost na skrzyżowaniu! - z radością wyraził przypuszczenie właściciel komunikacji miejskiej. – I odprawił szosolot z powrotem skinieniem ręki? Ha, ha!

- Nie znamy celu przybycia A przecież musiał istnieć. – Odezwał się nareszcie restaurator. – Czy ktoś go wysłał?

Zamyślili się głęboko. Jeżeli uda im się odpowiedzieć na te pytania, zrzucą z siebie ciężar. Udowodnią wszystkim, że wydarzenia były z góry zaplanowane i musiały się potoczyć dokładnie w taki sposób, jaki przebiegły. I oni tymczasem, którzy przecież najwięcej stracili, będą domagać się współczucia od wszystkich i ba! może nawet rekompensaty.

Nie potrafili przede wszystkim znaleźć żadnej odpowiedzi na najważniejsze pytanie: po co przybył tu, na Dziki Zachód techniki?

Trzej wspólnicy zbrodni na zapleczu restauracji bali się, że zostanie im wymierzona sprawiedliwość. Przez zamknięte okno dobiegał swąd spalenizny.

- Przybył do nas anioł zagłady – powiedział restaurator. – Tylko on znał sposób przybycia i cel.

- Gdzie jest teraz? – zapytał sklepikarz.

- I jak się wydostał z płonących ulic? – dodał właściciel komunikacji miejskiej.

Na żadne z tych pytań nie było odpowiedzi. Nie zauważyli również jego przyjścia. Nie powitali, zlekceważyli osobę. Więc się mścił. Tak utrzymywali.

Przyszedł tu wczesnym popołudniem. Panowała ciepła pogoda. Było cicho i leniwie jak każdym miasteczku, które mijał. W żadnym jednak nie mógł pozostać. Również i to osiedle należało do miejscowości zbudowanych seryjnie. Nawet nie miało nazwy, opatrzono je tylko numerem. Powstało jak każde inne. Przywieziono po prostu spakowane budynki. Wysokie dźwigi spuszczały z góry ściany. Wstawiwszy je precyzyjnie w wykroje fundamentu, od razu zalewały zaprawą. I już krzepła, a w tym momencie nakrywano budowle dachem, który się zaczepiał na brzegach ścian. Wewnątrz domku rozprostowały się podłogi i wysuwały wbudowane meble. Osadnicy, czekający na obrzeżach osiedla, podjeżdżali i zajmowali kolejno wcześniej przydzielone posesje. Wchodzili do nich tylko z walizkami, które i tak zanoszono na strych. Wszystko tu było, zgodnie z tym, co im obiecano. Tyle że wokoło rozciągała się pustynia ze zmielonego na miał i ubitego gruzu ze zburzonych miast. Wyrastały na niej tak samo nudne i jednakowe miasteczka i nie warto było do nich jeździć. Białą szosą wciąż podróżowały transportowce, przywożąc towary. Mieszkańcy mieli wszystko. Konsumowali w ciszy i oddaleniu.

Nikt jednak nie wiedział o istnieniu ich prowincji! Nikt do nich nigdy nie przybywał, oni również nie wyjeżdżali. Nie mieli żadnego kontaktu ze światem. Miasteczko było niby gałąź odrąbana od pnia drzewa.

Dlaczego nie mieli połączenia z życiodajnym Centrum, gdzie biło serce światowego biznesu? Gdyby uzyskali połączenie z Centrum, jakież mogliby robić interesy! A co najważniejsze, zaczęliby liczyć się jako ludzie. Dlaczego byli wykluczeni z ludzkiej rodziny? Nie przybył do nich żaden informatyk, który by połączył ich komputery z Centrum. Dlaczego więc sami nie zarejestrowali swoich nazwisk w księdze ludzkości? Oto tajemnica! Najgłębiej skrywana! Czyżby przybycie obcego świadczyło o ujawnieniu ich strasznego sekretu?

Mieszkańcy bali się, że zostaną odarci z godności. Cierpiący na syndrom zapuszczonej prowincji, byli drażliwi, a przez to zapalczywi. Wystarczyło lekkie napomknienie, by wybuchła w nich złość. A wtedy wyrzucali z siebie wzajemne urazy i niechęć zamieniała się w nienawiść. Przyskakiwali do siebie z agresją. Wystarczyło, że ktoś skrywał nóż w rękawie. Wystarczyło, że ktoś rzucił zapaloną zapałkę. Takie było to ciche miasteczko, zamieszkałe przez miłych ludzi. Jak każde.

Przybysz przemierzył jego centrum. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Co było przecież trudne do wytłumaczenia. Tak się usprawiedliwiali. Zmierzał prosto do restauracji. Kiedy wszedł, przygotowywano akurat w kuchni kolację dla miejscowych elit. Stoliki były nakryte dla bywalców, którzy za chwilę raczą przybyć. A on wpakował się niestosownie, burząc oczekiwanie na miły wieczór.

Nie zwracając uwagi na grupę wyrostków, przeszedł szybko holem do głównej sali. Udawali, że grają i gapili się w monitory. Liczyli głównie na okazję usłużenia możnym gościom. A właściwie, podekscytowani, czekali na zejście do sali córki właściciela. Było im z tego powodu gorąco. Kiedy ich mijał, chcieli się na niego rzucić. Musieli wyładować podniecenie. A poza tym wcale na nich nie spojrzał. Nie okazał szacunku i nie poprosił o zezwolenie przejścia. Taka prowokacja każdego rozwścieczy. Od razu ruszyli więc za nim grupą, by mu dowalić. Minął już jednak drzwi głównej sali i szedł tak samo obojętnie, jak dotychczas. Dlaczego nikt nie zauważył jego pewności siebie? Wiadomo, kto tak się zachowuje, kto tak o sobie myśli.

Przechodzący jednak nawet nie zaszczycił ich spojrzeniem. Powinien był zauważyć, jak się naraził, już gdy minął oszklone drzwi. Wszedł do głównej sali i kroczył przez sam jej środek po czerwonym dywanie, nie dbając o czarne ślady zelówek.

Duży Dżoł sprowokowany lekceważeniem, odrzucił poza ramiona warkocze, biały i czarny, i szturchnął w bok kumpla. Pouczą boleśnie obcego i od razu wykopią go na ulicę. Zrobią to szybko, gdyż już mocno odczuwają, że na pięterku Ines kończyła się stroić. Wpina sztuczne kwiaty pomarańczy w swe hiszpańskie włosy, które aż z daleka im pachną.

Gość dotarł do bufetu i usadowił się na wysokim stołku, na wprost restauratora. Czekał spokojnie, aż go obsłużą. Kiedy stanęli mu za plecami, powolnym odpiął kieszeń bluzy i wsunął palce do kieszeni. Duży Dżoł podniósł łapę, by jednym ciosem wytrącić obcemu gnata z ręki.

Siedzący jednak wyjął z kieszeni pudełeczko, które spokojnie położył na kontuarze. Dżoł opuścił ramię, a chłopcy wybałuszyli oczy z podziwu. Pudełko było zrobione z prawdziwego metalu i tak zniszczone ze starości, że aż powyginane. W miasteczku wszystko było nowe, a przedmioty produkowane seryjnie wyglądały jak nudne mydelniczki.

Gość odchylił wieczko i sprawnie wyjął bibułkę spod gromadki grubo przyciętego tytoniu. Duży Dżoł walnął kumpla w bok, bo ten zbyt się pochylał nad karkiem gościa. Takiego gościa! Od razu skumali, że przecież bibułka była zrobiona z papieru. A właściciel bezcennej szkatułki i drogocennego prostokąta papieru szybko zwijając go po napełnieniu tytoniem palcami jednej tylko ręki, zrobił sobie skręta. Ta staroświecka umiejętność naprawdę zaimponowała chłopakom! Nie podejrzewali, że coś takiego jest możliwe!

 

- Panie, jak to się robi? – wyrwało się prostacko Dużemu Dżoł.

Pstryknięciem palców nieznajomy obrócił pudełko spodem do góry, mówiąc – Przeczytaj! Tu jest instrukcja.

Niewidzialna pięść uderzyła chłopaka w ciemię. Znieruchomiał, ale tylko na chwilę. Drgnął, porażony zrozumieniem, i wykrzywiwszy się porozumiewawczo do kumpli, wypadł na zewnątrz. Oni za nim. Na placu hamowały właśnie z groźnym rykiem czarne motory reszty grupy. Po kolei, sprawnie i nie do podrobienia, każdy z chłopaków zeskakiwał i od razu był gotowy do draki. Podchodzili do Dużego Dżoł, kołysząc się na obcasach. On jednak stał na progu jak zamieniony w słup. Dopiero kiedy go otoczyli ciasnym kręgiem, by nikt nie podsłuchał tajemnicy, powiedział kilka słów. Zamilkł i potoczył po nich wzrokiem. Odskoczyli, gdy usłyszeli tę wieść, i w tył zwrot. Noga na pedał, wurr! Silniki od razu zaryczały jak trąby jerychońskie, grożąc murom runięciem.

Błyskawicznie się rozjechali po ulicach. Wkroczyli do akcji niby czarne anioły. Przyhamowywali tylko nieco, jakby chcieli rzucić na ziemię płonące wici, a to oznaczało jedno: wojna! Miasto szybko się dowiedziało, jakiż to gość siedzi sobie skromnie przy barze u Hansa. Udaje zwykłego trampa, który dla fantazji zabłądził na puste szlaki ich żałosnej prowincji. Obywatele rzucili się do szaf, by wytrzepać odświętne garnitury, nie noszone od czasu ślubu.

Kiedy grupy mieszkańców podobne do czarnych kruków podążały do restauracji, zaszło w niej drugie brzemienne w skutki wydarzenie, jak później je analizowali dranie na zapleczu. Już ono jedno powinno od razu pozwolić zorientować się w randze gościa. Gdyby tak się stało, wszystko na pewno potoczyłoby się inaczej, zmierzając ku szczęśliwszemu, być może, zakończeniu. Dlaczego już po raz wtóry nikt nie zorientował się, kim jest przybysz? – pytali się wzajemnie trzej cwaniacy. Podobno tylko z powodu gapiostwa aktorów tej sceny. A może raczej z nawyku lekceważenia każdego, kto nosił spraną bluzę i łatane spodnie! Żaden z nich nie chciał się przyznać do głupoty okazania pogardy nędzarzowi, który mógł okazać się ich zbawcą. Oskarżano aktorów tej kluczowej sceny. Wykręcali się, tłumacząc brak uwagi honorem oczekiwania na wieczornych gości, którzy zawsze przychodzili do lokalu na kolację i na atrakcje.

- Nie przyjmujesz zamówień? – Przybysz skierował cierpliwe zapytanie do restauratora.

Hans był odwrócony do niego plecami i pracowicie polerował kieliszki. Nie usłyszał cichego szmeru oddzieranego papieru. Dużego Dżoł i jego bandę harleyowców traktował jak śmieci i nie zwracał uwagi na ich szastanie się. Kiedy Hans się odwrócił, jego twarz wyrażała, jak jest obrażony pytaniem. Ten jednak wydmuchiwał w górę dym i nie spojrzał na pana restauratora. Czemuż nie wyciągnęli z tego wniosków! Dostali, na co zapracowali. Hans rzucił na nędzarza wściekłe spojrzenie małych oczu rozjuszonego dzika. Już chciał wyciągnąć rękę, by go pochwycić za kołnierz i wyrzucić kopniakiem za próg, lecz właśnie otworzyły się drzwi.

Uchylono je cicho, bo z szacunkiem, lecz mimo to otworzono szeroko oba skrzydła. Stanęła w nich grupa odświętnie ubranych gości. Chociaż byli to sami najważniejsi obywatele miasteczka, zatrzymali się jednak tuż za progiem i stali nieruchomo. Żaden z nich nie śmiał odezwać się pierwszy, zanim gość do nich nie przemówi.

Hans podniósł wzrok na wchodzących i znieruchomiał. Oszołomiła go ich godna postawa i uroczysty wyraz twarzy. Już próbował kojarzyć fakty, ale zaszło kolejne, nieuchronne wydarzenie, które tylko głupcy nazywają przypadkiem. Restaurator nie zauważył skrawka gazety przyklejonej do wargi tego, którego uważał za natręta czekającego na podanie gotowego, a więc taniego zestawu. Gdyby dostrzegł te dwa drobne szczegóły, może wydarzenia nie potoczyłyby się tak tragicznie? Czy winą był brak spostrzegawczości Hansa, który dostrzegał najmniejszą smugę na polerowanych kieliszkach? Czy raczej pogarda, jaką żywił dla nędzarza?

Ines się ukazała na najwyższym stopniu schodów. Na tę właśnie chwilę wszyscy co wieczór czekali. Dla efektu stała przez moment, po czym zaczęła zstępować jak diwa. Stąpała tak, by bransoletki na jej przegubach brzęczały tinkli- tinkli. Dopiero kiedy zeskoczyła z ostatniego stopnia, zobaczyła milczący tłum gości w drzwiach. Pewna więc, że przybyli, by podziwiać jej urodę, upozowała się przy bufecie, stając plecami do lumpa, a przodem do gości. Trzymała wargi rozciągnięte w uśmiechu skierowanym do wchodzących. Nie zwróciła uwagi na to, że cała grupa zatrzymała się w otwartych drzwiach. Milczeli w swych uroczystych garniturach, przyglądając się tylko, lecz komu?

- Podaj mi coś do zjedzenie, mała. - Zabrzmiał w ciszy głos siedzącego.

Do Ines zwracać się jak do kelnerki w podrzędnym barze? Restaurację Hansa uważać za wózek z zapiekankami! Ines jednak nie robi od razu awantury. O, Ines to potrafi! Nie raz przecież ojciec musiał wstawiać nowe szyby, wymieniać kieliszki i kupować krzesła. Tego wieczoru była łaskawa. Chciała się tylko zabawić kosztem nędzarza w zniszczonym odzieniu. Ruszyła więc brewką, uciszając ewentualną reprymendę ojca. Hans, który nigdy niczego nie odmawiał swojej jedynej pieszczoszce, położył wreszcie tłusty paluch na guziku. Odchyliła się płyta baru i na blat się wysunęła taca ze standardową porcją. Mężczyzna zdarł z niej folię, nawet nie zaszczyciwszy panienki spojrzeniem. Zanim zaczął jeść, odkleił skrawek gazety z wargi i wrzucił go na popielniczkę, prawie czystą, z niewielką ilością popiołu z jego skręta. Pochłonięta swą rozgrywką i ona, niestety, nie zwróciła uwagi na ten znaczący szczegół. Może gdyby zmieniali popielniczki, gdy tylko zostały nieco zabrudzone, zobaczyliby skrawek gazety tak niedbale porzucony, jakby był na przykład standardową nanoczęścią najnowszego komputera.

Kiedy obcy pałaszował porcję, Ines wciąż stała przy nim, poddając biust do przodu. W miarę spożywania posiłku przez gościa, postukiwała coraz szybciej czubkiem lakierowanego pantofelka. Uśmiech oczekiwania na moment odkrycia przez mężczyznę jej wspaniałej obecności zamieniał się w grymas zniecierpliwienia.

Obcy oddał się czynności zapełniania żołądka pustego od dawna. Sprawnie operował jednocześnie widelcem i łyżką. Wkładał do ust duże porcje, które szybko gryzł i połykał. Ignorował stojącą obok piękność w prowincjonalnym guście, gdyż dla niego była to wsioczka.

Kiedy już prawie dochodził do końca posiłku, rzucił na nią pobieżne spojrzenie. Nie doceniwszy jej łaskawej cierpliwości, z pełnymi wciąż ustami, zrobił szeroki gest w stronę sali, co znaczyło: „Obsługuj innych gości”.

Ines głośniej stuknęła końcem lakierowanego bucika o ściankę bufetu. Ściągnęła uczernione brwi, gdy pilnie zeskrobywał widelcem roztopiony ser z brzegu tacki. Szarpnęła ze złością kwiat we włosach, kiedy kawałkiem chleba starannie wycierał resztki sosu. Kiedy przełknął ostatni kęs, wciągnął głęboki oddech i aż go wyprostowało. Obrócił wreszcie głowę i z lekka się zainteresował natrętną panienką. Powolnym spojrzeniem obejmował całą jej postać, od upudrowanych policzków, aż po krzykliwe falbaniska ponad kolanami. Jednakże zamiast zachwytu wzrastał na jego twarzy wyraz rozbawienia. Kącik ust drgnął od skrywanego śmiechu, a lewa ręka powoli odpinała guzik drugiej kieszeni bluzy.

Przez twarz dziewczyny przemknął cień niepewności. Poczuła się nagle niestosownie ubrana i tandetna. Dłoń odpadła od kwiatu, podniesione brwi opadły żałośnie, zamarło stukanie pantoflem.

Mężczyzna wyjął notes. Jego okładki były zniszczone. Świadczyły o wieku i o częstym używaniu. Wysunął z pętelki mocno już spisany ołówek. Było to cudo nowoczesnej chemii, modne w Centrum. Tak zwany grafit mógł pisać na każdym materiale, a litery praktycznie nie dawały się zmazać. Mieszkańcy miasteczka używali tylko standardowego komputera czytającego z ruchu warg.

- Skoro tyle się wyczekałaś, podaj mi, mała, swój numer – rzekł na odczepnego.

Szybkim ruchem wcisnął jej do ręki ołówek. Zanim się zorientowała, już go miała. Pierwszy raz w życiu. Trzymała ołówek niezgrabnie, piszącym końcem do góry. A kiedy jeszcze obojętnie podsunął jej notes, otwarty na stronicy pokrytej rządkami liter, na twarzy Ines pojawił się strach. Rzuciła ołówek, jakby ją sparzył. Zaszlochawszy – Ach! - uciekła w górę po schodach.

Trzasnęły głośno drzwi.

Wtedy czarne garnitury od razu ruszyły do gościa, powolnym, równomiernym krokiem. A ten, oparty plecami o bufet, włożył notes i ołówek do kieszeni bluzy i powoli zapiął guzik. Zbliżali się wpatrzeni, a on oczekiwał ich spokojnie. Grupa chłopaków Dużego Dżoł postępowała za nimi. Nie próbowali się dopchać, dobrze wiedzieli, że wkrótce ważne osoby będą ich prosić o różne przysługi.

W panieńskim pokoiku na pięterku Ines szlochała głośno, wciśnięta w poduszki na swym pufie. Matka, siedząca na brzeżku krzesła, urabiała niedoświadczoną dziewczynę.

- Nie bądź głupia, córko.

- On mi się nie podoba!

- Każdy chłop jest taki sam. - Sączyła jej babskie prawdy. Była wszak doświadczoną kobietą, nosząc wciąż żałobę po pierwszym mężu.

- Nigdy! – Ines zaniosła się płaczem.

Do salonu obok pokoiku wbiegł ojciec. Rzucił się od razu do schowka i trzęsącymi się rękami wyciągał walizkę. Wysunąwszy ją na środek podłogi, podniósł wieko. Zalśniły złote precjoza rzucone niedbałym stosem. Drogie kamienie migotały obojętnie punkcikami blasków. Tylko paczki banknotów stały równo jak żołnierze w szwadronach, pewne, że pokonają wszystko. Hans ujął brylantowy pierścionek zaręczynowy. Chuchnął i uniósł do światła, podziwiając przejrzystość.

Wpadł do pokoiku Ines, akurat kiedy wypowiadała swoje ostatnie słowo.

- Dałbym ci w pysk! – wrzasnął. – Ale gęba ci spuchnie i taka asymetryczna temu panu się nie spodobasz!

Ines uniosła buźkę znad poduszek i spojrzała załzawionymi oczami. Otworzyła je szeroko ze zdziwienia: jej tatko kochany, zawsze spełniający wszystkie jej kaprysy, teraz nakazuje jej posłuszeństwo, jakby robił na niej biznes.

- Miotła! – Hans zwrócił się do żony. – Kolację szykować. A ty, pannico, lód na oczy. Masz wyglądać! – Szarpnięciem za ramię poderwał ją z pufa i podsunął pod oczy pierścionek, który miał na małym palcu. - Módl się, aby ci zechciał ten pierścionek dać.– Odwrócił ją do ołtarzyka w kącie i położył tam pierścionek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?