Królestwo nadziei

Tekst
Z serii: Królowe Kharu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ruszyli do przodu, z euforią, ale nagle ich wola walki uleciała. Zatrzymali się w pół kroku. Odwaga, z jaką walczyli, wyparowała. Nie rozumieli, co się stało, że tak nagle osłabli. Popatrzyli po sobie i zadrżeli, zdjęci nagłą, niemal zwierzęcą trwogą. Dłonie, ściskające szable omdlały, straciły pewność i siłę. Stali tłumnie na wprost jednej Przewodniczki, która patrzyła na nich z nienawiścią. Usłyszeli jej głos. Widzieli, jak uniosła ręce, słyszeli, jak skandowała niezrozumiałe słowa, i choć wiedzieli, co powinni zrobić, nie było w nich mocy ani woli, by ruszyć na nią, zabić, zdeptać, wedrzeć się do tamtego korytarzyka...

Głos Drainki wzniósł się, a jej włosy popłynęły w górę, jakby ożyły. Jednocześnie obudziła się do życia przestrzeń wokół. Kharowie ujrzeli, jak z przejrzystego powietrza wysunęły się pojedyncze mgliste pasma, po czym, jakby pobudzone śpiewaną inkantacją, odrywały się i wiły wśród atakujących. Patrzyli na to, nie wiedząc, co myśleć. Ale gdy pasma zaczęły nabierać kolorów, kiedy zaczęły pełznąć po ich ciałach w górę, poczuli strach i wstręt. A im bardziej się bali, tym mroczniejsze były macki oplatające nogi i ręce. Przewodniczka już nie śpiewała; krzyczała teraz, z każdą chwilą coraz głośniej, aż do dzikiego, potwornego wrzasku, pełnego skumulowanej mocy, a im się zdało, że posłuszne jej woli powietrze rozdarło się i pochłania ich. Kobieta nagle ucichła i już tylko patrzyła, jak stojących w dole oplatają pasma czerni. Lepkie macki strachu wiązały im nogi i ramiona, sina trwoga dusiła, wdzierała się w otwarte, przerażone usta. Niektórzy poderwali się, walczyli z mrokiem wokół siebie, ale ich szable przecinały tylko powietrze gęste od jakiejś zawiesiny. Kharowie krzyczeli w trwodze, jęczeli, dygotali, wili się i umierali. W holu zapanowała śmierć.

Sinka czuła to wszystko, ale nie pozwalała emocjom wtargnąć w głąb siebie. Odsyłała je do kłębiących się na posadzce żołnierzy. Wiedziała, że giną, zabijają samych siebie, duszą się własnym lękiem. Powietrze, karmione ich przerażeniem, zbijało się w ohydne kołtuny, zapychało nozdrza. W gardłach rodził się jęk trwogi i skowyt bólu, tłumiony przez gęstą papkę wpływającą w usta. Twarze wykrzywione w okropnych grymasach, oczy szeroko rozwarte, palce wygięte w szpony, szarpiące gardła, ryjące w policzkach głębokie bruzdy.

Sinka skamieniała. Odrzuciła uczucia Kharów, nie pozwoliła, by nią zawładnęły, skumulowała je i odepchnęła w stronę, z której przyszły. Zabijały teraz żołnierzy, a ona stała oniemiała i czuła, jak fala za falą przechodzą przez nią strach, przerażenie, świadomość śmierci i bolesne odchodzenie. Świat wokół płonął, jęzory agonii lizały powalone ciała, żar spalał myśli i eksplodował w momencie śmierci, by rozwiać się i zniknąć. Potem nie było już nic, pustka...

Pustka w miejscu, które przed chwilą zajmowały emocje, poraziła ją. Patrzyła na hol, na skręcone w cierpieniu ciała, wytrzeszczone ze strachu oczy i wiedziała, że to jej wina. Każde ciało zwinięte w paroksyzmie nieludzkiej agonii to efekt jej okrucieństwa. Szloch rozdarł jej pierś. Powietrze wdarło się w płuca. Usłyszała wołanie Kariny, swoje imię, jakiś nakaz.

— Sinko, uciekaj! Choć do nas!

Nie mogła jednak oderwać stóp od podłogi. A może nie chciała? Pomyślała, że powinna zostać z tymi Kharami, pójść ich śladem, umrzeć jak oni. Umrzeć za to, co zrobiła. Tak, za coś takiego należy się śmierć.

Ktoś nią szarpnął, podrzucił i wziął na ręce. Świat zawirował, martwi Kharowie zniknęli. Słyszała głos Kariny, ale nie rozpoznawała słów, a potem zobaczyła Khabena. Stał pod ścianą. Blady, oszołomiony, zakrwawiony. Zaciskał dłonie na dole brzucha. Palce były lepkie od krwi i lśniły, tak jak aura Khara — bał się, cierpiał i jednocześnie gotów był umrzeć. Zadrżała, gdy zdała sobie sprawę, że gdzieś w jego splątanych uczuciach pojawia się ulga. Zgoda na śmierć. Mógłby umrzeć bez żalu. Uwolnić się od świata... Rozumiała go i chętnie podążyłaby za...

— Zabierz go stąd! — usłyszała głos Kariny. — Sinko! Ocknij się, do cholery!

Niechętnie spojrzała jej w oczy i od razu poczuła siłę, wolę życia, potężną energię istnienia przyjaciółki. Utonęła w niej, zaczerpnęła mocy, wielokolorowej, świetlistej, wspaniałej.

— Kochana moja — usłyszała szept — ratuj się. Ratuj go! Mówią, że ci w holu to tylko część zdrajców. Zaraz nadejdą kolejni. On daleko nie zajdzie, zabierz go do skarbca, nikt was tam nie znajdzie. Nikt nie wie, gdzie to jest...

Przerwała, bo jakby na potwierdzenie jej słów z głębi domu doleciał wściekły wrzask wielu gardeł. Sinka kiwnęła głową. Przecież nie chciała umierać, nie chciała... Odwróciła się, a przy nagłym ruchu z jej nosa popłynęła krew. Odruchowo roztarła wilgoć po policzku i podparłszy Khabena, powiedziała cicho, by szedł za nią.

— Ukryję cię, pomogę. Chodź. To niedaleko.

Pochylił się do nich Monather i powiedział coś po kharsku. Sinka nie zrozumiała, ale Khaben skinął głową. Karina otworzyła przejście w ścianie i pchnęła Khabena w stronę chłodnego mroku. Ruszył bez oporów, wsparty na Przewodniczce, której oczy, gdyby tylko w nie spojrzał, przeraziłyby go. Były puste, jakby wszystko, co kiedykolwiek udawało mu się w nich odczytać, odeszło na zawsze.

Reszta pognała w głąb domu, ale z lewej strony nadbiegło kilku spiskowców. Walka była krótka, po czym Askharid i Oklang zablokowali drzwi ławą. Stali w rozległym korytarzu, prowadzącym do kilku pokojów i jednego składu rupieci. Nie mieli dokąd uciekać. Słyszeli, że zza drzwi dobiegają głosy atakującej ciżby.

— Za chwilę wyważą drzwi — powiedział Oklang i wysunął się do przodu.

— Leoniu, już czas — zakomenderowała tymczasem Karina, cały czas podtrzymując Monaha.

Luridh patrzył zdyszany, jak jego ruda pielęgniarka otwiera drzwi do schowka i znika w nim.

— Chodź! — usłyszał. — Pomóż mi! Szybko!

Wsunął się za nią i patrzył, jak napiera na regał z pudełkami i skrzyneczkami.

— Pomóż mi, ciężkie — sapnęła.

Przyłączył się do niej, kiedy dostrzegł, że regał drgnął, przesuwając się w głąb. Po chwili miał przed sobą wąskie, ciemne schodki prowadzące w dół. Poczuł za plecami obecność przyjaciół. Popatrzyli po sobie i bezzwłocznie umknęli do ukrytego korytarza. Nie myśleli, by się wzbraniać, pobiegli za Leonią. Askharid i Draleph zatrzasnęli przejście. Wtedy zalała ich ciemność.

— Piętnaście stopni w dół — usłyszeli Karinę. — A potem na rozwidleniu jedni w prawo, drudzy w lewo. Będzie szybciej.

Rozdzielali się na jej komendę, bo korytarze były wąskie, a schody w dół strome. Przebiegli przez jakiś prosty korytarzyk, kolejne ukryte przejście. Było ciemno i ciasno, obijali się o ściany, a Nepril przewrócił się i zaklął. Weszli po następnych schodach. Przecisnęli się przez małe pomieszczenie, w którym pachniało ziołami, minęli kolejne drzwi i nieoczekiwanie dla Kharów wyszli wszyscy razem na zewnątrz po innej stronie domu. Luridh nieco poobijany, ale cały. Askharid i Draleph rozgrzani, cali spryskani krwią. Monah z wielkim guzem na skroni, mało przytomny. Oklang z rozciętym przedramieniem, krwawiący jak prosię. Monather kulejący, z pokaleczoną stopą. Nepril też kulejący, ale ze zwichniętą kostką i podbitym, napuchniętym okiem oraz niewielką krwawiącą raną na udzie.

— Tam, szybko — zakomenderowała Leonia.

— Khaben? — zapytał Luridh.

— Jest z nim Sinka — uspokoiły go Przewodniczki. — Jeśli ona mu nie pomoże, to nie zrobi tego żadna z nas. Ona go ukryje. Pomoże mu. Nic teraz nie poradzicie. Trzeba się ukryć i pomyśleć, co dalej.

— Poszedł z nią. Powiedział, że pójdzie — rzucił przez zaciśnięte usta Monather.

— Idziemy — zdecydował Luridh.

— Chodźmy — przytaknął nieco blado Nepril.

— Moment! — głos Askharida zatrzymał wszystkich, a on, niewiele myśląc, chwycił Mawin i pocałował z takim ogniem, że aż poszły iskry.

— Ogłupiałeś?! — wrzasnął na niego Oklang. — Idziemy, idioto! Amant pieprzony! Czas na zaloty znalazł!

Poszli. Mawin czerwona ze wstydu, Askharid z głupią miną. I rechoczący idiotycznie Nepril. Najpierw podziemnym tunelem aż do granicy domu, za stary mur, strzeżony zawsze przez Kharów. Tu wpadli na grupę gwardzistów, z których kilku było rannych. Zabrali ich ze sobą i ruszyli wzdłuż muru do niewielkiej tłoczni, w której ciągle unosił się zapach soku jabłkowego. Tu było wejście do bardzo niskiego i wąskiego podziemnego lochu, z którego można było wrócić do domu, obchodząc go od północy. Oni jednak poszli w przeciwnym kierunku i po chwili okrutnie niewygodnego przeciskania się tunelem weszli do pomieszczenia pachnącego cierpką pleśnią. Askharid zrobił nieostrożny krok i zwalił się jak długi na podłogę.

— Ostrożnie, podłoga tu śliska — powiedziała po czasie Mawin.

— Teraz to mówisz?! — jęknął, gramoląc się na nogi i czując, że znowu wybił bark. Znajomy ból rozlewał się po ciele i drażnił. — Co to jest?!

— Nie twój interes! — zganiła go Leonia, nieświadoma jego nieszczęścia. — Uważaj na głowę w przejściu, jest bardzo niskie.

Faktycznie, w ścianie był otwór, ale Askharidowi sięgał tylko szyi. Nie było mu wygodnie i przez chwilę pomyślał, że może na czworakach, ale zrezygnował z tej pozycji, bo jak z tym barkiem... Przycisnął ramię do boku i starał się nie urażać ręki o niewidoczne w ciemności ściany. Kiedy weszli do większego pomieszczenia, odetchnął z ulgą. Gdzieś z przodu wędrowało ku nim światło. Kharowie, teraz już w grupie ponad trzydziestu, ustawiali się w obronnym szyku, gdy odezwała się Mawin:

— Dajcie spokój, to Przewodniczka. Nikt inny tu nie trafi. Nawet nie przyszłoby mu do głowy... — zaczęła, ale urwała pod karcącym spojrzeniem Askharida. Pomyślała, że to nie czas ani miejsce na takie dogadywanie.

Kilka minut później Askharid stwierdził, że są w podziemnej sali, niedużej, ale suchej i czystej. Karina weszła do korytarza po lewej stronie. Tu wzdłuż szerokiego na jakieś dwa metry przejścia zobaczył niewielkie pokoiki.

 

— W tych celach dawniej mieszkały adeptki, które pobierały nauki w Alabastrowej Szkole. Kiedyś, przed ostatnią wojną z Kharem, przysyłano tu dziewczyny na naukę. Teraz szkoła jest pusta — wyjaśniła Mawin, widząc ich zaskoczone twarze. — Przygotowałyśmy cele na wypadek, gdyby trzeba było gdzieś was ukryć. Odpocznijcie, a my pójdziemy zobaczyć, co dzieje się w domu.

— Pójdę z wami — zerwał się Luridh.

— Nie — zdecydowanie sprzeciwiła się Leonia. — Wybacz, ale nie. Pomóż, trzeba ich opatrzyć.

— Ja zostanę — stwierdziła Karina. — Trzeba pozszywać ramię Oklanga i udo Neprila. Jego kostka też nie wygląda najlepiej. A Monah śpi. Jak można spać po czymś takim?

— Dostał potężnie w łeb. Żeby się tylko obudził... Khaben go lubi, szkoda by było gaduły — mruknął Askharid. — A ja mam chyba wybite ramię, jakby kogoś to interesowało — dodał po chwili. — W tym cholernym śliskim korytarzyku...

Ostatecznie Leonia została z Kariną. Mawin i dwie inne poszły z powrotem, a Kharowie poddali się nad wyraz sprawnym i silnym dłoniom Przewodniczek. Tylko ramię Askharida nastawił Luridh pod kierunkiem Leonii, bo sama nie dawała rady. Przewodniczka pomagała, coraz bledsza i smutniejsza. Wreszcie, kiedy Mawin wróciła i zameldowała, że w domu panuje niemal spokój, a w holu leży sporo zabitych, schowała się w jednej z komnatek. Luridh poszedł do niej. Wrócił po jakimś czasie z dziwną miną, na nieme pytania innych odpowiedział wzruszeniem ramion i rozłożeniem rąk, po czym zawinął się w koc i zamknął oczy. Słyszał, jak Drainki dziwią się ich spokojowi, ale Nepril tłumaczył, że wszystko jest ustalone. Żołnierze wiedzą, co robić. Rola Straży Przybocznej na jakiś czas skończona, teraz inni muszą się wykazać.

— Gwardziści muszą pokazać, że ciągle trzymają stronę Khabena. Jeśli się do nich przyłączą, nic nas nie uratuje. Nie damy rady, nawet z wami...

Luridh słuchał, jak Nepril próbuje wytłumaczyć Mawin zawiłe stosunki społeczne w Kharze, wszystkie te zależności między rodowymi a kolorowymi, bez wdawania się w szczegóły. Uśmiechnął się ponuro, bo kolejne pytania Przewodniczki świadczyły o tym, że orientowała się w temacie lepiej, niż Nepril myślał. Dyskutowali, ale Luridh w pewnym momencie złapał się na tym, że nie słucha rozmowy.

Ciągle miał przed oczami przeraźliwie bladą twarz Leonii. Spojrzała na niego tak jakoś, że uciekł. Leżał, analizując minuta po minucie wszystko, co się stało w holu, i nagle stwierdził, że bez pomocy kobiet pewnie już leżeliby martwi.

Atak był potężny. Nie spodziewali się aż takiego. Muszą, kiedy Khaben wyzdrowieje, poważnie porozmawiać o tym zamachu. Był świetnie zorganizowany. Ktoś dał sporo pieniędzy na zjednanie sobie tylu dobrych żołnierzy. Dla Luridha znaczyło to tylko jedno — wysokie rody zdecydowanie chciały przejąć władzę. A oni jeszcze raz umknęli śmierci. I otrzymali pomoc od całkiem nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Przewodniczki...

Pozwolił sobie wreszcie na wspomnienie chwili z holu, gdy czuł, jak silne ramię Khara, z którym usiłował walczyć, dosłownie powaliło go na kolana. Ileż w nim było siły i furii! A Khaben go obronił! I Leonia! Ale Khaben... Jeśli gdzieś tam teraz umiera, to jego śmierć spadnie na niego i cały ród. Wieczna hańba. Wieczna... Do tego zdawał sobie sprawę, że żyje, bo Leonia postanowiła go obronić. Bez litości zabiła kilku Kharów. Celnie i bezwzględnie. „Dlaczego pozwoliła mi żyć?”, pytał samego siebie.

Poruszył się niespokojnie i ból w nodze przywrócił mu świadomość miejsca, w którym się znajduje. Zauważył, że dyskusję już zakończono. Kharowie układali się na chwilę odpoczynku w małych celach na wąskich łóżkach, pod cienkimi kocami. Kiedy zaległa cisza, dostrzegł charakterystyczną sylwetkę Mawin. Poszła do Askharida? Był pewien, że usłyszał jego głos, szybkie szepty. Nie rozumiał słów, nie chciał rozumieć. Askharid miał swoje kłopoty. Kilka godzin po walce zapadał w dziwny stan, coś jakby przygnębienie, odrętwienie... Siedział wtedy na ogół bez ruchu i patrzył w jedno miejsce. Nigdy nie chciał z nikim o tym rozmawiać. Luridhowi wydawało się, że dopadały go wspomnienia bitwy, czuł zapach rozlanej krwi, ale nigdy o to nie zapytał. Oklangowi, który go kiedyś nagabywał, Askharid podbił oko. Dralepha wykopał z komnaty. Nie chciał z nimi o tym gadać, a może tylko zadawali złe pytania. Czy ta Przewodniczka postawiła odpowiednie, że z nią rozmawiał?

— Nie śpisz, panie? — brzmiało pytanie Mawin. — Ja nie mogę usnąć. Nigdy po walce nie mogę usnąć.

Nie padła żadna odpowiedź. Askharid siedział na pryczy z opuszczoną głową i zgarbionymi plecami. Ramię, długie i silne, zwisało jakby martwe między udami. Drugie trzymał dociśnięte do piersi.

— Nie walczyłam wiele razy — wyznała, siadając obok. — Raz w czasie bitwy pod szczytem Orlicy. Zabiłam wtedy wielu Kharów. I jednego Draina. Miał rozpłatany brzuch. Ściskał w dłoniach własne flaki... Wył z bólu i błagał, bym go dobiła. „Pomóż mi umrzeć, Siostrzyczko”, tak powiedział. Wbiłam mu nóż w serce. Myślisz, że jest mi wdzięczny? Nie wiem, jak miał na imię, nie wiem nawet, kim był. Pamiętam jego oczy. I twarze tych Kharów, których zabiłam. Tych z dziś też. Próbowałam spać, ale gdy tylko zamknę oczy, zaraz ich widzę. A do tego... — zająknęła się. — A do tego...

Zamilkła. Czekała chyba, że coś odpowie, ale siedział bez ruchu, bez słowa. Nie chciał jej tu? Tak, pewnie nie chciał.

— Och, niepotrzebnie... — zaczęła się podnosić, by wyjść. — Zapomnij o tym, co mówiłam.

— Nie mogę nabrać oddechu — wyznał cicho, kiedy już stała. — Dusi mnie coś w piersi. Ściska, jakby jakaś obręcz... Chciałbym nabrać wielki haust powietrza, a mogę co najwyżej wpychać w siebie drobne kąski. Duszę się. Mój ojciec mówi, że to panika. Strach po walce.

Zatrzymała się zaskoczona jego słowami. Po bitwie z Kharami niejedno widziała. Ludzie siedzieli bez ruchu, jakby skamienieli, płakali, niektórzy chodzili w kółko bez celu. Jeden chłopak siedział i pukał bezmyślnie w martwe ciało przed nim. Oczy miał takie puste... Jej Mistrzyni mówiła, że strach potrafi niespodziewanie obezwładnić i odebrać wszystkie siły.

— Podobno niektórych tak dopada. Dopiero po wszystkim.

— Duszę się... — wyznał z bólem. — Duszę... zawsze po czymś takim się duszę. — uniósł głowę i spojrzał na nią z lękiem w oczach. — Po co... — zaczął, ale zabrakło mu znowu tchu. — po co przyszłaś? — powtórzył i dostrzegła, że obawia się jej, wstydzi chwili słabości.

— Bardzo, bardzo pragnę mężczyzny. To wstrętne, wiem, ale... Nic nie poradzę! — wyszeptała z napięciem. — Walka, to napięcie w walce, werwa, siła, jaka we mnie jest, gdy walczę, te nerwy, ta wielka moc w środku... To mnie rozsadza! — zakrzyknęła szeptem i szarpnęła suknię na piersi. — Próbowałam po tej bitwie z wami, próbowałam na różne sposoby pozbyć się tego, ale tylko ten jeden okazał się dobry.

— Co? — usłyszała szept. Wlepił w nią zaskoczone spojrzenie, a potem opuścił głowę. — Mawin, ja... Odejdź! Nie mogę. Duszę się... Nie mogę, tak...

Zaskoczył ją odmową. Nieustannie gapił się na jej piersi, od tygodni czuła narastające między nimi napięcie, ten seksualny pociąg, potrzebę bycia właśnie z nim, a teraz, kiedy prosi go, zaprasza, on mówi, że nie może? Odwróciła się, by wyjść.

— Nie mogę, duszę się... — usłyszała jeszcze raz te same słowa. I ciężki, urwany w połowie oddech. I kolejny.

Korytarzem przeszli Leonia i utykający Luridh. Poszli w noc. Leonia zabiła Kharów, którzy atakowali Luridha, a teraz szła z nim dokądś. Sinka zabrała Khabena w bezpieczne miejsce. A ona? Co z niej za Przewodniczka, że odchodzi? Zawróciła i usiadła obok Askharida. Nie uniósł głowy. Dotknęła jego wielkich pleców. Koszulę miał mokrą. Pochyliła się i szybko, jeden po drugim rozwiązała troczki pod szyją. Uniósł oczy. Nabrał haust powietrza.

— Nie... — próbował odsunąć jej dłonie.

— Masz mokrą koszulę, a tu jest strasznie zimno. Lepiej już w samym kocu, suchy jest. Pomogę ci zdjąć. Pewnie cię ramię boli... Najpierw zdrowa ręka, teraz głowa i to ramię. Masz koc.

Zarzuciła na niego i opatuliła.

— Przyniosę swój.

Poszła w mrok korytarza. Kiedy wróciła, leżał skulony. Narzuciła na niego swój koc. Nie zareagował. Usiadła na brzegu łóżka. Wsłuchała się w jego urywane oddechy. Dopadło ją zmęczenie, drżała w środku. Zachwiała się. Powinna się położyć i pospać choć chwilę. Spojrzała za siebie.

— Askharid... — wyszeptała i urwała, bo pociągnął ją ku sobie.

Położyła się na brzegu, ale przyciągnął ją bliżej, pod koce. Utonęła w jego ramionach. Coś dotknęło jej twarzy, odsunęło włosy. Drżała. Napięcie całego dnia, walka i ucieczka odebrały jej siłę. Wtuliła się w niego mocniej. Był ciepły, a wokół panował chłód. Drżała. Zagarnęła jego ramiona, otoczyła się nimi. W ciemności jego dłonie lśniły bielą, ale jej ramion nie było widać. Nabrała powietrza w rytm jego oddechu i zamarła, bo zdała sobie sprawę, że leży w kharskich ramionach, a to, co jej dotyka, to sławetne kharib. Chciała coś powiedzieć, zapytać go, czy prawdą jest to, co myśli, ale nie miała odwagi. Uniosła ramię i dotknęła jego głowy. Z jękiem wypuściła powietrze. Odwróciła się do niego przodem. Próbowała dojrzeć cokolwiek w ciemnościach podziemnej komnaty. Na próżno. Uniosła tułów i wsparła ciało na ramionach. Powinna mieć twarz na poziomie jego oczu. Oparła czoło o niego. Usta trafiły na delikatną, gładką skórę i drgnęły. On drgnął. Pocałowała go znowu, poszukała ustami ust i chwyciła zębami dolną wargę. Odsunęła głowę, ale porwały ją kharib i przytrzymały. Głaskały ją delikatnymi muśnięciami.

— Mówią, że lubisz takie wielkie cycki jak moje. Prawdę mówią? — szepnęła, rozsznurowując stanik. — Dam ci je, tylko uwolnij mnie od tego drżenia... — poprosiła i dotknęła jego ust.

— Jesteś pewna, że pragniesz miłości ode mnie? — odszepnął. Nie zauważyli nawet, kiedy jego oddech spowolnił. Hausty powietrza były głębsze.

— Nie. Wcale mi na tobie nie zależy, ale tylko ty jesteś pod ręką — powiedziała, lecz te słowa wydały się jej kłamliwe. Padły jednak i już nie mogła ich cofnąć. — Łatwiej oddychasz. Pomogłam ci. Teraz ty pomóż mnie. Coś za coś, ten jeden raz...

Wsunęła dłoń między jego nogi i bezceremonialnie dobrała się do niego. Próbował odepchnąć jej rękę, ale nie pozwoliła mu. Szarpnęła koszulę i ściągnęła ją w dół. Otoczyła kharską głowę ramionami i pchnęła ku sobie. Utonął w obfitych piersiach. Odetchnął głębiej, nim pochwycił w usta sterczący sutek i zassał go łapczywie. Puścił go po chwili, by złapać kolejny oddech. Rozplątała troczki utrzymujące spodnie i zsunęła je w dół. Wsadziła jego dłoń między ciepłe, miękkie uda i poruszyła biodrami.

Szorstkość włosków, wilgoć na palcach, szybszy oddech Mawin... Nie chciał tego, ale już nie mógł odmówić, było o chwilę za późno. Zarzuciła nogę na jego biodro, wyswobodziła go z ubrania. Wszedł w nią i zaspokoił szybko, dość brutalnie, dusząc się znowu i nie odczuwając wiele przyjemności. Nie przeszkadzało jej to chyba, bo usnęła sekundę po spełnieniu, z głową na jego piersi, nogami oplecionymi wokół bioder i z nim, ciągle niezaspokojonym, w sobie. Odsunął się bez żalu i uporządkował ubranie. Potem ułożył przyzwoicie jej ubranie, zagarnął koszulę na piersi, ale nie miał siły szukać troczków, by je zawiązać.

Obecność ciepłej Mawin rozgrzała go. Nie drżał już tak mocno. Wsłuchał się w jej równe oddechy, trzymał się ich regularności, jak tonący deski pływającej po wodzie... Sam próbował wciągać powietrze głębiej i spokojniej. Skupił się i odetchnął kilka razy z rzędu. Leżał i słuchał rytmicznych oddechów kobiety, która zawsze go denerwowała, a jednak każdy kolejny haust powietrza wdychany w narzuconym przez nią rytmie był jak zbawienie. Serce przestało kołatać. Mięśnie się rozluźniły. Zasnął, oddychając jak ta cycata dziewczyna w rozmemłanej koszuli.

Luridh nie mógł zasnąć, poszedł więc do Leonii. Nie spała, podobnie jak on. W ciemności błyszczały jej oczy.

— Powiesz mi, gdzie mieszka babka Miral? Nie mogę kuśtykać, skoro nie wiadomo, co się jeszcze stanie.

Wstała bez słowa i poprowadziła go w noc. Potknął się, więc wyciągnęła rękę i chwyciła jego dłoń. Zacisnął na niej palce i zatrzymał ją.

— Uratowałaś mi życie — szepnął i pochylił się w jej kierunku. Było ciemno, widział więc tylko niewyraźną jaśniejszą plamę. Nie odsunęła się, wprost przeciwnie. Poczuł ciepło jej policzka na swoim. — Dziękuję — szepnął znowu. — Tak blisko byłem śmierci... Uratowałaś mnie.

 

— Nie mogłam pozwolić, by cię zabili — odpowiedziała, ocierając miękko głowę o jego pierś. — Chodźmy do babki — zakomenderowała, ale głos jej drżał. — Na górze jest pełno Kharów, biegają wokół domu. Pójdziemy piwnicami.

Prowadziła go, niemal przez cały czas trzymając za rękę. Wyszli z korytarza daleko poza głównym budynkiem i ruszyli wydeptaną w śniegu wąską dróżką.

— Babka ostatnio choruje. Jest stara, nie wiem, czy przetrzyma zimę. Nie wiem, czy będzie miała dość sił, by ci pomóc.

Staruszka mieszkała w niewielkim domku za sadem śliw i była bardzo wystraszona, kiedy otworzyła wreszcie drzwi. Bez słowa kazała się Luridhowi rozebrać i położyć na stole. Po drodze wypytał Leonię, czy babka nie wystraszy się, jeśli się zmieni, ale była przekonana, że Miral dobrze wie, jak wyglądają Kharowie. Jednak zanim się zmienił, ostrzegł staruszkę. Wzruszyła ramionami i ze spokojem zabrała się za niego. Zagnała Leonię do pomocy. Jęknął, kiedy manewrując nogami, wcisnęły dysk na swoje miejsce. Leonia owinęła go ciasno płachtą cienkiego płótna, a babka na odchodnym zabroniła biegać. Nie chciała nic za pomoc. Podziękował uniżenie.

— Uważaj pan na siebie, jakieś dzisiaj hałasy od Domu idą.

Uspokoił ją, że nic nie zagraża starej draińskiej babci. Uśmiechnęła się smętnie, kiedy zamykała za nimi drzwi. Wyszli w noc i ruszyli w kierunku Domu. Światła płonęły w środku i na zewnątrz. Właściwie to w całej okolicy pełno było płonących punkcików. Kharowie biegali w Domu i wokół niego. Krzyki niosły się w zimowym, czystym powietrzu daleko i wyraźnie. Zatrzymali się pod osłoną letniej altany i Luridh z uwagą obserwował okolicę. Wszystko wskazywało na to, że kolorowi oczyszczali teren. Leonia wzdrygnęła się, gdy od siedziby gwardii dobiegł nagły wrzask wielu gardeł i szczęk szabel. Walka trwała, ale przeniosła się poza Dom. Przewodniczka zauważyła, że Luridh jest spokojny, całkiem jakby wydarzenia tego dnia nie zrobiły na nim większego wrażenia. Ona sama była pusta i bała się tej wewnętrznej pustki bardziej niż jakiegokolwiek innego uczucia, które w niej wcześniej drgało. Choćby w holu. Zemdliło ją na wspomnienie Khara, któremu wpakowała strzałę w oko. Zadygotała.

— Ciii... — uspokoił ją Luridh i mocno przytulił. — Robią porządek. Chodźmy. Nic tu po nas.

Przemknęli do podziemi, uważając, by ich nie zobaczono.Luridh zauważył, że nikt niepowołany nie dostrzeże tego wejścia. Było dobrze ukryte w ciągu piwniczek, w których Draini przechowywali płody ziemi. Zresztą zapach wilgotnej ziemi i warzyw świadczył najlepiej o tym, że i ta, którą szli, pełniła podobną funkcję. A inne? Pomyślał, że powinni to sprawdzić, kiedy skończy się cała ta awantura. I zaraz przypomniał sobie bladą twarz rannego Khabena, grymas bólu, zakrwawiony kubrak... Czy Sinka ukryła ich w podziemiu Agneis?

Szli długim, mrocznym korytarzem. Leonia zatrzymała się po kilkunastu krokach. Luridh wpadł na nią, bo wokół było tak ciemno, że nie widział nawet własnego nosa i nie spodziewał się, że tak nagle przystanie. Zacisnął dłoń na jej ramieniu.

— Luridh, zabiją ich? — zapytała.

— Będą walczyć — odpowiedział.

— Normalnie, na szable? — kiwnął potakująco głową i poczuł na policzku włosy Leonii. — To dobrze, że normalnie. Widziałam tych z holu. To straszne... — szepnęła i zadrżała. — Nie myślałam, że ona może zrobić coś takiego... — zamilkła. Słyszał, jak ciężko oddycha, jak trudno jej zapanować nad emocjami. — Ciągle ich widzę, te straszne twarze, wywalone języki, jakby ich podusiło, oczy wytrzeszczone, straszne — zaszlochała. — Szarpali sobie gardła, dłonie jednego były jak szpony, wielkie, rozczapierzone. Nie mieli kolorów, leżeli sini, bladzi... Ich kharib zniknęły. Luridh... Umierali okropnie...

— Ciii... Nie mów. Nic nie mów... Lisku, nie bój się już... — szeptał jej we włosy, a kiedy podniosła głowę, w oczy, nos i usta. — Nie bój się. Nie pamiętaj. Będziemy żyć — wyszeptał jej w usta. — Nie myśl o martwych Kharach. Moja piękna, słodka... Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Zrobimy porządek. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, będzie dobrze...

Pocałował ją mocno, pożądliwie. Przez chwilę czuł przyzwolenie, chętne, rozchylone wargi, ale nagle odepchnęła go i uciekła w mrok korytarza. Wystraszył ją? Nie powinien całować, gdy rozpaczała? Nie powinien pragnąć jej w tym momencie? Zapomniał się, całkiem zapomniał i uciekła. A może po prostu nie był tym, od którego chciałaby pocieszenia? Zgarbił się. Wydało mu się, że ta noc, ostatni czas, jego życie było pasmem klęsk, bez szans na poprawę sytuacji.

— Panie Luridh — usłyszał z mrocznego korytarza dobrze znany głos Leonii — niech pan nie zostaje tu sam.

Nie wiedział jej, ale czuł, że jest blisko.

— Odprowadzę pana.

— Leoniu, przepraszam. To nie było...

Nie dała mu dokończyć. Poczuł na brzuchu jej dłoń, która wędrowała to w prawo, to w lewo, jakby dziewczyna próbowała odgadnąć, gdzie dokładnie stoi. Wreszcie dłoń ruszyła w górę, przytuliła się do policzka i potarła wargi kciukiem. Musnęła opuszkami jego powieki i wsunęła palce we włosy.

— Cosie — szepnęła.

Odruchowo się zmienił. Kharib od razu oplotły jej palce i pieściły twarz. Pokazały mu jej zmrużone oczy, leciutko rozchylone usta, uśmiech. Objął ją i przyciągnął do siebie. Przylgnęła całym ciałem.

— Straszna ta noc, taka straszna — szepnęła.

Pierwsza go pocałowała. Pochwycił jej wargi, ale zaraz wyczuł, że nie ma w nich wielkiej namiętności. Raczej prośba o pocieszenie, ratunek, pomoc. Nie tego pragnął, ale bał się ją spłoszyć. Pod powiekami widział ją siedzącą bez ruchu w małej celi. Była przerażona. Czy pierwszy raz widziała tylu umierających ludzi? On widział wiele bitewnych pól, okaleczonych żołnierzy, trupy. A ona? Łagodna dziewczyna wychowana w głębi lasu...

— Leoniu — szepnął, odrywając się od jej ust — pragnę miłości z tobą, ale nie dziś. Nie tak. Poszukajmy innych — poprosił, głaszcząc ją po plecach. Nie odsunęła się. Kharib głaskały jej twarz i szyję, układały włosy.

— Poszukajmy innych — szepnęła po bardzo długiej chwili i odsunęła się; poprowadziła ich w ciemność, ściskając jego dłoń w swojej.

Przyjaciele i dwie Drainki, Misa i Lorena, siedzieli w wielkiej kwadratowej sali. Pajdy chleba i gomółki sera leżały na stole między butelkami. Luridh poczuł, jak bardzo chce mu się pić. Chwycił butelkę i niemal zachłysnął się, łykając w pośpiechu kolejne hausty spienionego cydru. Odstawił napój i sięgnął po chleb.

— Byliśmy u Miral. Widziałem, jak kolorowi szli do Domu. Walczą, wrzaski słychać wszędzie dookoła. Ile czasu minęło? — zapytał i ugryzł solidny kęs.

Nepril wstał od stołu.

— Dosyć. Obudzę Askharida. Powinniśmy zobaczyć, co się dzieje.

Luridh odwrócił wzrok na widok Askharida wychodzącego z mroku celi. Po pierwsze, był bez koszuli, w na pół opuszczonych spodniach, co jednoznacznie dowodziło, jak spędził ostatni czas. Po drugie, oddychał spokojnie i nie naprężał nerwowo mięśni. I wreszcie po trzecie, Askharid wyszedł do nich w swoim kharskim ciele. Połyskiwał w półmroku sali mlecznobiałą skórą z ciemniejszymi pasmami, przechodzącymi od różu po fiolet. Czarne kharib, z fioletowymi refleksami, ułożyły się spokojnie na czaszce.

— Na wszystkie Przodkinie — wyszeptała Misa i spojrzała na Dralepha siedzącego po drugiej stronie stołu.

Wstał, bez słowa zdjął koszulę i zmienił postać. Po eleganckiej bieli Askharida oczy Przewodniczek poraził pomarańcz i zieleń khaki z dodatkiem wszystkich kolorów tęczy porozrzucanych dowolnie to tu, to tam. Luridh uśmiechnął się pod nosem i zaraz zmienił postać, a uwolnione kharib przylgnęły do policzków, jakby próbowały go osłonić. Misa jęknęła i wstała z ławy. Wpiła palce w ramię Loreny i już tylko przyglądały się kolejnym Kharom zdejmującym koszule i zmieniającym postacie. Nepril wydał im się letnim dniem — na skórze miał zieleń traw i błękit bezchmurnego nieba poprzeplatane słonecznymi refleksami, a jego kharib utraciły zwykłą dla Kharów czerń na rzecz ciepłego brązu. Oklang był niczym dąb — potężne węzły mięśni pokrywała zieleń i brąz. Brunatne, grube i sztywne kharib wieńczyły jego postać jak korona drzewa potężny pień. Ostatni dołączył do nich brązowo-koralowy Monather. Z ciemnych zaułków podziemnej sali, cel i korytarzy wychodzili do nich gwardziści, których zgarnęli po drodze, i zmieniając swe ciała, przyłączali się do stojących w centrum oficerów Straży Przybocznej Khabena. W kilka chwil, bez słowa czy rozkazu, podzielili się na oddzielne grupy.