Królestwo nadzieiTekst

Z serii: Królowe Kharu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dzień był wyjątkowo piękny. Wszystko wokół pokrywał wczorajszy bielutki śnieg, iskrzący się w promieniach słońca. Monah chętnie by się przeciągnął i głęboko nabrał powietrza, ale się powstrzymał. Zszedł na dół i skręcił do kantyny. Był głodny jak wilk, więc postanowił najpierw zjeść, a potem wrócić do Domu. Khaben i tak już na pewno odkrył, co nabroił. Był dociekliwy, jeśli coś nie szło jak zawsze, a przecież Monah nie przywitał go dzisiaj śniadaniem.

Korytarz był niemal pusty, ale kilku mężczyzn, których spotkał, spoglądało na Monaha z wyraźnym zaciekawieniem. Nie denerwował się tym, bo dobrze wiedział, czego może się spodziewać. Bardziej niepokoiły go odgłosy z jadalni.

Gdy tylko otworzył drzwi, zaskoczyła go liczba zgromadzonych osób oraz ich ożywione rozmowy. Wszedł do środka i obrzucił towarzystwo uważnym spojrzeniem. Przy stołach siedzieli wszyscy dowódcy oraz ich zastępcy. Na blatach stały dzbany i kubki. Niektórzy popijali, inni rozmawiali. Jeszcze inni milcząco rozglądali się wokół, jakby z zachowania pozostałych gwardzistów chcieli wywnioskować, co ich czeka. W głębi sali przy długim stole zasiadała Straż Przyboczna. Khabena jednak nie było. Pierwszy raz od bardzo dawna Monah się zawahał. Pomyślał, że lepiej się wycofać i zejść z oczu rodowym.

— Zejdź z drogi, Monah. Tkwisz w przejściu jak kołek w płocie — usłyszał sarkastyczny ton Khabena. — Myślałem, że po wczorajszej awanturze dochodzisz do siebie, ale skoro zwlokłeś się z łóżka, to chodź na śniadanie. Najpierw posiłek, potem narada. Przydasz się. Masz pamięć do drobiazgów, a z dzisiejszej narady nie może być ani jednego raportu, jasne? Musisz zapamiętać, co się da.

— Panie — zaczął Monah — wczorajszy dzień nie zakończył się tak, jak bym chciał.

— Na dobrą sprawę zakończył się najlepiej, jak to możliwe. Czasami stawiałem sobie pytanie, jak długo jeszcze będziesz znosić ich docinki. Okazało się, że wyjątkowo długo. Jestem przekonany, że po laniu, jakie spuściłeś tym czterem, każdy kolejny zastanowi się, nim oskarży cię o cokolwiek.

— Panie...

— Nic im nie będzie. Lekarz poskładał połamane palce i nos Enthala. Reszta ma mniej groźne obrażenia, śmiem nawet twierdzić, że ich oszczędziłeś. Jak twoje żebra? Dowódca straży mówił, że wczoraj na nie narzekałeś.

— Bywało gorzej, panie.

Khaben zaśmiał się i ruszył do stołu. Monah powlókł się za nim. Dopiero teraz zauważył, że wszyscy w sali uważnie słuchali ich rozmowy, a teraz wymieniali cichsze lub głośniejsze uwagi. Usiadł, jak zawsze w podobnych sytuacjach, na końcu stołu.

— Panowie... — zaczął spotkanie Khaben. — Gwardziści! Jest kilka spraw do omówienia, ale najpierw śniadanie. Jak wiecie, mój adiutant dzisiaj zaspał, ale miał wczoraj ciężki dzień i nielekką noc, więc... Wszyscy wiemy, że mężczyzna czasami musi zrobić to, co do niego należy. Nigdy nie wątpiłem w Monaha, ale myślę, że nie wszyscy znają go tak dobrze jak ja. Zresztą to dzięki jego nocnym przygodom wymyśliłem, by się tu z wami spotkać. Pijcie, jedzcie i nie zastanawiajcie się na razie, jakie to nowiny mam wam do przekazania. Jestem głodny jak wilk, od lat nie jadłem śniadania w południe! — dokończył, uśmiechnął się ironicznie i usiadł między Askharidem a Luridhem.

Monah wiedział, że taki dobór towarzyszy jest bardzo znaczący. Luridh to prawo, Askharid — rozsądek, Khaben — władza. Wszyscy to wiedzieli i Monah był przekonany, że w głowach gwardzistów pochylonych nad miskami z piwną polewką narodziło się właśnie wiele pytań. W głowie Monaha natomiast zapanował spokój. Pojął, że Khaben wie więcej, niż adiutantowi się wydaje, i reaguje pobłażliwiej, niż ten oczekiwał. Widać adiutant ciągle nie zna dowódcy tak dobrze, jak przypuszczał...

— Jedz, Monah — mruknął Monather. — Khaben jest wściekły o tę bijatykę, ale łeb urwie ci dopiero w Domu. Może lepiej, żebyś został w koszarach, póki nie ochłonie? — zapytał i zaśmiał się pod nosem.

— Moja kwatera jest w Domu — odciął się i pochylił nad miską. Nie miał zamiaru martwić się na zapas. Poza tym, gdyby Khaben chciał go ukarać, już by to zrobił.


3

Gdy tydzień później Monah przekroczył próg celi Kariny, Przewodniczka mocno spała. Pomyślał, że ma nerwy jak postronki. Spędziła w odosobnieniu wiele godzin, choć pewnie szybko straciła rachubę czasu. Siedziała tu przecież w całkowitej samotności, bez żadnych wieści, bez odwiedzin, nawet bez przepytania na okoliczność wydarzeń w holu. Tydzień sam na sam z niewesołymi myślami... Niejeden więzień załamywał się w takich okolicznościach, a ona spokojnie spała. Musiała mieć czyste sumienie i pewność, że nic jej nie grozi.

Monah pochylił się i potrząsnął jej ramieniem.

— Pani, obudź się — powiedział.

Rozchyliła powieki i obrzuciła go szybkim, uważnym spojrzeniem. Odsunął się i usiadł na krześle przy drzwiach. Za nimi czuwał strażnik, gwardzista gotów pomóc w każdej chwili, jeśli tylko zawoła.

— Panie Monahu, jak miło wreszcie widzieć kogoś innego niż milczący gwardzista z kawałkiem chleba i kubkiem wody. Jakie wieści przynosisz? Pożyję jeszcze trochę czy też przyszedłeś mnie zabić? — zapytała, siadając i podnosząc na niego oczy. Nie było w nich lęku, raczej rezygnacja.

— Zabić — powiedział nieoczekiwanie dla samego siebie.

Przyglądając się jej, dostrzegł, jak zacisnęła pięści i jak zadrgały jej usta, ale to wszystko.

— Zabić? — patrzyła mu w oczy i wiele go kosztowało, by zachować kamienny spokój.

— Tak. Taki wyrok wydał Khaben.

— Dość radykalny.

— Zgodny z prawem.

— A ty masz go wykonać? — zapytała, nie patrząc na niego.

— Tak.

— I zrobisz to? — podniosła na niego wzrok i wpatrzyła się w jego usta. Czekała na odpowiedź.

— Tak.

Westchnęła mimowolnie. Patrzyła ciągle tak samo, uważnie i spokojnie. Tylko jej dłonie złożone na sukni nagle pobielały.

— Jak to zrobisz?

— Wolno ci wybrać. Wstań.

Uniosła się, wyprostowała i zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Zaczęła rozwiązywać tasiemkę ściągającą dekolt. Sięgnęła gdzieś między koszulkę a suknię, poszperała i wyjęła srebrzystą wstążkę. Naprawdę uwierzyła, że ją zabije, więc szykowała się na śmierć. Obserwował, jak owija wstęgę z nici przodków wokół dłoni i zaciska na niej palce.

— Powiesz mi, jak szybko to zrobisz? I bez wielkiego bólu? — zapytała, obrzucając go spojrzeniem i uciekając oczami w dół wstęgi. — Jesteś żołnierzem, wiesz takie rzeczy lepiej niż ja.

— Sama wiesz — powiedział i odchylił głowę, by zobaczyła niemal wygojoną ranę na jego szyi. — Próbowałaś tego na mnie. Wbiję ci nóż w mózg. To szybki sposób, prawda?

— Błyskawiczny — przytaknęła cicho.

— Podejdę z tyłu, obejmę cię za szyję, odciągnę głowę i jednym silnym uderzeniem zabiję. Mogę też skręcić ci kark, wtedy jest mniej krwi.

— Mam wybrać? — szepnęła.

Patrzył na pobielałe palce dłoni, na wpatrzone w niego oczy, zaciśnięte usta. Bała się, ale stała wyprostowana i dumna. Nie zamierzała błagać o litość. Oszukiwanie jej, ta okrutna gra, wydało mu się bez sensu.

— Nie. Nie musisz.

— Nie? — drgnęła zaskoczona. — Mówiłeś, że tak.

— Nie muszę cię zabijać — powiedział spokojnie, czekając, jak zareaguje. Drgnęła i napięła mięśnie.

— Inni to zrobią? Wolałabym, jeśli mogę wybierać, byś zrobił to ty. Wolę umrzeć z twojej ręki niż kogokolwiek innego.

Zaskoczyła go tym. Czy miało znaczenie, kto ją zabije? Czy śmierć będzie inna, jeśli on ją zada? Zastanowił się, patrząc uważnie na zbielałe knykcie palców zaciśniętych na sukni. I przyznał, że może miała rację. Lubił ją, pociągała go. Gdyby musiał ją zabić, postarałby się, żeby nie cierpiała. Uszanowałby jej strach, ból, jej martwe ciało. Poczuł się dziwnie. Jakby coś w nim zadrgało w sprzeciwie. Pierwszy raz pomyślał, że może nie byłoby to takie proste, jak mu się wydawało z początku. Gdyby Khaben kazał ją zabić, nigdy by się jej do tego nie przyznał. Zrobiłby to szybko, bez żadnej rozmowy, tłumaczenia, wybierania metod. Zrobiłby to? Mógłby to zrobić? Z każdą chwilą wątpił coraz bardziej.

— Nie umrzesz — szepnął. — Khaben nie kazał was zabić. Nie uważa, że to konieczne. Uznał wasz wyczyn za interesujący i nakazał nam, żołnierzom, których pokonałyście, dowiedzieć się, jak to zrobiłyście.

— Czekaj... — usiadła na brzegu łóżka, pochylając się w kierunku Monaha. — Chcesz powiedzieć, że jeszcze trochę pożyję?

— Tak — potwierdził.

Długo wpatrywała się we wstęgę przodków. Wreszcie odwinęła ją z dłoni, złożyła i wsunęła za stanik. Dłonie jej drżały. Podniosła się. Stała naprzeciw i widział, że drży coraz silniej.

— To po co ta historia o zabijaniu? — zapytała i zrobiła krok w jego stronę.

„Żebym to ja wiedział...”, pomyślał. Jednak powiedział coś całkiem innego.

— Chciałem zobaczyć, jak zareagujesz. Mała zemsta za to obezwładnienie w holu.

— Zemsta... — powtórzyła, a jej oczy zwęziły się w szparki.

— Właśnie — potwierdził znowu, ale wydało mu się, że głupio zrobił.

— Możesz wstać? Na parę chwil?

Spojrzał zaskoczony, ale bezmyślnie wstał. Cios w splot słoneczny zgiął go wpół. Długo łapał oddech.

— Tak się poczułam, kiedy powiedziałeś, że mam umrzeć. Pochyl się, będzie ci lżej oddychać, głowa na dół. O tak. Lepiej?

— Pieprz się. — z trudem chwytał oddech.

— Właściwie dla uczczenia mojego nowego życia to nawet bym mogła.

Poderwał głowę. Jej słowa spadły jak grom z jasnego nieba i ponownie odebrały mu dech. Na szczęście były to tylko słowa. Ciężko usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach, ale nie płakała.

 

— Czy możesz mnie stąd wypuścić? — zapytała wreszcie.

— Nie, póki nie wyjaśnisz, w jaki sposób tak zgrabnie podeszłaś mnie w holu. To było zaskakujące. Khaben kazał nam się dowiedzieć, jak nas pokonałyście. Za karę. Jeśli to zrobisz, będziesz mogła wrócić do siebie. Jednak za wydarzenia w holu Khaben nakłada na was wszystkie, biorące w tym udział, areszt. Nie wolno wam opuszczać Domu. Każda będzie miała przydzielonego gwardzistę. Przed każdym posiłkiem zbieracie się we Wspólnej, byśmy wiedzieli, gdzie jesteście. Jedna zniknie, reszta odpowie za nią. Rozumiesz?

Spojrzała uważnie, zmarszczyła czoło i wreszcie kiwnęła głową.

— Stań na środku, nauczę cię mojego tańca — rozkazała. — No dalej, nie bądź taki zaskoczony! Nauczę cię. Nie chcę tu być ani chwili dłużej! Nienawidzę tych ścian i tej ciszy!

Po kwadransie wiedział już, o co chodzi. Kazał strażnikowi odprowadzić Karinę do draińskiej części domu. Poszła, a on siedział na krześle pod drzwiami i czuł coś na kształt podziwu. Bała się, ale nie błagała o litość. Drżała, a mimo to dumnie trzymała głowę. Była piękna, odważna i zdobyła jego szacunek.

Miała swoją dumę. Miała swój honor. Była sprawna i waleczna.

Do tego przywaliła mu tak, że jeszcze go mdliło.


4

Sinka po aresztowaniu i odizolowaniu powoli dochodziła do siebie. Nie do końca rozumiała, co stało się w holu. Dobrze pamiętała swój pokój i myśli o sadzawce. Potem śmierć Molekha i to, co było dalej. Umykało jej jednak kilkanaście chwil między tymi dwoma stanami. Miała jakieś przebłyski, dziwne obrazy pojawiały się w jej głowie, migały twarze, których nie znała. Mimo wszystko nie czuła się zagubiona. Kiedy gwardziści odprowadzili ją do koszar, miała dość sił, by położyć się na łóżku i zasnąć. Nic się jej nie śniło i obudziła się w miarę wypoczęta, choć krwawa pręga na plecach bardzo jej dokuczała. Zresztą, ku jej zaskoczeniu, wkrótce pojawił się kharski medyk, który fachowo obejrzał jej plecy i wysmarował je jakimś mazidłem. Przyniosło ulgę i była mu wdzięczna, gdy po kilku godzinach przyszedł znowu. Podziękowała wylewnie, a on tylko burknął, że ma pewne doświadczenie w leczeniu takich ran. Poza tym działa na wyraźny rozkaz Khabena. Nic więcej nie powiedział, choć pytała go o inne kobiety.

Leżała więc na twardej pryczy i zastanawiała się, co spowodowało, że nie miała normalnych objawów rozbicia po tkaniu. „Bo przecież nie tkałam”, pomyślała zaskoczona. Czuła Molekha, jego ból, cierpienie i gasnące życie, ale odrzuciła jego emocje. Może to wpływ skupienia, a może czegoś całkiem innego... Kiedy wychodziła z holu, była skrajnie wyczerpana, rozdygotana i nie miała siły na nic. Teraz oddała się rozważaniom, by stwierdzić, że wszystko, co się wydarzyło, unaoczniło jej, że może iść całkiem inną drogą. Nie musi przyjmować cudzych uczuć. Może nigdy nie musiała! Nauczono ją, jak radzić sobie z tym przeklętym darem, i nigdy nie próbowała niczego innego. Dla Rady wygodnie było mieć Tkaczkę Klejnotów, więc zrobiły z dziecka przydatne i dochodowe narzędzie. Wykorzystywały ją.

„A może sama dawałam się wykorzystywać?”

A jeśli nie było innej drogi? Może musiała przejść to wszystko, by dotrzeć do jakiejś nowej granicy, postawić kolejny mur? Jeśli tak, to nikt nigdy więcej nie zmusi jej, by przyjęła jakiekolwiek obce uczucia!

Ta konkluzja wyciszyła jej rozedrgane nerwy i pozwoliła zapomnieć o dziwnych obrazach z dnia kaźni. Czuła, że to, co się wydarzyło, było ważne, ale nie chwaliła się nikomu tym, co widziała i czuła. Tym bardziej że niewiele z tego rozumiała. Owszem, umiała odseparować swój umysł, stawiała ściany i zapory, ale nigdy aż tak, by nie widzieć ani nie słyszeć świata wokół, tylko znaleźć się w jakiejś dziwnej krainie pełnej zjaw. Uśmiechnęła się, gdy z kłębów mgły, która spowijała jej pamięć, wypłynęli dziadkowie i ich rozmowa o fotelu dziadka Nercjusza. Zaśmiała się na wspomnienie oburzenia babci tak głośno, że aż zajrzał do niej gwardzista. Popatrzył zaskoczony i czym prędzej zamknął drzwi. Musiała wydać mu się dziwna... Szalona? „O tak, na pewno jestem szalona”, pomyślała i nagle śmiech przeszedł w szloch. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Czy naprawdę traciła rozum?! Zasnęła umęczona wydarzeniami, bólem i płaczem. Po przebudzeniu w mroku celi bez okien wydawało się jej, że ciągle słyszy kobiety ze snu.

Gdy miała dziewięć lat, zapytała matkę, czy to prawda, że ma pomieszane w głowie. Słyszała to, a może w kimś wyczytała... Wtedy jeszcze nie potrafiła tego rozróżnić.

— Nie, kochanie. Nie jesteś szalona. Jesteś inna od wszystkich ludzi na całym świecie i oni nie rozumieją, kim jesteś.

Teraz Sinka też nie rozumiała samej siebie.

Codziennie odwiedzał ją stary Luridh i rozmawiał z nią przez kilka minut. Uspokajał ją, gdy pytała o starą Walim.

— Jest pod strażą, ale razem z mężem, w swoim domu.

Uspokoił ją też, kiedy spytała o inne Przewodniczki.

— Czekają w odosobnieniu na decyzję Khabena — powiedział jednego dnia, a kolejnego kazał jej się pozbierać i sam odprowadził ją do Domu. — Nie wolno ci, pani, opuszczać swoich komnat. Khaben zarządził areszt domowy.

„I tylko tyle?”, pomyślała zaskoczona. Spodziewała się o wiele poważniejszych restrykcji, bo przecież doskonale pamiętała pytanie, które zadała Khabenowi: „Czy jesteś synem Krani?”. Wiedziała, kim była Krani. Młodą dziewczyną, która uciekła z domu, by przeprawić się przez góry i zostać pierwszą królową Kharu. Jeśli więc jej pytanie miało jakikolwiek sens, to Khaben wcale nie był jednym ze spadkobierców wysokich rodów. On był... najważniejszym spośród spadkobierców. Dręczyło ją przekonanie, że on to potwierdził, ale nie rozumiała, skąd ono wypływa. I skąd przyszło jej do głowy, by go o to zapytać?

Coś ją drażniło, jakaś nieuchwytna myśl, którą należało sformułować. Zaszyła się więc w bibliotece i większość czasu spędzała na wertowaniu starych ksiąg. Największy ich zbiór ukryto, zanim wprowadzili się Kharowie, ale został ten niewielki w starej części domu. Czytała więc, by rozwikłać zagadkę, a poza tym musiała jakoś zabić nudę i bezczynność. Śledziła dość nieuważnie przygody jednego z draińskich podróżników, gdy bez żadnej zapowiedzi nagle wszedł Khaben.

— Pani, musimy porozmawiać — stwierdził zdecydowanie i obrzucił ją uważnym, taksującym spojrzeniem. — Muszę ci coś opowiedzieć.

— Trzymasz mnie w zamknięciu, by przychodzić i opowiadać mi historyjki? — zapytała ironicznie.

— Nie — zaprzeczył. — Trzymam cię w zamknięciu, żebym nie musiał patrzeć na twoją egzekucję.

Wcale jej nie zaskoczył. Cały czas wiedziała, jaka jest kara za atak na Generalnego Dowódcę Wojsk Inwazyjnych. Jednak odosobnienie rozmyło tę świadomość, a starszy Luridh, uprzejmy i prawie przyjazny, sprawił, że ani przez moment nie czuła się zagrożona. Wprost przeciwnie, wydawało się jej, że wyraźnie dał do zrozumienia, iż jest bezpieczna. Słowa Khabena zrobiły na niej wrażenie, choć chyba nie takie, jakiego się spodziewał.

— Jedyną karą za atak na mnie i moich żołnierzy jest śmierć — powiedział spokojnie, siadając naprzeciwko niej. — Uznaliśmy jednak, że to niepotrzebne, bo nic złego się nie stało. Zabiłyście Khara z litości, nie mogąc znieść jego cierpienia. Podeszłaś do mnie, by wyjaśnić swoje postępowanie. I tyle.

— Tak to tłumaczysz?

— Czy nie tak było? — spytał, unosząc brwi, jakby inna możliwość nie wchodziła w rachubę.

— I tak, i nie. Walim zabiła go, bo nie mogłam znieść jego bólu, powolnego umierania i nie chciałam, by... — przerwała i wzruszyła ramionami. — Nieważne. Może faktycznie z litości. To dobry powód. Dla wszystkich. A dlaczego ty mi na to pozwoliłeś?

— Nie rozumiem — dopytał z uśmieszkiem wyrażającym zainteresowanie i jednocześnie lekceważenie.

— Rozumiesz — uśmiechnęła się i poruszyła delikatnie palcami. Zaskoczyła go tym, bo z jego autentycznej swobody nagle już nic nie zostało. — Khaben, ruchy palców widzieli nie tylko twoi żołnierze. Nakazałeś swojej straży, by nam na to pozwoliła?

— Niby jak? — zapytał, jakby nadal nie pojmował, o czym mówi. Umiał udawać niewiedzę.

— Och, obserwuję was od miesięcy. I staram się zrozumieć, co mówią wasze palce, gdy milczycie. Pierwszy raz zauważyłam to, gdy tylko przyjechaliście. Wszedłeś do holu i choć milczałeś, niektórzy z Rady kiwali głowami w potwierdzeniu i odchodzili. Przekazywali sobie informacje, poruszając palcami. Ich palce tańczyły. Co im powiedziałeś podczas egzekucji?

Spojrzał i westchnął. Czy dlatego, że użyła słowa „Rada” i poznała proste znaki ich kodu? W jego oczach błysnęło zainteresowanie, ale twarz nadal miał obojętną. Jak dla Sinki trochę bez wyrazu. Zauważyła już kilkakrotnie, że ten Khar potrafił ukryć większość uczuć pod maską obojętności.

— Jesteś zdecydowanie za bystra. Nie spotkałem w życiu takiej Kharki! — Uśmiechnęła się, bo w tych słowach rozbrzmiewała pochwała, co dziwnie kontrastowało z twarzą bez wyrazu. — Niektóre dwórki latami tego nie zauważają, a ty spostrzegłaś już podczas pierwszego spotkania, w tłumie ludzi. Myślałem wtedy, że poczułaś się urażona moją obojętnością. Moim udawaniem, że nie wiem, kim jesteś. A tymczasem ty już zdążyłaś zauważyć coś takiego?

— Poczułam się urażona i dlatego nie patrzyłam na wasze twarze. Popatrzyłam niżej i dostrzegłam szybkie ruchy palców. Ale nie o tym mieliśmy mówić. Co im rozkazałeś?

— Chyba jasne, skoro żyjecie... — stwierdził.

Pokiwała głową.

— Powiedz, z czym przyszedłeś.

Wydawało się, że chętnie by podyskutował o wydarzeniach w holu, ale coś go powstrzymywało. Nie miała pojęcia co, a kolejne wypowiedziane przez niego zdania całkowicie odwróciły jej uwagę od tego tematu.

— Ten Khar, którego zabiła Walim...

— Molekh — wtrąciła Sinka, a on przytaknął.

— Molekh został skazany na śmierć nie tylko dlatego, że zamordował dziewczynkę, ale również dlatego, że spiskował przeciwko mnie. A co za tym idzie, wystąpił przeciw królowi i jego koronie. Z jego zeznań wynikało, że grupa żołnierzy wspierana przez pewnych ważnych Kharów postanowiła mnie usunąć, a na moje miejsce osadzić kogoś innego. Nie znasz go, więc nieważne kogo. Nie ma go tu i bez bardzo ważnego powodu się nie zjawi.

Obserwowała go uważnie. Opowiadał o spisku na swoje życie tak, jakby mówił o kolejnym nudnym przyjęciu organizowanym przez szlachetnych Kharów, i jak zawsze coś ukrywał. Przerwała ten wywód, by zapytać, po co jej o tym mówi.

Uśmiechnął się, jakby chciał dać do zrozumienia, że spodziewał się tego pytania.

— Musisz wiedzieć, że za tydzień lub dwa pewnie przybędzie tu kilku spiskowców, którzy będą próbowali mnie zabić.

— Nie wiedzą, że znasz ich plany? Przecież Molekh nie żyje.

— Ależ on zginął za gwałt na dziewczynce. — pokręcił głową, jakby zaskoczony, że w ogóle o to pyta. — Poza kilkoma gwardzistami i Radą nikt nie wie, że jest nowy spisek.

— Nowy? Były inne?

— Zawsze jakieś są... — wzruszył ramionami. — Lepiej lub gorzej zorganizowane, przez nielicznych wybranych i całe rody, długofalowe i całkiem szalone, nieprzemyślane. Różnie z tym jest, ale na podstawie tych wszystkich zamachów mógłbym już napisać dysertację. Na szczęście nie mam ciągot naukowych... Wracając do tematu, niedługo czeka mnie kolejna przeprawa.

— I spiskowcy mają przyjechać do mojego Domu, by spróbować cię obalić? A ty będziesz przygotowany i ich działania spełzną na niczym, tak?

— Postaram się. Postaram się przeżyć — powiedział spokojnie, ale zauważył jej pytający wzrok, więc dodał tonem wyjaśnienia, jakby tłumaczył dziecku jakieś trudne zagadnienie: — Kharowie z wysokich rodów są wiecznie niezadowoleni, wciąż marudzą. Wydaje się, że ciągle mają za mało pochwał, zbyt mało zaszczytów i nagród. Gdy któryś z nich wbije sobie do głowy, że jest najlepszy, próbuje udowodnić, że tak właśnie jest. Każdy pragnie być na szczycie, ale niektórzy w tym pragnieniu posuwają się dalej niż inni. Można powiedzieć, że takie zamachy to nasza narodowa tradycja. Każdy, kto ma choć trochę władzy, może liczyć się z zamachem na siebie i swoją rodzinę. Panowanie nad tą bandą wymaga surowych praw i okrutnych kar. Śmierć za karę musi odstraszać, dlatego ten śmieć umierał tak wstrętnie, a ty niepotrzebnie się nad nim zlitowałaś. Kobiety są takie ckliwe... Ale to tylko kobiety, więc nie muszę ich zabijać.

— Jak to miło, że urodziłam się dziewczynką — zadrwiła. — Kiedy przybędą ci napastnicy?

 

— Tego dokładnie nie wiem, ale na pewno tu zawitają. Już rozeszła się wieść, że pozwoliłem wam zabić Khara i nie ukarałem Przewodniczek, a Straż Przyboczna jest słaba i nieudolna.

— Co oczywiście nie jest prawdą — szepnęła.

— Nie jest — przytaknął. — Nie myśl jednak, że mamy wiele czasu. Oni pewnie nadciągną szybciej, niż myślę. Są dobrze zorganizowani i mają poparcie zamożnych ludzi, a jak wiadomo, pieniądze otwierają sporo drzwi, więc to już niedługo. Im się wydaje, że muszą zapytać, dlaczego żyjecie, ty i Przewodniczki z holu. Choćby stara Walim... — Tłumaczył spokojnie, z namysłem, patrząc jej w oczy. — Jesteście jak wyzwanie do pojedynku. Oprócz Przewodniczek i gwardzistów, tych, którzy byli w holu, nikt nie zna prawdy o waszym rzekomym ataku na mnie. Nikt nie zna prawdy o przyczynach i przebiegu tego ataku.

— To nie był atak — rzuciła szybko, bo drażniło ją to słowo.

— Wiem. Wiem, że nie było bezpośredniego zagrożenia życia — powiedział spokojnie z głębokim przekonaniem. — Ale poza osobami z holu nikt o tym nie wie. Reszta myśli, że grupa Przewodniczek zaatakowała, a Straż Przyboczna ledwo sobie poradziła. I tak właśnie mają myśleć. Tylko w ten sposób mogę nimi pokierować. Rzuciłem im wyzwanie, darując wam życie. Ale jeśli zamachowcom się powiedzie, jeśli nie przeżyję spotkania z nimi, czeka was śmierć. Przykro mi, że się w to wplątałyście, bo wiem, że...

— Czekaj, czekaj. Bo coś mi... — przerwała mu i przez chwilę uważnie śledziła linie na prawej dłoni, a potem powiedziała głośno i dobitnie: — Trzymasz nas tu jako przynętę. Wykorzystałeś nas, by ich tu zwabić! Pozwoliłeś zabić tego gnoja, pozwoliłeś zaatakować swoją straż, by ich tu przyciągnąć! A teraz mówisz mi o tym jak gdyby nigdy nic. Jakbyś był niewinny. Jaki z ciebie... — zabrakło jej tchu, więc tylko pokręciła głową w bezgranicznym zaskoczeniu.

Nic nie odpowiedział, wziął z jej kolan książkę i przerzucił kilka kartek. Patrzyła oniemiała.

— Zostaw moją książkę! — krzyknęła, wydarła mu ją z dłoni i rzuciła na stół. — Rozmawiaj ze mną!

— Sinko... — spojrzał jej w oczy, w których dostrzegł bezmierny gniew i nagle poczuł, że powinien wytłumaczyć, że to ważne, by zrozumiała. Pochylił się i choć się wzbraniała, wziął jej dłonie w swoje i ścisnął. — Posłuchaj mnie! Żyję tak długo tylko dlatego, że umiem robić to, co cię tak bulwersuje: manipulować, przewidywać i kontrować. Gdybym nie zapobiegał tym wszystkim zamachom, nie przygotowywał się do nich, już dawno leżałbym w kamiennym sarkofagu w krypcie rodowej. Moje życie to pasmo sporów z wysokimi rodami, kłótni z kolorowymi, procesów, kaźni... Pierwszy raz oglądałem śmierć zamachowca, gdy miałem sześć lat... I nigdy, nigdy nie zapomnę przerażenia, jakie mną owładnęło, gdy przyłożył mi nóż do gardła. Cudem mnie nie zabił, tylko pokaleczył. Po tym pierwszym zamachu ojciec zaczął mnie uczyć walki. Draini mówią, że jestem krwawym demonem, boją się mnie. I nie tylko oni. Ale tak ma być. Strach paraliżuje, zabija wolę, spowalnia, obezwładnia myśli i ciało. Wielu żyje tylko dlatego, że się mnie boi. A ci, którzy chcą zapolować na moją głowę... — Nie musiał kończyć, bo widział, że Sinka już wie, jaki jest koniec zdania. — Masz szczęście, żyjąc wśród Drainów. Kiedy na was patrzę, myślę, że jesteście jak dzieci. Nie potraficie knuć i zdradzać.

Uśmiechnęła się ironicznie, prychnęła i wyswobodziwszy dłonie, uciekła od niego w stronę okna. Wychodziło na ten sam wewnętrzny ogród, który było widać z jej pokoju. Teraz zasypany był śniegiem, który lśnił iskierkami odbitego światła napływającego z biblioteki. Stwierdziła, że po tym, co jej powiedział, nie powinna niczego udawać.

— Potrafimy — powiedziała zdecydowanie. — Wiesz, że tak. Nie bez powodu pozbyłeś się Rady z Kort.

— Fakt. Ale wy tu, u ciebie...

— Nie mów rzeczy, których nie możesz sprawdzić, Khabenie — przerwała mu i spojrzała w oczy. — Czasami dajesz się nabrać. Widzisz tylko materię wiszącą nad wejściem. Musisz ją podnieść, by dostrzec, co jest w głębi.

Ściągnął brwi.

— Zaskoczony? Upadła twoja wizja krainy prawości i szczęśliwości?

— Po co mi o tym mówisz?

— A ty mi o zamachu?

Zamilkł i zaczął wertować książkę. Zatrzymał się na jednej karcie.

— Piękne ilustracje. Niezwykle piękne. Skąd masz to dzieło?

— Znowu to robisz... — stwierdziła, kręcąc głową, a kiedy rzucił jej znad książki pytające spojrzenie, dodała: — Nagle, niby całkiem bez powodu zmieniasz temat i odwracasz moją uwagę! Potrzebujesz czasu na przemyślenie, to powiedz, a nie tak... jakbyś tamto lekceważył! — Skrzywił usta i spostrzegła, że nie wie, co odpowiedzieć. Chyba pierwszy raz od spotkania w sadzie zauważyła jego zmieszanie. Czuła się zagubiona. — Zresztą skoro cię to ciekawi... — wzruszyła ramionami. — Stworzył je mój przodek. Rysował najlepiej na świecie.

— Przodek...

— Coś taki zaskoczony?

— Sam nie wiem.

— Khaben, co się z tobą dzieje? — zapytała poirytowana jego niecodziennym zachowaniem.

Odłożył książkę, wstał i podszedł do Sinki. Wyciągnął dłoń i zawinął jeden z jej loków wokół palca.

— Próbuję rozdzielić to, co muszę, od tego, czego pragnę.

Wsunął dłoń pod jej włosy, przesunął palcami po szyi i patrzył, jak mruży oczy. Pochylił się i musnął jej wargi swoimi.

— Chciałbym zapomnieć, kim jestem, chciałbym zapomnieć, co tu robię i...

Pocałował ją jeszcze raz, ale gdy podniosła ramię, by go objąć, odsunął się.

— Sinko, proszę, pokaż mi dokładnie sieć waszych ukrytych korytarzy.

Zobaczył, jak na jej twarz wypływają po kolei zaskoczenie, zrozumienie i w końcu złość, a w oczach pojawiają się łzy. Odwróciła się od niego nagle, a wówczas spódnica zawinęła się wokół ich nóg i zatrzymała ją w pół kroku. Pochylił się do niej i szepnął prosto do ucha:

— Gdybym mógł zapomnieć, kim jestem i co mam tu do zrobienia, to rozsznurowałbym teraz twoją suknię i kochał cię wiele godzin. Widzisz, nie jestem kamieniem. Pociąga mnie twoja siła i niezależność. I chętnie wtuliłbym twarz w twoje loki — mówił cichutko, a jego oddech muskał ucho Sinki. Zadrżała, a on podniósł głowę. — Ale odpowiadam za tysiące Kharów i nie mogę ich opuścić tylko dlatego, że pragnę kobiety. Nie tego mnie nauczono. Ja, Sinko, wcale się nie liczę. Zupełnie, mnie nie ma. Jest Generalny Dowódca Wojsk Inwazyjnych i jego zadanie. Może kiedyś, jeśli wreszcie uda mi się je wykonać, będę mógł pomyśleć o sobie, będę mógł...

Zamilkł. Czekał, stojąc tuż za nią. Słyszała jego oddech i czuła go — muskał delikatnie czubek jej głowy. Przez chwilę pragnęła, by jej dotknął, by rozsznurował suknię! Pragnęła z całych sił! Ale on przyszedł, by pokazała mu korytarze!

— Jeśli uwolnisz moją spódnicę, będę mogła pokazać ci to, czego tak pragniesz.

— Sinko, to nie tak... — próbował coś powiedzieć, ale przerwała mu zdecydowanie.

— Cofnij się.

Przez moment stał bez ruchu, a potem zrobił to, czego zażądała głosem pełnym gniewu i upokorzenia. Nawet na niego nie spojrzała, podeszła tylko do ściany i otworzyła przejście. Poprowadziła go do kharskiej części domu, pokazała ukryte wejścia i sposób ich otwierania. Po dwóch godzinach błądzenia po domu wrócili do biblioteki. Sinka usiadła na poprzednim miejscu i wzięła do ręki tę samą książkę.

— Sinko?

— Do widzenia, Khabenie.

— Nie opuszczaj swojej części domu — poprosił.

— Tak, wiem. Luridh powiedział mi, jaki zapadł wyrok. Areszt domowy.

— Sinko...

— Do widzenia, Khabenie. Wyznaczono moją zastępczynię. Ona nie jest Przewodniczką, więc nie musicie się jej obawiać. Czy mogę wychodzić do wewnętrznego ogrodu?

— Oczywiście. I... — Chciał powiedzieć coś ważnego, ale z jakiegoś powodu rozmyślił się i zamilkł. — Masz swoje tajne korytarze. W nich nie ma Kharów i bez powodu żaden tam nie wejdzie, również dla mojego bezpieczeństwa.

„A jakże...”, jęknęła w myśli, skinęła głową i pochyliła się nad książką. Czuła się podle. Wykorzystana, oszukana, samotna i zamknięta — nawet jeśli tylko teoretycznie. Słyszała, jak Khaben wychodzi, i dopiero wtedy pozwoliła sobie na płacz. Dostał, czego mu było trzeba, i sobie poszedł. Cóż za upokorzenie!