Metro 2033

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Metro 2033
Metro 2034
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,89  55,91 
Metro 2034
Audio
Metro 2034
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Audio
Metro 2033
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Prawo do zemsty
Prawo do zemsty
E-book
29,90 
Szczegóły
Mutant
E-book
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

Метро 2033 & Eвангелие от Aртемa

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2007, 2011

through Nibbe & Wiedling Literary Agency

www.nibbe-wiedling.de

All rights reserved

The moral law of the authors has been asserted

Przekład z języka rosyjskiego

Paweł Podmiotko

Redakcja i korekta

Piotr Mocniak

Dominika Pycińska

Pracownia 12A

Projekt okładki

Ilja Jackiewicz

Ilustracje

Diana Stiepanowa

Projekt logo i mapy

Jacek Doroszenko

www.doroszenko.com

Konwersja

Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2010–2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-61428-59-6

Wydanie III

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90 biuro@insignis.pl, www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis twitter.com/insignis_media (@insignis_media) instagram.com/insignis_media (@insignis_media) Snapchat: insignis_media

Drodzy moskwianie i goście stolicy!

Moskiewskie metro to system transportu, którego użytkowanie wiąże się z podwyższonym ryzykiem.

[Informacja w wagonie moskiewskiego metra]

Ten, któremu starczy

odwagi i wytrwałości,

by przez całe życie

wpatrywać się w mrok,

pierwszy dojrzy w nim

przebłysk światła.

Chan

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1 // Koniec świata

– Kto tam? Hej, Artem! Zobacz no!

Artem podniósł się niechętnie ze swojego miejsca przy ognisku i przewieszając karabin z pleców na pierś, ruszył w ciemność. Stanął na samym skraju oświetlonej przestrzeni i jak umiał głośno i sugestywnie, z demonstracyjnym szczękiem odciągnął zamek i ochryple zawołał:

– Stać! Hasło!

Z ciemności, w której chwilę wcześniej rozległ się dziwny szmer i głuche pomruki, dało się słyszeć pośpieszne, lekkie kroki. Coś przestraszyło się mocnego głosu Artema i szczęku broni i pobiegło w głąb tunelu. Artem szybko wrócił do ogniska i rzucił do Piotra Andriejewicza:

– No i nic, nie pokazał się. Nic nie powiedział, tylko zwiał.

– Ty ofermo! Miałeś rozkaz: „Nie odpowiadają – strzelać od razu!”. Skąd ty wiesz, co to było? Może to czarni się podkradają?!

– Nie… To chyba w ogóle nie ludzie… Bardzo dziwne dźwięki… No i kroki nie takie jak człowieka. Czy ja niby ludzkich kroków nie słyszałem? Poza tym, gdyby to byli czarni, to czy oni choć raz tak uciekali? Sam pan wie, Piotrze Andriejewiczu, że ostatnimi czasy czarni od razu rzucają się naprzód; atakowali już patrole gołymi rękami i szli wyprostowani na karabin maszynowy. A ten od razu zwiał… Jakieś tchórzliwe bydlę.

– Pięknie, Artem! Za dużo mędrkujesz! Masz rozkaz, to działaj według rozkazu i się nie zastanawiaj. Może to zwiadowca? Zobaczył, że nas tu mało, teraz przyjdzie ich więcej i… Może nas tu zaraz lekko i przyjemnie ukatrupią, ciach nożem po gardle i całą stację wyrżną, tak jak się to skończyło z Poleszajewską, a wszystko dlatego, że tyś gada na czas nie załatwił… Spójrz na mnie! Następnym razem każę ci ich gonić w tunelu!

Artem skulił się na myśl o tunelu za siedemsetnym metrem. Strach było sobie nawet wyobrazić, że trzeba by tam pójść. Nikt nie miał odwagi chodzić dalej niż siedemset metrów na północ. Patrole dojeżdżały do pięćsetnego i po tym jak poświeciły na słup graniczny reflektorem drezyny i upewniły się, że żaden śmierdziel za niego nie przelazł, pośpiesznie wracały. Zwiadowcy, chłopy na schwał, byli żołnierze piechoty morskiej – ci zatrzymywali się na sześćset osiemdziesiątym, chowali w dłoniach zapalone papierosy i zamierali, przyklejeni do szkieł noktowizorów. A potem cofali się powoli, spokojnie, nie spuszczając oczu z tunelu i w żadnym wypadku nie odwracając się do niego plecami.

Posterunek, na którym się teraz znajdowali, mieścił się na czterysta pięćdziesiątym, pięćdziesiąt metrów od słupa granicznego. Lecz granica była sprawdzana raz dziennie, a obchód zakończył się już parę godzin temu. A zatem teraz ich stanowisko było ostatnie, a przez te kilka godzin, które minęły od poprzedniej kontroli, stwory, które mogły się przestraszyć patrolu, na pewno znów zaczęły podpełzać bliżej.

Ciągnęło je do ognia, bliżej ludzi…

Artem usiadł na swoim miejscu i spytał:

– A co się stało z tą Poleszajewską?

I chociaż znał już tę mrożącą krew w żyłach historię – od straganiarzy na stacji – miał ochotę usłyszeć ją raz jeszcze, jak dziecko, które ma niepowstrzymaną chęć na straszne bajki o bezgłowych mutantach i wampirach porywających dzieci.

– Z Poleszajewską? To ty nie słyszałeś? Dziwna była z nimi historia. Dziwna i straszna. Najpierw zaczęli im ginąć zwiadowcy. Wchodzili do tuneli i nie wracali. Ci ich zwiadowcy to wprawdzie żółtodzioby, nie to co nasi, ale w końcu to i mniejsza stacja, i ludzi mniej tam żyje… Żyło. Tak więc zaczęli im znikać zwiadowcy. Poszedł jeden oddział – i przepadł. Najpierw myśleli, że coś ich zatrzymało, poza tym tunel tam zakręca, zupełnie jak u nas – po tych słowach Artem poczuł się nieswojo – ani z posterunków, ani tym bardziej ze stacji nic nie widać, choćbyś nie wiem jak świecił. Nie było ich i nie było, minęło pół godziny, godzina, dwie. Myślisz sobie: gdzie tam się można zgubić – odchodzili tylko na kilometr, dalej mieli zabronione, zresztą sami też nie byli głupi… W każdym razie nie doczekano się i wysłano wzmocniony patrol. Ci szukali i szukali, wołali i wołali – wszystko na próżno. Nikogo. Zwiadowcy przepadli. A co najciekawsze, nikt nie widział, co się z nimi stało. Gorzej, że nic nie było słychać… Zupełnie nic. I żadnych śladów.

Artem zaczął już żałować, że poprosił Piotra Andriejewicza, żeby opowiedział o Poleszajewskiej. Czy był lepiej poinformowany, czy dodawał coś od siebie, dość że opisywał takie szczegóły, o jakich nie śniło się straganiarzom, chociaż uwielbiają opowiadać bajki i są w tym mistrzami. Od tych szczegółów mróz chodził po kościach i robiło się nieswojo nawet przy ognisku, a każdy, nawet najbardziej niewinny szmer dochodzący z tunelu rozbudzał wyobraźnię.

– No i masz. Nie było słychać strzałów, więc stwierdzili, że zwiadowcy widocznie odeszli; może byli z czegoś niezadowoleni i uciekli. No to pal ich sześć. Chcą łatwego życia, chcą się szwendać z jakimiś mętami, z tymi wszystkimi anarchistami, to niech się szwendają. Tak myśleć było łatwiej. Spokojniej. A za tydzień zniknął jeszcze jeden oddział zwiadowców. Akurat ta grupa w ogóle nie powinna była odchodzić dalej niż pół kilometra od stacji. I znowu ta sama historia. Ani widu, ani słychu. Jak kamień w wodę. Ci na stacji zaczęli się niepokoić. Jak w ciągu tygodnia znikają dwa oddziały, to coś jest nie w porządku. Z tym to już trzeba coś zrobić. Podjąć jakieś działania. No więc ustawili na trzechsetnym metrze blokadę. Naznosili worków z piaskiem, postawili karabin maszynowy, reflektor – według wszelkich reguł fortyfikacji. Posłali gońca na Biegową – ze stacjami Biegowa i Ulica 1905 Roku są w konfederacji. Wcześniej należało też do niej Oktiabrskoje Pole, ale potem coś się tam stało, nikt nie wie dokładnie co; jakaś awaria, stacja stała się niezdatna do życia i wszyscy się stamtąd rozeszli. Tak, ale to nieważne… Posłali na Biegową tego gońca, żeby ostrzegł, że dzieje się coś niedobrego, i w razie czego poprosił o pomoc. Ledwo pierwszy goniec przylazł na Biegową, nawet dzień nie minął, tamci obmyślali jeszcze odpowiedź, przybiega drugi, cały spocony, i mówi, że ich wzmocniony posterunek został wybity do nogi, nie oddawszy ani jednego strzału. Wszystkich wyrżnęli. Jakby we śnie – i to jest właśnie straszne! Przecież oni nie mogli zasnąć przy takim strachu, nie mówiąc o rozkazach i poleceniach. Wtedy na Biegowej zrozumieli, że jeśli nic się nie zrobi, to niedługo też będą mieli taki cyrk. Stworzyli grupę uderzeniową złożoną z weteranów: jakaś setka ludzi, broń maszynowa, granatniki… Zajęło to oczywiście dobre półtora dnia, ale wreszcie wysłali ich na ratunek. A kiedy oddział wszedł na Poleszajewską, to nie było tam już żywej duszy ani ciał; wszędzie tylko krew. Tak. I licho wie, kto to zrobił. Bo ja nie wierzę, że ludzie są w ogóle zdolni do czegoś takiego.

– A co się stało z Biegową? – nieswoim głosem spytał Artem.

– Nic się nie stało. Zobaczyli, co się dzieje, i zawalili tunel prowadzący do Poleszajewskiej. Słyszałem, że zasypało jakieś czterdzieści metrów, bez ciężkiego sprzętu tego nie odgrzebiesz, a i ze sprzętem, proszę ciebie, nie bardzo… I skąd tu ten sprzęt wziąć? Już z piętnaście lat będzie, jak wszystko zgniło, cały ten sprzęt…

Piotr Andriejewicz umilkł i patrzył w ogień. Artem cicho odkaszlnął i powiedział:

– Tak… Trzeba było oczywiście strzelać… Głupstwo zrobiłem.

Z południa, od strony stacji, dało się słyszeć wołanie:

– Hej tam, na czterysta pięćdziesiątym! Wszystko u was w porządku?!

Piotr Andriejewicz złożył dłonie w tubę i krzyknął w odpowiedzi:

– Chodźcie bliżej! Jest sprawa!

Z tunelu, od stacji, świecąc latarkami, zbliżyły się do nich trzy postacie, pewnie strażnicy z trzechsetnego metra. Kiedy podeszli do ogniska, wyłączyli latarki i usiedli obok.

– Witaj, Piotrze! To ty tu jesteś? A tak sobie myślałem, kogóż to dziś wysłali na koniec świata – powiedział starszy, uśmiechając się i stukając w paczkę, żeby wyciągnąć papierosa.

 

– Słuchaj, Andriucha! Mój chłopak coś tu widział. Ale nie udało mu się strzelić… Schowało się w tunelu. Mówił, że nie przypominało człowieka.

– Niepodobne do człowieka? A jak wyglądało? – Andriej odwrócił się w stronę Artema.

– Kiedy ja nawet nie widziałem… Spytałem tylko o hasło, a to coś od razu rzuciło się z powrotem, na północ. Ale to nie były ludzkie kroki… Były lekkie i bardzo szybkie, jakby miało nie dwie nogi, a tylko cztery…

– Albo trzy! – mrugnął Andriej i zrobił straszną minę.

Artem wzdrygnął się na wspomnienie historii o trójnogich ludziach z Linii Filewskiej, której część stacji znajdowała się na powierzchni, a tunel był zupełnie płytko, tak że nie było prawie żadnej ochrony przed promieniowaniem. Rozłaziły się stamtąd na całe metro trójnogie, dwugłowe i inne jeszcze stwory.

Andriej zaciągnął się papierosem i powiedział do swoich:

– Dobra, chłopaki, jak już żeśmy przyszli, to czemu by trochę nie posiedzieć? Jak znów do nich przylezą trójnogi, to pomożemy. Hej, Artem! Macie tu czajnik?

Piotr Andriejewicz sam wstał, nalał wodę z kanistra do obtłuczonego, osmolonego czajnika i powiesił go nad ogniem. Po kilku minutach woda zaczęła się gotować, czajnik gwizdać i od tego dźwięku, tak domowego i swojskiego, Artemowi zrobiło się cieplej i spokojniej. Przyjrzał się siedzącym wokół ogniska: sami silni, pewni, zahartowani przez tutejsze niełatwe życie ludzie. Takim można było wierzyć, na nich można było polegać. Ich stacja zawsze słynęła jako jedna z najszczęśliwszych na całej linii – i wszystko to dzięki tym, którzy się tu zebrali, i takim jak oni. Łączyły ich wszystkich ciepłe, prawie braterskie relacje.

Artem był już po dwudziestce, przyszedł na świat jeszcze tam, na górze, i nie był tak chudy i blady jak wszyscy urodzeni w metrze, którzy nigdy nie ośmielają się pokazać na powierzchni, bojąc się nie tylko promieniowania, ale też palących, zgubnych dla podziemnego życia promieni słonecznych. Fakt – Artem sam w świadomym życiu był tam tylko raz, i to tylko na moment – poziom promieniowania był tak wysoki, że zbyt ciekawscy zaczynali się smażyć po kilku godzinach, nie mogąc się do woli nachodzić i napatrzeć na niezwykły świat.

Ojca nie pamiętał wcale. Matka była z nim do czasu, aż skończył pięć lat – mieszkali na stacji Timirjazewskiej. Było im dobrze i życie płynęło spokojnie i bez przygód, aż Timirjazewska padła pod naporem szczurów.

Olbrzymie szare mokre szczury bez żadnego uprzedzenia wysypały się z jednego z ciemnych bocznych tuneli. Niezauważona odnoga skręcała w bok i w dół od głównego, północnego toru i schodziła na dużą głębokość, by zagubić się w skomplikowanej plątaninie setek korytarzy, w labiryncie pełnym strachu, lodowatego zimna i wstrętnego smrodu. Tunel ten prowadził do królestwa szczurów, miejsca, w które nie odważyłby się zapuścić najbardziej szalony poszukiwacz przygód. Nawet zagubiony, niezorientowany w podziemnych planach i przejściach wędrowiec, który zatrzymałby się na jego progu, wyczułby tchnące stamtąd czarne, straszne niebezpieczeństwo i odskoczyłby od ziejącej wyrwy jak od zadżumionego miasta.

Nikt nie był straszny dla szczurów. Nikt nie schodził do ich włości. Nikt nie ośmielał się przekraczać ich granic.

Ale tym razem przyszły same.

Wielu ludzi zginęło w dniu, w którym gigantyczne szczury, jakich nie widziano nigdy ani na stacji, ani w tunelach, zalały żywym strumieniem wystawione posterunki i stację, grzebiąc pod sobą jej obrońców i ludność, zagłuszając masą swych ciał ich przedśmiertne krzyki. Pożerając na swojej drodze wszystko: martwych i żywych ludzi oraz swoich zabitych pobratymców, ślepo, bezlitośnie, poruszane niepojętą dla człowieka siłą szczury rwały do przodu, coraz dalej i dalej.

Przeżyło tylko kilka osób. Nie kobiety, nie starcy ani dzieci – nikt z tych, których ratuje się zwykle w pierwszej kolejności – lecz pięciu zdrowych mężczyzn, którzy potrafili wyprzedzić śmiercionośną rzekę. Udało im się ją prześcignąć tylko dlatego, że stali z drezyną na posterunku w tunelu południowym. Słysząc krzyki ze stacji, jeden z nich pobiegł, żeby zobaczyć, co się stało. Kiedy ujrzał ją ze skraju peronu, Timirjazewska już dogorywała. Od razu przy wejściu, widząc pierwsze wylewające się na peron potoki szczurów, zrozumiał, co się stało, i już miał biec z powrotem, wiedząc, że w niczym broniącym stacji nie pomoże – gdy nagle ktoś złapał go z tyłu za rękę. Obejrzał się. Uczepiona jego rękawa kobieta z wykrzywioną strachem twarzą zawołała, próbując przekrzyczeć chór rozpaczliwych jęków:

– Uratuj go, żołnierzu! Zlituj się!

Zobaczył, że kobieta podaje mu dziecięcą rączkę, maleńką, pulchną dłoń, i pochwycił tę dłoń, nie myśląc o tym, że ratuje komuś życie, lecz dlatego, że nazwano go żołnierzem i poproszono o pomoc. I ciągnąc za sobą to dziecko, a potem w ogóle trzymając je pod pachą, rzucił się do wyścigu z pierwszymi szczurami, do wyścigu ze śmiercią – przed siebie, wzdłuż tunelu, tam, gdzie czekała drezyna i koledzy z posterunku. Już z daleka, ponad pięćdziesiąt metrów od nich, krzyknął, żeby zapalali. Ich drezyna miała silnik, jedyna taka na dziesięciu najbliższych stacjach, i tylko dlatego mogli wyprzedzić szczury. Strażnicy mknęli przed siebie i z dużą prędkością minęli zapuszczoną Dmitrowską, na której gnieździło się kilku odludków. Krzyczeli do nich: „Uciekajcie! Szczury!”, ale wiedzieli, że nie uda im się już uratować. Podjeżdżając do posterunków Sawielowskiej, z którą, dzięki Bogu, mieli w tym czasie układ pokojowy, zaczęli zawczasu zwalniać, żeby przy takiej szybkości nie zastrzelili ich na podjeździe jako bandytów, i ze wszystkich sił wołali do strażników: „Szczury! Szczury idą!”. Byli gotowi na dalszą jazdę przez Sawielowską i dalej, wzdłuż linii, błagając, żeby ich przepuścili, póki jest dokąd uciekać, póki szara fala nie zaleje całego metra.

Lecz na ich szczęście na Sawielowskiej znalazło się coś, co uratowało uciekinierów, stację i być może całą Linię Sierpuchowsko-Timirjazewską: kiedy zlani potem dojeżdżali do straży, krzycząc o śmierci, której ledwo udało im się umknąć, tamci już pośpiesznie ściągali pokrowiec z jakiegoś potężnego urządzenia.

Był to miotacz płomieni zmontowany ze znalezionych części przez miejscowe złote rączki, prymitywny, ale niezwykle silny. Gdy tylko pokazały się pierwsze szeregi szczurów, a z mroku zaczął dobiegać narastający szum i zgrzytanie tysięcy szczurzych łap, strażnicy odpalili miotacz i nie wyłączali go, aż skończyło się paliwo. Huczące pomarańczowe płomienie wypełniły tunel na długości kilkudziesięciu metrów i paliły, spalały szczury bez przerwy przez dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut. Tunel napełnił się ohydną wonią palonego mięsa i dzikim szczurzym piskiem… A za plecami strażników z Sawielowskiej, którzy zostali bohaterami słynnymi na całą linię, zamarła stygnąca drezyna, w każdej chwili gotowa do nowego skoku, na niej zaś pięciu mężczyzn, uciekinierów ze stacji Timirjazewska, i jeszcze ktoś – uratowane przez nich dziecko. Chłopiec. Artem.

Szczury cofnęły się. Ich ślepy pęd został zatrzymany przez jedno z ostatnich osiągnięć ludzkiego geniuszu wojskowego. Ludzie zawsze umieli zabijać lepiej niż każde inne żywe stworzenie.

Szczury uciekły i wróciły do swego ogromnego królestwa, którego prawdziwych rozmiarów nie znał nikt. Wszystkie te leżące na niezbadanej głębokości labirynty były tak tajemnicze i, zdawałoby się, bez żadnego pożytku dla pracy metra, że nie zważając na zapewnienia ludzi z autorytetem, nie można było uwierzyć, iż wszystko to stworzyli zwykli jego budowniczowie.

Jeden z tych autorytetów pracował nawet kiedyś, jeszcze w tamtych czasach, jako pomocnik maszynisty kolejki podziemnej. Takich ludzi niewielu już zostało i byli w cenie, gdyż na samym początku okazali się jedynymi, którzy nie rozkleili się i nie ulegli strachowi, znalazłszy się poza wygodną i bezpieczną kapsułą pociągu, w ciemnych tunelach moskiewskiego metra, w tych kamiennych trzewiach megalopolis. Wszyscy na stacji odnosili się do niego z szacunkiem i tego samego uczyli swoje dzieci; dlatego pewnie Artem go zapamiętał, i to na całe życie – wyniszczonego, chudego człowieka, zmarniałego przez długie lata pracy pod ziemią, w wytartym, wyblakłym uniformie pracownika metra, który to strój dawno już stracił fason, ale nadal był wkładany z dumą, z jaką emerytowany admirał wdziewa paradny mundur. Artem zaś – wówczas jeszcze zupełny dzieciak – widział w mizernej postaci pomocnika maszynisty niewypowiedzianą siłę i charakter…

Trudno się dziwić! Pracownicy metra byli dla pozostałych jego mieszkańców tym, kim tubylczy przewodnicy dla ekspedycji naukowych w dżungli. Święcie im wierzono i całkowicie na nich polegano, od ich wiedzy i umiejętności zależało przeżycie pozostałych. Wielu z nich zostało przywódcami stacji, po tym jak rozpadł się jedyny system władzy, i metro z kompleksowego obiektu obrony cywilnej, ogromnego schronu przeciwatomowego zmieniło się w mrowie niezwiązanych jedną władzą stacji i pogrążyło w chaosie i anarchii. Stacje stały się swego rodzaju karłowatymi państewkami, niezależnymi i samodzielnymi, każde ze swoją ideologią, ustrojem, przywódcą i wojskiem. Wojowały ze sobą, łączyły się w federacje i konfederacje, jednego dnia będąc metropoliami powstających imperiów, by następnego upaść i dać się skolonizować wczorajszym przyjaciołom czy niewolnikom. Zawierały krótkotrwałe sojusze przeciw wspólnemu zagrożeniu, aby – kiedy minie niebezpieczeństwo – z nowymi siłami rzucić się sobie do gardeł. Tłukły się z zapamiętaniem o wszystko: o przestrzeń życiową, o jedzenie – hodowle drożdży białkowych, plantacje niepotrzebujących światła dziennego grzybów, kurniki i chlewy, w których blade podziemne świnie i kurczaki karmiono tymi bezbarwnymi podziemnymi grzybami – i oczywiście o wodę. To jest o filtry. Barbarzyńcy, niepotrafiący naprawić urządzeń filtrujących, które przestały działać, umierali od skażonej promieniowaniem wody i ze zwierzęcą zawziętością rzucali się na ostoje cywilizacji, stacje, gdzie sprawne były prądnice i małe, chałupnicze elektrownie wodne, gdzie regularnie remontowano i czyszczono filtry, gdzie dzięki dbałości troskliwych kobiecych rąk mokrą ziemię przebijały białe kapelusiki pieczarek, a w zagrodach chrumkały syte świnie.

Naprzód, do niekończącego się, szalonego szturmu, gnał ich instynkt samozachowawczy i odwieczna zasada rewolucji: odebrać i podzielić. Obrońcy dostatnich stacji, łączeni przez byłych zawodowych wojskowych w oddziały bojowe, walcząc do ostatniej kropli krwi, odpierali ataki barbarzyńców, przechodzili do kontrnatarcia, oddając i odbierając w boju każdy metr tuneli. Stacje budowały potęgę wojskową, żeby na najazdy odpowiadać ekspedycjami karnymi, by wypierać swych cywilizowanych sąsiadów z ważnych życiowo obszarów, jeśli nie udało się osiągnąć porozumienia drogą pokojową, a wreszcie – żeby odpierać całe to plugastwo wyłażące ze wszystkich dziur i tuneli. Wszelkie te dziwne, pokraczne i groźne stworzenia, z których każde z łatwością mogłoby doprowadzić Darwina do obłędu swym jawnym nieprzestrzeganiem praw ewolucji. Jakkolwiek wyraźnie różniły się od znanych człowiekowi zwierząt, wszystkie te potwory – czy to nieszkodliwi przedstawiciele miejskiej fauny przeobrażeni w stworzenia z piekła rodem, czy to istoty od zawsze zamieszkujące podziemne głębiny, a teraz rozdrażnione przez ludzi – one również były częścią życia na Ziemi. Zniekształconą i wynaturzoną, ale jednak. I wszystkimi rządził ten główny impuls, któremu podlega całe organiczne życie na tej planecie: przeżyć. Za wszelką cenę przeżyć.

Artem wziął biały emaliowany kubek, w którym chlupotała ich zwykła stacyjna herbata. Nie była to oczywiście żadna herbata, tylko napar z suszonych grzybów z dodatkami, bo tej prawdziwej prawie już nie było. Oszczędzano ją i pito tylko w wielkie święta, zresztą była kilkadziesiąt razy droższa od naparu z grzybów. Mimo to mieszkańcy WOGN-u lubili swój napój, byli z niego dumni i nazywali herbatą. Co prawda obcy, nieprzyzwyczajeni, na początku go wypluwali, ale potem, kiedy przywykli, całkiem im smakował. Sława ich herbaty rozniosła się nawet poza granice stacji – ruszyli do nich straganiarze. Najpierw przychodzili pojedynczo, ryzykując własnym życiem, lecz wkrótce herbata obiegła całą linię, zainteresowała się nią nawet Hanza, a po czarodziejski napar zaczęły ciągnąć do WOGN-u wielkie karawany. Popłynęły pieniądze. A gdzie są pieniądze, tam jest i broń, i drewno, i witaminy. Tam jest życie. Odkąd na WOGN-ie zaczęto robić herbatę, stacja zaczęła rosnąć w siłę, przenieśli się tu przedsiębiorczy ludzie z okolicznych stacji i tuneli, nadszedł czas rozkwitu. Mieszkańcy WOGN-u byli też bardzo dumni ze swoich świń i opowiadali legendy o tym, że to właśnie tutaj trafiły do metra: stało się to jeszcze na samym początku, kiedy jacyś śmiałkowie dostali się do na wpół zburzonego pawilonu „Hodowla Trzody Chlewnej” na terenie właściwej Wystawy Osiągnięć Gospodarki Narodowej i przygnali zwierzęta na stację.

 

– Słuchaj, Artem! Co tam u Suchego? – spytał Andriej, siorbiąc herbatę małymi, ostrożnymi łykami i co chwila na nią dmuchając.

– U wujka Saszy? Wszystko dobrze. Niedawno wrócił z naszymi ludźmi z wyprawy wzdłuż linii. Z ekspedycji. Ale pan to na pewno wie.

Andriej był jakieś piętnaście lat starszy od Artema. Był w zasadzie zwiadowcą i rzadko stał na posterunku bliżej niż na czterysta pięćdziesiątym metrze, a i wtedy zawsze był dowódcą blokady. Teraz wystawili go na trzechsetnym, za osłoną, ale jego i tak ciągnęło w głąb tunelu, więc wykorzystał pierwszy pretekst, pierwszy fałszywy alarm, żeby podejść bliżej ciemności, bliżej tajemnicy. Lubił i dobrze znał tunel i wszystkie jego odnogi. Na stacji zaś, wśród farmerów, wśród pracusiów, handlarzy i urzędników, czuł się nieswojo, jakby był niepotrzebny. Nie umiał się zmusić do spulchniania ziemi pod uprawę grzybów czy, co jeszcze gorsze, do tuczenia tymi grzybami tłustych świń, stojąc po kolana w nawozie na stacyjnych farmach. Handlować też nie mógł, po prostu nie cierpiał handlu, bo zawsze był żołnierzem, wojownikiem i wierzył całą duszą, że jest to jedyne zajęcie godne mężczyzny. Był dumny z tego, że to on, Andriej, całe życie zajmował się obroną i tych cuchnących farmerów, i wiecznie zaaferowanych straganiarzy, i niemożliwie rzeczowych rządzących, i dzieci, i kobiet. Kobiety przyciągała jego drwiąca, lekceważąca niebezpieczeństwo siła, jego stuprocentowa pewność siebie, jego spokój o siebie i tych, którzy z nim byli, bo zawsze umiał ich obronić. Kobiety obiecywały mu miłość, obiecywały dom, lecz on czuł się w domu dopiero za pięćdziesiątym metrem, kiedy światła stacji znikały za zakrętem. Kobiety tam za nim nie szły. Bo po co?

A teraz, rozgrzany herbatą, zdjął swój stary czarny beret i wycierając rękawem mokre od pary wąsy, zaczął chciwie wypytywać Artema o nowiny i plotki przyniesione z ostatniej ekspedycji przez jego ojczyma – tego samego człowieka, który dziewiętnaście lat temu uratował Artema przed szczurami na Timirjazewskiej, a potem nie potrafił zostawić chłopczyka i go wychował.

– Coś tam może i wiem, ale posłucham z przyjemnością i drugi raz. Nie chce ci się opowiadać czy jak? – nalegał Andriej.

Nie trzeba było go długo przekonywać – Artemowi i tak było miło przypomnieć sobie i przekazać opowieści ojczyma, w końcu wszyscy będą go słuchać z otwartymi ustami.

– Cóż, dokąd szli, to pan na pewno wie… – zaczął Artem.

– Wiem, że na południe. Cholernie wszystko utajnione u tych waszych wysłanników – uśmiechnął się Andriej. – Specjalne zadania od władz, sam rozumiesz! – mrugnął porozumiewawczo do jednego ze swoich ludzi.

– Nic w tym nie było tajnego – zaprotestował Artem. – Celem ich ekspedycji było rozpoznanie sytuacji, zebranie informacji… Wiarygodnych informacji. Dlatego obcym straganiarzom, co to na naszej stacji strzępią języki, nie można wierzyć, bo może to straganiarze, a może prowokatorzy szerzący dezinformację.

– Straganiarzom w ogóle nie można wierzyć – burknął Andriej. – Wyrachowane z nich typki. Nigdy nie wiesz: dziś sprzedaje taki twoją herbatę Hanzie, a jutro opchnie komuś ciebie samego z całym kramem. Może i u nas zbierają informacje? Po prawdzie to nawet naszym niespecjalnie ufam.

– Co do naszych, to się pan myli, Andrieju Arkadiewiczu. Nasi są w porządku. Sam znam prawie wszystkich. Ludzie jak ludzie. Tyle że lubią pieniądze. Chcą żyć lepiej od innych, do czegoś dążą – spróbował ująć się za miejscowymi straganiarzami Artem.

– Chwileczkę. Ja właśnie o tym. Lubią pieniądze. Chcą żyć lepiej niż inni. A kto wie, co oni robią, kiedy wychodzą do tunelu? Możesz mi z przekonaniem powiedzieć, że na pierwszej lepszej stacji nie zwerbują ich jacyś agenci? Możesz czy nie?

– Jacy agenci? Czyim agentom sprzedali się nasi straganiarze?

– No właśnie, Artem! Jesteś jeszcze młody i nie wiesz wielu rzeczy. A jak będziesz słuchał starszych, to dłużej pożyjesz.

– Ktoś musi się tym zajmować! Jakby nie było straganiarzy, tobyśmy tu kwiczeli bez amunicji, walilibyśmy z berdanek solą do czarnych i popijali sobie herbatkę – nie ustępował Artem.

– Dobra, dobra, znalazł się ekonomista… Nie gorączkuj się. Opowiadaj lepiej, co tam Suchy widział. Co u sąsiadów? Na Aleksiejewskiej? Na Ryżskiej?

– Na Aleksiejewskiej? Nic nowego. Hodują własne grzyby. Bo co to za stacja? Taki przysiółek… Mówi się – tu Artem zniżył głos, gdyż przekazywał tajną informację – że chcą się do nas przyłączyć. A Ryżska w sumie też nie jest przeciwna. Rośnie na nich presja z południa. Nastroje mają ponure: wszyscy szepczą o jakimś zagrożeniu, wszyscy czegoś się boją, a czego – nikt nie wie. Albo w tamtej części linii powstało jakieś imperium, albo boją się, że Hanza będzie się chciała rozszerzać, albo jeszcze coś. I wszystkie te przysiółki się do nas tulą. I Ryżska, i Aleksiejewska.

– A czego dokładnie chcą? Co proponują? – interesował się Andriej.

– Proszą, żeby zjednoczyć się z nimi w federację ze wspólnym systemem obrony, wzmocnić po obu stronach granice, w tunelach między stacjami założyć stałe oświetlenie, zorganizować milicję, zasypać boczne tunele i korytarze, uruchomić drezyny transportowe, położyć kabel telefoniczny, na wolnym miejscu posadzić grzyby… Żeby mieć wspólną gospodarkę, pracować, pomagać sobie nawzajem, jeśli będzie trzeba.

– A gdzie oni byli wcześniej? Gdzie byli, kiedy z Ogrodu Botanicznego, z Miedwiedkowa, szły na nas te śmierdziele? Kiedy czarni nas szturmowali, to gdzie oni byli? – burczał Andriej.

– Hej, Andriej, uważaj, żeby nie zapeszyć! – wtrącił się Piotr Andriejewicz. – Na razie czarnych nie ma i bardzo dobrze. Nie my z nimi wygraliśmy. Coś tam się u nich dzieje i się uspokoili. Może na razie zbierają siły? Tak więc sojusz nam nie zaszkodzi. Tym bardziej zjednoczenie z sąsiadami. To korzystne i dla nich, i dla nas.

– I będziemy mieli wolność, równość i braterstwo! – rzucił ironicznie Andriej, wyłamując palce.

– Nie interesuje pana, co mówię, tak? – obrażonym głosem spytał Artem.

– Nie, mów dalej, Artem, mów dalej – powiedział Andriej. – Z Piotrem skończymy się kłócić później. To nasz dyżurny temat.

– No, dobra. I mówi się, że nasz główny niby się zgadza. Nie ma zasadniczych przeszkód. Trzeba tylko przedyskutować szczegóły. Niedługo będzie zjazd. A potem referendum.

– A jakże! Referendum. Lud powie tak – znaczy tak. Powie nie – znaczy, że lud się pomylił. Niech się namyśli jeszcze raz – szydził Andriej.

– Artem, a co się dzieje za Ryżską? – nie zwracając na niego uwagi, dopytywał się Piotr Andriejewicz.

– Co tam dalej mamy? Prospekt Mira. No, Prospekt Mira to wiadomo. Granica Hanzy. Ojczym mówił, że między Hanzą a czerwonymi jest bez zmian – pokój. Nikt już nie wspomina o wojnie – opowiadał Artem.

„Hanza” była nazwą Związku Stacji Linii Okrężnej. Stacje te, znajdując się na przecięciu wszystkich pozostałych nitek, a więc również szlaków handlowych, połączone tunelami, prawie od samego początku były miejscami spotkań kupców ze wszystkich krańców metra. Bogaciły się z niewiarygodną szybkością i wkrótce, rozumiejąc, że ich bogactwo u zbyt wielu wywołuje zawiść, postanowiły się zjednoczyć. Oficjalna nazwa była zbyt długa i ludzie przezwali związek Hanzą – ktoś kiedyś trafnie porównał go ze związkiem miast handlowych w średniowiecznych Niemczech. Słówko było dźwięczne i tak już zostało. Hanza początkowo składała się tylko z części stacji; zjednoczenie odbywało się stopniowo. Był odcinek Linii Okrężnej od stacji Kijewskiej do Prospektu Mira, tak zwany Północny Łuk, i stowarzyszone z nim Kurska, Tagańska i Oktiabrska. Potem już Hanza wchłonęła Pawielecką i Dobrynińską i utworzył się drugi łuk – Południowy. Jednak główny problem i główna przeszkoda w zjednoczeniu Łuku Północnego z Południowym tkwiła w Linii Sokolniczeskiej.