Koniec śmierci

Tekst
Autor:Liu Cixin
Z serii: s-f
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec śmierci
Koniec śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Koniec śmierci
Audio
Koniec śmierci
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W owym czasie spotykał się z dwiema kobietami, ale oba związki szybko skończyły się fiaskiem. Nie dlatego, że jego serce było już zajęte przez Cheng Xin, bo dla niego pozostawała ona zawsze słońcem za zasłoną chmur. Chciał tylko patrzeć na nią, czuć jej światło i ciepło. Nie śmiał nawet marzyć, by zrobić jakiś krok w jej stronę. Nigdy nie szukał wieści o niej. Przypuszczał, że ze swoją inteligencją zrobi doktorat, ale nie snuł żadnych domysłów na temat jej życia osobistego. Główną przeszkodą w stosunkach z kobietami była jego skrytość. Starał się prowadzić normalne życie, ale było to za trudne.

Właściwie nie nadawał się ani do życia w społeczeństwie, ani poza nim. Brak mu było umiejętności odnoszenia sukcesów w społeczeństwie, ale także środków, by je ignorować. Mógł jedynie egzystować na jego marginesie i cierpieć. Nie miał pojęcia, dokąd zmierza.

Ale wtedy dojrzał koniec tej drogi.

Nacisnął 4.

Czy chcesz zakończyć swoje życie? Jeśli tak, wybierz 1. Jeśli nie, wybierz 0.

Kiedy wykryto u niego raka płuc, był on już w stadium zaawansowanym. Może wcześniej postawiono błędną diagnozę. Rak płuc jest jednym z tych nowotworów złośliwych, które się szybko rozwijają, więc nie zostało mu już dużo czasu.

Kiedy opuszczał szpital, nie był przerażony. Jedyną emocją, którą odczuwał, była gorycz osamotnienia. Wzbierała w nim od dawna, ale powstrzymywała ją niewidzialna tama. Była to pewna równowaga, którą mógł znieść. Teraz jednak ta tama runęła i lata samotności przytłoczyły go niczym ciemny ocean. Tego było już za dużo.

Chciał zobaczyć Cheng Xin.

Bez wahania kupił bilet na samolot i jeszcze tego popołudnia poleciał do Szanghaju. Gdy zamówiona przez niego taksówka podjechała pod podany adres, jego zapał nieco osłabł. Powiedział sobie, że jako osoba, która ma wkrótce umrzeć, nie powinien jej niepokoić. Nie da jej nawet znać, że tu jest. Chciał tylko popatrzeć na nią z daleka, jak tonący, który próbuje wziąć ostatni oddech, zanim woda pochłonie go na zawsze.

Stojąc przed bramą Akademii Technologii Kosmicznej, jeszcze bardziej się uspokoił. Widział teraz, jak nieracjonalnie się zachowywał w minionych kilku godzinach. Nawet jeśli Cheng Xin zdecydowała się na studia doktoranckie, do tej pory już by je skończyła i może nawet nie pracowała tutaj. Z rozmowy ze strażnikiem przed bramą dowiedział się, że w akademii jest zatrudnionych ponad dwadzieścia tysięcy osób, więc jeśli chciał kogoś znaleźć, musiał znać nazwę wydziału, na którym ten ktoś pracował. Skoro stracił kontakt z kolegami ze studiów, nie mógł podać strażnikowi żadnych dokładnych informacji.

Zasłabł i zabrakło mu tchu, więc usiadł nieopodal bramy.

Nadal było możliwe, że Cheng Xin tutaj pracuje. Zbliżał się koniec dnia pracy, zatem jeśli poczeka, może ją zobaczy.

Brama akademii była bardzo szeroka. Na czarnym murze obok niej widniała wyryta dużymi złotymi znakami nazwa tej instytucji, która od czasu powstania bardzo się rozrosła. Czy do takiego dużego kompleksu nie prowadziłoby więcej wejść? Podniósł się z trudem i znowu zapytał strażnika. Rzeczywiście były jeszcze cztery inne wejścia.

Powoli wrócił na swoje miejsce, usiadł i czekał. Nie miał wyboru.

Rachunek prawdopodobieństwa był niepomyślny. Cheng Xin musiałaby pracować tutaj po doktoracie, być na uczelni, a nie w podróży służbowej, wybrać to wyjście zamiast któregoś z pozostałych.

Ta chwila była jak reszta jego życia – czekanie na wątły promyk nadziei.

Dzień pracy dobiegł końca i ludzie zaczęli opuszczać kompleks – niektórzy pieszo, niektórzy na rowerach, inni samochodami. Strumień ludzi rósł, potem się skurczył. Po godzinie zostało tylko kilku maruderów.

Cheng Xin się nie pojawiła.

Był pewien, że nie przeoczyłby jej, nawet gdyby jechała samochodem. Oznaczało to, że albo już tu nie pracuje, albo nie przyszła dzisiaj do pracy, albo skorzystała z innego wyjścia.

Zachodzące słońce wydłużało cienie budynków i drzew, które wyglądały jak ręce wyciągnięte ku niemu z litością.

Pozostał na miejscu, aż zapadł zupełny zmrok. Nie pamiętał, jak udało mu się przywołać taksówkę, by zawiozła go na lotnisko, jak leciał z powrotem do swojego miasta, jak wrócił do hotelu pracowniczego swojej firmy.

Czuł, że jest już martwy.

Wcisnął 1.

Czy chcesz zakończyć swoje życie? To ostatnie pytanie. Jeśli tak, wybierz 3. Jeśli nie, wybierz 0.

Jakie chciałby mieć epitafium? Nie był nawet pewien, czy będzie pochowany w grobie. Kwatery cmentarne w okolicach Pekinu były drogie. Nawet gdyby ojciec chciał mu jakąś kupić, siostra prawdopodobnie by się na to nie zgodziła – ona nadal żyła, a nie miała nawet własnego mieszkania! Najpewniej jego prochy spoczną w skrytce w murze na cmentarzu Babaoshan. Gdyby jednak miał nagrobek, chciałby, by napisano na nim:

„Przyszedł, kochał, dał jej gwiazdę, odszedł”.

Wcisnął 3.

Po drugiej stronie szklanej ściany nastąpiło jakieś zamieszanie. Akurat w chwili gdy Tianming naciskał przycisk myszki, drzwi do pokoju eutanazji otworzyły się z impetem i wpadła tam grupa ludzi.

Na przedzie pędził dyrektor, który skoczył do wyłącznika automatycznego aparatu do wstrzykiwania. Pracownik administracji szpitalnej, który biegł za nim, wyrwał ze ściany kabel aparatu. Za nimi pokazała się pielęgniarka, która tak mocno wyszarpnęła rurkę przymocowaną do igły tkwiącej w ręce Tianminga, że poczuł ostry ból.

Wszyscy zebrali się wokół rurki i badali ją.

– Było blisko! Ale do jego organizmu nie dostała się ani kropla – powiedział ktoś.

Potem pielęgniarka zaczęła bandażować krwawiącą lewą rękę Tianminga.

Za drzwiami pokoju eutanazji stała tylko jedna osoba.

W oczach Tianminga jednak cały świat pojaśniał – była to Cheng Xin.

Poczuł wilgoć na piersi – łzy Cheng Xin przesiąkły przez jego ubranie.

Kiedy ją zobaczył za drzwiami, pomyślał, że wcale się nie zmieniła, ale teraz zauważył, że ma krótsze włosy. Nie spływały już jej na ramiona, lecz kończyły się na karku. Ich końce ładnie się zakręcały. Nadal nie miał odwagi wyciągnąć ręki i ich dotknąć, do czego od dawna tęsknił.

„Jestem naprawdę do niczego” – pomyślał, ale czuł się jak w niebie.

Cisza wydawała mu się rajskim spokojem. Chciał, by trwała. „Nie możesz mnie uratować – powiedział do niej w myślach. – Posłucham cię i nie poddam się eutanazji, ale i tak skończę w tym samym miejscu. Mam nadzieję, że przyjmiesz gwiazdę, którą ci podarowałem, i znajdziesz szczęście”.

Cheng Xin zdawała się słyszeć ten jego monolog wewnętrzny. Podniosła głowę. Jej oczy po raz pierwszy znalazły się tak blisko jego oczu, bliżej, niż kiedykolwiek śmiał marzyć. Łzy sprawiły, że były jeszcze piękniejsze. Ale kiedy w końcu przemówiła, powiedziała zupełnie nie to, czego się spodziewał.

– Tianming, wiedziałeś, że eutanazję dopuszczono specjalnie z myślą o tobie?

Lata 1–4 ery kryzysu
Cheng Xin

Początek kryzysu trisolariańskiego zbiegł się w czasie z ukończeniem przez Cheng Xin studiów magisterskich, więc została przyjęta do zespołu pracującego nad projektem układu napędowego następnej generacji rakiet Długi Marsz. Innym wydawało się, że jest to idealna praca – ważna i ciesząca się wielkim uznaniem, ale ona sama szybko straciła serce do wybranego przez siebie zawodu.

Stopniowo zaczęła postrzegać rakiety o napędzie chemicznym jako coś podobnego do ogromnych kominów fabrycznych z początków epoki przemysłowej. Wówczas poeci opiewali dymiące kominy, utożsamiając je z cywilizacją przemysłową. Teraz w taki sam sposób zachwycano się rakietami, traktując je jako symbole epoki kosmicznej. Cheng Xin uważała, że jeśli ludzkość będzie polegać na rakietach o napędzie chemicznym, być może nigdy nie stanie się gatunkiem naprawdę penetrującym kosmos.

Kryzys trisolariański tylko uwypuklił ten fakt. Próba stworzenia systemu obrony Układu Słonecznego opartego na rakietach o napędzie chemicznym była czystym szaleństwem. Cheng Xin podjęła trud poszerzenia swoich kwalifikacji zawodowych i zaliczyła kilka kursów poświęconych napędowi jądrowemu. Po kryzysie przyspieszyły wszystkie prace nad technologią kosmiczną, dano nawet zielone światło długo odwlekanemu projektowi budowy samolotu kosmicznego pierwszej generacji. Wydawało się, że Cheng Xin czeka świetlana przyszłość – doceniano jej zdolności, a większość głównych inżynierów w chińskim przemyśle kosmicznym zaczynała karierę od prac nad napędem. Ponieważ jednak uważała, że rakiety o napędzie chemicznym opierają się na przestarzałej technologii, nie sądziła, że zajdzie daleko. Kroczenie w złym kierunku było gorsze niż nicnierobienie, ale praca wymagała od niej ciągłego skupienia uwagi. Była bardzo sfrustrowana.

Wtedy pojawiła się szansa na odejście od rakiet o napędzie chemicznym. Organizacja Narodów Zjednoczonych zaczęła tworzyć przeróżne agencje związane z obroną planety. W odróżnieniu od agencji oenzetowskich z przeszłości nowe podlegały bezpośrednio ROP, a ich personel składał się ze specjalistów z różnych krajów. Chiński sektor kosmiczny skierował do nich wiele osób. Urzędnik wysokiego szczebla zaproponował Cheng Xin nowe stanowisko: asystentki dyrektora Centrum Planowania Technologii przy Agencji Wywiadu Strategicznego ROP. Praca wywiadowcza ludzkości koncentrowała się dotąd na RZT, ale Agencja Wywiadu Strategicznego ROP, czyli Planetarna Agencja Wywiadowcza, w skrócie PAW, miała się skupić bezpośrednio na flocie trisolariańskiej i samej Trisolaris. Potrzebni jej byli ludzie dobrze obeznani z technicznymi aspektami technologii kosmicznej.

Cheng Xin przyjęła tę propozycję bez wahania.

Dowództwo PAW mieściło się w pięciopiętrowym budynku nieopodal siedziby ONZ. Pochodzący z końca osiemnastego wieku dom miał silną konstrukcję i był zwalisty jak bryła granitu. Gdy Cheng Xin weszła tam po raz pierwszy po podróży samolotem nad Pacyfikiem, poczuła dreszczyk, jakby wkraczała do zamku. Był zupełnie inny, niż się spodziewała – bardziej niż siedzibę światowej agencji wywiadowczej przypominał miejsce, gdzie szeptem snuto bizantyńskie intrygi.

 

W środku było prawie pusto; Cheng Xin była jedną z pierwszych osób, które zameldowały się na stanowisku. W gabinecie pełnym nieustawionych mebli i dopiero rozpakowanych kartonowych pudeł spotkała się ze swym szefem, dyrektorem Centrum Planowania Technologii.

Michaił Wadimow miał czterdzieści kilka lat, był wysoki, muskularny, i mówił po angielsku z silnym rosyjskim akcentem. Dopiero po paru minutach Cheng Xin zorientowała się, że to w ogóle jest angielski. Siedział na kartonowym pudle i narzekał, że skoro przepracował w przemyśle kosmicznym ponad dziesięć lat, nie potrzebuje żadnego asystenta do spraw technicznych. Jego zdaniem każde państwo chciało zapełnić PAW swoimi ludźmi, ale było dużo mniej chętne do dawania żywej gotówki. Potem uświadomił sobie chyba, że mówi to pełnej nadziei młodej kobiecie, która jest coraz bardziej rozczarowana jego utyskiwaniami, i by ją pocieszyć, powiedział:

– Jeśli tej agencji uda się wejść do historii, co jest bardzo możliwe, nawet jeśli nie będzie to zbyt szczęśliwa historia, my dwoje zostaniemy zapamiętani jako pierwsi, którzy się tu pojawili!

To, że jej szef też pracował w przemyśle kosmicznym, dodało Cheng Xin otuchy. Zapytała, czym się zajmował. Wspomniał beztrosko o jakimś stanowisku w programie budowy wahadłowca Buran, dodał, że był głównym projektantem pewnego towarowego statku kosmicznego, ale później jego wyjaśnienia stały się mętne. Twierdził, że służył przez kilka lat w dyplomacji, a następnie w „pewnym wydziale”, który zajmował się „tym samym, czym teraz zajmujemy się tutaj”.

– Lepiej, żeby nie wnikała pani za bardzo w historię zatrudnienia swoich przyszłych kolegów. Rozumiemy się? – rzekł na koniec. – Naczelny też już tu jest. Ma gabinet na górze. Powinna pani tam wpaść i przywitać się z nim, ale niech mu pani nie zabierze za dużo czasu.

Po wejściu do przestronnego gabinetu szefa PAW Cheng Xin powitał silny zapach dymu z cygara. Na ścianie wisiał duży obraz. Jego większą część zajmowało ołowiane niebo i zamglona, pokryta śniegiem ziemia; w oddali, gdzie chmury stykały się ze śniegiem, majaczyły ciemne kształty. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że to brudne budynki, z których większość stanowiły drewniane parterowe chaty. Między nimi znajdowało się kilka jedno- i dwupiętrowych domów w europejskim stylu. Jak można było sądzić z kształtu rzeki na pierwszym planie i paru innych wskazówek, był to pejzaż Nowego Jorku z początku osiemnastego wieku. Od obrazu wiało chłodem, który – jak pomyślała Cheng Xin – dość dobrze pasował do siedzącej pod nim osoby.

Obok dużego wisiał mniejszy obraz. Głównym przedmiotem na nim był starożytny miecz ze złotą rękojeścią i lśniącym ostrzem, który trzymała ręka w brązowej rękawicy – widoczne było tylko przedramię. Ręka ta sięgała mieczem po unoszący się na wodzie wieniec spleciony z czerwonych, białych i żółtych kwiatów. W przeciwieństwie do dużego obrazu ten był utrzymany w żywych kolorach, ale mimo to sprawiał upiorne wrażenie. Cheng Xin zauważyła na białych kwiatach plamki krwi.

Szef PAW, Thomas Wade, Amerykanin, był dużo młodszy, niż się spodziewała – wyglądał na młodszego od Wadimowa. Był też bardziej przystojny, miał bardzo klasyczne rysy. Później doszła do wniosku, że ten klasyczny wygląd brał się głównie stąd, iż jego twarz była pozbawiona wyrazu, jakby należała do posągu przeniesionego z zimnego obrazu za nim. Nie wydawał się zajęty, biurko przed nim było zupełnie puste, bez śladu komputera czy papierowych dokumentów. Zerknął na nią, gdy weszła, ale zaraz powrócił do kontemplacji cygara, które trzymał w prawym ręku.

Cheng Xin przedstawiła się, oznajmiła, że jest jej miło, iż będzie mogła się od niego uczyć, i kontynuowała przemowę, dopóki nie podniósł wzroku i nie spojrzał na nią.

Zobaczyła w jego oczach wyczerpanie i rozleniwienie, ale było w nich też coś głębszego, coś ostrego, co sprawiło, że poczuła się nieswojo. Na twarzy Wade’a pojawił się uśmiech niczym woda sącząca się ze szczeliny w lodzie pokrywającym rzekę. Nie było w nim ciepła i nie rozluźniła się na jego widok.

Starała się również uśmiechnąć, ale pierwsze słowa, które popłynęły z jego ust, zmroziły ją.

– Czy sprzedałabyś swoją matkę do burdelu?

Cheng Xin potrząsnęła głową, ale nawet nie próbowała odpowiedzieć na to pytanie – bała się, że nie zrozumiała tego, co powiedział. Ale Wade machnął cygarem.

– Dzięki. Idź robić to, co trzeba.

Kiedy powiedziała o tym Wadimowowi, roześmiał się.

– To tylko takie powiedzenie, które było kiedyś popularne w naszej… robocie. Słyszałem, że narodziło się podczas drugiej wojny światowej. Weterani żartowali sobie w ten sposób z nowicjuszy. Jego sens jest taki: nasz zawód jest jedynym na Ziemi, w którym sednem są kłamstwa i zdrada. Jeśli chodzi o powszechnie przyjęte zasady etyczne, musimy być… elastyczni. PAW składa się z dwóch grup ludzi: niektórzy są, tak jak pani, ekspertami technicznymi, inni to weterani z różnych agencji wywiadowczych na całym świecie. Każda z tych grup ma odmienny sposób myślenia i działania. Dobrze, że znam obie, bo mogę pomóc pani przystosować się do tej drugiej.

– Ale przecież naszym wrogiem jest Trisolaris. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnym wywiadem.

– Niektóre rzeczy są stałe.

W ciągu następnych kilku dni zgłosili się do pracy inni nowi członkowie personelu PAW. Większość z nich pochodziła z krajów, które były stałymi członkami ROP.

Wszyscy byli dla siebie nawzajem mili, ale nie było wśród nich wzajemnego zaufania. Specjaliści do spraw technicznych trzymali się na dystans i zachowywali się tak, jakby w każdej chwili mieli się na baczności. Starzy wyjadacze ze służb wywiadu byli towarzyscy i przyjaźni, ale stale patrzyli, jak coś zwędzić.

Było dokładnie tak, jak przewidywał Wadimow – tych ludzi o wiele bardziej interesowało wzajemne szpiegowanie niż zbieranie informacji o Trisolaris.

Dwa dni po przybyciu Cheng Xin PAW zorganizowała pierwsze zebranie walne, mimo że nie pojawili się jeszcze wszyscy pracownicy. Oprócz szefa Wade’a wzięli w nim udział jego trzej zastępcy: jeden z Chin, drugi z Francji, trzeci z Wielkiej Brytanii.

Pierwszy zabrał głos wicedyrektor Yu Weiming. Cheng Xin nie miała pojęcia, czym zajmował się w Chinach, a miał twarz, którą można było zapamiętać dopiero po wielu spotkaniach. Na szczęście nie miał powszechnego wśród chińskich biurokratów zwyczaju wygłaszania długich, zawiłych przemówień. Chociaż powtarzał banały o misji PAW, przynajmniej mówił zwięźle.

Powiedział, że rozumie, iż skoro wszyscy członkowie zostali wysłani tam przez swoje kraje, obowiązuje ich podwójna lojalność. PAW nie wymaga, a nawet nie oczekuje od nich, by przedkładali lojalność wobec agencji nad obowiązki wobec państw, z których pochodzą, ponieważ jednak zadaniem PAW jest obrona całego rodzaju ludzkiego, ma nadzieję, że wszyscy obecni będą przynajmniej się starali zrównoważyć te odmienne zobowiązania. Zważywszy na to, że PAW ma się przeciwstawiać zagrożeniu ze strony Trisolaris, powinni być najbardziej zjednoczoną z nowych agencji.

Cheng Xin zauważyła, że podczas przemówienia Yu Wade odpychał się od nogi stołu konferencyjnego i powoli odsuwał ze swoim krzesłem, jakby nie chciał tam być. Później, ilekroć proszono go, by powiedział kilka słów, potrząsał odmownie głową.

Odezwał się dopiero wtedy, kiedy wypowiedzieli się wszyscy, którzy chcieli. Wskazując stertę pudeł i świeżo dostarczonych materiałów biurowych w sali zebrań, oświadczył:

– Chciałbym, żeby reszta z was zajęła się tymi sprawami w swoim zakresie. – Najwyraźniej miał na myśli szczegóły administracyjne związane z rozpoczęciem pracy agencji. – Proszę, byście nie zajmowali czasu ani mnie, ani im. – Wskazał Wadimowa i podległy mu personel. – Wszyscy, którzy mają doświadczenie w inżynierii kosmonautycznej, zostają. Reszta wychodzi.

W znacznie mniej zatłoczonej sali konferencyjnej pozostało kilkanaście osób. Gdy tylko zamknęły się ciężkie dębowe drzwi, Wade zrzucił swoją bombę:

– PAW musi wysłać w kierunku floty trisolariańskiej sondę szpiegowską.

Oszołomieni członkowie personelu popatrzyli po sobie. Cheng Xin też była zdumiona. Oczywiście miała nadzieję, że szybko dostanie coś konkretnego do zrobienia, ale nie spodziewała się aż takiego tempa i takiej bezpośredniości. Z uwagi na to, że PAW została dopiero utworzona i nie miała na razie żadnych oddziałów krajowych ani regionalnych, wydawała się nieprzygotowana do realizacji tak wielkich projektów. Jednak naprawdę szokująca była śmiałość propozycji Wade’a – wyzwania technologiczne i inne przeszkody zdawały się niemożliwe do pokonania.

– Jakie są konkretne wymogi? – zapytał Wadimow. Był jedynym człowiekiem, który przyjął oświadczenie Wade’a bez mrugnięcia okiem.

– Konsultowałem się z przedstawicielami stałych członków ROP, ale ten pomysł nie został jeszcze oficjalnie zgłoszony. W oparciu o to, co wiem, członków ROP najbardziej interesuje jeden konkretny wymóg, i w tej sprawie nie pójdą na żaden kompromis: sonda musi osiągnąć jeden procent prędkości światła. Jeśli chodzi o inne parametry, członkowie ROP mają różne pomysły, ale jestem pewien, że w toku oficjalnych dyskusji dojdą do porozumienia.

– Pozwólcie, że ujmę to krótko – powiedział ekspert NASA. – Przy tych parametrach misji i przy założeniu, że będziemy się martwić tylko przyspieszeniem i nie damy sondzie żadnych możliwości hamowania, dotarcie do Obłoku Oorta zajmie jej dwa do trzech stuleci. Tam przechwyci i zbada hamującą flotę trisolariańską. Proszę mi wybaczyć, ale zdaje się, że ten projekt lepiej zostawić na przyszłość.

Wade potrząsnął głową.

– Odkąd sofony latają z prędkością światła wokół Ziemi, stale nas szpiegują i blokują wszystkie badania w naukach podstawowych, nie jest pewne, czy w przyszłości uda się nam dokonać znaczącego postępu technologicznego. Jeśli ludzkość jest skazana na wleczenie się w ślimaczym tempie przez przestrzeń kosmiczną, to lepiej zacząć te prace jak najszybciej.

Cheng Xin podejrzewała, że plan Wade’a jest przynajmniej częściowo motywowany polityką. Pierwsze próby nawiązania aktywnego kontaktu z cywilizacją pozaziemską bardzo podniosłyby prestiż PAW.

– Ale w obecnym stanie naszej technologii kosmicznej dotarcie do Obłoku Oorta zajmie dwadzieścia, może trzydzieści tysięcy lat. Nawet gdybyśmy wystrzelili tę sondę teraz, to za czterysta lat, kiedy przybędzie tu flota trisolariańska, nie znaleźlibyśmy się daleko od drzwi Ziemi.

– I właśnie dlatego musi ona osiągnąć jeden procent prędkości światła.

– Mówi pan o stukrotnym zwiększeniu naszej obecnej prędkości maksymalnej! To wymaga zupełnie nowej formy napędu. Nie da się tego zrobić z zastosowaniem współczesnej technologii i nie ma powodu przypuszczać, że w przewidywalnej przyszłości nastąpi w tej dziedzinie przełom. Ta propozycja jest po prostu niewykonalna.

Wade walnął pięścią w stół.

– Zapominacie, że mamy teraz środki! Wcześniej podróże kosmiczne były luksusem, teraz są absolutną koniecznością. Możemy prosić o środki znacznie przekraczające to, co było wcześniej wyobrażalne. Możemy je wykorzystywać w pracy nad tym problemem, dopóki nie ugną się prawa fizyki. Użyjcie brutalnej siły, jeśli będzie trzeba, ale musimy przyspieszyć tę sondę do jednego procenta prędkości światła!

Wadimow instynktownie rozejrzał się po sali. Wade zerknął na niego.

– Niech się pan nie martwi. Nie ma tu żadnych dziennikarzy ani osób postronnych.

Wadimow się roześmiał.

– Bez urazy, ale jeśli nasza agencja ogłosi, że chcemy wykorzystywać środki do pracy nad tym problemem, dopóki nie ugną się prawa fizyki, to staniemy się dla całego świata pośmiewiskiem. Proszę, niech pan nie powtarza tego przed ROP.

– I tak już wiem, że wszyscy się ze mnie śmiejecie.

Wszyscy zamknęli usta na kłódki. Chcieli, żeby to zebranie już się skończyło. Wade spojrzał na każdego po kolei, a potem zwrócił wzrok na Cheng Xin.

– Nie, nie wszyscy. Ona się nie śmieje. – Wskazał ją palcem. – Co pani myśli, Cheng?

Pod jego przenikliwym spojrzeniem poczuła się tak, jakby kierował w jej stronę nie palec, lecz miecz. Rozejrzała się bezradnie. Kim była, żeby zabierać głos w tej sprawie?

– Musimy wcielić tu DM – powiedział Wade.

Cheng Xin była jeszcze bardziej skonsternowana. DM? Doktor medycyny?

– Przecież jest pani Chinką! Jak może pani nie wiedzieć, co to jest DM?

Spojrzała na pozostałych pięciu Chińczyków w sali. Wyglądali na tak samo skołowanych.

– Podczas wojny koreańskiej Amerykanie odkryli, że nawet wzięci do niewoli zwykli żołnierze chińscy dużo wiedzieli o strategii swoich wojsk. Okazało się, że wasi dowódcy przedstawiali żołnierzom plany bitw do masowej dyskusji, licząc na to, że w ten sposób znajdą sposoby, żeby je poprawić. Oczywiście nie chcemy, byście wiedzieli aż tyle, jeśli zostaniecie jeńcami Trisolarian.

 

Kilkoro obecnych się roześmiało. Cheng Xin zrozumiała w końcu, że DM to „demokracja militarna”. Pozostali entuzjastycznie poparli propozycję Wade’a. Oczywiście ci wybitni specjaliści nie spodziewali się, że zwykła asystentka techniczna będzie miała jakieś świetne pomysły, ale byli to przeważnie mężczyźni i myśleli, że dając jej szansę mówienia, będą mieli doskonały pretekst do podziwiania jej przymiotów fizycznych. Cheng Xin zawsze dokładała starań, by ubierać się niezbyt wyzywająco, ale mimo to stale musiała sobie radzić z tego rodzaju nagabywaniem.

– Mam pomysł… – zaczęła.

– Pomysł, jak nagiąć prawa fizyki? – zapytała starsza Francuzka imieniem Camille, bardzo poważana i doświadczona konsultantka Europejskiej Agencji Kosmicznej. Spojrzała pogardliwie na Cheng Xin, jakby ten pokój nie był odpowiednim miejscem dla niej.

– Raczej na to, jak je obejść. – Cheng Xin uśmiechnęła się do niej uprzejmie. – Najbardziej obiecującymi z zasobów, które mamy do dyspozycji, są zapasy broni jądrowej na świecie. Jeśli nie nastąpi jakiś przełom techniczny, będzie to największe źródło energii, którą możemy wystrzelić w kosmos. Wyobraźcie sobie statek czy sondę kosmiczną wyposażony w żagiel radiacyjny, podobny do żagla słonecznego: cienką folię popychaną przez promieniowanie. Gdybyśmy od czasu do czasu detonowali bombę jądrową za tym żaglem…

Rozległo się kilka chichotów. Najgłośniej śmiała się Camille.

– Moja droga, nakreśliłaś nam scenę z komiksu. Twój statek kosmiczny wypełniony jest bombami jądrowymi i ma ogromny żagiel. Na statku znajduje się bohater łudząco podobny do Arnolda Schwarzeneggera. Rzuca te bomby za statek, gdzie wybuchają i go popychają. Och, ależ to świetne! – Gdy reszta zebranych dołączyła do tej wesołości, kontynuowała: – Może zechciałabyś przejrzeć swoją pracę domową z pierwszego roku studiów i powiedzieć mi, po pierwsze, ile bomb jądrowych będzie musiał zabrać ten statek, i po drugie, jakie przyspieszenie zdoła uzyskać przy takim stosunku ciągu do wagi?

– Nie udało się jej nagiąć praw fizyki, ale spełniła drugie życzenie szefa – powiedział inny ekspert. – Przykro mi patrzeć, jak taka piękna dziewczyna pada pod naciskiem brutalnej siły.

Fala śmiechu osiągnęła crescendo.

– Bomby nie będą na statku – odparła spokojnie Cheng Xin. Śmiech ustał jak nożem uciął. – Sama sonda będzie małym jądrem wyposażonym w sensory przymocowane do dużego żagla, ale musi być lekka jak piórko. Będzie ją wtedy łatwo popychać promieniowaniem pochodzącym z wybuchów jądrowych poza nią.

W sali konferencyjnej zrobiło się bardzo cicho. Wszyscy zastanawiali się, gdzie miałyby się znaleźć te bomby. Kiedy inni przez chwilę drwili z Cheng Xin, Wade zachował chłodną i niewzruszoną minę. Teraz jednak na jego twarzy powoli pojawił się ponownie ten uśmiech niczym woda sącząca się ze szczeliny w lodzie.

Cheng Xin wyjęła z dystrybutora wody stos papierowych kubeczków i ustawiła je w linii na stole konferencyjnym.

– Możemy wcześniej wystrzelić w przestrzeń bomby jądrowe za pomocą rakiet o napędzie chemicznym i rozmieścić je wzdłuż pierwszego etapu toru lotu sondy. – Wzięła ołówek i przesunęła jego końcem po linii od jednego kubeczka do następnego. – Kiedy sonda będzie przelatywać obok każdej z tych bomb, będziemy je detonować tuż za żaglem, nadając jej coraz większe przyspieszenie.

Mężczyźni oderwali spojrzenia od ciała Cheng Xin. W końcu chcieli potraktować jej propozycję poważnie. Tylko Camille patrzyła na nią jak na intruza.

– Możemy nazwać tę technikę „napędem po drodze”. Ten pierwszy odcinek jest etapem przyspieszania i stanowi zaledwie drobny ułamek całego kursu lotu sondy. Według bardzo pobieżnych obliczeń, jeśli użyjemy tysiąca bomb jądrowych, można je rozmieścić wzdłuż drogi o długości około pięciu jednostek astronomicznych, prowadzącej od Ziemi do orbity Jowisza. Możemy nawet rozmieścić je gęściej w granicach orbity Marsa. To jest absolutnie wykonalne przy naszej obecnej technologii.

W ciszy, która potem zapadła, słychać było kilka szeptów. Stopniowo stawały się coraz głośniejsze i coraz bardziej podekscytowane, jak skąpy deszcz przechodzący w ulewę.

– Nie wpadła pani sama na ten pomysł, prawda? – zapytał Wade. Uważnie przysłuchiwał się dyskusji.

Cheng Xin uśmiechnęła się do niego.

– Mój pomysł opiera się na starej koncepcji znanej w kręgach zajmujących się przemysłem kosmicznym. Coś takiego zaproponował pierwszy już w 1946 roku Stanisław Ulam. To jądrowy napęd pulsacyjny.

– Doktor Cheng – powiedziała Camille – wszyscy wiemy o jądrowym napędzie pulsacyjnym, ale poprzednie propozycje wymagały przewożenia paliwa na statkach. Pomysł rozmieszczenia go wzdłuż trasy statku kosmicznego jest rzeczywiście pani wkładem. Ja przynajmniej nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałam.

Dyskusja stała się zażarta. Grono ekspertów rzuciło się na pomysł Cheng jak wataha głodnych wilków na świeże mięso.

Wade znowu walnął w stół.

– Dość! Nie grzęźnijcie teraz w szczegółach. Nie oceniamy, czy pomysł jest wykonalny – raczej staramy się zorientować, czy warto jest przeprowadzić ocenę jego wykonalności. Skupcie się na przeszkodach w całościowym obrazie rzeczy.

– Najlepsze w tej propozycji jest to, że łatwo jest zacząć ją realizować – rzekł po krótkiej ciszy Wadimow.

Wszyscy od razu zrozumieli sens jego wypowiedzi. Pierwszy etap planu Cheng Xin wymagał wystrzelenia dużej liczby bomb jądrowych na orbitę okołoziemską. Ludzkość nie tylko dysponowała taką technologią, ale ładunki były już na rakietach – można było łatwo użyć w tym celu przeprogramowanych międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Amerykańskie peacekeepery, rosyjskie topole i chińskie dongfengi mogły umieścić ładunki na orbitach wokół Ziemi. Ba, zadanie to mogłyby wykonać nawet pociski balistyczne średniego zasięgu, gdyby wyposażono je w rakiety nośne. Ten plan byłby dużo tańszy niż plany pokryzysowego rozbrojenia jądrowego, które wymagały zniszczenia tych pocisków.

– Świetnie. Na razie przerwijmy dyskusję nad pomysłem Cheng Xin. Są jakieś inne propozycje? – Wade rozejrzał się po sali.

Kilka osób chyba chciało coś powiedzieć, ale ostatecznie zdecydowało się zachować milczenie. Widocznie każda z nich uznała, że jej pomysł nie może konkurować z propozycją Cheng Xin. W końcu spojrzenia wszystkich znowu skupiły się na niej, ale tym razem z zupełnie innym nastawieniem.

– Jeszcze dwukrotnie zorganizujemy burzę mózgów i zobaczymy, czy uda się nam coś wymyślić. Ale możemy też zacząć badania wykonalności napędu po drodze. Będziemy potrzebowali jakiegoś kryptonimu.

– Skoro prędkość sondy będzie wzrastać o jeden poziom po każdym wybuchu bomby, to będzie to trochę jak wchodzenie po schodach – powiedział Wadimow. – Proponuję, żebyśmy nazwali ten program Klatką Schodową. Poza potrzebą uzyskania przez sondę prędkości finalnej przekraczającej jeden procent prędkości światła musimy pamiętać o innym wymogu, mianowicie jej masie.

– Żagiel radiacyjny może być bardzo cienki i lekki. Przy obecnym stanie materiałoznawstwa możemy wyprodukować żagiel o powierzchni około pięćdziesięciu kilometrów kwadratowych i ograniczyć jego masę do około pięćdziesięciu kilogramów. To powinno wystarczyć – stwierdził rosyjski ekspert, który kiedyś kierował nieudanym eksperymentem z żaglem słonecznym.

– Wobec tego kluczowym problemem będzie masa samej sondy.

Oczy wszystkich skierowały się na innego mężczyznę, głównego projektanta sondy Cassini–Huygens.

– Jeśli weźmiemy pod uwagę pewne podstawowe czujniki i antenę oraz radioizotopowe źródło energii niezbędne do przesyłania informacji z Obłoku Oorta, powinno się to zmieścić w granicach dwóch–trzech tysięcy kilogramów.