Białe kruki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Myślę, że sam otworzę czaszkę. – Hasselgren wsunął osprzęt do diatermii do przezroczystej kieszeni przymocowanej do sterylnego przykrycia. – Nie wiem przecież, kto z was dostanie stałą pracę, a nie ma sensu inwestować czasu operacji w kogoś, kto nas opuści. Prawda?

Werner spostrzegł, że starszy lekarz posłał mu badawcze spojrzenie, może żeby wywołać jakąś reakcję, ale udał, że tego nie zauważył. Był wiolonczelistą, a grano Kanon Pachelbela.

– Nie – przyznał. – Raczej nie.

– Okej – Hasselgren klasnął w osłonięte rękawiczkami dłonie. – Dajcie kraniotom!

Werner obrócił się do metalowej tacki, na której powinien leżeć przyrząd, ale go tam nie znalazł. Zerknął na instrumentariuszkę, która z kolei spojrzała na nową koleżankę. Ta natychmiast złapała się za głowę.

– O, nie – jęknęła.

Hasselgren rozłożył ręce.

– I czym, pani zdaniem, mam się przebić przez czaszkę pacjenta? Świdrującym spojrzeniem?

Lotna wypadła przez drzwi znacznie szybciej niż za pierwszym razem. Uwaga Wernera znowu skupiła się na skrzypkach, szorujących po strunach. Gra zaczęła przybierać na sile. Do crescendo było już niedaleko. Z tego, co pamiętał, kolejną ścieżką na płycie była koszmarna wersja Adagio Albinoniego. Fakt, że z równą grozą wspominał ten utwór z okresu dorastania, niewiele pomagał. Tu nawet altówka grała melodię przewodnią, podczas gdy wiolonczeliści znów musieli akompaniować.

Werner próbował nie słuchać, lecz daremnie. To było gorsze niż szumy uszne. Uderzyła go myśl, że mógłby podmienić raz płytę z Naxos na jedno z nagrań Karajana z wytwórni płytowej Deutsche Grammophon z niemal identycznym repertuarem. Nikt oprócz niego nie dostrzegłby różnicy, a on przynajmniej nie musiałby słuchać tych litewskich boleści przy każdej operacji z Hasselgrenem.

– Norweska służba zdrowia nie słynie z wydajności, co?

Kiedy Werner uniósł wzrok, spostrzegł, że Hasselgren stoi zwrócony w jego stronę. Small talk ze starszym lekarzem? Coraz gorzej.

– Nie jest tak źle.

– Potrwa to dobrych kilka minut. Możesz spożytkować ten czas na powiedzenie mi, dlaczego to właśnie ciebie oddział powinien zatrudnić na stałe.

Kanon Pachelbela ucichł. Werner próbował skupić się na tyle, żeby odpowiedzieć, ale jedyne, co przychodziło mu do głowy, to że nie powinien był dzisiaj w ogóle przychodzić do pracy. Trzeba było zostać w łóżku.

– Mowę ci odjęło?

– Nie. – W pomieszczeniu zabrzmiały pierwsze tony Adagio. Brzmiało to zupełnie jak marsz pogrzebowy. – No cóż... Mam doktorat i...

– Z czego?

– To jest... studium epidemiologiczne hemochromatozy pierwotnej.

Hasselgren zachichotał szyderczo. Był to cienki, szczery, przepełniony złośliwą satysfakcją chichot. Werner słyszał go wiele razy, zwłaszcza gdy mówiono o bezpodstawnych skierowaniach z Oddziału Neurologii. Zdaniem Hasselgrena było ich dużo.

– Hemochromatoza. A cóż to takiego? Masz na koncie jakieś artykuły z neurochirurgii?

Werner pokręcił głową.

– Nie – odparł. – Żadnych.

– Widzę, że obcy ci jest norweski zwrot „umieć się sprzedać”.

Skrzypnęły drzwi. Na salę weszła lotna ze skrzynką w rękach.

– Jedną minutkę – pisnęła.

Hasselgren ledwo dostrzegalnie uniósł brwi.

– Właśnie mija. Zyskałeś trochę czasu, żeby mnie przekonać, Schlunk. Jakie masz doświadczenie chirurgiczne?

– Tylko z tego roku, kiedy tu pracowałem.

– I to wszystko?

– Tak, chociaż... Mój wuj jest neurochirurgiem. Wżenił się do rodziny. Doszkalałem się u niego w trakcie studiów. Właściwie to po egzaminie chciałem się u niego zatrudnić, ale zamiast tego trafiłem do Norwegii.

– Ach, tak. Wuj? A gdzie on pracuje?

– W Düsseldorfie.

– O, tam rzeczywiście jest duże środowisko neurochirurgiczne. Może znasz Roniego Rijkera, speca od osłoniaków nerwu przedsionkowo-ślimakowego.

Werner przytaknął.

– To on jest...

– ...chirurgicznym geniuszem, słowo daję. Mógłbyś się wiele nauczyć z jego artykułów naukowych. Ale może już je przeczytałeś?

Hasselgren znów zaczął drwiąco chichotać.

– Nie czytałem ich znowu tak wiele, ale dobrze znam badania Roniego Rijkera.

– Tak mówisz? A dlaczego, jeśli wolno spytać?

Werner wzruszył ramionami. Wiele razy nachodziła go myśl, że karta, którą zamierzał teraz wyłożyć na stół, była jego asem w rękawie. To dlatego jej dotąd nie użył: chciał ją rozegrać w możliwie najkorzystniejszej sytuacji. Ale teraz to już nie miało znaczenia.

– Bo to Roni jest mężem mojej ciotki.

– Mam!

Instrumentariuszka wyciągnęła kraniotom w stronę Hasselgrena, który zastygł z rękami splecionymi na piersi.

– Rijker ożenił się z twoją ciotką?

Ton starszego lekarza zmiękł. Wyraźnie zmiękł.

– Przepraszam, doktorze Hasselgren – spróbowała znów pielęgniarka – ale tutaj ma pan kraniotom.

Hasselgren chwycił wreszcie instrument.

– No, proszę, Werner. No, proszę!

Kopniakiem wysunął pedał znajdujący się pod stołem operacyjnym, po czym przycisnął go prawą stopą. Ostrze na szczycie kraniotomu zaczęło wirować ze zgrzytliwym, metalicznym wizgiem.

– Jak już mówiłem, nie pozwolę ci otworzyć czaszki, dopóki nie zapadnie decyzja. Muszę jednak przyznać, że siostrzeńcowi Roniego Rijkera trudno będzie odmówić. Siostro, proszę dać panu Schlunkowi strzykawkę!

Ledwie Werner zdążył unieść wzrok, a już pielęgniarka wcisnęła mu do ręki plastikową strzykawkę. Chwilę później wycie kraniotomu przeszyło pokój. Kierując strumień chłodnej wody w stronę wiertła, wdzierającego się w głąb czaszki, Werner poczuł swąd palonej kości.

Znów pomyślał o Hanne. Rzuciłby to wszystko, gdyby tylko zechciała do niego wrócić.

[2] Pielęgniarka lotna – pielęgniarka nieprzypisana na stałe do żadnego oddziału, przyp. tłum.

6. Mathias

Co tak dzwoni?

Brzmiało to jak dzwonek szkolny. Mathias rozejrzał się wokół. Jeszcze przed chwilą siedział w gondoli, kołyszącej się dziesięć–dwadzieścia metrów nad urwiskiem. Teraz znalazł się nagle we własnym łóżku. Na stoliku nocnym leżał zaś telefon i dzwonił.

Dźwignął się i zmrużył oczy w promieniach słońca, prześlizgujących się przez szpary w zaciągniętych żaluzjach. W myślach prześledził wydarzenia ostatniej doby. Jakaś operacja, jakiś czujnik ciśnienia. Nie, tego dzwonienia normalnie nie dało się wytrzymać. Sięgnął po telefon i przyłożył go do ucha.

– Halo?

– Dlaczego nie odbierasz? Chyba nie śpisz?

– Marianne, co... – Nie dokończył, musiał przetrzeć oczy od ostrego światła, zanim podjął rozmowę. Zaczął już rozumieć. Miał dyżur. – Która... która godzina?

– No nie. Tylko nie mów mi, że zapomniałeś.

Mathias spuścił stopy na podłogę. Aż się wzdrygnął, czując, jaka była zimna. Wstał i rozejrzał się za kapciami. Nadal czuł kołysanie gondoli w całym ciele. Jechał kolejką linową na górę Ulriken, kiedy nagle stanęła w miejscu. Utknął na dobre. Nie mógł się ruszyć – ani w górę, ani w dół. Oczywiście we śnie.

– Miałem dyżur, Marianne.

– I co z tego? Nie możesz po prostu odpowiedzieć na moje pytanie?

– Ale o czym ty mówisz?

– Miałeś odebrać córkę.

– Przecież jest u Anne Kirsti.

– Mathias! Miałeś odebrać Ylvę przed wpół do dwunastej! Anne Kirsti idzie na pogrzeb.

Znalazł kapcie pod łóżkiem, wsunął w nie stopy i od razu poczuł się lepiej.

Zaczęło mu się rozjaśniać w głowie. Marianne rzeczywiście wspomniała coś o tym tuż przed jego wyjściem do pracy poprzedniego dnia. Od tamtej pory minęła już jednak cała doba, a dyżur był tak intensywny... W dodatku usłyszał od Thei plotkę o planowanej redukcji liczby stałych posad dla lekarzy-asystentów. Odebranie dziecka od opiekunki nieszczególnie zaprzątało mu myśli.

Rozejrzał się po pokoju i zauważył budzik przy łóżku. Wskazywał już wpół do dwunastej. Porwał spodnie ze sterty ubrań, zalegającej w kącie.

– Muszę lecieć. Pogadamy później.

– Zajrzałeś wczoraj do broszury?

– Mówiłem już, że miałem dyżur i...

– Tak, tak. Słyszałam. A wystarczyłoby powiedzieć tak albo nie. Nic więcej.

Mathias wciągnął spodnie i znieruchomiał, zmagając się z zapięciem guzika w pasie. Mógł od razu uprzedzić Marianne o zmniejszeniu liczby stanowisk na oddziale i mieć to za sobą. Powiedzieć po prostu: nie zatrudnią mnie tutaj. Musimy wyprowadzić się z Bergen. Nie stać nas teraz na kupno domu.

– Mathias? Jesteś tam?

Zapiął guzik i sięgnął po koszulę, która leżała zmięta na podłodze.

– Nie, jeszcze nie zaglądałem – odparł. – Ale obiecuję, że zrobię to później.

*

Dodał gazu, jadąc Sollien – długą, wężowatą drogą, wijącą się wśród pagórków Landås. Nadal czuł się otumaniony, tak że musiał się koncentrować, żeby trzymać się właściwego pasa ruchu, ale od czasu do czasu wracał myślą do rozmowy, którą odbył tego ranka z Evelyn Edvardsen. Evelyn była na oddziale kierownikiem do spraw pielęgniarstwa i odwiedził ją w nadziei, że zdementuje słowa Thei. Nadzieja ta szybko okazała się płonna.

– Kazano nam obciąć liczbę posad – przyznała. – Helse Vest[3] i oddział zmagają się z wielką dziurą w budżecie, nic więc dziwnego, że oszczędza się na pracownikach tymczasowych.

Mathias usiadł, nie wiedząc, co powiedzieć. Jedyne, o czym myślał w tamtej chwili, to że jego kariera w Haukeland zmierzała do zderzenia czołowego. Wszyscy wiedzieli, że od pracownika, z którym nie zawarto stałej umowy, oczekiwano wypowiedzenia.

 

– Decyzja o tym, kto dostanie wolną posadę, jeszcze nie zapadła – ciągnęła Evelyn. – Jesteś tu lubiany, Mathias. Przeprowadziłeś już samodzielnie wiele zabiegów i masz partnerkę z Bergen. To przemawia na twoją korzyść. Ale nie masz na koncie żadnej pracy badawczej.

Praca badawcza, tak. I znów to słowo. Odkąd tylko poszedł na medycynę, słyszał, jak koledzy z roku i świeżo upieczeni lekarze chwalili się badaniami. Najczęściej zaczynało się od prezentacji w formie plakatów na kongresach medycznych, potem pisało się artykuły, wreszcie broniło doktorat. W norweskiej służbie zdrowia nie wystarczało już być lekarzem. A przynajmniej nie jeśli zależało ci na posadzie w szpitalu uniwersyteckim. Do tej pory ignorował tę myśl. Wydawało mu się, że umiejętność operowania wystarczy.

Dojechał do Natlandsveien i skręcił na północ. Na drodze panował niewielki ruch, dotarcie do ulicy św. Olafa pod Szpitalem Haukeland było więc kwestią kilku minut. Zwolnił. Włączył radio, żeby skierować myśli na inne tory. Mimo to nadal przeżuwał temat pracy. Bo co właściwie miał zrobić? Jeśli nie zajmie się tym problemem teraz, to jeszcze przed końcem roku zostanie na lodzie. Przecież zarówno Thea, jak i Werner mieli alibi w postaci pracy badawczej. A on był tylko – jak trafnie to ujął Per Irgens, kiedy Mathias odrzucił jego ofertę współpracy przy badaniach – małpą, która umie operować.

Na skrzyżowaniu pod Haukeland zapaliła się czerwona strzałka, więc stanął. Jego spojrzenie przesunęło się po wzgórzu i spoczęło na gigancie, leżącym na zboczu za drogą.

Evelyn wyraziła się jasno, kiedy poprosił o radę. Powiedziała, że powinien po prostu znaleźć promotora i zacząć pracę nad projektem doktorskim. Jego uwagę, że miał ograniczone szanse, żeby zdziałać coś w parę tygodni czy miesięcy, zbyła wzruszeniem ramion i skwitowała:

– No cóż, chyba nie masz innego wyjścia? O ile naprawdę chcesz tu zostać?

Światło zmieniło się na zielone. Kiedy skręcił z drogi, przypomniało mu się poczucie szczęścia, którego doznał zaledwie sześć godzin wcześniej na sali operacyjnej numer 12.

Pewnie, że chciał zostać. Jak niczego innego na świecie.

*

Gdy zajechał przed dom na końcu ulicy św. Olafa, spostrzegł Anne Kirsti na schodach. Była ubrana jak przystało na prawdziwy bergeński pogrzeb – w czarną kurtkę przeciwdeszczową, narzuconą na długą, czarną suknię, i czarne kalosze. Tylko zydwestki brakowało. W powietrzu wprawdzie nie czuło się deszczu, ale to mogło szybko się zmienić.

– Tata! Patrz, tata! Patrz na mnieee!

Kiedy wszedł za furtkę, Ylva stała pośrodku dużej trampoliny w rogu ogrodu. Wybiła się do góry, ale lądując na płachcie, nie zdołała utrzymać równowagi i runęła jak długa. Leżała bez ruchu, podczas gdy szedł w jej stronę po trawie. Usłyszał cichy płacz, który powoli przybierał na sile. Rozpoznałby jej głos wśród setek głosów innych dzieci, gdyby musiał.

– Już dobrze, już dobrze...

Rozsunął zamek błyskawiczny w siatce otaczającej trampolinę i podniósł córkę. Dziewczynka ukryła twarz we wgłębieniu w jego szyi, ogrzewając swoim oddechem jego skórę.

– Tata-aa... – chlipnęła, uspokajając się.

Objął ją mocno.

– Moja dziewczynka – szepnął.

Za plecami usłyszał kroki Anne Kirsti. Gdy się odwrócił, podała mu plecak Ylvy.

– Mam nadzieję, że zdążysz – powiedział. – Przepraszam, że się tak spóźniłem.

Anne Kirsti poklepała go ostrożnie po ramieniu.

– Nie myśl o tym. Pogrzeb jest w kościele w Årstad, a to tam za zboczem.

Stał na chodniku i patrzył, jak kobieta spiesznie odchodzi w kierunku ulicy Ibsena. Siedząca mu na ramieniu Ylva machała energicznie. Mieli szczęście, że trafili na taką opiekunkę do dziecka, jak Anne Kirsti. Ylva ją kochała, a on zawsze czuł się pewny, że córka ma się dobrze w czasie jego pracy. Mimo to za absurd uważał, że nie miał pierwszeństwa podczas rekrutacji do przedszkola dla dzieci pracowników szpitala tylko dlatego, że zajmował stanowisko tymczasowe. I znów wszystko rozbijało się o stałą posadę. Bez niej był niczym.

Postawił Ylvę na ziemi przed samochodem, chcąc znaleźć kluczyki. Dziecko natychmiast uderzyło w płacz.

– Nie, tata! Niesie!

Przeszukiwał kieszenie, a tymczasem córka wyciągnęła ręce. Kiedy miało się dzieci, każda czynność wymagała stanowczości. Nawet tak banalna, jak otwarcie drzwi samochodu. Jak on właściwie miał prowadzić pracę badawczą w przerwach między pracą a opieką nad dzieckiem? Co wieczór, kiedy w końcu udawało im się ułożyć Ylvę do snu, był wykończony. Ledwo miał siłę oglądać telewizję. Thea mogła pracować w dwójnasób, bo nie musiała się troszczyć o nikogo prócz siebie. Czasy, gdy on sam był w takiej sytuacji, stanowiły odległe wspomnienie.

Wreszcie znalazł kluczyki i odbezpieczył centralny zamek. Wrzucił plecak Ylvy na przód samochodu i podniósł córkę, by posadzić ją na foteliku dziecięcym z tyłu. Już miał zapiąć pas bezpieczeństwa, gdy zgodnie z przewidywaniami zaczęła wściekle wierzgać nogami.

– Zlobię sama, tata! Zlobię sama!

Zapału jej nie brakowało, gorzej z umiejętnościami i wglądem w siebie. I potrwać to miało jeszcze parę ładnych lat.

– Włączyć ci płytę z Kokosem? – zapytał, chcąc odwrócić jej uwagę.

Zduszone wrzaski w jednej chwili przeszły w perlisty śmiech.

– Ta-aa-aak. Kokos!

– Będzie Kokos.

W końcu udało mu się zapiąć klamrę. W jego głowie piosenka o Kokosie zastąpiła już pirackie pieśni o Kapitanie Szablozębnym. Różnica była w zasadzie niewielka.

Jestem zwierzakiem z głębi lasu

co na zabawę ma dużo czasu.

– I moczek – powiedziała Ylva, wyciągając rękę.

Oczywiście. Smoczek.

Wszystko w swoim czasie. Czy to dziwne, że czuł się zmęczony? Chętnie zobaczyłby swojego ojca w tej sytuacji. Albo któregoś ze starszych lekarzy na oddziale. Wszyscy mieli żony, które zajmowały się dziećmi, podczas gdy oni pełnili dyżur albo odsypiali następnego dnia. A mimo to wymagali od lekarzy-asystentów tego samego, czego kiedyś żądali od nich ich szefowie. To nie było sprawiedliwe.

Spostrzegł smoczek na siedzeniu obok Ylvy i sięgnął nad córką, by go złapać. Wycofując się, przypadkiem zerknął przez boczną szybę. Na chodniku po drugiej stronie ulicy Ibsena, jakieś sto metrów dalej, stała kobieta i patrzyła w jego stronę. Być może nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nie jej znajoma, wyprostowana jak struna sylwetka.

Dźwignął się i spojrzał nad dachem samochodu. Kobietę minął tymczasem dwuczłonowy autobus. Gdy przejeżdżał, ruszyła chodnikiem w stronę Haukeland. Mathias przyjrzał się jej od tyłu, zanim zniknęła mu z oczu. Miała krótkie blond włosy. Nie zgadzało się. Chociaż?

– Moo-oo-cze-ee-ek!

Ylva zaczęła machać rękami.

– Tak, tak – wymamrotał i włożył smoczek na właściwe miejsce. W odpowiedzi usłyszał pomruk zadowolenia.

Kiedy obszedł samochód i siadł za kierownicą, tryby w jego głowie nie przestawały się obracać. Przerzucił stertę płyt CD i szybko znalazł tę z niebieskim słoniem na okładce. Wsunął ją do odtwarzacza, po czym zagapił się na deskę rozdzielczą, a pierwsze dźwięki piosenki o Kokosie popłynęły z głośników.

Mimo wszystko, czy to mogła być ona?

Nie widział jej od lat – a ściśle mówiąc, od dnia, w którym postawił ją przed faktem, że rozpowiada kłamliwe plotki na temat Marianne. Było to kilka miesięcy po tym, jak z nią zerwał. Zupełnie się wtedy załamała. Płakała i płakała. Błagała, żeby do niej wrócił. Później nie odzywała się często. Wiedział tylko, że wyjechała do Francji uczyć się francuskiego. Dlaczego miałaby więc nagle pojawić się w Bergen? To było ostatnie miejsce, w którym spodziewał się ją zobaczyć.

Wyjechał na drogę i spróbował zignorować możliwość, że miał rację. I bez tego miał już dość na głowie.

[3] Helse Vest – jedna z pięciu regionalnych jednostek administracyjnych norweskiej służby zdrowia, odpowiadająca za leczenie specjalistyczne w województwach (fylker): Rogaland, Hordaland i Sogn og Fjordane, przyp. tłum.

7. Marianne

Była zbyt zmęczona, by się złościć. Marianne stała w drzwiach salonu i patrzyła na Mathiasa, który spał rozciągnięty na podłodze. Wtulona w jego ramię, z mocno przyciśniętym do policzka pluszowym misiem, siedziała Ylva, wpatrzona w ekran telewizora. Nawet nie zauważyła, że ktoś wszedł do pokoju.

Marianne wymknęła się z powrotem na korytarz i zdjęła okrycie. Miała przemożną ochotę pójść i się położyć, ale coś jej podpowiadało, że nic z tego nie będzie. Mokre ubrania Ylvy leżały przerzucone przez stojak na buty. Plecaka też nie rozpakowano. Marianne odwiesiła ubrania do wyschnięcia w łazience i trzymając w ręku zawartość plecaka, przeszła do kuchni. Rzut oka do lodówki potwierdził jej obawy. Nie mieli niczego na obiad. Zasnąć przy dwulatce to jedno. Nie trzeba geniuszu, by zrozumieć, że mogłoby się zdarzyć coś złego. Inną sprawą było zadbanie o to, żeby w domu wszystko działało sprawnie. Skoro oboje pracowali, to każde z nich musiało się do tego przykładać najlepiej, jak mogło. Prosta sprawa.

Stanęła przy zlewie i umyła butelkę i pojemnik na drugie śniadanie Ylvy. Znała Mathiasa na tyle, żeby się domyślać, że jeszcze nie spojrzał na anons z portalu Finn.no. Rozumiała, że monitorowanie rynku nieruchomości mogło mu się sprzykrzyć, biorąc pod uwagę, jak długo szukali odpowiedniego miejsca do zamieszkania – ale ten jeden dom musiał obejrzeć. Chodziło o coś więcej niż wydostanie się z ciasnego, pełnego przeciągów mieszkania w bloku. Dużo więcej.

Obróciła się, słysząc dudnienie stóp.

– Mam-aa-aa!

Ylva przebiegła przez próg. Marianne kucnęła i objęła córkę, trzymała ją w ramionach tak długo, aż dziewczynka zaczęła się wyrywać.

– Tata śpi, mama!

Ylva wskazała salon wyprostowaną ręką.

– Naprawdę? A ty co? Oglądasz kanał dla dzieci?

– Timmy’ego w telewizji.

Nagle wzięła nogi za pas i pognała do salonu. Marianne wstała i ruszyła za nią. Mathias nadal leżał na podłodze jak martwy. Ylva już do niego przyskoczyła. W skupieniu uniosła jego prawe ramię, jakby to był kawał drewna. Odsunąwszy je na bok, przypadła do ojca i wbiła mu łokieć w brzuch. Mathias aż się zachłysnął i otworzył oczy. Uniósł głowę i rozejrzał się zdezorientowany. Na widok jego zmierzwionej fryzury i rozdziawionych ust Marianne parsknęła śmiechem. Musiała mu dzisiaj wybaczyć. Przecież wiedziała, że potrzebował snu, by odespać dyżur.

– Kiedy przyszłaś? – spytał ochrypłym głosem.

– Właśnie teraz.

– Musiałem chyba... – przewrócił się na bok i dźwignął do pozycji siedzącej. Podeszła do niego i przeczesała ręką splątane włosy. – Przepraszam – ciągnął. – Byłem nieludzko zmęczony.

– W porządku.

– Pracowałem całą noc i...

– Słuchaj... – Uniosła jego brodę obiema rękami. – Nie musisz się usprawiedliwiać. – Pochyliła się i go pocałowała. – Ale jedną rzecz musisz zrobić – powiedziała, prostując się. Podeszła do laptopa, który stał złożony na stole jadalnianym. Kiedy odwróciła się do Mathiasa i przywołała go gestem, ten wciąż siedział na podłodze. – Czyli spojrzeć na ten dom na Fjellveien.

Jęknął, łapiąc się rękami za głowę.

– Przepraszam, ja...

– Mówiłam przecież, że nie szkodzi. Ale chodź już! Możesz zerknąć na ogłoszenie, a ja w tym czasie skoczę do Bunnprisa i kupię jedzenie. Porozmawiamy o tym jeszcze, kiedy położymy Ylvę. Okej?

Mathias wstał na nogi i zakołysał się. Dawno już nie widziała go tak zmęczonego. Te nocne dyżury były po prostu nieludzkie. Jak można wymagać od ojca małego dziecka, żeby co tydzień pracował całą dobę bez przerwy? W żadnej innej branży by to nie przeszło. Najgorzej, że lekarze na oddziale wydawali się szczycić tymi czuwaniami. Jeżeli chciałeś być chirurgiem, to musiałeś wykazać, że jesteś w stanie znieść więcej niż zwykły śmiertelnik. Ten, kto nie dawał sobie rady z dziewięćdziesięciogodzinnym tygodniem pracy, musiał zatrudnić się gdzie indziej.

– Okej.

Powłócząc nogami, przeszedł po pokoju i opadł na krzesło, które mu podsunęła.

– Prezentacja jest w środę wieczorem. Załatwiłam już opiekunkę do dziecka, więc wystarczy, żebyś nie brał dodatkowego dyżuru. A swoją drogą, chciałbyś, żebym kupiła coś szczególnego w Bunnprisie?

Mathias przesunął ręką po twarzy.

– Wiesz – zaczął, ale umilkł i siedział tylko ze zwieszoną głową.

– Tak?

– Jest coś... o czym musimy pogadać.

 

– A możemy to odłożyć na później? Muszę pójść po zakupy, zanim i ja zemdleję.

Podniósł na nią wzrok i przytaknął.

– W porządku – odparł. – Później się tym zajmiemy.

*

Otwierając drzwi zewnętrzne murowanego bloku, miała wrażenie, że wiatr się z nią szarpie. Przynajmniej deszcz ustał. Ściągnęła z głowy kaptur kurtki przeciwdeszczowej i ruszyła po schodach w stronę bramy z kutego żelaza, która trzęsła się jak wystraszone zwierzę. Jesień wcześnie przyszła w tym roku do Bergen. Właściwie to nawet nie odczuli lata. Teraz zaś czekało ich jeszcze więcej ciemności i deszczu.

Skuliła się, idąc ulicą Sollien, po czym pod blokiem skręciła w Lægdesvingen. Tutaj wiatr nieco przycichł. Po drodze zerknęła na balkon ich mieszkania. W oknie dostrzegła Mathiasa z Ylvą na ramieniu, którzy jej machali. Był to ich rytuał. Zawsze to robili, kiedy szła do sklepu. Uniosła rękę i pomachała im w odpowiedzi. Prawdę mówiąc, trochę ułatwiało to jej zadanie.

Ruszyła dalej. Na horyzoncie chmury zaczęły się rozpraszać. Marianne zatrzymała się na szczycie stromego, porośniętego trawą zbocza kilkaset metrów od domu i zapatrzyła na widok, który się przed nią rozciągał. Widziała stąd całą dolinę Bergen. Góry Ulriken i Løvstakken, ciemne i nasiąkłe wodą, jak to we wrześniu, mierzyły się wzrokiem ze wschodu i zachodu. Daleko przed nią rozpościerał się krajobraz dzielnicy Fana, jak jedyna droga ucieczki spomiędzy obu szczytów. Sam widok sprawił, że wstąpiły w nią nowe siły. Poszła ostrożnie w dół zbocza, uważając, żeby się nie pośliznąć na błotnistej ścieżce. Nie było piękniejszego miejsca niż to miasto. Mimo to bardzo doceniała fakt, że Mathias znosił tak kiepską pogodę. Pochodził z Østlandet, ale nigdy nie narzekał na to, że postanowił osiąść po tej stronie gór. W ogóle łatwo się dopasowywał, ten Mathias. Potrafił wśliznąć się gdziekolwiek – nie to, co jego introwertyczni rodzice i dużo mniej odpowiedzialny młodszy brat.

A teraz mieli kupić razem dom.

Przy odrobinie szczęścia byłby to właśnie ten budynek, który wystawiono teraz na sprzedaż – jej dom rodzinny, miejsce, do którego pragnęła powrócić i marzyła o tym od wielu lat.

Zeskoczyła na jezdnię. Nagle nabrała ochoty, by wykręcić piruet na asfalcie i nie odmówiła sobie tego. Fakt, że dom szedł na sprzedaż właśnie teraz, był jakby zrządzeniem losu. Nie dość bowiem, że rozglądali się za nowym lokum, to jeszcze ni stąd, ni zowąd dostała ofertę pracy. Nie zdążyła jeszcze pochwalić się tym Mathiasowi, ale zatrudnienie na nowym stanowisku wiązało się z dużą podwyżką. Kredyt, który musieliby zaciągnąć na zakup domu, był więc w ich zasięgu. Przez pierwsze lata powinni oczywiście nieco zacisnąć pasa, ale dadzą radę. Wszystko dokładnie wyliczyła. Teraz wystarczyło tylko przekonać Mathiasa, żeby zalicytował.

Uderzył w nią podmuch wiatru. Poczuła kilka kropel na twarzy. Wkrótce spadły kolejne. Naciągnęła kaptur na głowę i wsłuchała się w ciche bębnienie deszczu o syntetyczny materiał.

Wszystko się ułoży. Była tego pewna.