Przebudzenie. Córka wiatru. Cześć 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Panie profesorze. – Po raz pierwszy od początku zajęć, odezwał się Zander. – Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

Uniosłam brwi. Aron…

– Nonsens, Zanderze. – Pan West się uśmiechnął. Spojrzał na mnie z czymś, co wzięłam za dumę. – Do tej pory panienka Dusney świetnie sobie radziła. Nie chciałbym jej przydzielać kogoś słabego, skoro dotrzymywała kroku nawet tobie.

Pochyliłam głowę, próbując ukryć zakłopotanie. Przypomniało mi się jak na kilku ostatnich lekcjach walczyłam z Zanderem. Rzeczywiście, radziłam sobie z nim, ale tylko dlatego, że Licavoli dokładnie tłumaczył, co powinnam robić i pomimo wyraźnych protestów, dawał mi fory. Nigdy jednak z nim nie wygrałam. Ostatecznie, zawsze popełniałam jakieś głupie błędy, które niweczyły moje plany.

Najwyraźniej nauczyciel uznał to za wystarczający powód, aby dać mi silniejszego partnera.

Aron... Aron...

Zander nie był zachwycony.

– Pomimo to, proponowałbym...

– W porządku – przerwałam mu, bo zaczynałam słyszeć coraz mniej dyskretne szepty stojących za mną magów. Dziwili się, czemu nocny tak mnie bronił. – Dam sobie radę.

Ciemnowłosy zamarł. Spojrzał na mnie lodowatym wzrokiem, znaczącym, że nie powinnam się odzywać. Zachowywał się tak, jakby wiedział coś, czego ja nie wiedziałam.

Już miałam się znów odezwać, kiedy wyczułam, że ktoś stanął za moimi plecami. Domyśliłam się, że to musiał być mój partner, więc starając się zatuszować pierwsze złe wrażenie, które ten zapewne odniósł z powodu jawnego oporu Zandera, z uśmiechem, powoli się obróciłam.

Widząc przeciwnika, zrzedła mi mina. Od razu pojęłam, dlaczego Zander był taki oschły i próbował negować decyzje nauczyciela.

Imię Aron musiało być najwyraźniej pełną wersją zdrobnienia Aro. Aro – chłopaka, który razem z Vincentem natknął się na mnie w skrzydle wampirów. Tego samego Aro, który obecnie stał z założonymi rękami i patrzył na mnie pogardliwie.

– Naprawdę myślisz, że ze mną wygrasz?

ROZDZIAŁ 4

Jeśli kiedykolwiek twierdziłam, że pojedynki z Zanderem były trudne, to po starciu z bezlitosnym, nastawionym na wygraną „Aronem” musiałam wszystko odwołać. Nieważne, jak duże nadzieje pokładałam w swoich nowo nabytych umiejętnościach i tak na własnej skórze przekonałam się, jak wielka przepaść dzieliła obydwu chłopaków, jeśli chodziło o sposób prowadzenia walki.

Gdy atakowałam tego pierwszego, wiedziałam, że będzie się w miarę hamować. Jakkolwiek zgodnie z moimi prośbami, nie zamierzał dawać mi forów (przynajmniej w teorii), starał się pamiętać o swojej sile, by przypadkiem nie zrobić mi większej krzywdy. Nawet jeśli ewidentnie był ode mnie szybszy, a także planował każdy swój ruch ze sporym wyprzedzeniem, praktycznie wcale nie musiałam martwić się tym, że zechciałby mnie poważnie uszkodzić. Nigdy nie posuwał się dalej niż powinien, co doszczętnie wykorzystywałam. Bez obaw atakowałam i skakałam na nocnego, próbując go w ten sposób powalić na ziemię. Co prawda jeszcze nigdy mi się to nie udało, ale z każdą walką coraz lepiej poznawałam taktykę chłopaka i zapamiętywałam jego ruchy. Byłam dość pojętnym uczniem, błyskawicznie nauczyłam się, jak robić uniki i dostatecznie szybko uciekać przed żelaznymi chwytami nastolatka.

Aro był jego kompletnym przeciwieństwem. Biła od niego potęga, chęć górowania nad przeciwnikiem i potrzeba udowodnienia, że to on, nikt inny, sprawował kontrolę. Jeszcze zanim zajęliśmy miejsca w wyznaczonym polu i przyjęliśmy pozycje, wiedziałam, że nie będzie łatwo przewidzieć, jak się zachowa. Martwiło mnie też, że nastolatek ciągle żywił do mnie urazę po naszym ostatnim spotkaniu. Jakkolwiek Vincenta udało mi się udobruchać (choć można powiedzieć, że to on udobruchał mnie), a nawet się z nim zaprzyjaźnić, tak Aro nie wyglądał na wampira, który z chęcią zgodziłby się na zaproponowany sojusz.

Nie pomyliłam się, sądząc, iż pojedynek będzie trudny, chociaż chyba lepszym określeniem byłoby: „ciężki”. Aro miał swój własny styl walki; chaotyczny, a jednak oparty na jakimś skomplikowanym, tylko jemu znanym schemacie. Ruszał się niezwykle zwinnie i płynnie, niczym kot. Był także cholernie szybki, co wcale nie działało na moją korzyść. W czasie, gdy ja dopiero zdążyłam pomyśleć o jakimś ruchu, on zdążył zrobić cztery i zakończyć walkę.

Jak mogłam się domyślić, nie zamierzał być nawet w najmniejszym stopniu delikatny. Jego celem stało się jak najboleśniejsze rzucanie mną o ziemię. Nie czekał, aż zaatakuję. Nie dawał mi na to zresztą żadnej szansy, gdyż za każdym razem z łatwością mnie obezwładniał. Dosłownie co piętnaście sekund lądowałam twarzą na podłodze, niczym szmaciana, bezwartościowa lalka. Aro zawsze wybuchał wtedy gromkim śmiechem i wygłaszał pogadankę na temat tego, jaka to byłam beznadziejna. Puszczałam jego kąśliwe uwagi mimo uszu, ale każda kolejna działała na mnie jak sól na świeże rany. Ostatkiem sił hamowałam łzy, choć nawet nie tyle, co ze smutku, jak z zażenowania, poniżenia i wściekłości. Miałam ochotę udusić chłopaka gołymi rękami.

Jeszcze, żeby tego było mało, cały czas przyglądała nam się Serina. Za każdym razem, gdy kuliłam się z bólu, reagowała szerokim, promiennym uśmiechem albo głośnym, intensywnym śmiechem. Tylko Vincent, ćwiczący na drugim końcu sali z jakimś chłopakiem i jeszcze kilku bliskich mi uczniów, spoglądało na mnie współczująco. Każdy widział, że Aro przesadzał i nie dawał mi litości. Dopóki działał jednak zgodnie z zasadami, nikt nie miał prawa interweniować. To ja byłam zbyt wolna, zbyt ostrożna.

Po kolejnym udanym ataku Aro, Zanderowi najwyraźniej zrobiło się mnie żal. Przez dwadzieścia minut musiał oglądać moje zjawiskowe upadki i to jak przygryzałam wargi prawie do krwi, aby nie wybuchnąć ze wstydu płaczem. Nawet ból promieniujący do każdej części ciała, nie był tak odczuwalny, jak docinki brutalnego wampira.

Licavoli podszedł i gestem nakazał, abyśmy przerwali walkę. Odetchnęłam z ulgą, ucieszona, że mogłam odpocząć przynajmniej przez kilkanaście sekund. Unikanie błyskawicznych ataków mojego przeciwnika, było niezwykle uciążliwe, jak również męczące. Było mi tak słabo, że ledwie dźwignęłam się na nogi po kolejnym brawurowym upadku.

– Brawo. – Zander stanął na krańcu ringu, zerkając na mojego oprawcę ze stonowanym, zimnym uśmiechem. Zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów. – Świetny refleks.

Zamrugałam powiekami, myśląc, że się przesłyszałam. Przez ból głowy nie wiedziałam, czy tylko mi się wydawało, czy Licavoli naprawdę pochwalił wampira, który minutę wcześniej namiętnie skopał jego dziewczynę. Czy on w ogóle zauważył, że zostałam pobita prawie do nieprzytomności?!

Aro uniósł znacząco brew. Domyślił się, czemu opiekun przerwał walkę.

– Dzięki, ale potem będziesz prawić mi komplementy. – Wskazał na mnie głową. Skuliłam się pod jego nikczemnym spojrzeniem. Cieszył się tym, bardziej że w przeciwieństwie do poprzedniego razu, Zander nie mógł mu tym razem nic zarzucić. – Jeszcze nie skończyliśmy.

– Nie uważasz, że America ma już dosyć? – zapytał dziewiętnastolatek, krzyżując dłonie na piersi. Najwyraźniej też zauważył obłęd w oczach Aro, gdyż cały się spiął i jakby bardziej wysunął w moją stronę.

– Jak dotąd na nic się nie skarżyła. – Nastolatek wzruszył lekceważąco ramionami. Dupek nawet nie zerknął na rany, który powstały na moim ciele pod wpływem jego ataków! – Wciąż może ustać na nogach, więc najwidoczniej nie zamierza się poddać. Prawda, „cukiereczku”?

Zacisnęłam zęby, hamując się przed wrzaskiem. A więc pamiętał!

– Chciałbyś – prychnęłam, rozcierając bolące ramię. Może byłam głupia, może po prostu uparta, ale miałam wrażenie, że poddając się, sprawiłabym Aro jeszcze większą satysfakcję, niż gdyby zwyczajnie ze mną wygrał. – Zamierzam skończyć to co zaczęliśmy, więc nawet sobie nie wyobrażaj, że spasuję.

Aro nie wyglądał na poruszonego tym, co powiedziałam. Zerknął znudzony na Zandera i zrobił minę mówiącą: „no widzisz”.

– Skoro tak... – Licavoli odsunął się, rozumiejąc, że nic nie wskóra. Spojrzał na mnie przy tym karcąco, jakby oczekiwał, że w ostatniej chwili zmienię zdanie i będę błagać o zmianę przeciwnika.

Zacisnęłam usta, delikatnie kręcąc głową. Kiedy chłopak pojął, że nie dam za wygraną, bez dalszych słów, odszedł w głąb sali. Choć wydawał się opanowany, już po samym jego ciężkim kroku, wywnioskowałam, że był wściekły jak diabli. Zapewne już myślał jak mnie później ukarać za to, że nie umiałam siedzieć cicho, kiedy po raz drugi tego dnia próbował interweniować, aby mi pomóc.

Patrzyłam za nim tak długo, jak Aro mi na to pozwalał. Potem widocznie się zniecierpliwił, bo warknął gardłowo, czym przywołał mnie do porządku. Obróciłam się w stronę nocnego, obdarzając go lodowatym, nienawistnym spojrzeniem. Udawałam obojętną, ale tak naprawdę grałam na zwłokę, aby zyskać jak najwięcej czasu na uregulowanie oddechu. Chciałam jeszcze chwilę postać w bezruchu, aby w spokoju przygotować się na kolejne, prawdopodobnie ostateczne starcie.

Dlaczego miałam nieprzyjemną świadomość, że nie skończy się ono dla mnie najlepiej?

– Długo jeszcze będziesz tak stać? – zapytał chłopak, ewidentnie wyrywając się do walki. Każda część jego ciała wyrażała gotowość do obrony i kontrataku. Miał obcisłą koszulę, więc z łatwością dostrzegałam napinające się pod nią do granic możliwości mięśnie. – Nie mam całego dnia.

– A co? Śpieszy ci się gdzieś? – wycedziłam, ustawiając się w bojowej pozycji. Teraz ja miałam atakować, więc ze wszystkich sił starałam się skoncentrować, by znaleźć jakiekolwiek słabe punkty przeciwnika. Problemem było jednak to, że Aro żadnych nie miał, a jego ruchów nie dało się przewidzieć! – Mały wampirek się zmęczył i chce wracać do łóżeczka? A może zapisałeś sobie w grafiku spotkanie z kolejną dziewczyną, którą planujesz katować i nie chcesz się spóźnić?

 

Chłopak wyszczerzył groźnie zęby, świadomie prezentując błyszczące, ostre kły. Dał mi tym samym do zrozumienia, że nie powinnam go prowokować, jeśli zależało mi na życiu. I bez tego typu tekstów zachowywał się brutalnie, bez skrępowania wykorzystując swoją przewagę. Nawet jeśli powstrzymywały go jakieś hamulce, moje słowa tylko go ich pozbawiały, zachęcając do jeszcze większej brutalności.

Westchnęłam, gratulując sobie w duchu wypaczonego instynktu przetrwania. Czułam, że pożałuję swojej decyzji.

– Jesteś gotowy? – Odeszłam od błyszczącej nici tworzącej nasze pole walki. Inni już dawno zrozumieli, że lepiej będzie odsunąć się jak najdalej, więc zajmowaliśmy o wiele większą powierzchnie niż standardowo. Zdecydowanie wyróżnialiśmy się w tłumie. Kilka par chciało nawet przerwać swoje pojedynki, aby przyglądać się naszej, ale pan West kategorycznym głosem kazał im wracać do zajęć. Przynajmniej miałam pewność, że nic ani nikt mnie nie rozproszy.

Rozluźniłam ramiona, szykując się do rozbiegu. W tym samym czasie analizowałam, z której strony najlepiej byłoby zaatakować. Aro cechował się niesamowitą siłą, ale bardziej zawierzał swojemu instynktowi niż tężyźnie fizycznej. Gdy odbijałam w bok, od razu domyślał się, że zamierzałam go zmylić. Robił uniki, uchylając się w kompletnie inne strony niż powinien, więc za każdym razem ostatecznie to on zyskiwał przewagę i znalazłszy się tuż za mną, wykręcał mi boleśnie ręce. Robił to rzecz jasna tylko wtedy, gdy nie miał ochoty wbijać mnie w ziemię.

Zmarszczyłam brwi, uważnie odwzorowując w myślach poprzednie walki. Od początku lekcji, za każdym razem starałam się stosować jakieś fortele, więc Aro był doskonale przygotowany na kolejne mylące ruchy i zmyłki. Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent sądził, że znów będę planowała go wykiwać. Musiałam zatem działać odwrotnie i po prostu zrezygnować ze sztuczek.

Zadowolona, że udało mi się wymyślić jakiś sensowny plan, z satysfakcją wyłamałam palce. Aro prychnął i zrobił kpiącą minę, obserwując moje, zapewne według niego, nieudolne poczynania. Brakowało mu tylko kieliszka z winem w dłoni, a także eleganckiego płaszcza, aby wyglądał jak typowy, arogancki wampir.

To jeszcze bardziej mnie wkurzyło.

– Dawaj, wiedźmo. – Machnął zachęcająco dłonią. – Postaram się być delikatny, ale nie obiecuję, że po tej walce nie skończysz w szpitalnym skrzydle.

Zazgrzytałam zębami. Delikatny? Chyba sobie żartował. On nie znał takiego słowa.

– Nawet nie wiesz, jak cię nie cierpię – wysyczałam, podchodząc bliżej.

– Wcale nie zależy mi na twojej sympatii. – Wzruszył ramionami. – Takie ścierwa jak ty mogą mi najwyżej czyścić buty. Tylko do tego nadaje się ta wasza ma…

Nie dałam mu dokończyć. Skoczyłam na niego, wkładając w ten ruch całą wściekłość i siły, jakie mi pozostały. Aro nie był tym jednak ani trochę zaskoczony. W porę zdołał unieść dłonie i odepchnąć mnie, zanim wbiłam się pazurami w jego krtań. Nawet się przy tym nie zachwiał, tylko oparł rękę na biodrze, rozstawiając lekko nogi.

Wylądowałam na podłodze, ale szybko doprowadziłam się do porządku. Oddychałam ciężko, a moje ciało drżało od zbyt dużego wysiłku. Mimo to wstałam i dzielnie ponowiłam atak, tym razem jednak pamiętając o swoim zamierzeniu, żeby przewidywać ruchy Aro. Rzuciłam banalnie proste zaklęcie rozkojarzenia, które spowodowało, że nad twarzą nastolatka utworzyła się gęsta, biała mgiełka. Nie była groźna, ale zasłoniła mu widok. Chłopak został na chwilę oślepiony, a choć wystarczyło jedno machnięcie ręki, aby mgła się rozpłynęła, on o tym nie wiedział. Nim zorientował się, że dał się wykiwać jak dziecko, zdążyłam wykorzystać nadarzającą się okazję. Wiedziałam, że jego zmysł słuchu wciąż działał na najwyższych obrotach, więc mocno kopnęłam go w nogę. Wampir o dziwo wzdrygnął się, a rozpływająca się mgła, ujawniła jego rządne mordu spojrzenie. Już nie ukrywał kłów, szczerzył się, zapominając o tym, że nie znajdowaliśmy się w sali sami. Wypadło mu też z głowy, że to ja miałam atakować, bo sam rzucił się na mnie w furii. Odskoczyłam jak oparzona, od razu odwracając się z powrotem w jego stronę. Pamiętałam przestrogę Zandera, aby nigdy nie odwracać się od przeciwnika plecami, zwłaszcza jeśli tym kimś był rozjuszony, zabójczy wampir.

Wciągnęłam ze świstem powietrze i znów uskoczyłam w bok, kiedy Aro posłał w moją stronę pięść. Poślizgnęłam się na śliskiej od potu podłodze, ale nie upadłam. No, przynajmniej nie do końca. W ostatniej chwili zrobiłam przewrót, nie pozwalając dłoniom chłopaka mnie pochwycić. Całe moje ciało wołało, abym nie robiła tak gwałtownych ruchów, ale nie miałam wyjścia. Tylko tak mogłam się obronić przed kolejnymi siniakami. Co prawda cierpiałam, ale czułam się dziwnie pobudzona, piekły mnie oczy, a serce waliło jak szalone.

Spojrzałam w bok, szukając wzrokiem Zandera. Chciałam sprawdzić, czy nadal się martwił i oglądał walkę. W sumie, biorąc pod uwagę to, jak się wściekł, trudno było to stwierdzić.

Aro, korzystając z mojej nieuwagi, podciął mnie. Z zaskoczenia nie wydałam z siebie choćby najcichszego pisku. Upadłam z rumorem na ziemię, rozcinając wargę. Od razu z rany trysnęła krew. Strużka rubinowej posoki spłynęła po mojej brodzie, więc szybko otarłam ją wierzchem dłoni i warknęłam. Zagłuszając ból kończyn, oplotłam nogi wokół nóg nastolatka, a następnie z impetem przewróciłam się na brzuch. Aro poleciał w dół, asekurując się dłońmi. Upadł, ale niekoniecznie tak jak się spodziewałam. Przewrócił się do przodu, prosto na mnie. Momentalnie poczułam ciężar jego ciała. Chłopak przygniótł mnie do podłogi, dusząc i zakrywając niemal całą. Gdy to zauważył, na jego ustach pojawił się cyniczny, pewny siebie uśmiech. Znowu wygrywał.

– I co teraz, różowa szmato? – Pochylił się i obleśnie obwąchał moją szyję, jakby sprawdzał, czy warto się w nią wbić kłami. Kosmyki jego włosów wpadały mi do oczy, a nawet ust. – Jak się z tego wywiniesz?

Zacisnęłam zęby i zaczęłam się pod nim wić na wszystkie strony. Nic to nie dało. Aro dobrze wiedział, co robić. Przyszpilił moje dłonie swoimi, dociskając mnie jeszcze bardziej do powierzchni, na której leżałam. Wręcz słyszałam dźwięk łamiących się kości, więc bezgłośnie krzyknęłam. Otworzyłam szerzej oczy, widząc przed sobą ciemne plamy.

W tym samym momencie złote nici tworzące ring rozprysły się, zalewając nasze ciała błyszczącymi drobinkami. Aro nie czekając ani nie racząc na mnie spojrzeć, podniósł się z ziemi. Otrzepał kolana, a następnie przeciągnął głęboko, jakby dopiero co wstał z łóżka po przyjemnej drzemce. Wciąż leżąc i próbując odzyskać świadomość, patrzyłam na jego poczynania, nie ukrywając zaskoczenia.

W końcu z jękiem uniosłam się do pozycji siedzącej. Pierwszą rzeczą, którą wtedy zobaczyłam była para przenikliwych, morderczych oczu. Zander stał centralnie nade mną, a jego surowa twarz nie wyrażała żadnych pozytywnych uczuć. Zaciskał szczękę, a jego pociemniałe tęczówki wyrażały wszystko to, czego, z powodu dużej widowni nie zamierzał na razie pokazywać.

Jednego mogłam być pewna. Szykowała się niemała awantura.

* * *

Obawiając się, że Zander będzie chciał mi dać naganę, nie myliłam się nawet w najmniejszym stopniu. Wymyślanie kary nie zajęło mu przy tym dużo czasu, bo wydarł się na mnie zaraz po zakończeniu lekcji.

– Co ty sobie wyobrażałaś?! – ryknął, kiedy wszyscy opuścili salę ćwiczeń i zostaliśmy sami. Gdy tylko zajęcia dobiegły końca, próbowałam się dyskretnie ulotnić, ale i tak od początku było to zdane na niepowodzenie. Wampir wypatrzył mnie w tłumie, a później złapał, kiedy już prawie udało mi się dostać niepostrzeżenie do drzwi. – Wiesz, jak ta walka mogła się dla ciebie skończyć?!

Przewróciłam oczami, niechętnie wracając na środek pomieszczenia. Zanim nastolatek zdążył jeszcze coś dodać, dopadłam zimnej ściany i z ulgą oparłam się o nią plecami. Wszystko mnie bolało, ale nie planowałam tego pokazywać. Zander znalazłby sobie kolejny pretekst do prawienia mi wyrzutów, a już i tak był nieźle wkurzony. Wręcz kipiał ze złości.

– Aro mógł ci zrobić krzywdę! – warknął podminowany. Przyszło mi na myśl, że nie chciałabym być w skórze kogoś, kto spróbowałby nam w tym momencie przerwać rozmowę. Nocny niechybnie rozerwałby go na strzępy.

– Bez przesady. – Uwolniłam włosy od spinającej je gumki i potrząsnęłam głową, aby ładnie ułożyły się na ramionach. Cieszyłam się, że ręce nawet aż tak bardzo mnie przy tym nie piekły. Przynajmniej istniała spora szansa, że skutki uboczne walki w postaci zakwasów zacznę odczuwać dopiero następnego dnia. – Na sali było mnóstwo osób. Nic by mi nie zrobił.

Zander zacisnął ręce w pięści. Rozejrzał się, jakby szukał czegoś, w co mógłby bez oporów walnąć, ale najwyraźniej nic takiego nie znalazł.

– Nie znasz go tak dobrze jak ja – syknął. – Nie wiesz, do czego jest zdolny.

– Jesteś przewrażliwiony. – Zlekceważyłam jego gniewne spojrzenie. Dla pewności dotknęłam opuszkiem palca opuchniętych ust, aby sprawdzić, w jakim stanie znajdowała się moja rozcięta warga. – Aro może i ma coś z głową, ale raczej nie zabiłby mnie na oczach całej grupy, nauczyciela i opiekuna.

Nastolatek przeklął głośno i gwałtownie zamachnął się ręką. Automatycznie się skuliłam, ale najwidoczniej cios nie był przeznaczony dla mnie. Licavoli uderzył bowiem w ścianę, niespełna kilkadziesiąt centymetrów od mojej twarzy. Ta zadrżała.

Nie powiem, przestraszyłam się. Dziewiętnastolatek jeszcze nigdy nie okazywał tak dużej agresji, a sam fakt, że użył siły, oznaczał, że naprawdę miał już dosyć mojego lekceważącego podejścia.

Zauważył mój strach, więc się opanował. Powoli zabrał dłoń ze ściany. Zaciskając usta w wąską linijkę, pomasował się po skroniach. Przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć.

– Zrozum, to nawet nie chodzi o to, czy zrobiłby ci krzywdę, czy nie – odparł zniecierpliwionym, ale już nie tak ostrym tonem. – Wampiry są niebezpieczne. Dlaczego nie potrafisz tego zrozumieć?

– Może dlatego, że z jednym jestem? – Skrzyżowałam ręce na piersi, żeby przestały się trząść. Odezwały się moje obite żebra. – Zresztą... nie mów, że tego nie rozumiem. Magom od dziecka wpaja się, że mają uważać na wampiry. Nawet nie wiesz, co myślą o was niektórzy czarodzieje. Mówią tak okropne rzeczy, że czasami ciężko jest określić, co jest prawdą, a co wierutnym kłamstwem wymyślonym tylko po to, aby odstraszyć od was dzieci. Zamiast na mnie krzyczeć, powinieneś się cieszyć, że ja już taka nie jestem.

Na czole Zander pojawiła się wyraźna marsa.

– Masz rację – przyznał. – Jesteś inna niż znane mi czarownice i przez to ciągle pakujesz się w kłopoty.

Zmarszczyłam brwi.

– Co masz na myśli?

– Wydaje ci się, że nie wiem o tym, co stało się na zajęciach z czterech żywiołów? – zapytał poirytowanym głosem. – O tym, że wykorzystałaś całą energię i trafiłaś do pielęgniarki z poharatanymi rękami? O tym, że Serina planuje zemstę za to, że ośmieszyłaś ją przed uczniami? Jak mam byś spokojny, kiedy ciągle dowiaduję się o takich rzeczach?!

Otworzyłam usta, trawiona nagłą, odkrywczą myślą. Dotarło do mnie, że nocny wcale nie był zły za to, że odrzuciłam jego pomoc, czy nawet za to, że walczyłam z Aro. On po prostu się o mnie martwił i nie chciał, aby stała mi się krzywda. Zamiast jednak normalnie ze mną o tym porozmawiać, zamieniał obawy w złość, po czym wyładowywał się na mnie pod byle pretekstem.

Czy byłam aż tak beznadziejną dziewczyną, że faktycznie ciągle dawałam mu nowe powody do zmartwień? Nie byłam pewna. Nigdy nie miałam chłopaka, a co za tym idzie, do tej pory nie musiałam się nikim ani niczym przejmować. Jeśli pragnęłam coś powiedzieć, po prostu to mówiłam, nie zastanawiając się nad późniejszymi konsekwencjami. Gdy komuś podpadałam, nie licząc przyjaciół, nie było nikogo, kto dzieliłby ze mną wątpliwości czy obawy.

Zsunęłam się po ścianie i objęłam ramionami kolana.

– Okej. Przepraszam, że się martwiłeś – powiedziałam, bo zrozumiałam, że rozdrażnienie ciemnowłosego było moją winą i po części zasłużyłam sobie na reprymendę. – Nie sądziłam, że to wszystko tak cię zdenerwuje.

Nastolatek odetchnął, nieco zaskoczony, że poniekąd przyznałam mu rację, zgadzając się z jego złością. Zamknął oczy.

– Oczywiście, że mnie zdenerwowało – westchnął, klękając obok mnie. Jego wzrok wyraźnie zelżał. – Może źle to okazuję, ale naprawdę się niepokoję. Kiedy usłyszałem, jak uczniowie z twojej klasy rozmawiali o tym, że na zajęciach o mało się nie wykrwawiłaś, myślałem... myślałem, że zabiję Doriana za to, że pozwolił, aby stała ci się jakakolwiek krzywda.

 

Pochyliłam się i wsunęłam swoją drobną dłoń w jego rękę.

– To nie ja wybrałam Aro jako przeciwnika – przypomniałam, czując, że powinnam jakoś odpowiedzieć na jego wyznanie. – Nie wiedziałam, o co ci chodziło, kiedy mówiłeś, że nie powinnam z nim walczyć, bo zwyczajnie nie skojarzyłam, że już wcześniej go spotkałam. Od incydentu w skrzydle wampirów ani razu go nie widziałam. Mówiłeś zresztą, że nazywa się Aro, a nie Aron.

Zander nie mógł uwierzyć w moje słowa.

– Naprawdę nie skojarzyłaś, że o niego chodzi? – Utkwił we mnie zdziwione spojrzenie. – Ale zaraz. Później, gdy do ciebie podszedł, widziałem po twojej minie, że doskonale go pamiętasz. Dlaczego w takim razie nie poprosiłaś o zmianę przeciwnika?

– Ja… – zawahałam się. – Ja… Chyba chciałam mu coś udowodnić.

– Co udowodnić?

Gwałtownie wzruszyłam ramionami. Chciałam powiedzieć, że sama w gruncie rzeczy nie wiedziałam, jakie były moje intencje, ale poczułam znajomy ból w okolicach barków. Moje skatowane ciało powoli pokrywało się purpurowymi siniakami. Ten błąd sporo mnie kosztował.

Zander nie przegapił grymasu, który na sekundę pojawił się na mojej twarzy.

– Pokaż to. – Przesunął się tak, aby znaleźć się za moimi plecami. Zanim zdążyłam zapytać, co zamierzał, podwinął mi do góry bluzkę.

Momentalnie oprzytomniałam.

– Cz... czekaj. – Obróciłam głowę. Moje oczy musiały mieć rozmiar spodków. – Zaraz! Co ty...?

– Tak jak podejrzewałem. – Zander z zaciętą miną przyglądał się moim plecom. – Ten drań, Aro, nieźle cię urządził. Wyglądasz, jakby co najmniej potrącił cię samochód.

Mimowolnie syknęłam, kiedy położył zimną dłoń na mojej nagiej skórze. Nie mogłam zobaczyć, jak duże były obrażenia, ale po jego ściągniętych brwiach i słowach, wywnioskowałam, że musiało być dosyć kiepsko.

– Mogłabyś się nie ruszać? – poprosił chłopak, zbierając moje włosy na prawą stronę. Ciągle wodził przy tym wzrokiem po linii mojego kręgosłupa. – Próbuję ocenić twoje obrażenia.

– Łatwo powiedzieć. – Wzdrygnęłam się. Z moich ust wydobył się syk, kiedy jego palce zahaczyły przypadkowo o tasiemkę sportowego stanika. – Może sam spróbujesz usiąść, a ja pooglądam sobie twoje gołe plecy. Zobaczymy, czy uda ci się pozostać w bezruchu.

Na twarzy Zandera zagościło zdziwienie. Kiedy nareszcie dotarło do niego, z jakiego powodu wiłam się pod jego dotykiem na wszystkie strony jak piskorz, kąciki jego ust nieznacznie się uniosły.

– Wolałbym tego nie robić. – Nachylił się i znacząco przysunął do mojej szyi. Jego włosy opadły na mój kark, na mojej skórze pojawiło się coś, co prawie na pewno było jego wargami. Ciepło rozlało się po moich kościach, poczułam się tak, jakby nocny wniknął pod moją skórę i to na nich zaczął składać niewidzialne, palące pocałunki. – Wtedy raczej nie skończyłoby się tylko na oglądaniu pleców.

Z nadzieją odchyliłam głowę, ale nastolatek zdążył się już wycofać.

– Powinnaś iść do pielęgniarki – powiedział dosadnie, opuszczając moją koszulkę. Wydawało mi się, że wydał z siebie przy tym prawie niedosłyszalne sapnięcie. – Da ci coś na szybkie gojenie się ran.

– To przecież może poczekać parę minut. – Odwróciłam się i obdarzyłam chłopaka jednym ze swoich bardziej czarujących uśmiechów. Teraz, kiedy przestał się gniewać i był tak blisko, wcale nie śpieszyło mi się do wychodzenia z sali.

– Przestań, Ami. – Zander pokręcił stanowczo głową. Zanim zdążyłam zaprotestować, wstał. – Widząc cię w takim stanie, nie mam nastroju do żartów. Poza tym nie chciałbym zrobić niczego, czego moglibyśmy później żałować. A uwierz, zrobię, jeśli nadal będziesz tak na mnie patrzeć.

Wydęłam usta.

– Nawet nie wiesz, o co mi chodziło.

– Nietrudno się domyślić. – Dziewiętnastolatek wyciągnął ręce, więc chwyciłam je i się podniosłam.

– Nie mam pojęcia, co sobie wyobrażałeś, ale na pewno nie miałam tego na myśli – oznajmiłam tonem, który ewidentnie świadczył, że właśnie o to chodziło. – Może chciałam tylko, żebyś mnie pocałował. Ot, niewinny całus. Albo... no nie wiem... żebyś pokazał mi swój tatuaż. O właśnie! – Ożywiłam się. – Nigdy go przecież nie widziałam.

Zander zmarszczył brwi.

– Jaki tatuaż?

– No ten, co go masz na obojczyku. – Nakreśliłam na swoim ciele miejsce, w którym pierwszego dnia, widziałam pod koszulą chłopaka fragment tajemniczego symbolu. – Dostrzegłam go, gdy się poznaliśmy. Od tamtego momentu zastanawiałam się, co przedstawia.

Chłopak przez chwilę milczał.

– Nie mam żadnych tatuaży – zaprzeczył w końcu. – W miejscu, o którym mówisz, mam tylko stare znamię.

– Jak to? Przecież widziałam...

Pojmując, że tak szybko nie skończę tematu domniemanego tatuażu, nastolatek odchylił głowę i odsunął na bok kołnierz bluzki. Moim oczom ukazała się ciemna, podłużna linia biegnąca od obojczyka do ramienia. Faktycznie, nijak nie przypominała ona tatuażu.

– Musiało ci się przewidzieć – powiedział.

– Ale... – Podeszłam, aby przyjrzeć się śladowi na jego skórze. – Nie, chwila. Wampiry w ogóle mogą mieć znamiona? Przecież wasze ciała leczą wszystkie nieprawidłowości. Nie macie nawet pieprzyków!

– Najwyraźniej jestem wyjątkowy. – Dziewiętnastolatek zasłonił znamię. – Mam ten ślad od urodzenia, więc podejrzewam, że to albo rzadka wada genetyczna, albo któryś z moich przodków mógł posiadać coś podobnego.

Zmarszczyłam brwi. Nigdy nie słyszałam, żeby którykolwiek wampir miał jakieś defekty skórne. Ich ciała były idealnie, wręcz niewyobrażalnie czyste, wolne od jakichkolwiek skaz. Było to związane z piciem krwi i szybką regeneracją. Rany wampirów goiły się w niewyobrażalnym tempie i znikały, nie pozostawiając nawet śladu po kontuzjach czy wypadkach. W przeciwieństwie do magów, praktycznie nigdy nie rodzili się także niepełnosprawni.

– Nie martw się. – Zander objął mnie ramieniem. – Żyję z tym znamieniem od dziewiętnastu lat. Raczej od niego teraz nagle nie umrę.

Pokiwałam głową. Nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że ślad na ramieniu nastolatka, nie był tylko niegroźną, ciemną plamą.

* * *

Tego samego wieczora, o umówionej godzinie, pod moim pokojem pojawił się Dorian. Zajęta głowieniem się nad tym, jak wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji o apelu, omal nie przegapiłam momentu, kiedy zapukał do drzwi. W porządku, przegapiłam. Zareagowałam dopiero za trzecim razem, a i wtedy chłopak musiał głośno się dobijać, abym w ogóle wstała od biurka i mu otworzyła. Zanim jednak to zrobiłam, zahaczyłam o szafę, z której wyciągnęłam koszulkę z długim rękawem. Co prawda, za radą Zandera zaraz po zajęciach z samoobrony wybrałam się do pielęgniarki, która podała mi eliksiry lecznicze, ale i tak moje ramiona wciąż zdobiło kilka przygaszonych siniaków. Przynajmniej rozcięcie na wardze zniknęło całkowicie.

Dorian był w wyjątkowo dobrym humorze, więc nawet nie pytał, dlaczego tak długo ociągałam się przed wpuszczeniem go do środka. Wszedł do pokoju i od razu usiadł na brzegu łóżka. Spojrzał na mnie błyszczącymi oczami, zachęcająco wskazując miejsce obok siebie.

– No to słucham. – Uśmiechnął się. – Co było tak ważne, że wolałaś się spotkać tutaj niż w bibliotece?

Nabrałam powietrza do płuc i usiadłam. Korzystając z dobrego nastroju chłopaka, pokrótce wyjaśniłam, że wszyscy byli zaciekawieni zbliżającym się apelem i że zostałam wyznaczona, aby dowiedzieć się, co panna Magelli planowała na nim ogłosić.

– Więc – niewinnie wydęłam usta – uznałam, że ty możesz coś wiedzieć. W końcu to twoja mama.

Dorian podrapał się po brodzie. Jeszcze zanim zaczęłam mówić, założył nogę na nogę. Teraz obie rozprostował, jakby niekoniecznie tego spodziewał się usłyszeć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?