Jak dobrze być trzeźwymTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jak dobrze być trzeźwym
Jak dobrze być trzeźwym
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Jak dobrze być trzeźwym
Audio
Jak dobrze być trzeźwym
Audiobook
Czyta Agnieszka Baranowska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE UNEXPECTED JOY OF BEING SOBER

Text copyright © Catherine Gray 2017

All rights reserved

Design and layout copyright

© Octopus Publishing Group 2017

Projekt okładki

Ula Pągowska

Ilustracja na okładce

© Oksana Latysheva/iStockphoto.com

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-670-1

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Dedykuję moim bratnim duszom, które zawsze

chcą zajrzeć do tego jeszcze jednego baru.

Ta książka jest dla was.

PRZEDMOWA

Joan Didion, arcyluzacka amerykańska eseistka, stwierdziła kiedyś, że nie potrafi zebrać myśli, dopóki nie przeleje ich na papier. Miałam tak samo. Nie wiedziałam, co sądzić o piciu i trzeźwości, dopóki nie zaczęłam o tym pisać.

Nie planowałam popełnić książki. Ani trochę. Gdybym teraz cofnęła się w czasie do 2013 i powiedziała: „Jeszcze to opiszesz”, pijąca ja, która rozpaczliwie starała się ukrywać puste butelki, dygot rąk i strzaskaną duszę, wpadłaby w stupor z przerażenia. Skowyczałaby ze wstydu.

Ja z owego roku pragnęłam wzorem zmyślnych kameleonów wtopić się w tapetę, a nie pokazywać światu z wywieszką na szyi głoszącą: „Trzeźwa!”. To szczyt ironii, że spełniłam marzenie życia i wydałam książkę dzięki ujawnieniu tajemnicy, którą przez lata starałam się taić. Na szczęście lubię ironię.

Zaczęłam od zamieszczania długich postów i komentarzy na zamkniętych grupach trzeźwości na Facebooku. Zwróciłam uwagę, jak bardzo łagodzi to moje skonfliktowane pragnienia (Napij się! Lepiej nie. Napij się! Lepiej nie). O wiele mniej ciągnęło mnie do alkoholu. Miałam wrażenie, że wysypuję wypełniający mi głowę galimatias na stół i zgrabnie łączę poszczególne kawałki, jakbym układała puzzle, a na blacie tworzyły się obrazki. Zaczęłam więc pisać także dla siebie. Pamiętam, jak po dwóch tygodniach trzeźwości odkryłam, że na podobieństwo wody z nareszcie odkręconego węża ogrodowego trysnęło ze mnie trzy tysiące słów. Uff! Jakby ktoś zdjął mi ogromny ciężar z barków. Zrobiłam to zatem ponownie i jeszcze raz, i znowu, aż nazbierało mi się dwieście tysięcy słów, składających się na… kompletną bzdurę. Pomalutku zaczęłam formować je w książkę.

Napisanie jej zajęło mi trzy lata – trzy lata dłubania w tekście. Przez pierwsze dwa miałam stanowczy zamiar ukrycia się pod peleryną pseudonimu. „Nie mogę pisać pod własnym nazwiskiem o dreszczach, chlaniu od samego rana, rozwiązłości, o pobrzękujących jak dzwoneczki wietrzne małpkach w torebce. NIE MA MOWY!”.

Ale stopniowo zdałam sobie sprawę, że ci, których w kontekście trzeźwości podziwiałam najbardziej, zdecydowali się na wyjście z cienia. W pełni się ujawnili. Zainspirował mnie ruch „Nie jestem anonimowy”1 – cykl pięknych fotografii portretowych przedstawiających trzeźwych ludzi. Pojęłam, że jeśli zasłonię się fałszywym nazwiskiem, zasugeruję, że rosnące uzależnienie od alkoholu lub uwalnianie się od niego jest czymś, czego należy się wstydzić. A to nieprawda. Ja nie odczuwam już nawet cienia wstydu. Owszem, ujawniając pewne osobiste szczegóły, zburzyłam swoją strefę komfortu. Ale – jak się zastanowić – to nigdy nie przydarza się w niej nic wspaniałego.

W krainach cieni krzewią się stygmaty. Rzućmy więc trochę światła na ruch trzeźwości. Alkohol jest uzależniającym narkotykiem. Żaden wstyd, jeśli nie potrafimy się nim raczyć z umiarkowaniem. Nie wykraczamy poza normę tylko dlatego, że trudno nam poprzestać na drinku czy dwóch. Nie świadczy to o spaczeniu ani słabości. Jest w gruncie rzeczy standardem. Dwie trzecie Brytyjczyków pije więcej, niżby chciało.

Powinniśmy móc wtrącić do rozmowy „nie piję”, „jestem abstynentem” czy „zrobiłem sobie przerwę od alkoholu” równie gładko, jak mówimy „nie palę”, „jestem wegetarianinem” lub „zrobiłem sobie przerwę od nabiału”. Dobry uczynek dla ciała i duszy nie powinien się wiązać z zażenowaniem.

Jako społeczeństwo mamy zwichrowane poglądy na alkohol. Picie nie jest koniecznością. Nie jest też obowiązkiem. Nie potrzebujemy zwolnienia lekarskiego, by wymówić się od wydojenia butelki wina. Możemy rzucić „dzięks, ale nie”, nawet jeśli nie czeka nas dziś prowadzenie auta. Z napicia się mogą zrezygnować nie tylko wychodzący z nałogu alkoholicy tacy jak ja.

Cechuje nas zbiorowy wstyd związany z wywoływaniem wrażenia, że tracimy kontrolę nad piciem. Zostaliśmy uwarunkowani przez ten wstyd. Nauczono nas ukrywać walkę z alkoholem. Najwyższy czas na zmiany. Cel jest, owszem, dalekosiężny, ale mam nadzieję, że niniejsza książka pomoże przekształcić i przewartościować postrzeganie alkoholizmu. Że zainicjuje rozmowy pod tytułem: „Za dużo piję i nie umiem z tym skończyć”. Zamiast traktować trzeźwość jako stan, w którym banda pijaków o słabych głowach tkwi z musu, wszyscy powinniśmy się w niego wpasować. Jeśli dokonamy takiego wyboru.

Mogłabym dodać, że napisałam tę książkę bezinteresownie, żeby trunkowi Anglicy mogli z niej korzystać w praktyce. Mogłabym powiedzieć, że katowałam się i obnażyłam swoją wątpliwą przeszłość, by pokazać innym, ile szczęścia niesie życie bez procentów. Ale zrobiłam to w tym samym stopniu dla siebie, co dla was. Praca nad tym tekstem niezmiernie mi pomogła. Dziękuję zatem, że zaprosiliście mnie pod swój dach. Dziękuję za zakupienie tych stronic, dzięki którym stałam się – i trwam – radosna w trzeźwości.

Catherine

1 Zajrzyjcie na www.iamnotanonymous.org. Mistrzostwo świata.

WPROWADZENIE

TRZEŹWY (przymiotnik) 1. Niezamroczony alkoholem. 2. Rzeczowy, rozsądny; też: świadczący o czyimś rozsądku. 3. Taki, który nie jest senny lub zaspany2. SYNONIMY: niepijący, abstynent, stateczny, racjonalny, precyzyjny, purytański, rzeczowy, prostolinijny, zasadniczy, surowy, konserwatywny, spokojny, przezorny, naturalny, świadomy. ANTONIMY: pijany, niefrasobliwy, niepoważny, podochocony, pod wpływem emocji, absorbujący.

Przez dwadzieścia lat myślałam w następujący sposób: „Pieprzyć to. Trzeźwość brzmi nudno. Nie chcę żyć w szarości, chłodzie, pośród konkretów, nie zaznając przygód. Chcę technikoloru, rzeczy niezwykłych, drugiego bieguna trzeźwości. Gdzie jest kolejna butelka?”.

Jako małolata miałam nad łóżkiem zdjęcie oprawione w ręcznie wykonaną ramkę. Przedstawiało moich kumpli i mnie skulonych razem niczym skośnookie kocięta i strojących miny, bo po występie Elastiki udało się nam, trzynastolatkom, wkręcić do klubu. Otoczyłam fotografię samoprzylepnymi neonowymi gwiazdkami i zamaszystymi, pełnymi dramatyzmu pociągnięciami pióra do kaligrafii napisałam: „Rzeczywistość jest halucynacją wywołaną brakiem alkoholu”. Po co być trzeźwym, skoro można się upić?

Alkohol intronizowałam już dawno temu. Namaściłam go na króla ubawu, siewcę radości, pana złotych wrót, wiodących do kontaktów towarzyskich. Kiedy tylko coś się komuś udało, świętowaniu nieodzownie towarzyszyły strzelanie, pienienie się i bulgot szampana. Trzeźwość była wówczas synonimem nudy, przeganianym i opatrzonym plakietką „wynaturzenie”. Memy się wyzłośliwiają, że nie bez powodu „na bani” rymuje się z „rozradowani”. Kartki okolicznościowe głoszą, że pijąc wino, masz wrażenie, jakby ktoś cię przytulał od środka. Potykacze przed pubami robią za pożywkę dla wirali dzięki żartom typu: „Alkohol. Bo żadna love story nie zaczęła się od wtrząchnięcia sałatki”.

Super! Czyli ochlaj wymiata, a trzeźwość można sobie wsadzić. Załapane, przyswojone.

Ale, ale… Skoro picie to aż takie bóg wie co, skoro tak bardzo sprzyja utrwalaniu relacji towarzyskich i inicjuje niezliczone love story, dlaczego aż tylu z nas pragnie je ograniczyć?

Statystyki nie odzwierciedlają narracji „dawanie w palnik jest zajefajne, więc huzia w cug”, ponieważ dawanie w palnik nie jest zajefajne. W kwestii alkoholu jako społeczeństwo mamy klapki na oczach. Zostaliśmy poddani praniu mózgu: wierzymy, że jeden głębszy jest super, jak stado baranów podążamy gęsiego do pubu, choć w duszy czujemy, że prawda przedstawia się inaczej. Że wóda nam szkodzi. Mamy po niej przytłaczającego kaca i doświadczamy pełzających po skórze lęków. Z jej powodu rozstaje się z życiem pięć razy więcej Anglików niż na skutek wypadków samochodowych. Mimo to stosujemy taktykę „ze mną się nie napijesz?”, chlejemy na siłę, nawet ciężarne namawiamy na kieliszek, aczkolwiek nowe zalecenia brzmią, że nie wolno.

Dlaczego czterdzieści trzy procent kobiet narodowości angielskiej i osiemdziesiąt cztery procent mężczyzn chciałoby pić mniej, skoro to takie cudowne doznanie? Jeśli alkohol jest aż tak boski, z jakiej przyczyny pięciomilionowa rzesza w ramach akcji „dry january” zadeklarowała styczeń 2017 roku miesiącem bez picia? Zaskakująca sprzeczność, nieprawdaż?

Dlaczego to robimy? Bo trzeźwość jest obciachowa. „Nie pijesz? Weź nie przynudzaj!”. Zamówienie bezalkoholowego napoju w pubie traktowane jest jak obelga. Sformułowania typu „trzeźwy jak świnia”, „trzeźwy jak niemowlę” tylko to podejście utrwalają. Nikt nie chce być uważany za świnię ani kojarzyć się z małym srajdkiem, nie chce być traktowany jak człowiek z wybitnie mało pochlebną plakietką werblisty wykrzykującego: „Opamiętajcie się!”.

 

TRZEŹWOŚĆ JEST DO BANI. TAK CZY NIE?

Z tego, że jestem beznadziejnie uzależniona od alkoholu, zdałam sobie sprawę w roku 2013. Zrozumiałam, że jeśli nie przestanę pić, skończę w kawalerce, zachlewając się kupionym w promocji winem, że odsuną się ode mnie ubóstwiani przyjaciele – rodzina też – i legnie w gruzach jakakolwiek ewentualna kariera. Innymi słowy: rozpocznę powolne samobójstwo, racząc się alkoholem nie lepszym od denaturatu. Olśniło mnie, że jeśli z tym nie skończę, nie będę miała mojego upragnionego życia.

Problem polegał na tym, że rezygnacja z procentów wydawała się niepowetowaną stratą. Czułam się osierocona. Żyłam w przekonaniu, że tylko dzięki piciu mogę się w tym życiu śmiać w głos i z czegoś cieszyć. Myślałam, że już nigdy nie umówię się na randkę, nie potańczę i w pełni się nie wyluzuję.

Ku mojemu bezmiernemu zdumieniu odkryłam, że prawdziwa definicja trzeźwości powinna brzmieć mniej więcej tak:

TRZEŹWY (przymiotnik) 1. Niebędący pod wpływem alkoholu. 2. Radosny, pogodny, przytomny. 3. Czający, o co biega. SYNONIMY: nienachlany, niezakłamany, empatyczny, uprzejmy, bystry, na luzie, pomysłowy, szukający wrażeń, raźny, ogarnięty, spolegliwy, zabawny.

Spostrzegłam, że w trzeźwości jestem nieporównanie szczęśliwsza niż pod wpływem. Tak jak dziesiątki niepijących, których przy okazji poznałam. Mój tydzień nagle wydłużył się o kilkadziesiąt godzin, miałam o wiele więcej energii, w ciągu czterech lat uzbierałam dwadzieścia trzy tysiące niewydanych na alkohol funtów, pogłębiłam przyjaźnie, odnowiłam relacje rodzinne, poprawiła mi się cera, ciało stało się bardziej zwarte, po raz pierwszy w życiu opaliłam nogi (patrz strona 292), na osiem godzin zapadałam w nieprzerwany sen, głęboko zakorzeniło się we mnie dobre samopoczucie, totalnie na odwrót – czyli pozytywnie – spoglądałam w przyszłość i miałam wrażenie, że moje działania zawodowe są nieskończenie bardziej owocne. Co może się w tym nie podobać?

Wydostałam się ze spirali zapijania rzeczywistości, łapczywego wciągania smażonego kurczaka, opornego zmagania się z pracą i tak w kółko, i tak od nowa. Owszem, do tego stopnia skurczyło się moje życie. Na trzeźwo stałam się wolna! Mój świat niepomiernie się powiększył. Wszystkie zaoszczędzone pieniądze wydawałam na podróże. Nawiązałam mnóstwo nowych znajomości. Przestałam (wreszcie) umawiać się z niezrównoważonymi emocjonalnie palantami. Nauczyłam się nawet publicznie tańczyć bez alkoholu.

Bo, widzicie, określenie „życie w trzeźwości” wymaga przemianowania. Powinno brzmieć: „radość w słonecznym cieple trzeźwości”. Gdyż właśnie takie jest to doznanie. Cudowność poranka, jasność spojrzenia i autentyczność relacji towarzyskich. Owszem, nie można już raczyć się czarodziejskim eliksirem umożliwiającym przejście w towarzystwie z poziomu drugiego – brak poczucia bezpieczeństwa – na ósmy, czyli odstawianie pogo na parkiecie. Trzeba się nauczyć, jak mozolnie przebrnąć przez poziomy od trzeciego do siódmego bez magii uzależniającego specyfiku. Ale gdy już zyskacie supermoc prowadzenia trzeźwego życia towarzyskiego, nigdy jej nie utracicie. I nie będziecie chcieli zawrócić.

Są oczywiście rzeczy, których teraz, gdy jestem niepijącą nudziarą, robić nie mogę. Należą do nich: obcałowywanie się z facetami, za którymi nie przepadam, odtańczenie makareny przed dziewięćdziesięcioma osobami (patrz strona 258), pląsanie przy muzyce, której nie cierpię, i śmianie się z dowcipów, które mnie nie bawią. Hmmm… To chyba nie taka wielka strata?

ANGLIA TRZEŹWIEJE

Właśnie. Nie tylko ja dostrzegłam zaskakujące uroki życia w trzeźwości. Nie tylko ja doszłam do wniosku, że o wiele łatwiej zupełnie zrezygnować, niż starać się o zachowanie jakże złudnego umiarkowania.

Alkohol to silnie uzależniająca używka, której – jak wszystkich uzależniających używek – wciąż pragnie się więcej. Wmawiano nam, że musimy się z tym pogodzić. Zatem jeśli nie udaje nam się ograniczać do zalecanej tygodniowej dawki (ja akurat, przyznaję, potrafiłam jednej nocy wlać w siebie półtorej butelki wina), czujemy się ułomni, nieszczęśliwi. I głęboko ten niepokój chowamy.

Trzecia część osób regularnie sięgających po alkohol podejrzewa, że za dużo pije, ale pięćdziesiąt jeden procent z nich niczego z tym nie robi. Najprawdopodobniej zdejmuje ich paraliż. Brzmi znajomo? Cóż, wasza niemożność zadowolenia się opróżnieniem półtorej butelki tygodniowo nie jest niczym niezwykłym, jest w gruncie rzeczy normą. Bo alkohol uzależnia. Proste jak drut.

Z NAJNOWSZYCH SONDAŻY WYNIKA, ŻE W OSTATNIM TYGODNIU CZTERDZIEŚCI TRZY PROCENT BRYTYJCZYKÓW NIE WZIĘŁO ALKOHOLU DO UST. JEST TO NAJWYŻSZY ZAREJESTROWANY ODSETEK OD ROKU 2005.

W sumie jedna czwarta Angielek i jedna piąta Anglików to obecnie abstynenci. W całym kraju jak grzyby po deszczu wyrastają bary serwujące bezalkoholowe odpowiedniki alkoholowych drinków, podczas gdy nocne kluby zamykają podwoje. Ostatnim krzykiem mody są rave’y bez napojów wyskokowych, jak te organizowane przez Morning Gloryville. Wydatki na trunki, fajki i dragi po raz pierwszy w historii spadły do poniżej dwunastu funtów tygodniowo.

Mamucie koncerny takie jak Diageo, właściciel Guinnessa, zareagowały na to inwestycjami w zeroprocentowe alkoholopodobne napoje w rodzaju seedlipa. Magazyny typu „Stylist” twierdzą, że „niepicie i niećpanie jest symbolem statusu społecznego”, więc „możemy bezpiecznie założyć, że alkohol stacza się po równi pochyłej”. Jednocześnie „Grazia” drukuje artykuły o ruchu sober-curious – ciekawych trzeźwości. „Elle” cytuje opinie lekarzy o tym, jak zabójczo i podstępnie alkohol działa na skórę, nagłówki w „Guardianie” głoszą między innymi, że trzeźwość stała się współczesnym pijaństwem, „Huffington Post” pyta: „Dlaczego wbrew pozorom seks na trzeźwo jest lepszy”, a „Men’s Health” informuje, że mężczyźni pod wpływem są „bardziej podatni na utratę kluczyków, aut i godności”.

Awangardę owego ruchu ciekawych trzeźwości stanowią milenialsi, z których tylko trzy procent uważa, że alkohol jest niezbędnym elementem udzielania się w towarzystwie, co w porównaniu z poprzednią generacją jest diametralną zmianą – w pokoleniu Y nastąpił czterdziestoprocentowy wzrost tych, którzy wybrali abstynencję. Tak samo jak czymś najzwyczajniejszym w świecie staje się skręcenie w stronę nabiału, częś­ciowe przejście na weganizm albo zdecydowanie się na spinning i brunch zamiast na pub i klub, równie naturalna, cool – ba, nawet pożądana! – zaczyna być trzeźwość.

Kiedy wreszcie spojrzycie na świat niezamroczonym procentami wzrokiem, wyraźnie zobaczycie, że po jednym drinku większość ludzi rzeczywiście się rozluźnia, jest bardziej skora do śmiechu, bardziej otwarta. Ale już przy trzecim ta towarzyska alchemia zaczyna mętnieć. Rozluźnienie przeradza się w rzewność, śmiech staje się za głośny, dowcipy – zagmatwane, przytulanki – niestosowne, spokojną pewność siebie zastępuje arogancja, rozmazuje się makijaż. Aż chciałoby się jakimś ustrojstwem wyssać z człowieka to wino i przywrócić go do stanu trzeźwości. Po kilku drinkach ludzie czują się bardziej powabni, bardziej sexy, bystrzejsi i rozrywkowo niezwyciężeni. Ja na pewno tak miałam. Ale to tylko wywołana używką iluzja. To, że jacyś się czujemy, nie znaczy, że tacy jesteśmy.

PRZEJAŻDŻKA OD OPILSTWA DO TRZEŹWOŚCI

Zatem po co w ogóle ta książka? Zamierzam zabrać was w podróż wiodącą od zalewania się w trupa do niepicia. Tę, którą sama odbyłam. Na początku będzie zdrowo wyboista, przypnijcie się więc i trzymajcie mocno, gdy będziemy opadać spienionymi kataraktami do cel więziennych i chlania od samego rana. Z prędkością superszybkiego pociągu runiemy w dół długiej zjeżdżalni wodnej, by wylądować w basenie samobójczych myśli.

Ale potem osiągniemy coś, w czym wionące alkoholem wspomnienia z reguły ponoszą spektakularną porażkę. Opuścimy groźne wody zwane „jakie to picie straszne” i wypłyniemy na leniwą rzeczkę rodem z Disneylandu, by rozejrzeć się po „dlaczego trzeźwość jest lepsza”. Lwia część tej książki będzie o tym, że zdarzają się szczęśliwe zakończenia.

Wnikniemy w powody, dla których tak cholernie trudno osiągnąć umiarkowanie i dla których większość z nas po prostu nie potrafi poprzestać na jednym czy dwóch. Eksperci nam wyjaśnią, dlaczego nasączanie mózgu i ciała alkoholem jest niczym napełnianie silnika benzynowego olejem napędowym. Zadumamy się nad tym, jak powszechnie introwertycy sięgają po kieliszek, by śmiałością dorównać ekstrawertykom, zamiast zaakceptować swe cichsze, skłonniejsze do refleksji ja.

Zdziwimy się, z jaką nachalnością społeczeństwo nakłania nas do picia, wydobędziemy na światło dzienne przesłania skrywane przez reklamy alkoholu i ostro pociągające z butelki telewizyjne wzory do naśladowania. Przemyślimy, dlaczego o wiele trudniej powiedzieć „nie piję” niż „nie palę” czy „nie wciągam koki”. Porozmawiamy o tym, czemu przy podjęciu decyzji o odstawieniu powinniście być nieugięci, zamiast czuć się jak ostatnie sztywniaki. Upoi nas cud życia całkowicie wolnego od kaca. Dowiecie się ode mnie ze szczegółami, jak to jest po raz pierwszy na trzeźwo pójść na wesele, radzić sobie z utratą pracy czy się z kimś pocałować.

Jednak tylko i wyłącznie od was zależy, jak podejdziecie do alternatywnej rzeczywistości, którą zamierzam rozpostrzeć u waszych stóp. Doskonale zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników tej książki nie zamierza aspirować do stuprocentowej trzeźwości. Rozumiem to. Przez pięć lat po tym, jak powinnam wykopać alkohol ze swojego życia, starałam się zatrzymać go przy sobie. Jakbym była w związku, z którego nie potrafiłam się wyplątać.

Wzorem tych, którzy po przeczytaniu książki o weganizmie postanawiają zostać weganami, ale tylko w osiemdziesięciu procentach, możecie postawić sobie za cel niepicie przez osiem dni z dziesięciu. Możecie też podjąć decyzję, że zrobicie sobie tylko trzymiesięczną przerwę. Może też być tak, że wasze kontakty z alkoholem skutkują jedynie monstrualnym kacem. Na skali uzależnienia jesteście czwórkami, podczas gdy ja byłam dziewiątką.

Nakłanianie was do rzucenia nie jest moim zadaniem. Jest nim natomiast uświadomienie wam, jak wyglądałoby wasze życie, gdybyście jednak rzucili. Gdybyście powiedzieli: „A może by tak…?”. Spróbujcie przez jakiś czas nie brać nic mocniejszego do ust (polecam minimum dziewięćdziesiąt dni). Potem sami postanowicie. Osobiście uważam, że właściwym wyborem jest trzeźwość całkowita. Bo po co sięgać po używkę, skoro bez niej człowiek lepiej wygląda, lepiej się czuje i jest o wiele lepszy?

Tak wiele mam wam do opowiedzenia! Zaczynajmy.

2 Definicja słowa „trzeźwy” za internetowym Słownikiem języka polskiego PWN (https://sjp.pwn.pl/sjp/trzezwy-I;2531105.html [dostęp: 2 czerwca 2019]).

Inne książki tego autora