Jak dobrze być singlemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jak dobrze być singlem
Jak dobrze być singlem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,30  59,44 
Jak dobrze być singlem
Jak dobrze być singlem
Audiobook
Czyta Agnieszka Baranowska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE UNEXPECTED JOY OF BEING SINGLE

Text copyright © Catherine Gray 2018

All rights reserved

Design and layout copyright

© Octopus Publishing Group 2018

Projekt okładki

Ula Pągowska

Źródło ilustracji na okładce

© Oksana Latysheva/iStockphoto.com

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-669-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Dla moich znajomych singli i singielek.

Nie jesteście wybrakowani –

wręcz przeciwnie,

niczego wam nie brakuje.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRZEDMOWA

Społeczeństwo zwykło reagować na singli zmarszczeniem brwi i litością wyrażaną słowami: „No już, no już, na pewno wkrótce kogoś poznasz” [poklepywanie po głowie]. Artykuły poświęcone singlom często ilustrowane są zdjęciami kobiet o skwaszonych minach lub samotnych mężczyzn siedzących nad urodzinowym tortem w imprezowej czapeczce (uzupełnijcie sobie ten obraz żałobnym piskiem imprezowego gwizdka).

Nasza kultura opiewa i wynosi pod niebiosa pary, szufladkując zarazem singli jako odszczepieńców, ludzi niedostosowanych społecznie, dziwolągi, których nikt nie potrafi pokochać. Biedne małe singlątka.

Ale skoro samotność jest taka okropna, dlaczego ponad połowa z nas woli ją od związku? To proste. W samotności nie ma nic okropnego. Wybór stanu kawalerskiego lub panieńskiego na dłuższy czas – a nawet na całe życie – może okazać się niesamowitą inspiracją, frajdą i wyzwoleniem. A już bez wątpienia bije na głowę małżeństwo ze strachu.

Dopiero po dwudziestce zdałam sobie sprawę, że single nie są nieudacznikami, że nie jestem w żaden sposób felerna tylko dlatego, że nie mam chłopaka. Haczyk z koncepcją drugiej połowy połknęłam wraz z żyłką i spławikiem w kształcie serca, czułam się więc przerażająco niepełna, gdy byłam solo. Miotałam się rozpaczliwie w poszukiwaniu owej brakującej połówki, jakbym zgubiła część przełamanych na dwoje okularów.

Odbiło mi do tego stopnia, że popadłam w beznadziejne uzależnienie od miłości (i do dziś miewam nawroty). Nie rozkwitałam dzięki niej jak glicynia – oplatała mnie raczej dławiącym uściskiem trującego bluszczu, wystawiając na szwank moją pomyślność. Manifestowało się to doprawdy rozkosznie: stalkingiem internetowym, fantazjowaniem o prawie nieznanych mi małżeństwach, czepianiem się jak rzep psiego ogona, wywoływaniem zażartych awantur, skokami w bok czy szpiclowaniem.

Dlaczego wam to wszystko mówię? Nauczyłam się już, że gdy zwierzamy się z najmroczniejszych aspektów życia, a setki ludzi wykrzykują, że mają tak samo, owe czarne wspomnienia przemieniają się w żywe złoto. Wyznania są jak alchemia.

Książka ta nie ma na celu rozdzielenia szczęśliwych związków (uwielbiam szczęśliwe pary), dowiedzenia, że małżeństwo to stek bzdur. Nie propaguje również stanowiska, że bycie singlem jest lepsze. Bo nie jest. Ale z całą pewnością nie jest też czymś gorszym. To dający nie mniej satysfakcji i radości sposób na życie.

Większość książek ze słowem „singiel” lub „singielka” w tytule kładzie nacisk na to, jak wyleczyć się z singlozy, znajdując partnera. Ta do nich nie należy. Opowiada o tym, jak zaakceptować samotność, odnaleźć w niej radość i uwolnić się od społecznej presji, nakazującej dobieranie się w pary.

Singli często postrzega się jako Piotrusiów Panów, wyrośniętych nastolatków, wiecznie niedorosłych dorosłych, ale tak naprawdę to właśnie oni powinni mieć zapewnione miejsce na podium zaawansowanej dojrzałości, bo życie w pojedynkę rzadko usłane jest różami.

Postawienie znaku równości między życiem z kimś a życiem na własną rękę przysłużyłoby się nam wszystkim. Ale na skutek powszechnego oporu przed samotnością i powiązanego z nią piętna ofiary losu wiele osób wchodzi w związki, których w głębi duszy nie pragnie, i koniec końców w nich pozostaje. Jak powiedział ceniony filozof Alain de Botton: Będziemy mieli wolny wybór dopiero wtedy, kiedy życie w związku lub poza nim zacznie się cieszyć takim samym prestiżem.

Innymi słowy, lobbowanie za tą równością jest istotne dla każdego, skoro sparowani będą mogli się przesiąść do nowo podstawionego pociągu ku wolności. Bez zbędnych trosk zdecydować, że jednak wolą być singlami.

Może to właśnie wy. Może akurat szukacie sposobu na wydostanie się ze społecznie aprobowanego kokonu dla dwojga, który coraz bardziej przypomina klatkę, i może właśnie dlatego sięgnęliście po tę książkę. Może wgłębiacie się w temat, chcąc sprawdzić, czy starczy wam odwagi na ten krok.

W miarę lektury przekonacie się, że nie ma powodu do obaw. W dalszych partiach omówimy, dlaczego „żyli długo i szczęśliwie” powinniśmy czytać jako „troszeczkę pożyli w szczęściu”, bo badania wykazują, że małżeństwo podnosi poziom zadowolenia na krótko. Wyjaśnimy też sobie, jak to jest, że w związku jesteśmy tylko o jeden procent szczęśliwsi. Niby powinniśmy odczuwać nieustającą euforię, ale – na co mamy niezbite dowody – rzeczywistość nie spełnia tych jakże wyidealizowanych oczekiwań.

Brak pary to wybór. Ludzie nie zostają singlami dlatego, że są niechciani, ale dlatego, że nie pragną akurat tych, którzy ich pragną. Albo nawet nie zawracają sobie głowy szukaniem.

Pytanie: „Dlaczego nikogo nie masz?” – jest absurdalne. Nie mam i tyle. Czasami z kimś się jest, a czasami nie i nie ma ku temu żadnego określonego powodu. Bycie singlem to efekt splotu wydarzeń, dokonanych wyborów i przypadku. Bywa, że związek przerodzi się w małżeństwo, bywa, że nie. To drugie wcale nie oznacza, że był porażką.

Na tej samej zasadzie nie jest nią rozwód. Wręcz przeciwnie – trzeba mieć odwagę wojownika, by wyplątać się z małżeństwa, które się nie sprawdziło, zwłaszcza że pożycie wynoszone jest na piedestał. Rozwodnicy są buntownikami nie bez powodu.

Społeczeństwo powinno uprawomocnić i szanować samotników nie mniej niż trwających w związku. Teraz, gdy nie jesteśmy już mniejszością, ale większością, może uda się raz na zawsze wyrzucić na śmietnik stereotypy smutnego singla i radosnego małżonka. Może wreszcie dostrzeżemy, że oba style życia mają swoje plusy i minusy.

Single nie są połówkami ludzi. Stanowimy całość, jesteśmy kompletni, właśnie będąc sobą.

Catherine

PIJANA MIŁOŚCIĄ

LUTY 2002

Jestem po trzeciej randce z charyzmatycznym, pełnym ogłady, przystojnym starszym mężczyzną, Danielem. Doszłam do wniosku, że Daniel jest tym jedynym. Codziennie w pracy kątem oka obserwuję moją nokię – a nuż wyświetlacz rozjarzy się na zielono i pojawi się ta cudowna kopertka.

Każdego popołudnia wracam z pracy do domu i uruchamiam połączenie z internetem. Ping, pong, szszchszszszch, pong, ping, trilitrilirrr i jeszcze raz. Po kilku minutach jestem online. Juhu! Siadam naprzeciwko strony głównej cathmermaid@hotmail.com1 i klikam w wiadomości przychodzące. Potrzebuję działki. Potrzebuję mojej używki. Ulgi od tego ciągłego łaknienia. Wypatruję wiadomości od Daniela, w której idealnie dobrał porę i miejsce następnego spotkania. Nie ma jej. Ożeż kur.

Przez następne dwie godziny nie ruszam się z miejsca, tylko ciągle klikam na przycisku „odśwież”. Odśwież, odśwież, odśwież. Słowo, tak właśnie robię. w końcu znudzona klikaniem czytam na debilnych stronach internetowych artykuły typu „Jak go rozpalić”, „21 znaków, że on za tobą szaleje” albo „Facet na dziewiętnastej randce – nie wierzysz, że mogłaś się aż tak pomylić”. Żeby usidlić Daniela, muszę wykuć te duby smalone na blachę. Zupełnie jakbym powtarzała do egzaminu. Co mam zatem robić: bawić się włosami, odpowiadać po chwili milczenia, dwa pierwsze zaproszenia na randkę odrzucić, wymawiając się brakiem czasu, pokazywać nogi lub dekolt, ale, broń Boże, nie jedno i drugie. Odhaczone, odhaczone, odhaczone. Odśwież, odśwież, odśwież.

Jestem całkowicie nieświadoma, że klikam w ikonę wiadomości przychodzących obsesyjnie jak szczur w laboratoryjnej klatce. Szczur z dostępem do guzika, który wyzwala narkotyk. Uważam, że zachowuję się najzupełniej normalnie.

Nie zachowywałam się normalnie. Uzależniona od miłości wariowałam.

Widzieliście W głowie się nie mieści ? To jeden z najbardziej dających po głowie, najbardziej przenikliwych filmów ostatniej dekady. (Wiem, że jest dla dzieci. #przepraszamżenieprzepraszam#) W każdym razie fabuła wykorzystuje następującą metaforę: wszyscy mamy w głowach wyspy, które tworzą naszą osobowość. U bohaterki filmu, dziewczynki imieniem Riley, są to Wyspa Hokeja, Wyspa Wygłupów, Wyspa Przyjaźni, Wyspa Rodziny… Czaicie? Są one najważniejszym elementem jej życia. Gdy Riley staje się nastolatką, z wody wyłaniają się Romantyczna Wyspa Wampirów, Wyspa Mody i Wyspa Boysbandu.

Oglądając W głowie się nie mieści, doznałam objawienia. Gdybyście rysowali mapę wysp mojej osobowości, kiedy przekroczyłam dwudziestkę, nanieślibyście na nią przypominającą Mordor Wyspę Alkoholu, na której pełno było zgubionych torebek, nocnych klubów w rodzaju Be At One, śliniących się demonów i bezdennych otchłani. Ale równie wielka i równie złowieszcza była Wyspa Facetów – nieustannie oświetlona, nękana wstrząsami i zaciekłymi burzami niczym nawiedzone wesołe miasteczko.

 

Rzuciwszy picie w wieku trzydziestu trzech lat, uznałam, że najwyższy czas uporać się także z nią. Musiałam ścieśnić obszar dorównujący rozległością Irlandii do rozmiarów tyciej Isle of Wight. Ująć mu dramatyzmu, grozy i umniejszyć jego istotność. Zrobić z niego ot, wysepkę na uboczu. Przyjemny cel podróży, a nie cały kraj.

Taki postawiłam sobie cel. Dążąc do niego, odkryłam nową alternatywną wyspę, w której niespodziewanie się zakochałam. Wyspę Singli.

1 Do milenialsów: w tamtych czasach wszyscy wymyślaliśmy adresy mejlowe, że boki zrywać. Takie jak lasencja1979@hotmail.com, lucygoraceusta@yahoo.co.uk, barrypiwnaopona@outlook.com. Nawet nam nie zaświtało, że trafią do naszych CV, ale szybko dostaliśmy nauczkę.

WPROWADZENIE

Monomania – przesadne lub chorobliwe zaabsorbowanie jedną myślą lub ideą.

(Zaczerpnięte z Oxford Dictionary )

Jedynomania – przesadne lub chorobliwe zaabsorbowanie poszukiwaniami tego jedynego.

(Zaczerpnięte z mojej głowy)

Będę z wami szczera. Wciąż jestem uzależniona od miłości. Stwierdzenie, że się wyleczyłam, byłoby kłamstwem w żywe oczy.

Pozostałam niestety kobietą, która wielkimi oczami wypatruje wiadomości tekstowych, wgapia się w telefon jak w telewizor, a widząc na iPhonie zwodnicze kropki, z zapartym tchem oczekuje odpowiedzi. Nadal muszę wymierzać sobie delikatne policzki, by przerwać fantazje o ślubie w Yosemite (jeśli musicie wiedzieć, odbywa się w leśnych okolicznościach przyrody, jest odrobinę narnijski, grają na nim harfiści i fleciści, a ja mam na sobie… Szlag! Znowu mnie poniosło! [delikatny policzek]). Wciąż mnę się jak papierowa torebka, gdy wypina się na mnie mężczyzna, którego widziałam dwa razy, którego ledwie znam i z którym spędziłam (werbel narasta…) w sumie siedem godzin. Nie zamierzam udawać, że jest inaczej.

Udało mi się jednak wyrugować z mojej jedynomanii natarczywe, histeryczne wystukiwanie potrójnych esemesów („Nic ci nie jest? Miałeś jakiś wypadek?”). Niezmiernie dopomógł mi w tym roczny urlop od randkowania, w trakcie którego nawet nie wzięłam faceta za rękę. Pomogło także czytanie wszystkiego, co tylko wpadło mi w ręce, a dotyczyło przyczyn uzależnienia od miłości, które zresztą wam przedstawię. Pomogło odebranie innym mocy wpędzania mnie w zarozumiałość lub dołowania. W czasach nałogowej kochliwości byłam jak nadmuchiwana: pod wpływem pochwał się nadymałam, a odrzucona – flaczałam żałośnie jak dętka.

TRZYDZIESTOTRZYLETNIA STARA PANNA

Na pierwszym miłosnym dnie znalazłam się kilka miesięcy po wyjściu z ostatniego dna alkoholowego. Tata, którego niestety nie ma już wśród nas, zaczął nazywać mnie starą panną, gdy miałam trzydzieści trzy lata. I nie, nie było to tylko przekomarzanie. Nie droczył się ze mną. Z absolutną powagą wytykał mi staropanieństwo, sugerując, że coś, do cholery, powinnam z tym zrobić.

Ten temat wypłynął zaraz po pewnej wizycie u wujostwa, podczas której padło pytanie: „To co, Catherine, grozi nam w najbliższym czasie zamążpójście?”. Wyjaśniłam, że jestem świeżo po rozstaniu z facetem, który przez rok źle mnie traktował, i całkiem mi teraz dobrze. Zmarszczywszy brwi, wujek zwrócił mi uwagę, że bynajmniej nie młodnieję, na co tata ryknął śmiechem.

W drodze powrotnej zachichotałam nerwowo i poskarżyłam się tacie: „Traktują mnie jak starą pannę!”. Odpowiedział w swoim stylu, czyli rzeczowo i bez mrugnięcia okiem: „Bo to prawda”. Następnie straszliwie pokłóciliśmy się w aucie, ja się poryczałam, powtarzałam, że nie jestem starą panną, on krzyczał „A właśnie, że tak!” i w ogóle zrobiło się groteskowo.

Popadłam w czarną rozpacz. Tego samego dnia udałam się na długą przebieżkę wzdłuż rzeki Lagan, siadłam na jej pokrytym zielenią brzegu i rozbeczałam się na całego. Gdy już się wypłakałam, zaczęłam dociekać, dlaczego poczułam się dotknięta do żywego. Przecież doskonale wiedziałam, że mam do czynienia z absurdalną mizoginią rodem z lat pięćdziesiątych – coś jak w Mad Men – a i tak dotkliwie mnie zraniła. Zbadałam ranę i odkryłam, że tkwi w niej głęboko wbity cierń. Cierń nieudacznictwa. To było to. Właśnie on tak bardzo zalazł mi za skórę.

Miałam wrażenie, że zawiodłam na całej linii jako kobieta i jako człowiek, bo do tej pory nie znalazłam życiowego partnera. Czułam się niewybieralna, niechciana, odstawiona na boczny tor – chociaż rozum mi podpowiadał, że to nonsens: właśnie zakończyłam toksyczny związek i jako trzydziestotrzylatka byłam w ogólnym zarysie zaledwie młódką.

Przyjaciółka oznajmiła mi kiedyś, że moje albumy ze zdjęciami przypominają pomieszczenie na trofea służące pompowaniu ego. Taki pokój, który ktoś godny pogardy wypełnił porożami jeleni, rogami nosorożców oraz wypchanymi lampartami i strzeże go przed niepowołanym wzrokiem.

Przejrzałam ostatnio wspomniany album wnikliwie. Miała rację. To w zasadzie obrotowy wizytownik moich byłych, uzupełniony o jakiegoś przypadkowego żonkosia. Oszklona gablota. Kolekcja mężczyzn, którzy uznali, że jestem warta zachodu. Dziś ten album przyprawia mnie o gęsią skórkę. Mój osobisty katalog zdobyczy. Naprawdę definiowałam się poprzez mężczyzn, z którymi sypiałam.

Ale wiecie co? W pełni rozumiem, skąd się to we mnie wzięło. Nie osądzam dwudziestolatki, którą wtedy byłam. Za pomocą przekazów społecznych nieustannie wbijano mi do głowy (podprogowo lub bez owijania w bawełnę), że świat stoi wyłącznie na związkach uczuciowych. Tak jak wbija się to wam.

USTATKUJ MI SIĘ, ALE JUŻ!

Oto, na czym polega problem: wyprano nam mózgi, byśmy wierzyli, że „długo i szczęśliwie” jest nieosiągalne bez partnera. Drugiej osoby. Wspólnego gniazdka. Pasującej połówki pomarańczy. Jak to możliwe, że jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku wyjście za mąż uznaje się za największe osiągnięcie kobiety? Coś sobie roję czy to myślenie rzeczywiście nadal jest obecne? (Moim zdaniem to drugie). I nie chodzi mi tylko o płeć piękną – mężczyźni również odczuwają tę dotkliwą presję.

A jednak większość z nas ucieka z tej matrymonialnej łapanki i wybiera życie w pojedynkę. Populacja singli rośnie dziesięć razy szybciej niż populacja w ogóle. Przeciętny brytyjski milenials średnio piętnaście lat spędza sam, bez stałego partnera.

Najświeższe dane, zestawione przez firmę Mintel w raporcie Single Lifestyles z roku 2017, wykazują, że 51 procent Brytyjczyków w przedziale wiekowym od 25 do 44 lat obecnie żyje samotnie (wliczając rozwiedzionych). A jeszcze w 2016 Główny Urząd Statystyczny ogłosił, że single i rozwodnicy stanowią 35 procent populacji. Czy możliwy jest 16-procentowy skok w ciągu zaledwie roku?

Odkładamy ślub na coraz bardziej odległą przyszłość. Opublikowany w 2018 raport Głównego Urzędu Statystycznego stwierdza: „W przypadku małżeństw i par różnopłciowych w roku 2015 średni (przeciętny) wiek, w jakim zawarto związek małżeński, wynosił 37,5 roku u mężczyzn oraz 35,1 u kobiet”.

Innymi słowy, przeciętna panna młoda miała 35 lat, a przeciętny pan młody – ponad 37. Odkrycie to wywołało lawinę nagłówków prasowych typu: „Era niemłodej panny młodej – do ołtarza idą kobiety powyżej 35. roku życia”. W wypadku małżeństw zawartych w 2015 75 procent mężczyzn i 76 procent kobiet stanęło na ślubnym kobiercu po raz pierwszy2. Sześć na dziesięć świeżo upieczonych małżonek przekroczyło trzydziestkę.

W 1970 roku pożycie małżeńskie rozpoczynano średnio w wieku 27 (mężczyźni) i 25 lat (kobiety)3. Czyli obecnie mężczyźni żenią się jedenaście, a kobiety wychodzą za mąż dziesięć lat później. Zadziwiające, prawda?

Co więcej, 42 procent małżeństw kończy się rozwodem. Oznacza to, że prawie połowa z tych promieniejących, którzy z nadzieją kroczą do ołtarza, w późniejszych latach powraca nagle do samotnego życia.

BYCIE SINGLEM TO DZISIAJ NORMA

Nim dokopałam się do danych, według których szala się przechyliła i single stali się większością, napisałam masę kapitalnych kawałków o obalaniu norm. Wyleciały w montażu, gdy dowiedziałam się, że teraz to my jesteśmy normą. Nie miałam o tym pojęcia. Wy mieliście?

Niby do tego doszło, ale nie odnosi się takiego wrażenia. Zostanie singlem w późniejszym okresie życia wciąż wygląda na bunt, na pójście pod prąd. Dlaczego? Bo nadal funkcjonujemy w cieniu modelu rodziny nuklearnej i stękamy pod ciężarem oczekiwań rodziców.

Później omówimy to sobie szerzej, ale w czasie kiedy pokolenie baby boomu4 dojrzewało i wchodziło w dorosłość, nastąpił olbrzymi skok liczby zawieranych małżeństw. Zapewne dlatego nasi rodzice nie mogą pojąć, dlaczego jeszcze się nie chajtnęliśmy jak oni w naszym wieku. (Jeśli macie od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu lat, najprawdopodobniej jesteście potomstwem baby boomerów).

To oni wespół z mediami nauczyli nas strachu przed życiem bez pary. Strachu, który poznałam dogłębnie. Właśnie dlatego przed trzydziestką zmieniałam facetów jak rękawiczki: nawet na chwilę nie chciałam zostać sama. Uważałam, że jakikolwiek związek – choćby najbardziej toksyczny – jest lepszy niż jego brak.

Gdy nie miałam nikogo przy boku, czułam się bezbarwna i spowita mrokiem jak pogrążony w smolistej czerni pokój, który wyczekuje, aż ktoś wejdzie do środka, zapali światło i jeszcze raz go ożywi. A jeśli wziąć pod uwagę, jak ogromną wagę przykładałam do związków, na ironię zakrawa, że byłam ludzką kulą do burzenia murów. Szpiclowałam, zdradzałam i wszczynałam awantury. Zrywałam z ludźmi, żeby szantażem emocjonalnym zwrócić na siebie większą uwagę.

W ciągu ostatnich lat udało mi się to wszystko zatrzymać. Nie trwam w niezdrowych związkach, przestałam się bać samotności, nie odbija mi na randkach, wiem już, jak rozkoszować się byciem singielką, zamiast obrzucać tęsknym wzrokiem pary, myśląc przy tym: „Tego właśnie pragnę. Dlaczego jest poza moim zasięgiem?”.

Jak wspominałam, nie wyleczyłam się z uzależnienia od miłości. Wciąż gdzieś we mnie grasuje, powarkując z głodu. Nauczyłam się tylko z nim żyć. Już umiem je ujarzmić, wziąć na smycz, wpoić mu nowe sztuczki, ba! – nawet je pogłaskać. I jestem naprawdę szczęśliwa jako singielka.

Dzięki walce z tym uzależnieniem uwolniłam się od potrzeby wchodzenia w związki. Między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia nie miałam faceta w sumie przez sześć miesięcy (które i tak w większości spędziłam na prowadzeniu rozmów kwalifikacyjnych z kandydatami na kolejnych partnerów), natomiast w ciągu ostatnich pięciu lat przez trzy i pół roku byłam sama. Zatem z pięcioprocentowej singielki stałam się siedemdziesięcioprocentową.

ODWRÓĆMY PROCES PRANIA MÓZGU

No to czym się w tej książce zajmiemy? Jaki mamy plan działania?

Przeorientujemy się, rozmawiając z psychologami i neuronaukowcami na temat promiłosnych komunikatów kierowanych do nas przez społeczeństwo i o tym, co dzieje się w naszych zwariowanych na punkcie kochania mózgach.

Podłubiemy w literackich, filmowych i telewizyjnych przekazach, które warunkują nas na obsesyjne poszukiwanie romantycznej miłości (trylogia o Bridget Jones zakończyła się – jakżeby inaczej – ślubem). Przekazy te wnikają pod naszą skórę, zagrzebują się w podświadomości, każą nam sądzić, że długo i szczęśliwie jest nieziszczalne, jeśli nie wiąże się z dwiema sylwetkami na tle zachodzącego słońca. A wiecie co? Właśnie że jest ziszczalne.

Jeśli lubicie randkować, opowiem wam, jak nauczyłam się robić to z umiarem, nie zmieniając się w niepoczytalnego instagramowego stalkera i nie popadając w przekonanie, że kocham na zabój typa, którego znam od dwóch tygodni.

A co najważniejsze, zlokalizujemy i wyzwolimy pewne źródełko wolności, po czym dopilnujemy, by nigdy nie wyschło5.

2 Nie udało mi się znaleźć wiarygodnego ogólnokrajowego źródła danych na temat wieku pierwszego zawarcia związku małżeńskiego.

3 Średnie dotyczące wieku zawierania małżeństw w roku 1970 zostały zaokrąglone w górę/w dół.

4 Pokolenie baby boomu to osoby urodzone mniej więcej w latach 1946–1964, czyli te, które w chwili publikacji niniejszej książki (rok 2018) miały od 54 do 72 lat.

 

5 Zwróćcie, proszę, uwagę, że w miarę możliwości starałam się zachować neutralność płciową, pamiętając przy tym, że dziewięć na dziesięć osób czytających tę książkę to kobiety. Wszelkie heteronormatywne gafy są właśnie tym – przypadkowymi gafami i z góry za nie przepraszam. W celu ochrony niewinnych i oszczędzenia nieprzyjemności winnym imiona moich byłych zmieniłam. Namaste. [kłania się]